Bloog Wirtualna Polska
Są 1 202 593 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2517275
Wpisy
  • liczba: 549
  • komentarze: 11862
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2049 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Wreszcie i na mnie przyszedł czas...

piątek, 26 sierpnia 2016 19:31


   Nadszedł i dla mnie czas urlopu właściwego. Dotąd mogłam tylko łkać po
cichu, czytając Wasze relacje z wypoczynku.

   Będę prawie tam, gdzie zawsze o tej porze roku - w Dolomitach. Liczę na
swoje szczęście do pogody, bo bez tego ani rusz. W ubiegłym roku - pewnie
nie pamiętacie - ale i ja na 3.000 m, i Wy w mieście mieliście ponad 30 stopni ciepła.

   Ale Wam było łatwiej...

   Najważniejsze, żeby nie lało.


   Będę się meldować na blogu górskim:

http://helenarotwand.bloog.pl

i opisywać co ciekawsze trasy.

   Nie oczekuję wyrazów podziwu ani aplauzu :) Proszę tylko o trzymanie kciuków za pogodę, całe kości i w ogóle...


Pozdrawiam


Podziel się

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wampir honorowym krwiodawcą? Dobre sobie...

środa, 17 sierpnia 2016 12:39

 

   Od zawsze wiemy, że nie ma cenniejszego płynu od ludzkiej krwi.

My wampiry wiemy to bardziej niż inni.

 

   Wiadomo też, że krwi wciąż brakuje, a do wyhodowania zamiennika krwi jeszcze daleka droga. Do niedawna szpitale prosiły (lub wydawały polecenie) aby rodzina czy znajomi osoby kierowanej na operację, oddawali pół litra.

Jakoś nigdy dotąd  nie odważyłam się tego zrobić, aż do teraz.

 

   Największą placówką poboru krwi jest Centrum Krwiodawstwa na ul. Saskiej. Ponieważ ludzie przeważnie znają tylko to miejsce, kłębi się tam tłum jak za komuny, kiedy rzucali pralki. Albo dywan.

   Najgorszym dniem jest piątek i sobota, wtedy nie warto się w ogóle pojawiać w pobliżu. Stania jest na jakieś 3 godziny.

 

   Ponieważ odbiłam się od tej masy w sobotę, pojechałam tam w dzień powszedni i już po 20 minutach maszyna wywołała mój numerek.

   Radość trwała krótko. Od 1.06.16 zmieniono system. Dziś mogłam oddać jedynie próbkę krwi, a właściwą ilość – nie wcześniej niż za 18 dni. W tym czasie krew jest badana na okoliczność HIV, kiły, żółtaczki i dopiero kiedy wszystko jest w porządku, pobiera się większą ilość.

 

  Moim skromnym zdaniem, przez 18 dni można jeszcze niejedno złapać, ale niewątpliwie szanse są małe.

 

   Ponieważ mój zapał zaczął nagle słabnąć, zapytałam, czy jest jakieś inne miejsce, gdzie można oddać krew od razu.

Wysłano mnie do szpitala na Nowogrodzką.

   A tam – bajka. Żywego ducha w kolejce. Rejestracja od ręki. Pobranie próbki krwi – od drugiej ręki.

I do lekarza.

 

I……..

NIE ZDAŁAM…….!!!!!!!!!!

 

   Bo jak ta trąba napisałam szczerze, że łyknęłam rano Accard na rozrzedzenie krwi, żeby coś mi z tych żył pociekło, bo mam ciśnienie jak żaba w lutym. Drugi błąd. Jeśli ciśnienie jest poniżej 100-110 to krwi nie pobiorą w ogóle. Można dostać zapaści.

   Tak czy siak ten Accard mnie zdyskwalifikował i było pozamiatane.

 

  Konkluzje są następujące.

- jeśli chcecie oddać krew, to jedźcie na Nowogrodzką. Broń Boże nie na Saską!

- zmierzcie ciśnienie i upewnijcie się, czy nie macie zbyt niskiego. Mówię oczywiście o górnym.

