Bloog Wirtualna Polska
Są 1 272 244 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3067534
Wpisy
  • liczba: 588
  • komentarze: 12750
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2498 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


A może by tak pooglądać telewizję...?

wtorek, 14 listopada 2017 17:15

 

   Wiem, że w dobrym tonie jest nie posiadać telewizora w ogóle. Dobrze jest się tym pochwalić w towarzystwie, co niestety nie uchroni przed płaceniem haraczu na telewizję publiczną, jeśli Kurski dopnie swego.

   Coś jednak trzeba robić w te długie  wieczory, kiedy „za szybą deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…”?

   Intelektualiści oczywiście zakrzykną: Czytać!

No jasne, czytać… Problem w tym, że moje oczy nie idą w parze z młodym duchem i o godzinie 20.00 praktycznie odmawiają posłuszeństwa.

   Ekran komputera męczy jeszcze bardziej, ale tam chociaż można powiększyć czcionkę. Z książką nie zrobi się nic.

 

   Ponadto – nie boję się tego wyznać – lubię czasem dobrą telewizję (DOBRĄ czyli nie TVP). Mam dla niej 0,5-1 godziny dziennie.

Lubię Teatr Telewizji, zwłaszcza stary, przedreżimowy.

Lubię oglądać stare filmy, bo nie chcę i nie umiem ściągać piratów.

Lubię też – o zgrozo! – współczesne seriale, choć tylko te najlepsze.

 

   Od kiedy  zaczęto produkować świetne serie typu Detektyw, Utopia, Tabu, Fortitude, czy nasze polskie: Wataha, Belfer, Pakt, wróciła dawna potrzeba śledzenia losów bohaterów. Wprawdzie to już nie te wypieki na twarzy, z jakimi czekało się w przaśnym PRL-u na kolejny odcinek Dynastii czy Powrotu do Edenu, ale oryginalna fabuła może wciągnąć i teraz.

 

   Większość seriali ludziom umyka, zwłaszcza jeśli jest to np. produkcja czeska, jak wybitne „Pustkowie”, lub przyjemne dziełko Hrebejka „Aż po uszy”. Dodam, że oba wyprodukowało HBO, podobnie jak czeską wersję naszego Paktu pt. Układ.

    Rzeczone seriale przeważnie są krótkie, 6-8 odcinków max. Z niektórymi ciężko się pożegnać, a po zakończeniu emisji człowiek czuje się jakiś taki…osierocony. Tak było z Tabu Toma Hardy'ego i z Utopią.

   Za to nie udało mi się polubić nowego Miasteczka Twin Peaks. Za cholerę nie mogłam poczuć klimatu, połapać się w chorych wizjach Lyncha i podzielić zachwytów publiczności w Cannes. Pachnie mi tu strasznym snobizmem i wmawianiem sobie czegoś, czego nie ma.

 

   Jest jeszcze jeden problem – im lepszy serial, tym cięższa tematyka. W Belfrze młodzież szkolna (i to z dobrych domów) generalnie ćpa, chleje, podbiera starym broń i pyskuje nauczycielom.

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie..."

Czarno to widzę.

 

   Utopia to z kolei wizja szalonych naukowców, którzy próbują zmniejszyć populację Ziemi o połowę, albo i więcej, bo jest nas za dużo.

 

O House of Cards nie muszę się wypowiadać, wszyscy chyba wiedzą kim był/jest Francis Underwood.

Gry o Tron nie zaczęłam nawet oglądać, nie moja bajka.

Hannibal był znakomity, tyle że też makabryczny.

 

   No, a Wataha to już prawdziwy Armagedon – skorumpowani pogranicznicy, bandyci przeprowadzający przez góry uchodźców, narażający ich na śmierć lub deportację, naziści podpalający domy dla azylantów, krety na każdym szczeblu władzy. Oto dołujący obraz dzisiejszego świata. I to gdzie??? W moich świeżo pokochanych Bieszczadach!

 

   Czasem marzy mi się program telewizyjny, złożony wyłącznie z filmów typu Pół żartem pół serio, Seksmisja, Pretty woman, Młody Frankenstein, Top secret, Pani Doubtfire i Nietykalni.

