Bloog Wirtualna Polska
Są 1 264 254 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2933039
Wpisy
  • liczba: 580
  • komentarze: 12622
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2410 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Trzymajcie się z dala od "SYMPATII".

czwartek, 10 sierpnia 2017 13:25

 

    Obiecałam pewnemu portalowi, że go obsmaruję na blogu i słowa dotrzymam.

 Albowiem "chamstwu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom ...."

 

   Przede wszystkim osobom niepraktykującym wyjaśniam, iż życie na portalach typu "Sympatia" naprawdę nie ogranicza się do szukania okazji na szybki numerek. Wbrew pozorom loguje się tam sporo osób, które nie  szukają trwałych związków czy seksualnych przygód, a jedynie pragną poznać kogoś tak zwyczajnie do pogadania. Przecież oprócz zawierania znajomości można tam np. prowadzić blogi, albo wdawać się w zacięte dyskusje, jak na innych forach.

 

   Życie osób, które tam trafiają, to często praca-dom-praca-dom. Jeśli ktoś ma trochę więcej ambicji i potrzeb towarzyskich, gdzie ma poznać nowe twarze?

Ano, na przykład na takim portalu.

 

   Pisząc książkę też skorzystałam z tej możliwości. Zaowocowało to paroma świetnymi znajomymi, z niektórymi utrzymuję kontakt do dziś.

 

   Ostatnio postanowiłam odświeżyć swój profil na Sympatii, gdyż poprzednie zdjęcie ściągało zbyt wielu popaprańców, którzy zaśmiecali mi skrzynkę. Ponieważ od wielu miesięcy nie płaciłam abonamentu, uiściłam zawrotną kwotę 25 zł za 3 miesiące, zmieniłam zasadniczo opis i po długich rozmyślaniach zdecydowałam się jako profilowe wstawić zdjęcie z gór (a jakże!), w kasku i ciemnych okularach.

 

   Nie mam pojęcia o co chodziło moderatorom z Sympatii, ale po wielu godzinach czekania przeczytałam, że to zdjęcie zostało odrzucone (!!!). Nie nadaje się!

 

   Potraktowałam to jako oczywistą pomyłkę, więc napisałam do BOK-u pytanie, co im nie pasuje. Wszak ludzie wstawiają na S. przeróżne zdjęcia, ubrane lub półnagie, w okularach i bez.

Moje pytanie zostało odczytane, ale odpowiedź nie przyszła.

   Napisałam ponownie, bardziej już wkurzona, rezultat był ten sam, czyli żaden.

 

   Sytuacja stała się patowa. Nie da się tam zadzwonić, bo numeru nigdzie nie podają. Pisać można tylko przez stronę, a to nie daje żadnej gwarancji kontaktu. Mój ostatni mail w ogóle nie został odczytany (przynajmniej nie mam potwierdzenia).

   Można walić głową w mur, a Sympatia na to gwiżdże. Niby pieniądze nieduże, ale jednak umoczone. I to nie w przekręcie na wnuczka, czy buchnięte przez hakera, lecz  w majestacie prawa, na portalu, który chełpi się posiadaniem siedmiu milionów klientów (???).

 

   Cóż, poddałam się. Zlikwidowałam swój profil na Sympatii, życząc obsłudze, żeby się udławiła moimi dwudziestoma pięcioma złotymi.

 

   Teraz mogę tylko poradzić wszystkim zainteresowanym, żeby poszukali sobie innego kawałka podłogi. Jest ich wiele. Może są tam inne ciekawe opcje.

   Bo z niezrozumiałych powodów blogi na Sympatii z dnia na dzień zostały zlikwidowane i wyparowały w kosmos. To był pierwszy sygnał, że coś z tym portalem jest nie tak.

 

   A ludziom naprawdę czasem zależy na zwykłej wymianie myśli. 

Może nie tak publicznie jak na Facebooku, tylko bardziej prywatnie.

   Ale widocznie Sympatii nie chodzi o takie łączenie ludzi. Może odpowiada jej wyłącznie rola sutenera, prowadzącego wirtualny burdel? Dlatego zdjęcie we wspinaczkowym rynsztunku nie pasuje do obrazka...

 

Szkoda.

 

Tak apropos, moją książkę nadal można kupić w sieci.

