Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 973 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3012602
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12667
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Druga część powrotu z wakacji, czyli Austria baśniowa

środa, 20 września 2017 22:05

 

   W drodze powrotnej przez Austrię zaplanowałam jeszcze kilka atrakcji. Jedną z nich miał być niesamowity wąwóz Liechtensteinklamm, z chodnikiem przyklejonym do skały nad rwącą rzeką i ścianami niemal zamykającymi się nad głową.

   Ale tu spotkało nas zaskoczenie i niech będzie pochwalony Google. Już wiem, dlaczego pracownikom zapewnia się tu najlepsze warunki pracy na świecie. Muszą być naprawdę kreatywni.

   Otóż najeżdżając w google.maps.pl na ów wąwóz zobaczyłam nagle napis "zamknięte". Nigdy się z tym nie spotkałam, żeby na mapie zaznaczano taki fakt. Zaczęłam szperać na austriackich stronach i co się okazało - w maju 2017 część owych stromych skał zarwała się nad głowami turystów. Kilkaset ton kamieni poleciało w dół. Parę osób odniosło niewielkie obrażenia, a 17 zostało uwięzionych i trzeba ich było wydostawać przy pomocy lin. 

   Sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda źle. Prawdopodobnie nikt nie chce wziąć na siebie ryzyka i wpuścić tam znów turystów. A naruszenie struktury skał powoduje, że w każdej chwili może się ona oberwać w innym miejscu.

Tak więc jedna atrakcja nam przeszła koło nosa.

 

    No to pojechaliśmy prosto do Werfen, gdzie stoi rzeczony zamek z poprzedniego wpisu. A nasz pensjonat stoi dokładnie na drodze do drugiej atrakcji Werfen - największej na świecie jaskini lodowej. Eisriesenwelt to ewenement na skalę światową. Długość odkrytych korytarzy to 42 km, z czego jeden kilometr jest stale skuty lodem.

   W wielkim gmachu nabywamy bilety po dość zaporowej cenie 24,- Euro/os. Następnie szosą podchodzimy ok. 20 minut w górę, skąd rozciągają się bajeczne widoki na okolice. Jesteśmy już powyżej 1000 m.

   Te widoki podziwiamy dopiero w drodze powrotnej, ponieważ rano wszystko tonęło w gęstej mgle. W tej mgle dochodzimy do stacji kolejki linowej (chyba najbardziej stromej w Europie), która wwozi nas na wysokość... Tu wychodzimy nad chmury, a to jest to, co tygrysy lubią najbardziej...

 

DSCF8809.jpg

 

DSCF8822.jpg

  

   Teraz już niemal w słońcu znów idziemy pieszo dobrze przygotowaną i zadaszoną (w obronie przed kamieniami) ścieżką. Po 15 minutach dochodzimy do wielkiej dziury.

To wejście do jaskini, na wysokości 1840 m.

 

DSCF8820.jpg

 

   Do jaskini wchodzi się tylko z przewodnikiem. Dostajemy lampy karbidówki do ręki i ruszamy. Przez 1,15 godz. drapiemy się 700 stopni w górę i tyleż w dół, oglądając niesamowite lodowe formy, stalaktyty i stalagmity z lodu. W jaskini jest absolutny zakaz robienia zdjęć, nie miałoby to zresztą sensu, gdyż panują tam ciemności. Oświetlają ją jedynie nasze latarki i magnezja palona przez przewodnika.

 

   Za to całkowicie legalnie można pobrać zdjęcia z ich strony, co niniejszym czynię. Tu oświetlono jaskinię specjalnie.

 

hymirburg.jpg

 

hugin.jpg

 

Friggas_Schleier.jpg

 

eisformation_2.jpg

 

     Wrażenie jest niesamowite, w połączeniu z ciekawostkami opowiadanymi przez pana. Na przykład to, że doliczono się ok. 5000 "słojów" z lodu, co nie musi odpowiadać faktycznemu wiekowi jaskini.           

