Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 277 246 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3109046
Wpisy
  • liczba: 592
  • komentarze: 12807
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2559 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


To już jest koniec...

poniedziałek, 15 stycznia 2018 19:25

 

   Jutro mija dokładnie 7 lat, od chwili kiedy z dużą nieśmiałością zamieściłam na Wirtualnej Polsce swój pierwszy wpis. Wtedy chciałam się przekonać, czy warto bawić się w książkę, czy ktoś ją będzie chciał czytać, o kupieniu nie wspominając.

    Zazdrościłam blogerkom formatu Rodorek czy Pajęczyca ich "poczytalności". Setki tysięcy czy nawet miliony odsłon na ich blogach jawiły mi się jak święty Graal.

 

   Mijały miesiące, a dzięki sympatii i wsparciu takich osób jak Andrij Fil mój blog często gościł na głównej stronie WP, zbierając coraz więcej punktów.

Nie pamiętam, po jakim czasie znalazłam się wśród Blogów Extra, obok takich nazwisk jak Poniedzielski, Umer, Bakuła, Andrus. Ależ się czułam zaszczycona!

   Do tego zostałam zaproszona w charakterze prelegentki na Blog Forum Gdańsk i świetnie się bawiłam przez te 2,5 dnia.

 

   Niestety odejście Andrzeja z WP zbiegło się (zapewne nieprzypadkowo) z kompletnym odpuszczeniem przez tę firmę blogosfery. Nie mogliśmy już dokonywać żadnych zmian w szacie bloga, zniknęliśmy ze strony głównej WP, przestaliśmy się liczyć.

   W międzyczasie niemal wszystkie fajne osoby przestały pisać dla WP, oprócz znanych nazwisk zamarł też Dyrektor Lodówki, Szmira, Huba, Ania, Randal (Gąszcz), Łukasz Kołodziej i wielu innych.

 

   Co ciekawe, teoretycznie nasze blogi nadal były chętnie czytane, nawet te które od wielu miesięcy nie publikowały żadnego nowego wpisu. Zaczęłam podejrzewać, że frekwencja jest generowana przez jakieś liczydło i nie ma związku z rzeczywistością, skoro od co najmniej 2 lat tydzień w tydzień przybywało mi 7.000 odsłon tygodniowo. W takie cuda to ja nie wierzę, dlatego te 3,1 miliona wizyt muszę z żalem włożyć między bajki.

   Natomiast nie jest bajką, iż przez te 7 lat zamieściłam ponad 590 wpisów i otrzymałam 12.800 komentarzy, z czego ok 1/3 to moje odpowiedzi.

 

   Jednak 7 lat to szmat czasu i od paru miesięcy mocno się zastanawiałam, czy ta formuła się czasem nie wyczerpała. Moje wpisy zwykle były długaśne i pochłaniały sporo energii. Od kiedy doceniłam siłę Facebooka (lepiej późno niż wcale) coraz trudniej było mi zebrać się na stworzenie kolejnego wpisu na blog.

 

    Jak widać, ktoś zdecydował za mnie. Od 31.03.18 Wirtualna zamyka swoje blogi, możemy zabrać swoje zabawki i spadać.

 

   Nie założę nowego bloga. Teraz mogę się przyznać, że od lat prowadzę bliźniaczy blog na Gazecie Wyborczej pod adresem helenarotwand.blox.pl. Tam przynajmniej frekwencja jest realna, waha się od 2 do 8 tysięcy odsłon tygodniowo, choć nie robię nic, żeby na nią zasłużyć.

   Jeśli kiedyś zatęsknię do pisania dłuższych kawałków, zapraszam właśnie tam. Ściskam mocno wszystkim moich Czytelników i Komentatorów. Bez Was mój blog umarłby po 3 miesiącach. Albowiem ja nie wierzę w pisanie bloga do szuflady. Do szuflady to można pisać pamiętnik. Z każdą inną formą pisania wychodzimy na zewnątrz po to, żeby usłyszeć komentarz, pochwałę, albo uczciwą krytykę, cokolwiek. Ja usłyszałam je co najmniej 8 tysięcy razy i wielkie za to dzięki!