"Opętanie, czyli zgubne skutki masażu stóp".


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Srebrne, złote, diamentowe...

piątek, 21 lipca 2017 21:36

  Żeby nie było, że zgłupiałam do reszty przy moich dzieciach z Otwocka, zrobię małą woltę w drugą stronę, czyli będzie o staruszkach.

   Konkretnie chciałam podpowiedzieć, jak wprawić w euforię swoich rodziców, dziadków, czy innych trochę wiekowych bliskich, organizując im uroczysty jubileusz małżeństwa.

   Nieważne, czy to rubinowe, złote czy diamentowe gody. Każdy pretekst jest dobry, żeby poświętować.

 

Sygnalizowałam to już na:

http://helena-rotwand.bloog.pl/id,360151234,title,Jubileusz-rodzicow-audiobooki-i-porzadki-w-szafie,index.html

 

   Zaczęłam od Urzędu Gminy, który okazał się Urzędem Dzielnicy Ursynów, ale jak zwał tak zwał.

   Urząd wprawdzie nie miał żadnych doświadczeń z takimi uroczystościami, niemniej pani Iwona Janowska konstruktywnie podeszła do tematu. Postanowiła wykorzystać go do promocji dzielnicy i machina ruszyła.

 

 

   Urząd udostępnił nam dużą salę z rzutnikiem i sprzętem nagłaśniającym, tudzież inne przedmioty, dzięki czemu mogłam np. zawiesić duże zdjęcia z życia rodziców na sztalugach.

 

IMG_4720.jpg

 

   Siostra przygotowała wspaniały catering i można było zaczynać.

 

    Do dziś mnie telepie z emocji, bo pierwszy raz organizowałam taką imprezę. Mama próbowała ze mnie wyciągnąć, co knuję, bezskutecznie. Byłam twarda jak głaz, wszystkich gości zapraszałam sama.

 

   Miasto Warszawa próbowało nam storpedować cały plan, organizując dokładnie w tym dniu dwa gigantyczne maratony po obu stronach Wisły. I znów dzięki pani Iwonie (kocham Panią, Pani Iwonko!) udało się jakoś wyminąć blokady, podjechać pod Urząd Dzielnicy pod prąd i dotrzeć do celu z cateringiem i gośćmi.

 

   Na uroczystości pojawiło się aż DWÓCH Burmistrzów oraz 2 panie z Urzędu, choć była to niedziela. Dojechał także fotograf z lokalnego portalu internetowego, który jako pierwszy dopadł moją Mamę na schodach i wycisnął z niej krótki wywiad.

 

 IMG_5834.jpg

 

IMG_6032.jpg

 

   Nooo, żebym ja się z internetu musiała dowiadywać, że Tata nie był miłością od pierwszego wejrzenia mojej Mamy…, doprawdy.

 

   A potem poszło sprawnie. Burmistrzowie wręczyli Rodzicom piękny bukiet róż i grawerowaną szklaną statuetkę.

Ja wygłosiłam krótki speach o aniołach i męczennikach.

   Potem włączyliśmy z rzutnika pokaz slajdów – dziesięciominutowy przegląd życia Rodziców, na podkładzie ułożonym z przebojów muzycznych lat minionych, od Piotra Szczepanika począwszy, przez wysoką poezję typu „Przeżyłam z Tobą tyle lat”, po Edyty Bartosiewicz  „Trudno tak”.

 

 IMG_5890.jpg

 

    A potem było jeszcze zbieranie podpisów od wszystkich obecnych na pięknej karcie wykonanej przez Aloshę http://przy-kominku.blog.onet.pl/

 

DSCF7880.jpg

 

   Wreszcie jedzonko i do domu.

 

   Ale to nie był koniec sensacji związanych z 60-tym jubileuszem. Przegapiliśmy 50-tkę, więc trzeba to było naprawić. Ursynowski USC wysłał do odpowiednich organów wniosek o medal za długotrwałe pożycie.

   Przyznaje go - niestety – Prezydent RP, ale wręcza – na szczęście – Prezydent miasta.

 

   Uroczystość odbyła się w Pałacu Ślubów na Starym Mieście, gdzie sama przed laty omal nie zaliczyłam porzucenia, albowiem przyszły Pan młody się spóźnił.

   Ale zdążył.