   Ale świat niestety tak nie wygląda, a filmów od których człowiekowi robi się lepiej na duszy jest coraz mniej.

Pora umierać...

 

PS. Utopię będą powtarzać na TVP Kultura w soboty, począwszy od 18.11 w późnych godzinach (23.45 czy coś) po dwa odcinki. Kto nie oglądał, radzę sobie nagrać. Choćby żeby posłuchać muzyki na napisach końcowych. Kompletny odjazd.


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Trzeba wrócić w Bieszczady, bez dwóch zdań...

czwartek, 26 października 2017 22:16

 

  Zapewne wrócę w Bieszczady… kiedyś…
Jeszcze nie wiem kiedy, ale postanowienie jest.
Tym razem nie będę szukać następnych cerkwi, bo wyrosłam już z etapu, kiedy w danym miejscu chciałam zwiedzić WSZYSTKO. Może wejdę na jakąś górę, ale z pewnością nie będzie to celem samym w sobie.

   Jeśli uda mi się tam wrócić, to będę szukać ludzi.

   Konkluzja kontaktów z tubylcami nasuwa się jedna: W Bieszczadach nasycenie ludności w inteligentów jest wyższe niż w Warszawie, a może i w samym Krakowie.
Jednak czasy Siekierezady dawno minęły i raczej trudno wyobrazić sobie obecnie zbiegłych przestępców, którzy szukają tam azylu. Ci, którzy od jakichś 30 lat zasiedlają te tereny, to głównie zmęczeni korporacyjnym wyścigiem inteligenci.

   Imają się przeróżnych zajęć. W związku z aktualną modą na Bieszczady rozwinęli tam sieć agroturystycznych gospodarstw i przydrożnych karczm. Produkują kozie i owcze sery (np.huculskie). Lepią anioły. Pieką „śpiewający chleb”. Malują ikony i mandyliony. Wyciskają zioła zerwane na łące i robią z nich nalewki (pokrzywa, noszczyk, czarny bez - pycha. „Bieszczadzkie Smaki”.)
Zbyt mało miałam czasu, żeby ich więcej poznać, ale dla nich chcę tam wrócić.
 
   Wszędzie powtarza się podobny schemat - „Kiedy z żoną na randkę zacząłem się umawiać pisemnie, bo już w ogóle się nie spotykaliśmy…”. „`Po pierwszym zawale zacząłem myśleć, dokąd gnam…” itp.

   Kupno ziemi czy gospodarstwa tutaj graniczy z cudem, bo ze względu na pogmatwane powojenne losy miejscowych, niemożliwością jest zawrzeć dziś umowę z jednym spadkobiercą. Zwykle jest ich kilkunastu, z czego połowa za granicą.
   Nie przejmują się tym, dzierżawią. Choć nadal są tu miejsca gdzie komórka jest martwa jak pień, a Wi-fi „lata po wsi”, jak nam powiedział jeden gospodarz, nowi lokalsi nie narzekają na brak kontaktu ze światem.
   Przeciwnie, jak powiedział nam właściciel „Bieszczadzkich Smaków” - mam teraz znajomych na całym świecie, tu się nie można nudzić. Oto on.

 

DSCF9096.JPG



   Poznaje się ich zjeżdżając z głównych szlaków i już nawet nie trzeba się zapuszczać w ostępy rodem z „Watahy”.  Otwierają swoje małe przedsiębiorstwa kilka-kilkanaście kilometrów od Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej.

   Co do „innych” ludzi w Bieszczadach (czyli turystów), to mamy teraz szczęście w nieszczęściu. Szczęście, że jest gdzie spać i co zjeść, bo - patrz wyżej. Nieszczęście, bo lokalne parkingi (jeśli w ogóle są) nie są w stanie pomieścić tych tabunów przyjezdnych, a w takiej Cisnej w połowie października do knajpy nie dało się wcisnąć palca. Problem jest też z personelem. Wszyscy Ukraińcy wyjechali chyba do pracy w Warszawie, tam nie spotyka się nikogo ze wschodnim akcentem. Brak ludzi oznacza długie oczekiwanie na najprostszy posiłek czy napitki, co przy moim napiętym jak guma w gaciach programie było niezwykle bolesne.