 

   Nie dorobiłam się hejterów ani trolli, choć WP robiła mi czasem niedźwiedzią przysługę, wrzucając mój blog pod skandalizującym tytułem na pierwszą stronę. O dziwo, pisząc nawet rzeczy niepopularne, nie spotkałam się z jakimś zalewem nienawiści.

 

   Tylko raz spadł mi na głowę straszny komentarz, kiedy zastanawiałam się nad motywami Kate w uwodzeniu księcia Williama. Dowiedziałam się wtedy, że "na pewno jestem brzydka i nikt mnie nie chciał..."

   Cóż...

 

   WSZYSTKIEGO  NAJLEPSZEGO KOCHANI!


Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

Chyba zacznę wierzyć w fatum...

środa, 27 grudnia 2017 8:06

 

    Ja nie jestem przesadnie przesądna…
    To znaczy wierzę w coś takiego jak pech, czy ludzie pechowcy, ale 13-stki i czarne koty bardzo lubię, zwłaszcza w piątki, chętnie przechodzę pod skośnymi słupami, a przy okazji ślubu złamałam wszystkie możliwe przesądy.

  Ale dzisiejszy dzień skłania mnie do refleksji nad pojęciem fatum. Chyba czas przestać myśleć, że seria niefortunnych zdarzeń to tylko zbieg okoliczności...

   Zaczęło się od tego że zaspałam. Planowałam jechać do dzieci w IOP w Otwocku o 8.30, a że zawsze budzę się między 6.00 a 7.00, budzika nie włączałam.
Obudziłam się o 8.00, więc wszystkie następne działania nacechowane były nadzwyczajnym pośpiechem.
   Jak się człowiek spieszy, to się diabeł…

   Samochód był zamrożony z każdej strony, choć całe święta było na plusie. Oskrobanie szyb zajęło minutę, ale potem jakby diabeł zatkał dupą klimatyzator - szyby wciąż pokrywały się tym białym od środka, żeby nie wiem jak dmuchać.

   W końcu zdołałam ruszyć z parkingu i dojechać do pierwszych świateł, na których zawsze zawracam. Strzałka do skrętu w lewo była czerwona i ... pozostała czerwona przez trzy pełne cykle… Szlag! Musiała się zaciąć właśnie teraz???!!!
   Mając do wyboru bezczelnie wjechać na czerwone, wybrałam opcję drugą - dałam ostro na prawo, żeby ominąć ten rejon z innej strony.

   Objechałam osiedle i bezpiecznie wjechałam na most.
Kiedy ujechałam 200 m już wiedziałam, że nie jest dobrze. Sunęłam jak koń z klapkami w stronę biura, a powinnam była przed mostem zjechać w dół. Przecież dzieci mieszkają po tej samej stronie Wisły co ja…

  Popatrzyłam na bezlitośnie uciekający czas na zegarze i zaczęłam wrzeszczeć:
- Czy TY coś do mnie masz dzisiaj? Czy coś CI moje dzieci zrobiły??? O co  chodzi???

   Wreszcie przemówiłam sama sobie do rozsądku, opanowałam nerwy, i robiąc wielkie koło dojechałam do Otwocka w miarę spokojnie.
Przebierając się na roboczo, sięgnęłam do torby, w której ZAWSZE niosę klapki, wodę, kanapkę i gazetę, w razie gdybym się nudziła. Nigdy się to nie zdarzyło, ale co tam.

   Klapek był jeden.
 
   Zaczęłam się histerycznie śmiać. To nie mogła być prawda. Nigdy ich z tej torby poza ośrodkiem nie wyjmuję, torba jest głęboka, nie mógł wypaść po drodze.
   A jednak. Im bardziej go szukałam, tym bardziej go tam nie było…

   Nie mogłam iść do dzieci w zimowych buciorach, więc następne 5 godzin spędziłam boso. Podłogi były czyste, zwłaszcza że po remoncie, ale fakt był faktem.