 

   Zgromadzono ok. 20 sędziwych par, plus trochę gości. Pani Hanna wyglądała promiennie, jakby cały jazgot i oszczerstwa w ogóle jej nie obchodziły. Uroczo przemawiała do każdej pary, przypinając im do klap różowe wstążeczki z medalem. Był szampan i ciasteczka, były selfie z roześmianą panią Prezydent, a także zdjęcia robione przez zawodowego fotografa, które mają być wysłane do Jubilatów pocztą. Wszystko w pakiecie.

 

 DSCF3615.jpg

 

DSCF8031.JPG

 

DSCF3682.jpg

 

DSCF8043.jpg

 

   I to koniec adrenaliny na ten rok! Następna taka impreza za 10 lat, tak zapowiedziałam moim Rodzicom.

A że wyglądają pięknie i młodo, to nie są to słowa na wiatr.

 

PS. Gwoli informacji – obie imprezy nie kosztowały ani złotówki, nie licząc cateringu. Wszystko udało się zorganizować dzięki dobrej woli paru osób i organizacji.

PS 2. Wpis niniejszy służy jedynie informacji i podpowiada to i owo. Komentarze pochwalne pod moim adresem będą bezlitośnie usuwane😊


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Kangurzyca czyli najlepsze lekarstwo na spięcia. Wszelkie.

niedziela, 09 lipca 2017 9:06

 

   Wakacje w pełni.

   Co prawda dla mnie to bez różnicy, bo jedyne dzieci z którymi mam teraz do czynienia, do szkoły jeszcze długo nie pójdą.

 

   O TYCH dzieciach mogę gadać bez ustanku. Co tydzień obiecuję sobie, że w tym tygodniu dwa razy  nie pojadę, bo mam co innego do roboty. A potem pytam sama siebie: A cóż to mam takiego ważnego do zrobienia, skoro akurat nie muszę jechać do pracy, a obiad przygotuję w 15 minut?

 

   Życie w Ośrodku IOP w Otwocku toczy się swoim trybem, ale są oczywiście pewne rytuały. Jedne mniej męczące, inne bardziej.

   Są  dzieci „trudniejsze”, częściej płaczące, z problemami zdrowotnymi, które trzeba czasem po prostu zabrać na dwór, żeby dały odetchnąć innym. A sam spacer nie jest problemem, dzieci przeważnie natychmiast się uspokajają, z reguły szybko zasypiają.

   Problemem jest nawierzchnia wokół szpitala, która nie pozwala poruszać się po cichu i sprawnie. Dziury w asfalcie, dziury w leśnych dróżkach za szpitalem, tudzież miliony szyszek na drodze powodują, że dziecko niemal wylatuje mi w powietrze na każdym wyboju.

 

   Łatwiej jest siedzieć na tarasie mając pod opieką w porywach do 10 wózków. Dobrze, jeśli chociaż 60 % śpi.

   Gorzej, jeśli nie śpi żadne...:-)

 

   Tak czy siak, przez ostatnie 3 miesiące spędziłam więcej czasu „na powietrzu”, niż przez ostatnie 3 lata, nie licząc urlopu.

   Słowo „powietrze” oczywiście nabrało w ostatnich miesiącach nowego znaczenia. Po raz pierwszy zaczęłam sprawdzać jakość powietrza w danej okolicy i czasem obserwuję szokujące rzeczy. Na przykład tydzień temu dwa zaznaczone na czerwono miejsca to był punkt koło Łodzi i … właśnie Otwock.

Dawne uzdrowisko! Karramba!

   Na szczęście to się zdarza rzadko. Tak czy siak weszło mi już w nawyk sprawdzanie aktualnej sytuacji na

http://powietrze.gios.gov.pl/pjp/current

zwłaszcza, kiedy planuję pobiegać.

 

    Oczywiście głównym powodem częstszych przyjazdów jest czuły kontakt z tymi małymi łebkami. Kiedy biorę rozdzierająco płaczącego malca na ręce, a on nie tylko się uspokaja, ale natychmiast zasypia na moim łokciu, uchylając tylko czasem jedno oko, żeby się upewnić, czy wciąż jestem…

   Co tu gadać,  sami rozumiecie… Wosk i kałuża.

