Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014175
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Nowe Millenium

poniedziałek, 30 stycznia 2012 6:15

 

     W zasadzie nie powinno się tego robić, ale nie mogłam się powstrzymać – poszłam na amerykańską wersję „Millenum”. A przecież już Murphy  na liście swoich słynnych praw umieścił i to:

- Nigdy nie powtarzaj udanego doświadczenia.

   Skoro Szwedom udała się rzecz niesłychanie trudna – nakręcić znakomity, wciągający kryminał, mimo że wszyscy mówią w nim po szwedzku, to należało na tym poprzestać.

 

   Ale oczywiście Amerykanie wszystko muszą poprawić i wykazać, że potrafią lepiej.  No, nie bardzo im wyszło... Nie wystarczy być Bondem, żeby przekonywująco zagrać szwedzkiego dziennikarza. Nie wystarczy nabić sobie kolczyków i gwoździ we wszystkie części twarzy, żeby stać się Lisbeth Salander.

 

     Film startuje z górnego C – sama czołówka to triumf techniki komputerowej i speców od efektów. To jakby osobne dzieło sztuki, kilkuminutowy pokaz fajerwerków i ludzkiej fantazji. W zasadzie można ją zgłosić do Oskara w kategorii film animowany, taka jest wyrafinowana.

 

   Niestety, zasada Hitchcocka nie zadziałała – po tym symbolicznym trzęsieniu ziemi autorzy nie podnoszą napięcia. Akcja toczy się poprawnie, zgodnie z książkową fabułą, bez jakiegokolwiek oryginalnego pomysłu. Po co było robić film identyczny z pierwowzorem, a w zasadzie znacznie gorszy – za diabła nie wiem.

 

   Moje największe rozczarowanie to Rooney Mara. W szwedzkim filmie aktorka jest samą kwintesencją powieści z książki. Chyba każdy czytając, tak ją sobie dokładnie wyobrażał – rysy jak u drapieżnego ptaka, przeraźliwa chudość, chrapliwy głos. I ta stała gotowość żeby skoczyć do gardła temu, co jej stanie na drodze. Ależ ta dziewczyna grała... Chyba tak samo dobrze, jak wyglądała. Tylko raz ktoś inny mi tak bardzo pasował zewnętrznie do roli – Maleńczuk jako Szatan w Mistrzu i Małgorzacie w Chorzowie. Talent aktorski niestety z niego był żaden, ale ta sylwetka, włosy, okulary, płaszcz jak z Matrixa... No.

 

    Tutaj mamy wprawdzie wytatuowaną i obwieszoną złomem, ale tylko szczupłą, bez przesady dziewczynę o miękkim głosie. Nie wzbudza żadnych emocji. Nawet bójki w jej wydaniu są bardzo oszczędne, jakby reżyser nie chciał jej zbyt forsować. Duże rozczarowanie..., zwłaszcza tym, że dostała nominację do Oskara.

 

   Craig jako Michael Blomkvist jest nijaki, ale taki sam jest dla mnie jako Bond, więc szkoda na niego czasu. To co mnie szczególnie zdziwiło to to, że chociaż cały film trwa bardzo długo – 2.40 godz., mam wrażenie, że pominięto połowę scen i postaci z wersji szwedzkiej. Tak jakby autor się bał, że widz się pogubi, kiedy za dużo będzie mu się opowiadało o innych członkach rodziny Vangerów i za bardzo rozwijało wątki.


    Najbardziej fascynująca część śledztwa Michaela w książce to rekonstrukcja zdarzeń na podstawie zdjęć. Jak dobry to jest motyw,  już po mistrzowsku pokazano w „Powiększeniu”. Tutaj dochodzenie do prawdy następuje tak szybko i sprawnie, jakby dowody leżały na talerzu przez 40 lat i tylko nikomu nie chciało się po nie sięgnąć. Itd..

Przysięgam, nie wiem czym oni wypełnili cały ten czas...

 

   Na pewno łatwiej jest komuś nie znającemu książek ogarnąć główne elementy fabuły po obejrzeniu „Dziewczyny z tatuażem”. Ale czy zawsze chodzi o to, żeby widzowi było łatwiej? Czy to nie obraża naszej inteligencji? Ech...



Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Ludzkie barbarzyństwo

sobota, 28 stycznia 2012 18:56

 

   Muszę zapytać, bo a nuż ktoś z Was marzy o piesku - oto dwie ofiary ludzkiej podłości - wyrzucone w lesie na mróz dwie sieroty. Może to nieudany prezent Gwiazdkowy, a może po prostu ktoś nie upilnował suki, a teraz mu się nie chciało podjechać do schroniska.


Znajdy są w Wildze, 30 km od Warszawy. Znaleźli je goście hotelowi na spacerze. Jakby co, można zorganizować transport.