   Zaczęłam się poważnie zastanawiać, czy ja w ogóle dziś powinnam dotykać dzieci. Tu już nie chodziło o byle spóźnienie czy bose stopy, tylko o ICH bezpieczeństwo. Ale widok mojej 6-tygodniowej princessy, którą sobie ostatnio zaanektowałam, pozbawił mnie wątpliwości. Dalej wszystko potoczyło się w takim tempie, że o pechu nie było czasu myśleć. Karmienie z butelki, pojenie, przewijanie, jedna kupa, zupa łyżeczką, druga kupa, usypianie, a wszystko na 3 pokoje, skutecznie odpędziło złe myśli.

   Wróciłam do domu, zjadłam resztki ryby ze świąt i postanowiłam poćwiczyć, żeby pogonić ten piernik, co go mi siostra wcisnęła na wynos (broniłam się, Wysoki Sądzie!).
   Ćwiczę na pamięć „z Chodakowską”, czyli wykonuję jej ćwiczenia, patrząc jednym okiem w duży zegar umiejscowiony przy podłodze, a drugim oglądając jakiś odcinek czegoś tam…
   No i w trakcie tych ćwiczeń zegar…..stanął. Nie, nie żartuję. On stanął dokładnie między jednym ćwiczeniem a drugim.

Zaklęłam szpetnie i pognałam po drugi, który zdjęłam ze ściany tydzień temu wieszając girlandę.

TEŻ STAŁ.

Czy często Wam się zdarza, żeby dwa zegary stanęły w odstępie kilku dni?

   Nie wstawiałam tego wpisu aż do pójścia spać. Bałam się zapeszyć, w razie jakby co... Na szczęście nic więcej się nie wydarzyło (no, może tylko bateria przeznaczona dla zegara sturlała się, wpadła za komodę i trzeba było ją wyciągać kijem od szczotki, ale nie przesadzajmy, to się ZAWSZE mogło zdarzyć...).

  PS. Klapek się nie odnalazł. Ech....


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Chatka Puchatka, czyli spełnione marzenie...

niedziela, 17 grudnia 2017 17:59

  

   Właśnie mija 25 lat od chwili, kiedy po wielu latach tułaczki i ośmiu przeprowadzkach totalnych, otrzymaliśmy wreszcie klucze do swojego mieszkania. Wy, Drogie Dzieci, może tego nie wiecie, ale na mieszkanie tak się właśnie kiedyś czekało, a jak już człowiek się doczekał, wtedy mieszkanie dostawało się ZA DARMO…

   Nie histeryzujmy, za darmo to nic nie było, ale faktycznie nie ciążył ludziom nad głową wielki kredyt, żadne raty co miesiąc nie straszyły po nocy.  Mieszkanie jednak miało specyficzny status, ale nie o tym teraz.

   Nas dotknęło szczęście w nieszczęściu, gdyż na kolejnym zebraniu w spółdzielni, które miało się zakończyć tradycyjnym „Trudno, trzeba czekać, mieszkań jest zbyt mało”, gruchnęła wieść, iż oto właśnie zakończył się świetlany okres mieszkań ZA DARMO i odtąd wszystkie budowane bloki będą pełnopłatne!

   Ludzi, którzy niemal mieli już przydział na kwatery, prawie trafił szlag. Nasza sytuacja się nie zmieniała, bo i tak nadal staliśmy w poczekalni.

    Ale traf chciał, że na to zebranie poszłam ja, a nie jak zwykle mój mąż.
Jako kobieta, a więc osobnik charakteryzujący się większą spostrzegawczością i analitycznym umysłem, wysłuchałam w tym informacyjnym szumie i rozpaczliwych krzykach pewną ważną informację. Że oto kilka osób na wieść, iż mają dopłacić parę średnich krajowych (czyli mieszkanie nie będzie pełnopłatne, ale też już nie za darmo) aby dostać klucze, zrezygnowało!
   W dodatku padły konkretne adresy i numery tych rzekomo wolnych mieszkań.
 