- nie bierzcie leków zawierających aspirynę w żadnej postaci. Po wzięciu należy odczekać 7 dni. Inaczej krew jest nieprzydatna i pójdzie do utylizacji.

- i pospieszcie się, bo za chwilę i na Nowogrodzkiej będzie tłum. Fakt faktem, że pobieranie krwi niesprawdzonej a potem jej utylizacja, kiedy coś z nią będzie nie tak, jest nie tylko kosztowne ale niepotrzebnie osłabia naród. Nosiciel wirusa żółtaczki typu C czy HIV może o tym nie wiedzieć. Utoczenie mu pół litra krwi może osłabić odporność i zaktywizować wirusa.

 

No i tyle wyszło z mojego bohaterstwa…

Czy ktoś ma może doświadczenia z krwiodawstwem?

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Napiłby się człowiek, czyli Szkocji część szósta i ostatnia

czwartek, 11 sierpnia 2016 18:29

 

   Było coś dla ducha, to może teraz bardziej przyziemnie. Napiłby się człowiek…

Ale czego? W Szkocji oczywiście -  whisky.

   Kiedy Angole ogłosili wyjście Z UE a Szkoci na to, że w takim razie oni wychodzą z WB, pierwsza moja myśl była następująca: Przecież bez szkockiej whisky budżet WB się zawali…

 

   Niestety, w takich sprawach należy trzymać się faktów, a one są następujące: PKB Szkocji to ok. 216 mld USD. Z tego zaledwie 4% przynosi produkcja whisky, czyli „marne” 8,6 mld $.

Wobec BILIONÓW PKB całej Wielkiej Brytanii, to jednak pikuś…

 

   Co nie zmienia faktu, że wszyscy inteligentni ludzie, także aborygeni czy Papuasi będą kojarzyć whisky głównie ze Szkocją.

 

   W Szkocji jest co najmniej 120 destylarni, produkujących złoty trunek. Odwiedziliśmy tylko 3 z nich. W końcu nie różnią się one od siebie aż tak bardzo.

  Ja dałam się zaprowadzić do destylarni The Glenlivet, zagubionej wśród wzgórz i lasów, do której z każdej strony prowadziły owe sławetne wąskie drogi, opisane poprzednio. Zważywszy, że rocznie sprzedaje się tu 700.000 beczek (130 mln litrów), nieodparcie nasuwało mi się pytanie: jak oni tę whisky stąd wywożą? Na osiołkach??? Bo dróg dla TIR-ów jakoś nie widziałam.

 

   Pani przewodniczka bardzo ładnie opowiedziała, jak się produkuje whisky, a potem wyprowadziła nas pod wielką halę, opatrzoną dużym napisem „Skład podatkowy”. Wiadomo, akcyza.

   Wyjęła mały kluczyk i otworzyła taką małą kłódeczkę na wielkich drzwiach. Oczom naszym ukazały się rzędy 200 litrowych beczek, ciągnących się po horyzont i spiętrowanych aż pod niebo.  Miliony funtów w płynie. Tabliczki podpowiadały, która jest 12-letnia, która 18-letnia.

   Skojarzenie potencjalnej wartości takiego magazynu z tą malutką kłódeczką - bezcenne.

U nas przed drzwiami stałby pewnie oddział komandosów.

 

   W powietrzu unosił się dyskretny zapach alkoholu z lekką nutą torfu. Nic dziwnego, co roku z beczek ulatnia się 2 % zawartości. Pamiętacie -“ to „whisky dla aniołów”.

   Wiadomo więc, dlaczego whisky 18-letnia jest dużo droższa od 12-letniej. Stratę daje łatwo policzyć, dodając koszty magazynowania i samych beczek, które mogą być użyte tylko trzykrotnie w swoim życiu.

 

   Na koniec zostaliśmy poczęstowani całkiem pokaźną jak na próbkę porcją trunku, mając 3 gatunki do wyboru.