 

Może ktoś chciałby im się bliżej przyjrzeć, a może zrobić dobry uczynek w nowym roku...

 

 

 

Pomóżcie. Pliiissss...

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Być czy mieć... na kredyt

czwartek, 26 stycznia 2012 19:40

 

  Kilka tygodni z dala nie tylko od spraw polskich, europejskich, ale nawet północnoamerykańskich przyniosło niesamowitą ulgę mózgowi. Mogłam na chwilę przestać martwić się ciągłymi doniesieniami o światowym kryzysie, drożejącym franku i Ruchu Oburzonych itp.

    I myślałam, że ten temat mnie ominie, ale dziś usłyszałam, że Oburzeni właśnie rozbili igloo w Davos, żeby zademonstrować swój protest przeciwko wszystkiemu.  Nie wypowiem się na temat ACTA, bo wszyscy inni to robią. Jednak wczorajsze demonstracje łączą się w pewien logiczny ciąg z ruchem Oburzonych – też są wyrazem niezadowolenia z rządu. Nieważne, czy rząd jest czerwony, czy zielony, prawy czy lewy. Młodzi ludzie dają upust frustracji wynikającej z ich sytuacji ekonomicznej i wszystko może w każdej chwili stać się pretekstem do demonstracji. Czy uzasadnionej?

 

   Przyszła mi do głowy refleksja, która na pewno nie spodoba się większości młodych ludzi,  rozpoczynającym właśnie swój triumfalny marsz po sukces.

   Współczuję im. Bo kiedy  tak dobrze im szło, kiedy złapali pracę za pensję, która dla ich rodziców byłaby manną z nieba, kiedy dostali kredyt i wprowadzili się do 90-metrowego mieszkania w wieku 28 lat, nagle przyszedł cios. Ku ich „oburzeniu” niespodziewanie stracili pracę, a bank upomniał się o raty kredytu. W dodatku zdrożał frank szwajcarski, a na to się nikt przecież nie godził...!

 

   Powstaje pytanie, kto ponosi winę za to „oburzenie”? Oczywiście banki, bo rozdawały kredyty młodym, nie informując o ewentualnym ryzyku. Oczywiście giełda, bo windowane sztucznie akcje spółek stwarzały złudzenie posiadania bogactwa przez akcjonariuszy. Oczywiście pracodawcy, płacąc dwudziestoparolatkom monstrualne pensje i dając im złudne poczucie bezpieczeństwa, że tak będzie zawsze. Oczywiście podli kapitaliści, którzy z niewiadomych przyczyn zaczęli uciekać z rynku polskiego, przez co kursy walut poszybowały o 30 % w górę. Itd., itd.

 

    Wszyscy są winni, tylko nie ci młodzi ludzie, którzy uwierzyli, że startując dopiero w życie, już powinni mieć duże mieszkanie, dwa samochody, jeśli jest ich dwoje, nowoczesny sprzęt Hi-fi, na który też przecież dostali kredyt, i wielkiego psa, który je tyle co cielę i potrzebuje dużego samochodu do przewożenia, najlepiej też na kredyt (naprawdę znam takie przypadki). 


  Oczywiście nie wszyscy żyją aż tak rozrzutnie. Wiem, że w marszu Oburzonych idą tysiące ludzi, którzy nie załapali się na te luksusy, ale oni też o tym marzą i uważają, że mają do nich prawo. Zaś w grupie osób mających pracę lepszą niż kasjerka w supermarkecie, odsetek młodych zarżniętych kredytami już na starcie jest olbrzymi. Może trzeba zadać więc pytanie – czy powinni byli brać na kredyt te mieszkania, kiedy nawet jeszcze nie zaczęli planować gromadki dzieci, a i tak pewnie skończy się na jednym? Czy muszą mieć po samochodzie na głowę, skoro w mieście działa coraz lepsza komunikacja? Czy muszą latać na wakacje do Egiptu? Itd.

 

    Wiem, że chętnie przypisze mi się starczą zazdrość – skoro moje pokolenie czekało 20 lat na pierwsze (i na ogół ostatnie)  52 m2, a maluchem jeździło na Mazury z 4-osobową rodziną, to nasze dzieci też tak powinny. Nic z tych rzeczy! Nie zazdroszczę dzisiejszym młodym ani na paznokieć, za nic nie zamieniłabym się z nimi. Kiedy kolejna z moich bardzo młodych pracownic wprowadzała się do 90-metrowego mieszkania naprawdę jej nie zazdrościłam, tylko przecierałam oczy ze zdumienia.