   O mały figiel upadłby też plan z Kolejką Bieszczadzką, którą postanowiłam się jednak przejechać. (Tak to jest, jak człowiek jest „miętki” i nieodporny na sugestie).
   Specjalnie zanocowaliśmy w Majdanie, na kompletnym zadupiu, gdzie nie ma nawet baru, żeby rano komfortowo podjechać do stacji kolejki jako pierwsi. Stawiliśmy się o 9.05, choć pociąg miał startować o 9.30. Kiedy dobiegłam do kasy, usłyszałam jak panienka mówi przez megafon: Zakończyliśmy sprzedaż biletów na 9.30 oraz na 10.00.
Uruchomimy dodatkowy pociąg o 13.00!!!!!

   Kot W Butach na Shrecku to pikuś, wobec mojej miny. Musiałam być przekonująca, bo pani w kasie tylko wetchnęła i sprzedała mi jeszcze 2 bilety. No! :))
  

   Sama podróż była urokliwa, trwała ok. godziny, potem pół godziny przerwy na grzańca z pomarańczą i powrót tą samą drogą. Ciuchcia z mozołem ciągnie kilka wagonów, po których hula wiatr. Prędkość zawrotna - ok. 15 km/ha. Widoki piękne - o tej porze roku. Latem zapewne mniej porywająco, po prostu zielono. Teraz - kolorowo do obłędu.

 

DSCF9157.jpg

 

DSCF9178.jpg

   Nasza ciuchcia była spalinowo-elektryczna, ale widzieliśmy też  prawdziwą parową lokomotywę, która dostojnie przedefilowała nam przed nosem dzień wcześniej po 17.00!!! Od razu coś brzydko zapachniało i nie były to spaliny z lokomotywy. O tej godzinie po sezonie bieszczadzka kolejka nie jeździ!

   Sprawa wyjaśniła się nazajutrz. Panowie kolejarze nie kryli swojego oburzenia opowiadając, iż niejakiemu SZYSZKO zachciało się gulaszu z dzika. Na szczęście nie zamierzał na ten gulasz polować, przyjechał na gotowe!
I NIE ZAPŁACIŁ ZA BILET!!! - oburzali się kolejarze. A STAĆ GO PRZECIEŻ!

   Nasze podejrzenia poszły dalej - że oto minister destrukcji środowiska przybył obejrzeć, co tu się da wyciąć. W końcu w Bieszczadach lasów nie brakuje. Smutek i strach …

   Wracając do ludzi, miejscowi rdzeni nie są wcale gorsi od przyjezdnych. Każdy z radością wda się w rozmowę, chętnie opowie o losach swojej rodziny, albo o przyziemnych codziennych sprawach (choćby o pchłach, co się zaległy u „kurów”, więc musiał wytłuc wszystkie itd.). Kiedy nasza droga do Chotyńca okazała się zamknięta i staliśmy bezradnie myśląc, co dalej, od razu zatrzymał się jakiś tubylec z pytaniem „Jakiś problem?”. A potem poradził, żeby się przebijać, bo tam panowie przepuszczą.
I przepuścili.

    Humor nieco psują dość wyśrubowane ceny. Bieszczadzcy kapitaliści szybko wyczuli pieniądz i pieniądz tam płynie wartko.
Za parking pod Carycą - 24 zł. Przejazd kolejką plus wejście na peron - 26 zł/os, nocleg w pokoju 2-os. bez ręczników a nawet bez mydła - 50 zł/os , placki ziemniaczane z sosem 28 zł itd. Ale co się dziwić, skoro walą takie tłumy…?

   Na koniec chciałam zdać sprawozdanie z zadanych prac - kolejką pojechałam, zaliczone. W Łopience byłam, ale poza zachwycającym krajobrazem nie zrobiła na mnie wrażenia. Ciekawa cerkiew, piękna dziupla w kształcie Matki Boskiej, sporo turystów. W Buku wciąż stoi rozpadająca się wiata z napisem BAR, ale niczego nie można tam wypić. Pierogów też nie znalazłam, choć miałam smaka… Do Chaty Magoda niestety nie zdążyłam. I tak z trudem po nocy dotarliśmy do Krasiczyna. Ucałowanie pani Jagody od Andrija zostawiam na inną okazję.