    Pod wskazanym pokojem w spółdzielni stała już niezła kolejka. Nie wiedząc czy na pewno jest po co stać, tkwiłam tam jak posąg dobre dwie godziny, a zapadała noc. Każdy facet odpuściłby sobie, w kobiecie jednak pierwotna potrzeba uwicia własnego gniazda była tak silna, że doczekałam.

   Początek był trudny. Na moją uwagę, że podobno są jakieś zwrócone mieszkania, pierwszą odpowiedzią urzędniczki było, że to jakiś żart.
   Ja jednak nie ustąpiłam, podałam konkretny numer bloku i lokalu. Pani z wielką niechęcią otworzyła potężną księgę z rozpisanymi lokalami i na wskazanym przeze mnie numerze zobaczyła nabazgrany ołówkiem napis… ZWROT.
   Alleluja! Nakazałam pani natychmiast założyć rezerwację i przysięgłam, że choćbym miała włamać się do kiosku RUCH-u i okraść staruszki z emerytury w ciągu dwóch dni przyniosę w zębach pieniądze.

    Tak też się stało. Nie dość że dostaliśmy wreszcie wymarzone M, to jeszcze większe niż nam się „należało”.
   Był tylko jeden problem - mieszkanie znajdowało się na parterze. Wtedy mnie to przerażało, więc natychmiast zadzwoniłam z wieścią do przyjaciela Holendra, wykrzykując, że dostaliśmy mieszkanie, ale ma ono jeden straszny minus
- Jaki? - zapytał on.
- To jest parter…
- Ale jaki minus?
- Przecież mówię, jest na parterze…
- No ale gdzie ten minus???
- No, kur… PARTER!!!

Zrozumiałam, że się nie dogadamy. Tam wszyscy mieszkają na parterze.

   Dziś po latach noszenia toreb z zakupami błogosławię ten parter każdego dnia. W moim bloku nie ma windy, w tych czasach nawet 4-piętrowe domy budowano bez.

   Nasza dzielnica nie należała wtedy do przyjaznych. To u nas kręcono takie dokumenty jak „Blokersi”” czy film „Cześć, Tereska”. Po zmroku nie należało przechadzać się po okolicy, nawet w parach.
   Dziś na osiedlowych uliczkach, przy garażach i śmietnikach zrobiło się kompletnie pusto. Blokersi prawdopodobnie siedzą przed komputerami, grają w Wiedźmina, hakują albo oglądają pornografię. Skutek dla nas, mieszkańców, jest błogosławiony.

   Tak oto internetyzacja społeczeństwa przyniosła nam spokój i bezpieczeństwo.
 
Nigdzie się stąd nie wyprowadzę… Gdzie mi będzie lepiej?


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Gdzie się podziali wolontariusze?

wtorek, 28 listopada 2017 11:35

 

   Wolontariat, jak sama nazwa wskazuje, z zasady jest dobrowolny. Nie można nikogo zmusić, żeby poświęcał swój wolny czas na pracę – czasem ciężką, nie zawsze przyjemną – za darmo.

    Miło, jeśli zapracowani ludzie znajdują czas na systematyczne udzielanie się.  

   Jak nieraz pisałam, praca dla malców czekających na adopcję mnie osobiście przynosi głównie radość, poczucie robienia czegoś pożytecznego. Miałam wrażenie, że wszyscy tak do tego podchodzą.

A jednak nie… :-(

 

   Ponad setka osób (nie przesadzam, to są 4 grube segregatory kart osobowych) w ciągu ostatnich dwóch lat  zdecydowały się zrobić dość kłopotliwe badania na nosicielstwo a także zdobyć zaświadczenie o niekaralności. Tyleż z nich podpisało kilka dokumentów, otrzymało identyfikator i instrukcje, jak zajmować się dziećmi.

 

   Jak więc to się stało, że całymi dniami zieje pustką na oddziale, a panie opiekunki nie mają żadnej pomocy ze strony wolontariuszy?