   Bywają bowiem mroźne zimy, kiedy jaskinia się zamyka i woda nie ma szansy wcieknąć do środka, żeby utworzyć nową warstwę. Bywają też zimy ciepłe a lata gorące, kiedy cała warstwa potrafi się wytopić i roku jakby nie było.

    Również lodowe "postacie" nie są takie trwałe jak te skalne. Oglądaliśmy "słonia", który właśnie przez ostatnie lato stracił trąbę, za to zaczął mu na plecach wyrastać róg! Może więc być, że za rok-dwa zamiast słonia przewodnik będzie pokazywał turystom "rekina".  

 

   CDN


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Powrót z wakacji, czyli nie samym Wiedniem Austria żyje...

niedziela, 17 września 2017 17:46

 

   Znając siebie wiedziałam, że po 10 dniach pobytu w Dolomitach (oczywiście jeśli opatrzność okaże się łaskawa względem pogody), będziemy mieli dość łażenia po górach. A że trzeba jakoś wykorzystać pozostałe 2-3 dni urlopu, przysiadłam do wujka Gugla i poszperałam.

 

   Z Dolomitów można wracać dwiema drogami - przez południe Austrii (Klagenfurt, Graz na Wiedeń), lub przez zachodnią Austrię czyli Salzburg.

   Wybrałam drugi wariant, gdyż ziemia Salzburska budziła większe nadzieje na ciekawe turystycznie rzeczy. Nie musiałam długo szukać. Od razu wpadłam na artykuł o skarbach tych okolic i to był trafny wybór.

 

    Sam Salzburg i okolice śmiało wystarczą na tydzień zwiedzania, ale to mamy już za sobą. Ułożyłam więc trasę złożoną z zupełnie nowych miejsc, poczynając od Krimml, oddalonego od naszej dolomickiej Corvary o 175 km.

   Krimml to malutkie miasteczko znane chyba tylko z jednej atrakcji - gigantycznego wodospadu. Wprawdzie jest to dość wąski strumień wody (najwyżej kilka metrów), za to licząc od góry - jeden z najwyższych na świecie. Ma trzy progi i dwukrotnie zmienia kierunek spadania. W sumie to prawie 400 metrów różnicy poziomów!

 Dodam, że Niagara ma "zaledwie" 2 kaskady po 50 metrów.

 

DSCF8693.jpg

 

      W pobliże wodospadu wchodzi się za 3 Euro/os. Trzeba podejść 10 minut przez las do placu z pamiątkami, skąd widać (a zwłaszcza słychać) jego dno. Nie warto się do niego za bardzo zbliżać, bo podmuch spowodowany spadającą wodą zdziera z człowieka ubranie i żadna folia nie zabezpieczy przed przemoknięciem. O zdjęciach też można zapomnieć.

 DSCF8694.jpg

 

    Znacznie ciekawiej jest iść w górę starannie przygotowaną ścieżką, podziwiając ten żywioł z licznych tarasów widokowych. Tu przynajmniej aparat ma jakieś szanse, bo na dole panuje jedna wielka mgła z rozpylonej wody.

   Proszę zwrócić uwagę na muzułmanki. Są ich tu tłumy. 

 DSCF8730.jpg

 

DSCF8728.jpg

 

    Po godzinnym drapaniu się ostro w górę dochodzimy do pierwszego przełomu. Można iść dalej, ale byliśmy zmęczeni, mżyło, właściwie najciekawszą część już zobaczyliśmy, a chcieliśmy jeszcze zdążyć na kolejną atrakcję. Sam wodospad wypłaszcza się powyżej drugiego progu i na odcinku kilkuset metrów płynie jako rwąca rzeka. Potem dochodzi się do najwyższego progu, który ma ok. 140 m wysokości, a woda spada z niemal pionowej skały.