Nie jestem amatorką whisky, ale skusiłam się na nowy gatunek, starzony w beczkach po brandy. Faktycznie, przypominał brandy w smaku, więc dało się wypić, ale nie będzie to nigdy mój ulubiony alkohol :-)

 

C:\fakepath\DSCF2352.JPG

 

C:\fakepath\DSCF2354.JPG

 

    Chociaż Szkoci dumni są z narodowego trunku, jednak ceny w sklepach i barach są dość zaporowe. Nie wiem, czy to jak w Szwecji, prewencja antyalkoholowa, ale wychodzi na to, że u nas za podobną cenę lub taniej dostaniemy 40 ml dobrej whisky, zaś w Szkocji tylko 25 ml. To jest oficjalna serwowana ilość. Dość śmieszna, przyznacie.

   Taka porcyjka, co się po zębach rozleje, potrafi kosztować nawet 7 funtów, i nie mówię tu o jakiejś super super z 76 roku. Takie chodzą po 25-38 funtów za 25 ml.

 

   Na wyspie Mull odwiedziliśmy destylarnię Tobermory, gdzie spotkaliśmy takie oto ceny butelek. Proszę zwrócić uwagę na ostatnią pozycję. Cóż, anioły nieźle się musiały ożłopać, skoro ta resztka osiąga takie ceny...

   Do zwiedzania był niestety tłum chętnych, więc odpuściliśmy.

 C:\fakepath\DSCF2530.JPG

 

C:\fakepath\DSCF2535.JPG

 

   Za to w Obanie moi panowie nie tylko znów zostali poczęstowani, ale jeszcze dostali szklaneczki na własność. Szklane, eleganckie.

 

 C:\fakepath\DSCF2493.JPG

 

   Chyba macie już dość tej Szkocji. 

   Na koniec więc trzy mroczne migawki ze szkockich klimatów. Zrobione z okna jadącego autobusu, przez zalane deszczem szyby...

 

C:\fakepath\DSCF2572.JPG

 

C:\fakepath\DSCF2573.JPG

 

C:\fakepath\DSCF2574.JPG


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Jest pięknie, czyli Szkocji cz. 5

piątek, 05 sierpnia 2016 19:03

 

   Chciałabym jeszcze raz kategorycznie zaprzeczyć pomówieniom, jakobym się w tej Szkocji męczyła, albo że NIC mi się tam nie podobało.

   To absolutna nieprawda! Ja po prostu staram się rzetelnie przekazywać, co wydało mi się świetne, a co nie.

   Ale zawsze jest trudniej, kiedy człowiek nastawi się na cuda-niewidy, które okazują się takie sobie.

 

   Dzisiaj będzie o ładnych rzeczach.

   Szkocja ma chyba największą ilość zamków na kilometr kwadratowy na świecie, jednak ogromna większość z nich to ruiny. Czasem są uzdatnione do zwiedzania, tak jak zamek Kilchurn z licznymi schodkami i balustradami, umożliwiającymi ludziom łażenie po murach. Szkoda tylko, że dojazd do niego jest dobrze ukryty wśród przydrożnych krzaków i trzy razy zawracaliśmy, żeby tę ścieżkę wreszcie wypatrzyć.

 

DSCF2692.jpg

 

DSCF2691.jpg

 

Dooobra, miałam nie narzekać!!!

 

   Zamki zadbane i odrestaurowane należą

a) do rodziny królewskiej (jak Balmoral, który ładnie robi za tło w filmie „Królowa” z Helen Mirren. Zwiedza się tylko jedną salę i to tylko wtedy, kiedy rodzina królewska nie postanowi przyjechać.

 

DSCF2340.jpg

 

DSCF2344.jpg

 

DSCF2350.jpg

 

b) do prywatnych osób, które albo w nim mieszkają jak w wymienionym poprzednio zamku Duart, albo grzeją kości np. w Afryce Południowej, czemu właściwie się nie dziwię.

   To zamek Blair - właściciel zgromadził tu tysiące przedmiotów datowanych od 1700 r w górę. Od broni myśliwskiej, poprzez porcelanę, szczotki do włosów, świeczniki, po meble i obrazy. Obowiązuje zakaz fotografowania, ale wnętrza naprawdę robią wrażenie. Z zewnątrz zresztą też.