  

   Ostatnio doświadczyłam czegoś nowego - zostałam mamą kangurzycą. Zawsze z podziwem patrzyłam na kobiety z dużą wypukłością na brzuchu, które nie tracą kontaktu z maleństwem, mając jednocześnie obie ręce wolne.   

   Bo wiązanie chusty to nie tylko moda. To fantastyczne ułatwienie życia, kiedy naprawdę trzeba coś zrobić, czy choćby się przemieszczać z siatami w rękach. Tyle że wymaga dużych umiejętności, a najlepiej pomocy innej osoby.  Mnie zamotała pewna pani, a potem przez godzinę tworzyłam z 3-miesięczną P. jeden organizm. Miałam wrażenie, że nawet serca biją nam w tym samym rytmie, choć to niemożliwe.

   Ona spała jak kamień, ja mogłam bujać dwa inne wózki. To się nazywa racjonalizacja pracy!

   A że wygląda się trochę jak słonica w ciąży... A co tam!

 

DSCF8015b.jpg

 

   Ostatnio mieliśmy hardcore - biegunka na pokładzie! Nie wiadomo,  kto przywlókł francę, w każdym razie trójka moich maluchów chorowała na przemian. Boże, dlaczego dałeś mi tylko 2 ręce???

   Każdego umyć, ubrać w suche, i utulić, żeby zasnął, a następne płaczą w niebogłosy… Matko!

 

   W takich chwilach naprawdę czuję się potrzebna.

I  szczęśliwa i wyluzowana jak kaczka na półmisku.

I ziewam jak smok wawelski wracając po 3-4 godzinach do domu.

 

Więc proszę nie pisać, że to godne podziwu, że poświęcenie...

 

Żadne poświęcenie, to sama przyjemność. :-))

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Jadwiga, czyli "Jej podróże z lotką".

wtorek, 20 czerwca 2017 14:15

P1050091.jpg 

  

    Poznałam Jadwigę kilka lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem i książką. Z naszego pierwszego spotkania wyniosłam taki jej wizerunek: urocza, zadbana starsza pani z fryzurą w idealnym odcieniu siwizny, serwująca wybitne ciasto (dietę trafił szlag) i zimową herbatę z kardamonem w pięknej porcelanie, która opowiadając mi o swoim następcy w Związku Badmintona użyła takich oto słów (przepraszam, cytuję):

 


- Helenko, jak on mnie wtedy zjebał...
 
   Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak osłupiałam.
Ale to jest właśnie cała Jadwiga. Z jednej strony kulturalna do bólu, oczytana, wrażliwa, z drugiej silna, odważna, klnąca jak szewc.

   Poprosiła mnie o zrecenzowanie jej książki „Moje podróże z lotką”, nie wiedząc co czyni. Albowiem ja na sporcie nie znam się w ogóle. Mało tego - sport mnie zupełnie nie interesuje, a to stoi jakby w sprzeczności z treścią życia Jadwigi.
   Ale mówi się trudno. Spróbuję.

 

Moje podroze 3D 300 dpi.jpg

   Bałam się, że książka będzie traktować wyłącznie o sporcie, ale co najmniej jedna trzecia opowiada o zawiłych losach najbliższej rodziny, a potem i samej Jadwigi od chwili narodzin. Ta część wzbudziła we mnie ciepłe wspomnienia, bo tak jak ona byłam wysyłana na wieś do dziadków i tak samo czekałam na chleb skropiony wodą i posypany cukrem.
   Wprawdzie nie doświadczyłam takich przygód, jak upicie świń wiśniami z nalewki czy sikanie (w celu dezynfekcji) na stopę przebitą widłami, ale pewnie nikt poza Jadwigą takich przygód nie miewa.
 
   Generalnie jeśli ktoś rodzi się dokładnie podczas bombardowania (w 1945) - jakby nie mógł poczekać dzień lub dwa - z definicji stworzony jest do tego, żeby biec. Ona nie mogła zostać księgową, bibliotekarką czy manicurzystką. Ani malarką, hafciarką ani nawet pracownikiem naukowym PAN.
   Ona musiała iść na wojnę z urzędami, robić karierę, szaleć po świecie, rewolucjonizować sport, tworzyć w Polsce nową dziedzinę olimpijską.

   Nie została światowej sławy muzykiem, choć grała od małego, bo to pewnie było dla niej zbyt statyczne. Nie poszło jej na studiach prawniczych - chyba z tych samych powodów.