 

DSCF8710.jpg

 

DSCF8703.jpg 

 

   Jestem lokalną patriotką, ale muszę niestety przyznać, że nasze Wodogrzmoty Mickiewicza, nawet w fazie największych opadów nie mogą się z tym równać.

Fascynujące przeżycie.

 

   Z Krimml ruszyliśmy na północny wschód i po 110 km dotarliśmy do Werfen.

Werfen to też nieduże miasteczko, ale strasznie rozpasane z trzech powodów:

bliskości Bischofshofen, a więc konkursów w skokach narciarskich, zamku Hohenwerfen i gigantycznej lodowej jaskini.

    Tego dnia zdążyliśmy zwiedzić tylko zamek.

 

 DSCF8780.jpg

 

   Jeśli komuś wyda się znajomy, to tak być powinno. Zamek ten posłużył za miejsce akcji filmu "Tylko dla orłów" z 1968 r., gdzie wystąpił pod nazwą Schloss Adler. Jednakże kolejka, którą komandosi wjeżdżają na górę, została wypożyczona z innego zamku. Ten kolejki w czasie kręcenia filmu nie posiadał, zbudowano ją później. jest nowoczesna i strasznie stroma.

 

 DSCF8736.jpg

 

   Sam zamek, jak to zamek, ma swoje ciekawostki, lochy, dzwonnicę, wieżę zegarową, obronne mury, wraz z toaletą dla żołnierzy, czyli dziurą w murze itd.

Bardziej fascynujące jest otoczenie zamczyska, czyli złowieszczo wiszące nad nim strome alpejskie szczyty.

 

DSCF8763.jpg

 

 

DSCF8775.jpg

 

    Dodatkową atrakcją są tu popisy drapieżnych ptaków, jednak mogliśmy je obejrzeć tylko w swoich kwaterach. One występują tylko dwa razy dziennie. Niech mi ktoś powie, CO TO ZA PTAKI??? Bo przecież nie sokoły! A jakiego innego ptaka (oprócz gołębia) można tak wytresować?

 

DSCF8758.jpg

 

DSCF8760.jpg

 

   Rezerwując nocleg w Werfen kierowałam się głównie ceną, bo jak wspomniałam, miasteczko jest rozwydrzone, a ceny sięgały nieprzyzwoitych poziomów. Znalazłam miły pensjonat Zaismann, który znajduje się na kompletnym odludziu, ale brak cywilizacji kompensuje takim oto widokiem z tarasu:

 

DSCF8790.jpg

  

     Dodatkową zaletą jest jego położenie w bezpośredniej odległości od drugiej atrakcji, ale o tym następnym razem.

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

 -         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Czy to tylko skłonność, czy już uzależnienie?

piątek, 01 września 2017 11:08

 

    Siedzę w schronisku Re Alberto na wysokości 2600 m i gapię się na otaczającą mnie koronę gór w niemym zachwycie.

 

 góry.jpg

 

To schronisko w dole mijaliśmy pół godziny temu. Teraz jesteśmy 300 m wyżej.

 

DSCF8384.jpg

 

   Wbrew wszelkim regułom jem strudla z bitą śmietaną....

Ten strudel wyjątkowo nie składa się wyłącznie z wyrzutów sumienia, tylko z samych jabłek, a śmietana (po włosku "panna) jest bez cukru:)

 

   Żeby się tu znaleźć wstałam o 5,00 (piątej!!!) rano, a o 6.00 wraz z krowami wylegującymi się przy szosie podziwiałam różowy wschód słońca nad Dolomitami.

 

wschód.jpg

 

Taki los, kiedy człowiek chce dać dowód miłości i sfilmować małżonka, jak drapie się z przewodnikiem i liną na kolejną z trzech wież Torri del Vajolet.

 

Torri.jpg

 

   Za sfilmowanie poprzedniej wspinaczki nasz wielebny kolega obiecał, że będzie świadkiem w moim procesie beatyfikacyjnym.

  Nakręciłam włażenie - ile się dało. Potem panowie zniknęli za załomem i tyle ich widziałam. Dadzą znać kiedy wylezą na wierzchołek.