 

DSCF2299.jpg

 

DSCF2300.jpg

 

DSCF2303.jpg

 

   Inną prywatną własnością jest zamek Aldourie, niedaleko Inverness. Trudno go było znaleźć, bo nie wiedzie do niego żaden drogowskaz i w zasadzie nie powinniśmy się byli w ogóle tam pchać. Ale nie mogłam się powstrzymać żeby nie zrobić z daleka paru zdjęć. Takie przytulne M-4.

Ach, te trawniki... I te 200 letnie drzewa wokoło.

 

DSCF2431.jpg

 

DSCF2422.jpg

 

   Architektura szkocka (o angielskiej się nie wypowiadam, bo nie byłam) bazuje na szarym kamieniu. Ma on swój urok, zwłaszcza kiedy wyjdzie słońce.

   W tym kontekście uważam miasto Inverness, (położone blisko słynnego Loch Ness), za najbardziej malownicze. Rzędy dyskretnie zdobionych kamieniczek, wyniosła katedra i liczne mostki przez rzekę Ness pięknie pozują do zdjęć. Udało mi się nawet złapać zachodzące słońce face to face.

 

DSCF2368.jpg

 

DSCF2366.jpg

 

DSCF2405.jpg

 

A to dom pogrzebowy:

 

DSCF2377.jpg

 

A to widok na katedrę z zamku.

 

DSCF2385.jpg

 

   Absolutnie urokliwa okazała się też wioska Luss nad jeziorem Loch Lomond. Samo jezioro było tego dnia zasnute mgłą i niskimi chmurami, ale w wiosce wyszło nam słońce. Mieliśmy tu okazję obejrzeć gości weselnych wracających z kościoła. Kapelusze jak w Ascot i obowiązkowo kilt.

 

DSCF2718.jpg

 

DSCF2719.jpg

 

DSCF2736.jpg

 

DSCF2707.jpg

 DSCF2704.jpg

 

DSCF2710.jpg

 

  Śliczne jest miasteczko Oban na zachodnim wybrzeżu. Dla smakoszy whisky   jest to nazwa wiele mówiąca, ale o whisky napiszę jeszcze osobno.

 

DSCF2488.jpg

 

DSCF2507.jpg

 

  Z Obana można płynąć promami na pobliskie wyspy Hebrydy i byłoby cudnie, gdyby nie 300 deszczowych dni w roku. Właśnie tutaj mieliśmy przez cały dzień NAPRAWDĘ szkocką pogodę. Lało, mżyło, zacinało, wiało jak diabli. Oczywiście i tu dla nas wyszło słońce, ale bardzo nieśmiało i bez przekonania. Generalnie dzień był zasmarkany, mimo to domki w miejscowości Tobermory na wyspie Mull wyglądały uroczo. Były bardziej kolorowe niż starówka wrocławska. Czymś trzeba sobie poprawiać nastrój, gdy z nieba leje. 

 

DSCF2561.jpg

 

DSCF2557.jpg

 

    A to po prostu jedna z małych miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy.

 DSCF2321.jpg

 

DSCF2320.jpg

 

DSCF2374.jpg

 

No, niech Wam będzie... Ładnie tu jest . Tylko czasem trzeba się dobrze naszukać...

CDN.


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zachwyca w końcu czy nie, czyli Szkocji cz.4

poniedziałek, 01 sierpnia 2016 21:13

 

  Najwyższy czas żeby podsumować wrażenia, bo my tu sobie o szczegółach anatomicznych, np. o lewej ręce czy grubych udach, a jak dotąd nie określiłam jasno: zachwyca czy nie zachwyca?

 

   Powtórzę to co już wcześniej pisałam w komentarzu: podróżowanie, zwłaszcza jeśli systematyczne i wielokrotne, ma też swoje wady. Kiedy się widziało zamki i katedry Portugalii, Andaluzji czy Toskanii, ma się niestety wysoko postawione oczekiwania.