   Skoro zajęła się sportem - to przecież NIE SZACHAMI, na Boga!

   Czytając jej biografię dochodzę do rewolucyjnego wniosku: Jadwiga nie jest normalnym człowiekiem! Podejrzewam, że ma układ ze swoimi kotami, które za odpowiednią opłatą użyczają jej swoich żyć.
   Nie jest bowiem normalne, żeby jedna osoba, nawet jeśli urodzona w czepku, pomieściła w swoim życiorysie tyle zdarzeń, tyle zwrotów akcji, wychodząc cało nie tylko z porodu. Oblanie paliwem i podpalenie przez rodzonego ojca (oczywiście niechcący) to tylko jeden przykład.
   Tłukła się już z chłopakami w szkole i całe jej dzieciństwo potwierdza tezę, że lanie dziecka w dupę nie działa.
W porównaniu z jej przygodami Pipi Langstrumpf to prymuska z kółka różańcowego.

   No, a jej kariera w organizacjach sportowych to już materiał na parę książek. Ludzie z branży na pewno z przyjemnością powspominają wydarzenia, które opisuje. Przy czym oczywiście byłoby za proste, gdyby ograniczyła się do jednej dziedziny sportu. Ależ nie, od instruktorki judo przeszła do szermierki, żeby wreszcie zająć się badmintonem. Zapewniła sobie w ten sposób czytelników z trzech różnych dziedzin.:-)))
 
   Dla mnie jako ignorantki nie interesującej się sportem, a co dopiero jego historią, najciekawsze są wspomnienia z czasów zatęchłej komuny, kiedy zdobycie biało-czerwonych dresów na międzynarodowe zawody było jak zdobycie Mount Everestu. Jadwiga z lekkością opisuje zorganizowanie żarówek dla doświetlenia hali, tkaniny na zasłony, rakietek i lotek do badmintona, czy prowiantu do wykarmienia drużyny, chociaż każdy kto pamięta lata 70-80-te może sobie wyobrazić, jak tytaniczna była to praca. 

   No, ale jak się było bliską współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...

 
   Przy czym nasza autorka nie wykazuje się fałszywą skromnością, z dumą opowiadając o swoich OSOBISTYCH sukcesach w tej dziedzinie. Nie przeszkadza mit to, gdyż akurat lubię i cenię kobiety, które znają swoją wartość i umieją się pochwalić. W końcu nie każdy wpadłby na to, żeby do zawieszenia żarówek na wysokości 11-12 metrów wynająć Związek Alpinizmu…

   Cóż dodać? Cieszę się, że energia Jadwigi została skanalizowana chociaż na chwilę, znajdując ujście w tej książce.
Bo kiedy zaprowadziłam ją do swojego rehabilitanta (niby ma problemy ze stelażem), to w pewnym momencie musiałam ryknąć, żeby zaczęła chociaż trochę wyglądać na chorą, bo nas wyrzucą z przychodni jako symulantki.
 
   Jadwiga przeżyje nas wszystkich i pewnie jeszcze niejedno napisze.:-))

 

No, ale jak się ma takie koty...

 

Blog Jadwigi: http://www.okiemjadwigi.pl/

 


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Ciszej nad tą trumną, czyli moje rozważania o terroryzmie

środa, 14 czerwca 2017 17:07

 

 

   Nie, nie będzie o Smoleńsku, o przymusowych ekshumacjach i szarganiu pamięci tych, co tragicznie zginęli.

 

   Od jakiegoś czasu dręczy mnie pytanie, jak media wpływają na rzeczywistość w kontekście ataków terrorystycznych.

 

   Nas to na szczęście jeszcze nie dotyka, ale tak sobie myślę bardziej globalnie i dochodzę do wniosku, że – mogę się mylić -  najmądrzejszym posunięciem w obecnej sytuacji  byłby całkowity zakaz relacji z pola bitwy.

 

   Wiem, że to prawie niemożliwe, bo media żyją każdym zamachem, mniejszym czy większym, przez co najmniej  tydzień i ciężko im będzie wydrzeć taką gratkę.

   Ale skutki tego są niestety daleko bardziej tragiczne, niż tylko wzbudzanie w ludziach strachu i paniki, czy nakręcanie ksenofobii i rasistowskich gestów, takich jak wyrzucenie z autobusu czarnoskórego mężczyzny.