 

    Tak sobie myślę, że może trzeba powiedzieć głośno: żadnej gospodarki na świecie zwyczajnie nie stać na to, żeby 20-30-latkowie już na starcie mieli wszystko to, do czego poprzednie pokolenia dochodziły przez całe dekady. Może nie ma tyle bogactwa na całym globie, żeby dało się to sfinansować? Może powinno się tym młodym ludziom to uświadomić, zanim kolejny raz wyjdą na ulicę w proteście, że nie stać ich na spłatę kredytów. Oni ponoszą winę w jednym aspekcie – popełnili grzech zaufania. Uwierzyli, że świat tak bardzo poszedł do przodu, że nagle przeskoczył ileś stopni i stał się krainą wiecznej szczęśliwości. A to niestety wkracza w kategorię cudów. Z tym jednak proszę raczej do Lourdes, nie pod parlament...

 


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Co ma koka do kokainy czyli ciekawostek CD.

poniedziałek, 23 stycznia 2012 6:13

 

 

   6  Po hiszpańsku V wymawia się jak B. Kiedy np. chcemy zamówić wino, trzeba poprosić o bino. Ale komiczny efekt uzyskał nasz przewodnik na półwyspie Paracas, który dość niezłą angielszczyzną opowiadał nam o rejonie. Naleciałości językowe dały o sobie znać, kiedy nazwał przepiękny klif - "Debil’s Rock”. Tu zapaliła mi się lampka, i z wrodzonym refleksem zajarzyłam, że chodzi mu zapewne o „Devil’s Rock”, co się potwierdziło. Teraz już wiem, że nasz debil, to taki devil tyle że z hiszpańskim akcentem. A oto ona, diabelska skała, o którą rozbijali się żeglarze na płw.Paracas:

 


 

  7. Inkaskie budownictwo widać do dziś np. w Cuzco. Charakteryzowało się tym, że bloki skalne były pasowane bez zaprawy tak, jak nasi górale budują domy bez gwoździ. Rekord to kamień o 12-stu kątach, do którego dopasowano inne. Nic dziwnego, że wiele z budowli przetrwałoby po dziś dzień, gdyby nie trzęsienia ziemi.

 


 

  8.  A propos trzęsień ziemi, zdarzają się one w Peru 20-30 razy do roku. My uniknęliśmy go w Limie, gdzie zdarzyło się dzień po naszym wyjeździe, ale na szczęście ofiar nie było. Natomiast ślady po  trzęsieniach widać na każdym kroku, różnią się tylko datami – największe w Pisco - 2007, w Arequipie - 2001 itp. Waliły się wtedy katedry i kościoły, ginęli ludzie. Niemal w każdym hotelu czy restauracji można znaleźć „strefę bezpieczną”, czyli ścianę pod którą można stanąć jakby co, ale i tak wszyscy wiedzą, że najlepiej wtedy wyjść na dwór. Podczas trzęsień cierpią nie tylko budynki, ale także skały. Tu kiedyś była słynna „Katedra” – został z niej tylko główny „gmach”, łącząca ją skała zwaliła się do wody. Niżej inne ślady niszczącej siły... 

 

 

 


 

9.  W Cuzco jest chyba jedyne na świecie muzeum ... koki. Nie zawiera aparatury do produkcji kokainy, spokojnie. Pokazuje za to dobitnie, żeby nie próbować wprowadzić się w narkotyczny stan żując liście koki, gdyż ilość potrzebna do uzyskania 100 gr kokainy to 35 kg! Zważywszy, że liście prawie nic nie ważą, 35 kg zajęłoby pewnie średniej wielkości pokój. Więc chociaż liście czy napar można dostać legalnie na każdym rogu, ani jednego naćpanego się nie uświadczy. Podobno wielu amerykańskich turystów jest bardzo rozczarowanych z tego powodu. 

 


 

10. Teraz słowo o psach. Są, jak nie przymierzając – święte krowy w Indiach. Leżą wszędzie gdzie popadnie, nikt ich nie goni. Nie boją się nadepnięcia ani przejechania i czasem naprawdę ciężko jest przemieszczać się ulicą. Za to mało widać kotów, czyżby zostały zjedzone...?

 

 

 

 

11. Surfing na piasku. W okolicy Ica jest kawałek regularnej pustyni, z wydmami sporej wielkości. Trzeba się na taką wydmę wdrapać w dzikim upale, ciągnąc ze sobą deskę, bo o wyciągach chwilowo tam nie pomyślano. A potem można zjeżdżać – jak kto potrafi – na brzuchu, na nogach czy tyłku. Podobno można się nieźle poturbować, a piasek ma się dosłownie wszędzie. Na wszelki wypadek odmówiliśmy.