 

   O Szkocji słyszałam jedno: że będzie syfiasta pogoda, ale za to bajeczne widoki. Tego oczekiwaliśmy. A było tak: pogoda całkiem całkiem, a widoki - ładne.

   Zabytki - albo "młode", 100-150 - letnie a wtedy przeważnie fantazyjne, ciekawe, albo starsze (choć daleko im do włoskich czy hiszpańskich, bo wciąż się paliły, albo trafiał je piorun), a wtedy widać wpływ klimatu. Skoro zimno i wieje jak cholera, to bryła miała być niska, przysadzista, praktyczna. Z małymi oknami, żeby nie tracić ciepła. Z minimalną ilością ozdób na zewnątrz, bo komu by się chciało wykuwać jakieś ozdóbki, skoro łeb urywa?

 

    Przykro mi, ale nie umiem się zachwycać zamczyskami typu Duart na wyspie Mull, którym zachwycają się przewodniki:

 

 DSCF2607.jpg

 

choć kręcono tu "Osaczonych" z Seanem Connery.

   Jego matka wywodzi się  akurat z klanu MacLean, do którego należy zamek. Co ciekawe, ten zamek także był niemal zrównany z ziemią, a odbudowano go dopiero w 1911 roku w takim ciężkim stylu.

    Lepiej wygląda z morza.

 

DSCF2630.jpg

 

   Innym "filmowym" zamkiem, z którego niestety pozostały tylko ruiny, to castle Stalker. Malowniczo położony na wyspie, stał się scenerią dla filmu "Monty Python i święty Graal" i szczerze mówiąc, głównie do tego się nadaje..

 

DSCF2478.jpg

 

   Do szczególnie ważnych obiektów Szkocji należą zamki w Stirling, Edynburgu i Inverness. Przy nich przewodniki pieją i nad niebiosa wychwalają, jakie one piękne. A są... takie sobie.

   Wszystkie mają podobną strukturę: to kilka mniejszych i większych budynków posadzonych na wzgórzu i otoczonych murem obronnym. 

   Nie umniejszając ich znaczenia historycznego, nie są one dziełem artystów, a raczej solidnych rzemieślników.

 To zamek edynburski. Prawda że wygląda jak koszary?

 

DSCF2036.jpg 

   Jakby tego było mało, popsuto panoramę przez zbudowanie przed wejściem do zamku sali koncertowej dla Mike Oldfielda w 1992 roku. Koncert był niesamowity (Tubular Bells2, oglądałam na DVD), ale zęby mnie rozbolały na widok tych niebieskich krzesełek. Karramba!

 

DSCF2039.jpg

 Tylko strzelać:

DSCF2069.jpg

 

A mogło być lepiej, bo są tam ciekawe obiekty:

 

DSCF2051.jpg

 (to nie ja).

 

   Z ciekawostek - to psi cmentarzyk. Leżą tu psiska należące niegdyś do komendantów i żołnierzy stacjonujących w zamku.

 

DSCF2070.jpg

 

   Zamek w Stirling NIE jest dużo bardziej wyrafinowany

 

DSCF1935.jpg

 

DSCF1940.jpg

 

choć tu trochę bardziej się starali.

 

DSCF1949.jpg

 

    Za to zamek w Inverness to już zupełnie współczesna zabawka.

Mamy ładniejsze w Ząbkowicach Śląskich.

   Choć tu podobno rozegrał się dramat Makbeta, którym zainspirował się Szekspir, jednak ciężko mi powiązać tamten klimat z ładnie odnowionymi gładkimi ścianami. Nie, nie!

Najciekawsze były te gryzonie buszujące w uliczkach u stóp zamku:

 

DSCF2394.jpg

 

DSCF2390.jpg

 

DSCF2391.jpg

 

   Nie chcę znów wyjść na marudę, ale też nie będę zmyślać, że wszystko było takie śliczne. Było, ale nie wszystko. Gdyby nie przyzwoita pogoda, wrażenia byłyby jeszcze słabsze.

 

Obiecuję, że w następnym wpisie będę tylko chwalić :-).

CDN

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  2 517 275