 

   Dużo gorsze jest nieświadome prowokowanie dalszych zamachów. 

 

    Weźmy jakiegoś życiowego nieudacznika, klepiącego biedę na bezrobociu, czy pracującego fizycznie bo nie chciał się uczyć, choć państwo (W. Brytania, Francja, Niemcy etc.) stworzyło mu ku temu warunki. Tydzień po tygodniu ogląda on w telewizji i na czołówkach gazet portrety innych nieudaczników, którzy nagle urośli do rangi bohaterów. Wprawdzie bohaterów mediów, ale zawsze bohaterów.

   Nasz nieudacznik widzi, z jakim zapałem media śledzą rodzinę tamtego, historię jego życia, przepytują sąsiadów i nauczycieli i wałkują, ględzą w kółko na ten temat, wciąż pokazują zdjęcia ofiar zamachu, paniki, krwi.

 

    I przychodzi mu do głowy pomysł, żeby choć raz w życiu tak znaleźć się w centrum zainteresowania. Zaistnieć jak Herostrates, sprawić, że mówi o nim cały świat a ilość ludzi, która pozna jego nazwisko będzie się liczyła – bez przesady – w miliardach.

 

   Prawda że kuszące?

 

   Zwłaszcza, że nie każdy terrorysta wysadza się od razu w powietrze. Część z nich przez jakiś czas nawet unika schwytania.

 

    Co by było, gdyby o zamachu wiedzieli tylko najbliżsi uczestnicy, ich rodziny i Policja? Gdyby nie upubliczniano żadnych portretów, krwawych szczegółów, powiązań? Gdyby żadne ISIS nie mogło wypinać piersi i „przyznawać” się do zamachu, bo nikt by go nie pytał, ani nie podawał dalej?

 

   Nie wiem, czy medialna wrzawa przy okazji każdego zamachu choćby w jednym promilu przyczyniła się do szybszego schwytania sprawcy lub jego zleceniodawców. Czy oprócz epatowania dramatycznymi obrazkami cokolwiek dobrego ona wnosi? Myślę że wątpię…

 

   Zwłaszcza, że jak wielokrotnie już podawano, liczba ofiar zamachów terrorystycznych w Europie od lat 70-tych znacznie przewyższała dzisiejszą. Wystarczy spojrzeć na to zestawienie:

 

http://www.wykop.pl/ramka/3085993/ofiary-atakow-terrorystycznych-w-europie-od-1970-roku/

 

   Liczba ofiar IRA, ETA, Baader-Meinhof i innych przekraczała 400 osób rocznie! Wobec tych liczb obecne ataki w których ginie 5 czy 25 osób, z całym szacunkiem, to nie tak wiele.  Ale wtedy nie było internetu, zaś terroryści byli dużo bardziej bezczelni. Porywali się na premierów, kanclerzy, ministrów.

   Dziś każdy atak, nawet jeśli jego zasięg jest znikomy, urasta do rangi III wojny światowej.

A przecież dokładnie o to chodzi prawdziwym zbrodniarzom.

 

    Dzisiejsi terroryści to w ogromnej masie owi nieudacznicy, nawet niespecjalnie religijni, co zostało udowodnione. Nie islam popycha ich do ataków, tylko wpływ silniejszych przywódców, którzy obiecują im gruszki na wierzbie (dziewice w raju, tratata) w miejsce dzisiejszej beznadziei. No i ta sława...

 

   Może by tak spróbować odciąć ich chociaż od tej sławy? Od informacji, ile wyrządzili zła, od widoku zakrwawionych ludzi, płaczących dzieci. Nie podawać nawet ilości ofiar. Niech zamachowcy, jeśli żyją, lub ich towarzysze zastanawiają się, czym właściwie skończył się ten zamach. Czy warto było?

   Obywatelom nic się złego nie stanie, jeśli przestanie się ich straszyć. Mam wrażenie, że wręcz może im się polepszyć. Bo co się dzieje, kiedy ludzie się boją podczas koncertu czy meczu? Ano mają miejsce takie tragedie jak w Turynie, kiedy niewinny hałas wywołał panikę z tragicznymi skutkami.

 

Mylę się?


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 23 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  2 933 039