   I to by było na tyle. Na koniec parę wspomnień.

Matka Boska Łopienkowa:

 

DSCF9193.jpg

 

Prawdziwy bieszczadzki traper :):

 

DSCF9154.JPG

 

Pani zawiadowca daje znak do odjazdu naszej ciuchci:)

 

DSCF9120.jpg

 


Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

...I po prostu wyjedź w Bieszczady...

środa, 18 października 2017 21:49

  

...tak jak rano jedzie się do biura...

 

   Od czego by tu zacząć…? A na czym skończyć?

   Powiedzieć, że zachowywaliśmy się jak japońska wycieczka, to nic nie powiedzieć…
   Plan przygotowywany przeze mnie od tygodni, falował jak wzburzone morze. Co rusz pojawiały się korekty, coś dochodziło, co naturalnie wymagało cięć w innym miejscu,  a moi szanowni czytelnicy wspomagali mnie dobrymi radami, wymuszając jednocześnie kolejne korekty. A tu pojedź koniecznie, a na to wleź, a pojedź kolejką za mnie, a ucałuj panią Jagodę ode mnie…

   I jak ja miałam to wszystko pomieścić w czterech dniach, z czego dwa w większej części były stracone ze względu na dojazd? W sumie zrobiliśmy 1050 km, i niestety nie po dwupasmówkach. Z niewiadomych powodów nadal się w Polsce buduje lub remontuje drogi, co powoduje masakryczne korki i przestoje na wahadłach.

   Ale mówi się trudno, przecież wiedzieliśmy na co się porywamy.

   W drogę TAM wstawiłam postoje w Konewce (bunkier kolejowy po Hitlerze, bardzo interesujący) i Sandomierz, piękne miasto. Może kiedyś o tym napiszę, albo i nie….

    Zacznę od końca, czyli od podsumowania. Dla tych znających Bieszczady będą to truizmy, sorry.

    Miałam rację odkładając z roku na rok ten wyjazd, żeby wreszcie pojechać dokładnie w połowie października. Wszyscy widzieli na własne oczy, albo na pocztówkach, jak wyglądają jesienne Bieszczady. Ale to jest jak z wieżą w Pizie. Każdy wie, jak wygląda, ale kiedy stanie się z nią oko w oko, nie można się powstrzymać od krzyku: K...wa, jak ona jest krzywa!!!


   I tak jest tutaj. TA jesień nie ma sobie równych. Zwykłe kolory można podkręcać w Photo Shopie, ale nie tam. Tam one występują w takim nasyceniu i różnorodności, jakby pracowite krasnoludy sadziły bieszczadzkie lasy precyzyjnie według koloru jaki będą miały liście na jesieni. I wyszło w sekwencjach: żółty, bordowy, zielony, rdzawy, czerwony, żółty, bordowy… i tak w kółko. Daje to efekt totalnego zwariowania i oczopląsu. (zwracam uwagę, że niemal wszystkie zdjęcia były robione podczas solidnego zachmurzenia. Widoków w słońcu chyba nawet aparat by nie zniósł)

   Jadąc na północ w drodze powrotnej przez 400 km specjalnie zwracałam uwagę na jesienne barwy i przysięgam, nic nie może się równać z tymi bieszczadzkimi.

   Gdyby nie te kolory, może same góry nie zrobiłyby na nas aż takiego wrażenia. Jesteśmy rozbisurmanieni zapierającymi dech widokami z Dolomitów, Tatr, a choćby i z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Bieszczady to jednak - z całym szacunkiem - obłe pagóry. Malownicze, ale pagóry.   

     Natomiast ich „umaszczenie” o tej porze roku sprawia, że człowiek zamiast iść, gapi się z rozdziawioną gębą. To nie tylko drzewa i krzewy, to także jagodziska, dołem zielone, górą wściekle czerwone i żółte i cała reszta flory.
    Z premedytacją drapaliśmy się na Carycę, czyli Połoninę Caryńską, gdyż ten szlak przeważnie wiedzie po odkrytej przestrzeni. Można było podziwiać panoramy we wszystkie strony świata. Po prostu bajka.