 

   Teraz jest jeszcze gorzej. Kilkoro dzieci na czas remontu zostało przeniesionych do starego szpitalika, w którym mało jest pacjentów, więc personelu jeszcze mniej. Przeważnie jest z nimi jedna opiekunka z IOP-u, ale czasem to nie wystarcza. Panie próbowały więc zapewnić dzieciom więcej opieki umawiając się z wolontariuszkami na konkretne terminy.

 

   Nie wiadomo z jakiego powodu, przez cały tydzień prawie żadna z nich nie przyszła…

 

   Może ktoś mi to wytłumaczy?

   Jeśli zobowiązuję się przyjść manifestować w jakiejś ważnej sprawie, a nie przyjdę – będzie przykro, ale tragedia się nie stanie. Ale dziecko to nie drzewo, które trzeba chronić przed wycięciem. To nie pies ze schroniska, choć i one potrzebują stałego kontaktu.

 

   „Nasze” dzieci tylko dlatego rozwijają się w miarę normalnie, że otrzymują  więcej ciepła i miłości niż niejedno dziecko w rodzinnym domu. Dlatego na oddziale  nie jest już podejrzanie cicho, gdyż dzieci potrafią głośno manifestować swoje niezadowolenie, głód czy dobry humor. I to jest wspaniałe :-) 

   Ale każda z pań ma tylko dwie ręce. Żeby nie wiem jak się starać, nie nakarmią dwójki dzieci naraz. Nie ululają wszystkich płaczących, nie uśpią czterech jednocześnie i nie wyprowadzą kilku wózków na spacer.

 

IOP2.JPG

 

IOP1.JPG

 

   Po to wolontariusze zostali wpuszczeni do ośrodka, żeby dołożyć swoje ręce do pomocy. Po to zostali przypisani do konkretnego dziecka, żeby odzyskało ono coś na kształt mamy.

   Co czują więc osoby, które nagle przestają odwiedzać dzieci? Czy w ogóle coś czują?

   Czy tak kompletnie nie zdawały sobie sprawy, co je czeka? Nie policzyły kilometrów, które trzeba przejechać?

   Nie przewidziały, że trzeba będzie zmieniać pieluchy lub walczyć z niejadkiem?

Wydaje się, że od dorosłych ludzi można oczekiwać odpowiedzialności.

 

   Ja rozumiem, że jest sezon grypowy i część osób choruje. Ale nie wszyscy naraz przecież!

I nie od wakacji…

 

   Przed wakacjami akcja Lejdis i Krystyny Jandy narobiły sporo szumu wokół IOP-u. Wolontariuszek pojawiło się wręcz za dużo. Było więcej rąk niż dzieci.

   Ale to już przeszłość. Osoby, które wtedy poczuły się zbędne, nie powinny były tak szybko rezygnować. W każdym razie mogłyby spróbować jeszcze raz.  Za 3-4 tygodnie dzieci wrócą na stare (całkiem NOWE, ho,ho!) śmieci i znów trzeba będzie przytulić dwudziestkę. Identyfikatory leżą w wielkim koszu.

 

   Takich unikatowych instytucji jak otwocki IOP jest w Polsce tylko trzy. Trwają dzięki ogromnym wysiłkom osób walczących o fundusze i odpowiedni poziom opieki nad dziećmi. Przez 16 lat trwania IOP prawie 1200 dzieci trafiło do adopcji. Były na pewno w dużo lepszej kondycji psychicznej i fizycznej, niż porzucone niemowlęta, które nie miały szczęścia trafić do takich placówek. Na pewno wiele zawdzięczają wolontariuszom.

 

   Co się zmieniło? Czyżby dobra zmiana miała i tu namieszać?


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

A może by tak pooglądać telewizję...?

wtorek, 14 listopada 2017 17:15

 

   Wiem, że w dobrym tonie jest nie posiadać telewizora w ogóle. Dobrze jest się tym pochwalić w towarzystwie, co niestety nie uchroni przed płaceniem haraczu na telewizję publiczną, jeśli Kurski dopnie swego.

   Coś jednak trzeba robić w te długie  wieczory, kiedy „za szybą deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…”?

   Intelektualiści oczywiście zakrzykną: Czytać!

