Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014102
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Walka z terroryzmem

czwartek, 31 stycznia 2013 10:48

W czasie lotu krajowego w Iranie rozbrojono w sobotę wieczorem bombę znajdującą się w samolocie - podała w niedzielę agencja Fars.

Jak poinformowano, członkowie służb bezpieczeństwa udaremnili zamach na trasie z miasta Ahwaz w południowo-zachodnim Iranie do Teheranu. Ładunek domowej roboty, umieszczony w toalecie, odkryto ok. 15 minut po starcie samolotu linii Kish Air z ok. 130 pasażerami na pokładzie.

-----------------------

   Władze Chin pod koniec tygodnia udaremniły zamach terrorystyczny na samolot pasażerski - poinformowała oficjalna chińska agencja prasowa Xinhua.

Samolot linii China Southern był zmuszony awaryjnie lądować po tym, jak próbowano spowodować katastrofę.(...) Anonimowe źródła twierdzą, że w toalecie samolotu znaleziono materiały łatwopalne.

 ----------------------

   Ok, obie wiadomości są sprzed kilkunastu miesięcy, ale jakie to ma znaczenie? To było przecież już po 11 września, a więc po tym, jak wszystkie linie lotnicze świata zaczęły prowadzić ostrą kontrolę pasażerów. I co to dało?

   Trzykrotnie przed odlotem zabrano mi maleńki scyzoryk, reklamówkę od kontrahenta, do którego byłam bardzo przywiązana... Do scyzoryka, nie kontrahenta.

 Miarka się przebrała, więc siedzę i z zemsty obmyślam plan zamachu. Czym by tu...?

 

   Już wiem! Wprawdzie zabierają człowiekowi wszystkie płyny powyżej 150 ml, ale alkohol w litrowych butlach mogę wnieść na pokład w każdej ilości. Tak więc z żalem wylewam zawartość do samolotowej toalety (po pijaku przecież nie będę konstruować bomby) i mam naczynie. No tak, ale przecież już udowodniono, że aby powstała wybuchowa mieszanka potrzeba 8 godzin i 2 litrów specjalnych składników, a tego przy sobie nie mam.... Plan jest  z gruntu nierealny, ale oni dalej zabierają ludziom dwustumililitrowe opakowania...

 

   A po co męczyć się z bombą? Wystarczy tę samą opróżnioną butelkę stłuc i mamy w ręce śmiercionośne narzędzie, przy którym mój scyzoryk to zabawka dla dwulatków. Wszystkie bandziory na filmach łapią za szyjkę od butelki...

 

   No dobra, zostawmy butelkę, może są sposoby bardziej humanitarne. Jeśli lecę w bussines class, to przecież zaraz do posiłku dostanę mocne stalowe sztućce – nóż, widelec, czy łyżkę, którą można wyjąć oko, albo wątrobę...

Nie lecę w klasie biznes... Pech. Ale mam długopis! Wystarczy wyjąć z niego wkład i mamy szydło że hej! Można przystawić go do tętnicy szyjnej i niech się ktoś odważy ruszyć!

    Do tego samego celu może posłużyć rysik do palmtopa. Że co, że mały??? A mój scyzoryk to duży był? 3 centymetry wszystkiego, a i tak zabrały, kanalie, i to trzykrotnie!

 

   Co tam jeszcze – a, sztyft od elektrycznej szczotki! Kiedyś nawet jakiś służbista kazał mi założyć szczoteczkę na ten sztyft i włączyć, żeby się upewnić, że to faktycznie służy do mycia zębów. Ale nie przyszło mu do głowy, że bez szczoteczki jest to ostry i mocny szpikulec, którym można wydłubać oko, a nawet dziabnąć w serce...

 

   Nigdy tego nie próbowałam, ale wierzę przyjacielowi, który twierdzi, że dobrze zrolowaną i nasączoną wodą gazetą można człowieka ogłuszyć na amen. Znaczy na zawsze.

   Ale są jeszcze prostsze metody. Można przecież zadzierzgnąć komuś na szyi sznurówkę. Wystarczy zaczaić się i zarzucić od tyłu... A taką nicią dentystyczną to już możemy nawet przeciąć tętnicę...

 

   No, dobra, wystarczy, rozpędziłam się z tym terrorystycznym knuciu. Ale jak tu się nie wkurzać, kiedy co i rusz dowiadujemy o wniesieniu na pokład prawdziwej broni czy bomb, kiedy pistolety produkuje się z tworzyw sztucznych, a na lotnisku tylko w Amsterdamie rocznie wymienia się ponad 1000 osób personelu? Jak przy takim przerobie prześwietlić i upilnować każdego, żeby nie współdziałał z terrorystami? A tu stwarza się fikcję dbania o bezpieczeństwo, zabierając spokojnym ludziom scyzoryk ooo... takiej wielkości...:

 

  

 

A moja książka na Allegro:)



Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Jak zostałam gejem...

sobota, 26 stycznia 2013 11:03

 

   Żeby odczuwać rozkosz, gapiąc się przez półtorej godziny na trzech półnagich facetów w mocnych (ale nie erotycznych) uściskach, trzeba być gejem...

No, to ja jestem.

Męskie ciało samo w sobie nie fascynuje mnie do tego stopnia, żeby chodzić na występy Chippendalesów, ale patrzenie na TYCH panów..., to było mistyczne przeżycie. Ale po kolei.