Tak wygląda dzisiejszy przewodnik, Ricardo:

 

DSCF8385.JPG

 

   Jem więc strudla i patrzę na moje osmalone słońcem dłonie, a zwłaszcza wypalony na krasno pasek na nadgarstku. Raz popełniłam błąd, zegarek wysokościowy został w aucie, a na ręce mimo blokera 50+ pojawiła się krwista smuga. Cóż, skóra nieprzyzwyczajona...

 

   W górskich buciorach czuję każdy palec. 2 dni temu zaliczyłam zejście z Tofany di Dentro (3228 m) jednym ciągiem. Różnica poziomów 800 m, czas zejścia 3,5 godz. Palce u stóp dostały tak w kość, że nacisk puchowej kołdry do dziś sprawia ból. Cóż, stopy nieprzyzwyczajone...

 

   Mózg za to totalnie wziął sobie wolne. Po czym to poznać? Ano po zmniejszonym zapotrzebowaniu na paliwo. Zawsze słyszałam, że mózg żywi się wyłącznie glukozą. Mój mózg pożera i węglowodany i tłuszcze, a nawet witaminy. W pracy co 3 godziny odczuwam atak wilczego głodu. W górach, mimo morderczego wysiłku fizycznego, jestem w stanie przeżyć dzień na 1-2 kanapkach, bez uczucia ssania w żołądku.

   Ergo - sposobem na rozwiązanie problemu głodu na świecie, jest pozbawienie ludzkości mózgu. Zaczęłabym od naszych rządzących, gdyby ten proces już się samoistnie nie zadział...

 

 

   Ostatni z symptomów, który uświadamia mi, że nie przebywam w swoim zwykłym środowisku - serce wali jak na wyścigach, choć siedzę spokojnie od 15 minut. Domaga się tlenu, którego tu jest o 30% mniej, niż na nizinach. Nie jestem Indianką z Andów, mam tyle czerwonych krwinek ile mam. Za parę dni krew się zagęści, serce zwolni bieg.

   Ale wtedy pewnie trzeba będzie już wyjeżdżać...

Szkoda.

 

 

PS. Panowie wrócili. Ledwo zdążyłam rozłożyć papiery, kiedy walkie-talkie zaryczało coś, z czego zrozumiałam, że już zjeżdżają z wierzchołka. Dobrze że zdążyłam ustawić kamerę... Byłby obciach, gdybym przegapiła taki piękny zjazd...

 

 

 

Wciąż zapraszam na blog okazjonalny, helenarotwand.bloog.pl.

Adres różni się tylko myślnikiem, ale w treści...

 


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Urlop!!!!!!!!!!!!!

niedziela, 27 sierpnia 2017 7:44

 

  Uprzejmie donoszę, że doczekałam się wreszcie zasłużonego urlopu. Na niemądre pytanie typu "Dokąd" odpowiem cierpliwie, że oczywiście w Dolomity. To już będzie 11-sty raz... Cóż, niektóre rzeczy nie nudzą się nigdy, jak chrupiący wiejski chleb z masłem.

 

  Będę donosić z frontu, a tych, których interesują bardziej techniczne szczegóły ferrat zapraszam na górski blog helenarotwand.bloog.pl.

 

   Na razie pogoda przywitała nas najpierw słońcem, potem gradobiciem i piorunami.

 

DSCF8221.jpg

 

   Wierząc jednak w nasze szczęście do pogody, nie załamujemy się :))

 

Do poczytania!


Podziel się
Tagi: Dolomity

komentarze (9) | dodaj komentarz

Trzymajcie się z dala od "SYMPATII".

czwartek, 10 sierpnia 2017 13:25

 

    Obiecałam pewnemu portalowi, że go obsmaruję na blogu i słowa dotrzymam.

 Albowiem "chamstwu należy się przeciwstawiać siłom i godnościom ...."