 

DSCF9183.jpg

 

DSCF9207.jpg

 

DSCF9214.jpg

 

DSCF9216.jpg

 

DSCF9176.jpg

   Teraz cerkwie. W ten z konieczności okrojony program udało mi się ich wcisnąć dziewięć. Każda inna, kilka przejętych przez kościół rzymskokatolicki. Udało się wejść do trzech.

   Do tej w Szczawnem podjechała dziarska starsza pani, która zaczęła od wycałowania wszystkich ikon, potem się modliła, a potem super ciekawie opowiadała o losach tych regionów, swojej rodziny, a także np. o różnicach w przedstawianiu świętej Rodziny czy innych świętych w obu kościołach. Nie wiedziałam, że Matka Boska na ikonach prawosławnych musi mieć schowane włosy, itp. Numer do pani wisi na drzwiach cerkwi, ona przybiega w ciągu 10 minut. Na msze w Szczawnem przychodzi ostatnio 3-4 osoby…

 

2SZCZAWNE.jpg

   Potem były kolejne śliczne cerkwie: w Kulasznem, w Turzańsku, Rzepedzi, Radoszycach, Smolniku 1, Łopience, i Smolniku 2.

Smolnik 2 i Turzańsk są na liście UNESCO.

 

1KULASZNE.jpg

 

3RZEPEDŹ.jpg

 

4TURZAŃSK.jpg

 

5RADOSZYCE.jpg

 

6SMOLNIK1.jpg

 

DSCF9190.jpg

 

8SMOLNIK2.jpg

   Ostatnią i najpiękniejszą cerkwią był Chotyniec (też UNESCO) - to już nie w Bieszczadach, lecz w okolicach przejścia granicznego w Korczowej. Telefon wynotowany z sieci połączył mnie z byłym proboszczem. On podał mi adres strony diecezji i nazwisko nowego proboszcza. Wiwat LTE w telefonie! Tenże proboszcz skierował mnie do kościelnego, a dalej to już bułka z masłem. Byłam z siebie dumna!
  Kościelny otworzył wrota gigantycznym kluczem, opowiedział co nieco o historii, pozwolił robić zdjęcia. We wsi liczącej 40 chałup mamy 3 kościoły i 5 wyznań, oznajmił.

 

DSCF9247.jpg

 

DSCF9250.JPG

   Pan Kazimierz razem z nami załkał nad bezmyślnością konserwatora, który nie zgadza się na wymianę strasznej falistej blachy na dobudowanym przed laty przedsionku. Nasz kościelny, który przejął tę funkcję po ojcu, sam by tam położył gont, ale mu nie wolno. Ten, co zrobił taką krzywdę 400-letniej cerkwi, powinien wisieć za jaja. Nie ma dla niego usprawiedliwienia!

 

DSCF9262.JPG
   
    Teraz uwaga, podaję telefon do kościelnego:16- 628 36 54. Myślę, że niewielu z Was tam było, bo pan nie przypomina sobie, żeby ktoś go prosił o otwarcie cerkwi. A droga do niej jest bardzo słabo oznakowana.
    A jest co oglądać. Już wiek tego obiektu robi wrażenie. Inne cerkwie mają góra 100-130 lat. Ta naprawdę stoi od 1615 i nieraz groziła katastrofą. Ale jakoś ją ratowano, podpierano ściany belkami, wymieniano spróchniałe deski i dziś wygląda jak milion dolarów. To mała próbka:

 

DSCF9254.jpg

 

Sąd Ostateczny malowany na drewnianych deskach:

 

DSCF9252.jpg


  Wśród tych, których nie udało nam się odwiedzić, jest np. Chmiel, która to cerkiew zagrała w scenie spalenia Raszkowa w Panu Wołodyjowskim i którą konserwator zabytków zgodził się…SPALIĆ NAPRAWDĘ!!! Jak te owce w Tatrach!


Na szczęście zrobił się z tego wrzask na całą Polskę i cerkiew ocalała.