No jasne, czytać… Problem w tym, że moje oczy nie idą w parze z młodym duchem i o godzinie 20.00 praktycznie odmawiają posłuszeństwa.

   Ekran komputera męczy jeszcze bardziej, ale tam chociaż można powiększyć czcionkę. Z książką nie zrobi się nic.

 

   Ponadto – nie boję się tego wyznać – lubię czasem dobrą telewizję (DOBRĄ czyli nie TVP). Mam dla niej 0,5-1 godziny dziennie.

Lubię Teatr Telewizji, zwłaszcza stary, przedreżimowy.

Lubię oglądać stare filmy, bo nie chcę i nie umiem ściągać piratów.

Lubię też – o zgrozo! – współczesne seriale, choć tylko te najlepsze.

 

   Od kiedy  zaczęto produkować świetne serie typu Detektyw, Utopia, Tabu, Fortitude, czy nasze polskie: Wataha, Belfer, Pakt, wróciła dawna potrzeba śledzenia losów bohaterów. Wprawdzie to już nie te wypieki na twarzy, z jakimi czekało się w przaśnym PRL-u na kolejny odcinek Dynastii czy Powrotu do Edenu, ale oryginalna fabuła może wciągnąć i teraz.

 

   Większość seriali ludziom umyka, zwłaszcza jeśli jest to np. produkcja czeska, jak wybitne „Pustkowie”, lub przyjemne dziełko Hrebejka „Aż po uszy”. Dodam, że oba wyprodukowało HBO, podobnie jak czeską wersję naszego Paktu pt. Układ.

    Rzeczone seriale przeważnie są krótkie, 6-8 odcinków max. Z niektórymi ciężko się pożegnać, a po zakończeniu emisji człowiek czuje się jakiś taki…osierocony. Tak było z Tabu Toma Hardy'ego i z Utopią.

   Za to nie udało mi się polubić nowego Miasteczka Twin Peaks. Za cholerę nie mogłam poczuć klimatu, połapać się w chorych wizjach Lyncha i podzielić zachwytów publiczności w Cannes. Pachnie mi tu strasznym snobizmem i wmawianiem sobie czegoś, czego nie ma.

 

   Jest jeszcze jeden problem – im lepszy serial, tym cięższa tematyka. W Belfrze młodzież szkolna (i to z dobrych domów) generalnie ćpa, chleje, podbiera starym broń i pyskuje nauczycielom.

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie..."

Czarno to widzę.

 

   Utopia to z kolei wizja szalonych naukowców, którzy próbują zmniejszyć populację Ziemi o połowę, albo i więcej, bo jest nas za dużo.

 

O House of Cards nie muszę się wypowiadać, wszyscy chyba wiedzą kim był/jest Francis Underwood.

Gry o Tron nie zaczęłam nawet oglądać, nie moja bajka.

Hannibal był znakomity, tyle że też makabryczny.

 

   No, a Wataha to już prawdziwy Armagedon – skorumpowani pogranicznicy, bandyci przeprowadzający przez góry uchodźców, narażający ich na śmierć lub deportację, naziści podpalający domy dla azylantów, krety na każdym szczeblu władzy. Oto dołujący obraz dzisiejszego świata. I to gdzie??? W moich świeżo pokochanych Bieszczadach!

 

   Czasem marzy mi się program telewizyjny, złożony wyłącznie z filmów typu Pół żartem pół serio, Seksmisja, Pretty woman, Młody Frankenstein, Top secret, Pani Doubtfire i Nietykalni.

   Ale świat niestety tak nie wygląda, a filmów od których człowiekowi robi się lepiej na duszy jest coraz mniej.

Pora umierać...

 

PS. Utopię będą powtarzać na TVP Kultura w soboty, począwszy od 18.11 w późnych godzinach (23.45 czy coś) po dwa odcinki. Kto nie oglądał, radzę sobie nagrać. Choćby żeby posłuchać muzyki na napisach końcowych. Kompletny odjazd.


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


piątek, 19 stycznia 2018

Licznik odwiedzin:  3 109 046