 

   Przede wszystkim osobom niepraktykującym wyjaśniam, iż życie na portalach typu "Sympatia" naprawdę nie ogranicza się do szukania okazji na szybki numerek. Wbrew pozorom loguje się tam sporo osób, które nie  szukają trwałych związków czy seksualnych przygód, a jedynie pragną poznać kogoś tak zwyczajnie do pogadania. Przecież oprócz zawierania znajomości można tam np. prowadzić blogi, albo wdawać się w zacięte dyskusje, jak na innych forach.

 

   Życie osób, które tam trafiają, to często praca-dom-praca-dom. Jeśli ktoś ma trochę więcej ambicji i potrzeb towarzyskich, gdzie ma poznać nowe twarze?

Ano, na przykład na takim portalu.

 

   Pisząc książkę też skorzystałam z tej możliwości. Zaowocowało to paroma świetnymi znajomymi, z niektórymi utrzymuję kontakt do dziś.

 

   Ostatnio postanowiłam odświeżyć swój profil na Sympatii, gdyż poprzednie zdjęcie ściągało zbyt wielu popaprańców, którzy zaśmiecali mi skrzynkę. Ponieważ od wielu miesięcy nie płaciłam abonamentu, uiściłam zawrotną kwotę 25 zł za 3 miesiące, zmieniłam zasadniczo opis i po długich rozmyślaniach zdecydowałam się jako profilowe wstawić zdjęcie z gór (a jakże!), w kasku i ciemnych okularach.

 

   Nie mam pojęcia o co chodziło moderatorom z Sympatii, ale po wielu godzinach czekania przeczytałam, że to zdjęcie zostało odrzucone (!!!). Nie nadaje się!

 

   Potraktowałam to jako oczywistą pomyłkę, więc napisałam do BOK-u pytanie, co im nie pasuje. Wszak ludzie wstawiają na S. przeróżne zdjęcia, ubrane lub półnagie, w okularach i bez.

Moje pytanie zostało odczytane, ale odpowiedź nie przyszła.

   Napisałam ponownie, bardziej już wkurzona, rezultat był ten sam, czyli żaden.

 

   Sytuacja stała się patowa. Nie da się tam zadzwonić, bo numeru nigdzie nie podają. Pisać można tylko przez stronę, a to nie daje żadnej gwarancji kontaktu. Mój ostatni mail w ogóle nie został odczytany (przynajmniej nie mam potwierdzenia).

   Można walić głową w mur, a Sympatia na to gwiżdże. Niby pieniądze nieduże, ale jednak umoczone. I to nie w przekręcie na wnuczka, czy buchnięte przez hakera, lecz  w majestacie prawa, na portalu, który chełpi się posiadaniem siedmiu milionów klientów (???).

 

   Cóż, poddałam się. Zlikwidowałam swój profil na Sympatii, życząc obsłudze, żeby się udławiła moimi dwudziestoma pięcioma złotymi.

 

   Teraz mogę tylko poradzić wszystkim zainteresowanym, żeby poszukali sobie innego kawałka podłogi. Jest ich wiele. Może są tam inne ciekawe opcje.

   Bo z niezrozumiałych powodów blogi na Sympatii z dnia na dzień zostały zlikwidowane i wyparowały w kosmos. To był pierwszy sygnał, że coś z tym portalem jest nie tak.

 

   A ludziom naprawdę czasem zależy na zwykłej wymianie myśli. 

Może nie tak publicznie jak na Facebooku, tylko bardziej prywatnie.

   Ale widocznie Sympatii nie chodzi o takie łączenie ludzi. Może odpowiada jej wyłącznie rola sutenera, prowadzącego wirtualny burdel? Dlatego zdjęcie we wspinaczkowym rynsztunku nie pasuje do obrazka...

 

Szkoda.

 

Tak apropos, moją książkę nadal można kupić w sieci.

"Opętanie, czyli zgubne skutki masażu stóp".


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 012 602