Panie, Ty widzisz i nie grzmisz…!

Nie ma tu wielu innych, które chciałam zobaczyć, bo fizycznie nie dało się ich wcisnąć do programu. Ale może uda się następnym razem…

CDN.


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Definitywnie koniec przyjemności, czyli kolejka zupełnie jak Pico

środa, 27 września 2017 18:05

 

   Jak na zaledwie 2 dni podróży, udało nam się chyba wcisnąć do programu całkiem sporo atrakcji.

  

   Po zwiedzeniu lodowej jaskini w Werfen przyszła kolej na...... kolej.

I znów Google okazał się przyjacielem, bo podrzucił linka do bloga, w którym opisano fascynującą podróż kolejką wąskotorową, górską, jedną z najbardziej stromych na świecie.

   W dodatku była to od zawsze kolej PAROWA, i do dziś na tej trasie kursuje jeszcze 6 parowozów. Pozostałe pociągi są elektryczne.

 

   Startuje ona z miasteczka - uwaga - Sankt Wolfgang in Salzkammergut, nad jeziorem St. Wolfgang. Kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt razy dziennie lokomotywka jak z dziecinnych bajek pcha pod górę dwa-trzy wagoniki. Na odcinku niecałych 6 km pokonuje ona różnicę wysokości 1200 m!!!

   W dodatku bez przerwy musi się mijać z kolejką zjeżdżającą w dół, a nie działa tu żadna automatyczna nawigacja. Wszystko odbywa się na gębę, metodą machania rękami przed mijanką i jakoś od 1893 roku nie było żadnego wypadku.

 

   Tu stoi na stacji lokomotywa... nasza. Gotowa do startu.

 

DSCF8860.jpg

 

 DSCF8888.jpg

 

   Kolejka wjeżdża na szczyt góry Schafberg, po drodze można podziwiać obłędne widoki na jeziora i Alpy. Na szczycie stoi ogromny hotel, ale nie brakuje też małych knajpek, gdzie można dostać dobrego białego wina.

 

DSCF8900.jpg

 

DSCF8884.jpg

 

DSCF8904.JPG

 

    Podróż niestety psuły tłumy Chińczyków, którzy oprócz muzułmanów stanowią najliczniejszą grupę turystów. Nie mam nic do Chińczyków, ale ich zachowanie i głośne przekrzykiwanie się w małej przestrzeni wagonika wywoływało we mnie narastającą agresję.

 

   Jednak zakończenie wyprawy było jeszcze bardziej męczące. Nie powiem, że z oszczędności, ale głównie dlatego, że czuliśmy się rozchodzeni w górach, postanowiliśmy kupić bilety tylko w górę, planując zejście w dół relaksową ścieżką.

    Jako wytrawne górołazy daliśmy totalną plamę. Zaćmiło nas i nie przeliczyliśmy różnicy wysokości na godziny. W dodatku zejście nie odbywa się równo po prostej w dół, tylko kluczy wielkimi zakosami. Według standardowego przelicznika mogliśmy potrzebować na to nawet czterech godzin!!!

 

    Zeszliśmy..., Boże, zbiegliśmy w dwie godziny. Gdyby nie zaprawa z Dolomitów i Tyrmand z Ferencym w uchu, trzeba by było wezwać helikopter. To nie RedBull dodał nam skrzydeł, lecz świadomość, że musimy dojechać jeszcze ze 200 km pod Wiedeń i znaleźć nocleg. A była 17.00.

   Jedyną pociechą i rozrywką podczas tego biegu był mijające nas co chwila kolejne pociągi.

   Prawda że wyglądają jak Pico? 

 

DSCF8905.jpg

 

DSCF8906.jpg

 

I to by było na tyle...


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Druga część powrotu z wakacji, czyli Austria baśniowa

środa, 20 września 2017 22:05

 

   W drodze powrotnej przez Austrię zaplanowałam jeszcze kilka atrakcji. Jedną z nich miał być niesamowity wąwóz Liechtensteinklamm, z chodnikiem przyklejonym do skały nad rwącą rzeką i ścianami niemal zamykającymi się nad głową.