 

 

 

12. A na koniec kawa. W Peru serwują bardzo dobrą kawę, ale w oryginalny sposób. Jeśli zamówicie kawę z mlekiem, dostaniecie wielki kubas mleka, plus kieliszek czarnej jak smoła esencji. Jeśli zamówicie kawę czarną, dostaniecie kubas wrzątku i kieliszek esencji, rzadko będzie to filiżanka. Trzeba do tego przywyknąć.

 

 

   I to chyba byłoby na tyle. Cieszę się, że przynajmniej niektórych osób nie znudziły te gawędy. Nie mogę też obiecać, że nigdy więcej nie napiszę o Peru, bo samych zdjęć mam jeszcze ze dwa Giga. Ten wyjazd był tak naładowany emocjami, często skrajnymi, że nie ma też jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: Jak było?


Na pewno było tak, jak nigdy w życiu!

I chyba o to chodziło...;-)



Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Jak można umrzeć przy jedzeniu ryby i inne ciekawostki.

piątek, 20 stycznia 2012 6:22

 

   Już chciałabym przestać ględzić o Peru, ale nie mogę. Wciąż coś mi się przypomina, czym chcę się z Wami podzielić. To na koniec garść ciekawostek.

 

1. To czego niewątpliwie nigdzie dotąd nie spotkałam, a w Polsce ostatni raz widziano coś takiego po wojnie, to punkt pisania podań. Nie wiem zresztą, czy tylko podań, czy skarg, a może donosów. Tak czy siak, na ulicy siedzą panowie z maszynami do pisania, a przed nimi kolejka klientów. Zaciekawił mnie ten obrazek – facet niańczy dziecko, a kobieta załatwia sprawę urzędową.

   Ilość analfabetów w Peru oficjalnie wynosi ok.10 %, ale Piotrek twierdzi, że jest ich 4 razy więcej. 


  1.  

2. Również pierwszy raz w życiu zobaczyłam pomnik pucybuta. Z tej strony nie widać, ale gwarantuję, że za plecami ma szczotkę i pastę. Naprzeciw siedzi prawdziwy pucybut (a nawet dwóch), których zresztą jest tu zatrzęsienie. Peruwiańczyk może i jest biedny, ale buty ma wyglansowane na błysk!

 

  

 

3. Kaktusy nie służą tylko do ozdoby, chociaż pięknie kwitną. Bardziej popularne są tu kaktusy obronne, które znakomicie zastępują drut kolczasty, np. na płocie. 

   Kolce mają długość do 10 cm. Takim kolcem można przybić dziecko do stołu – powiedziałaby Manuela Gretkowska. Piotrek twierdzi, że przebija również stopę w gumowym klapku. Nie radzę próbować...

 


 

 


W Arequipie tak chroni się trawniki przed psami. Śmiem twierdzić, że i opona samochodu nie byłaby bezpieczna po najechaniu nań.

 

4. Z jedzenia mogą wyniknąć różne kłopoty. Najpierw w eleganckiej restauracji w Limie próbowano mi zabić męża nie uprzedzając, że niewinnie wyglądający plasterek papryki, to ognie piekielne. Człowiek nieprzygotowany, po chapnięciu całego plastra na raz, może się po prostu udusić. Mój mąż dostał bezdechu na dobre 60 sekund, a potem z trudem udało mu się wrócić do żywych.

   A dziś dla odmiany przeczytałam u Piotrka

 http://kochamyperu.pl/artykul/nie-jedz-rak%C3%B3w-od-stycznia-do-marca-mo%C5%BCe-ci-si%C4%99-nie-upiec

że za jedzenie skorupiaków między styczniem a marcem można pójść do paki na trzy lata, bo to jest ich okres ochronny. Ignorantia iuris nocet, nic nie usprawiedliwia turysty, a kontrole restauracji zdarzają się nagminnie.

 

 5. Oryginalną potrawą, jaką poznałam w Peru jest ceviche (czyt.sewicze) – surowa ryba lub inne owoce morza, marynowana w soku z limonki. Sok ścina rybę tak, że uzyskuje ona konsystencję gotowanej. Smakuje świetnie, podana z posiekaną czerwoną cebulką i gotowaną kukurydzą, a jest niezwykle prosta w przygotowaniu. Przepisów w necie jest całe mnóstwo. Na zdjęciu  niewinnie wyglądający czerwony plasterek tego piekła o którym piszę w pkt.4, wieńczy to danie.

 


   

   Generalnie do jedzenia najlepiej brać tam ryby lub kurczaki, wołowina czy mięso lamy jest twarde jak podeszwa. Jak stwierdził mój przyjaciel – w Argentynie krowy stoją na płaskim i tyją w najlepsze, a w Peru muszą balansować po stromych zboczach gór, więc robią się żylaste jak Marit Bjoergen. Coś w tym jest...


CDN. bo mi się nie zmieściło...



Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 175