   Ale tu spotkało nas zaskoczenie i niech będzie pochwalony Google. Już wiem, dlaczego pracownikom zapewnia się tu najlepsze warunki pracy na świecie. Muszą być naprawdę kreatywni.

   Otóż najeżdżając w google.maps.pl na ów wąwóz zobaczyłam nagle napis "zamknięte". Nigdy się z tym nie spotkałam, żeby na mapie zaznaczano taki fakt. Zaczęłam szperać na austriackich stronach i co się okazało - w maju 2017 część owych stromych skał zarwała się nad głowami turystów. Kilkaset ton kamieni poleciało w dół. Parę osób odniosło niewielkie obrażenia, a 17 zostało uwięzionych i trzeba ich było wydostawać przy pomocy lin. 

   Sytuacja na dzień dzisiejszy wygląda źle. Prawdopodobnie nikt nie chce wziąć na siebie ryzyka i wpuścić tam znów turystów. A naruszenie struktury skał powoduje, że w każdej chwili może się ona oberwać w innym miejscu.

Tak więc jedna atrakcja nam przeszła koło nosa.

 

    No to pojechaliśmy prosto do Werfen, gdzie stoi rzeczony zamek z poprzedniego wpisu. A nasz pensjonat stoi dokładnie na drodze do drugiej atrakcji Werfen - największej na świecie jaskini lodowej. Eisriesenwelt to ewenement na skalę światową. Długość odkrytych korytarzy to 42 km, z czego jeden kilometr jest stale skuty lodem.

   W wielkim gmachu nabywamy bilety po dość zaporowej cenie 24,- Euro/os. Następnie szosą podchodzimy ok. 20 minut w górę, skąd rozciągają się bajeczne widoki na okolice. Jesteśmy już powyżej 1000 m.

   Te widoki podziwiamy dopiero w drodze powrotnej, ponieważ rano wszystko tonęło w gęstej mgle. W tej mgle dochodzimy do stacji kolejki linowej (chyba najbardziej stromej w Europie), która wwozi nas na wysokość... Tu wychodzimy nad chmury, a to jest to, co tygrysy lubią najbardziej...

 

DSCF8809.jpg

 

DSCF8822.jpg

  

   Teraz już niemal w słońcu znów idziemy pieszo dobrze przygotowaną i zadaszoną (w obronie przed kamieniami) ścieżką. Po 15 minutach dochodzimy do wielkiej dziury.

To wejście do jaskini, na wysokości 1840 m.

 

DSCF8820.jpg

 

   Do jaskini wchodzi się tylko z przewodnikiem. Dostajemy lampy karbidówki do ręki i ruszamy. Przez 1,15 godz. drapiemy się 700 stopni w górę i tyleż w dół, oglądając niesamowite lodowe formy, stalaktyty i stalagmity z lodu. W jaskini jest absolutny zakaz robienia zdjęć, nie miałoby to zresztą sensu, gdyż panują tam ciemności. Oświetlają ją jedynie nasze latarki i magnezja palona przez przewodnika.

 

   Za to całkowicie legalnie można pobrać zdjęcia z ich strony, co niniejszym czynię. Tu oświetlono jaskinię specjalnie.

 

hymirburg.jpg

 

hugin.jpg

 

Friggas_Schleier.jpg

 

eisformation_2.jpg

 

     Wrażenie jest niesamowite, w połączeniu z ciekawostkami opowiadanymi przez pana. Na przykład to, że doliczono się ok. 5000 "słojów" z lodu, co nie musi odpowiadać faktycznemu wiekowi jaskini.           

   Bywają bowiem mroźne zimy, kiedy jaskinia się zamyka i woda nie ma szansy wcieknąć do środka, żeby utworzyć nową warstwę. Bywają też zimy ciepłe a lata gorące, kiedy cała warstwa potrafi się wytopić i roku jakby nie było.

    Również lodowe "postacie" nie są takie trwałe jak te skalne. Oglądaliśmy "słonia", który właśnie przez ostatnie lato stracił trąbę, za to zaczął mu na plecach wyrastać róg! Może więc być, że za rok-dwa zamiast słonia przewodnik będzie pokazywał turystom "rekina".  

 

   CDN


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  3 067 534