 

   Niedawno Notaria umieściła u siebie linka do kawałka współczesnego baletu. Kto jeszcze nie widział – niech klika w te pędy: http://www.youtube.com/watch?v=0bGbRV6nA20

   Zapytałam, czy coś takiego można obejrzeć w Warszawie i dostałam wskazanie: „I przejdą deszcze” w Operze Narodowej. Muzyka H. Mikołaja Góreckiego, balet Krzysztofa Pastora. Za Góreckim nie przepadam, Pastora nie znałam, ale raz się żyje! – pomyślałam. Najwyżej zostanę nadwornym trollem Noti i będę się MŚCIĆ!

 

   Efekt przeszedł moje (nasze) oczekiwania. W skromnej scenografii liczna grupa solistów i tancerzy w tle pokazała coś niezwykłego. Nie znam się na tańcu współczesnym, w zasadzie dopiero od filmu Altmana The Company pomyślałam, że to może być ciekawe. Zawsze bałam się eksperymentów w stylu Kantora, w rytm kociej muzyki. A tutaj było wszystko –  i pełna klasyka jak w Jeziorze Łabędzim, i wężowe ruchy żywcem z You Can Dance, i gimnastyka artystyczna rodem z Circ le Soleil i Deszczowa piosenka. Choreografia z jakiegoś innego wymiaru.

 

 

   Muzyka – może nadal nie do końca moja, jednak nie mogę się czepić. Oboje jesteśmy cięci na kakafonię w stylu Pendereckiego, ale tu wszystko było tak jak trzeba –  groza, liryzm, pełna dramaturgia. Nie za dużo efektów specjalnych, świetny pomysł na ginącą „w płomieniach” dziewczynę, no i ten deszcz, w którym tańczy Sergey Popov, czyli Tchnienie...

 

 

 

Zdjęcia są z folderu, nie mogłam przecież bezczelnie cykać fotek tancerzom.

Tu akurat Rudi Pronk.

 

   Nasza scena narodowa zawsze mnie fascynowała rozmachem i każdy nowy spektakl przywołuje pytanie;  gdzie ten kryzys, gdzie to niedoinwestowanie kultury, skoro Operę Narodową stać na takie inscenizacje?

   Wyobraźcie sobie 30 metrów bieżących wodnej kurtyny. Woda leje się nieprzerwanie przez kilkanaście minut, a w niej tańczy on... Niestety, zawiodłam się na Tobie, Noti :-) Nie było Rudiego Pronka, chociaż ten Popov... Człowiek – guma, kości brak. Sama elastyczność i wdzięk. Czy to jest normalne, żeby mężczyźni tak podnosili nogę?

 

 

 

Nie lubię facetów w rajtuzach, ale ci na szczęście mieli spodnie:)

 

   W zasadzie mam tylko jedną uwagę, nazwijmy ją pseudo krytyczną, bo wynika z mojej niewiedzy – w 80 % kompletnie nie czułam na scenie tej treści, którą opisano „zamiast streszczenia”. Gdyby nie parę recenzji, które przeczytałam wcześniej, w życiu nie wpadłabym, że spektakl bazuje na wojennym wierszu K.K.Baczyńskiego i że motywem wiodącym jest wojna. Ale jak mówią Francuzi – było mi to „Scheiss egal”, czyli zielono obojętnie. Dla mnie to był spektakl o ludzkich namiętnościach, miłości, nienawiści, rozstaniach, burzach, a co tam artysta chciał powiedzieć, a co powiedział, tak naprawdę nie miało szczególnego znaczenia.

 

 

 

   Więc kłaniam się nisko i dziękuję za wskazówkę. Chętnie jeszcze kiedyś skorzystam, chociaż jedno z praw Murphy’ego mówi: Nigdy nie powtarzaj udanego doświadczenia.;-)

 

 

   A na koniec refleksja:czytam listę głównych solistów: S. Basalev, E.Menshikov, S.Popov, Maxim Woitiul, V.Yaroshenko, Rubi Pronk i ...... Wojciech Ślęzak! JEDNO POLSKIE NAZWISKO wśród siedmiu. Wśród kobiet odwrotnie – jedna A.Liashenko i pięć Polek. O czym to świadczy...?

 

A moja książka na Allegro...


Podziel się

komentarze (37) | dodaj komentarz

Rodziców się nie wybiera...

poniedziałek, 21 stycznia 2013 20:33

 

   Wciągnęłam się w serial HBO „Bez tajemnic". Pierwszy sezon sobie odpuściłam, ale teraz coś się zmieniło.

   Co było przyczyną (oprócz świetnego Gajosa, Kijowskiej, Ostrowskiej, Simlata)? Chyba to, że miałam okazję skonfrontować przebieg każdej sesji terapeutycznej z własnymi doświadczeniami, które dla mnie okazały się bezcenne. Wciągnęły mnie historie opowiadane przez każdego z pacjentów i sposób w jaki sami dochodzą do pewnych wniosków, tak jak ja dochodziłam. I ciekawiło, czym się zakończy terapia, bo to zawsze jest wielka niewiadoma.

 

   Zebranie do jednego worka własnych doświadczeń, historii znajomych, rodziny czy nawet kolejnych epizodów z serialu prowadzi do niepokojącego wniosku (oczywiście upraszczam) : żeby zapobiec wyrastaniu osób zaburzonych emocjonalnie, należałoby wszystkie dzieci zaraz po urodzeniu odbierać rodzicom! Albowiem nikt nie zrobi ci takiej krzywdy, co rodzony ojciec czy matka!

 

    Wiem, wiem co usłyszę... Ale ja, proszę Państwa, nie mam na myśli dzieci molestowanych, bitych czy głodzonych. Myślę o tzw. dobrych domach, gdzie relacje rodzinne były bardzo poprawne, a mimo to dzieci dorośleją z mniejszym lub większym defektem. Oczywiście wiem, że wśród was jest masa dumnych rodziców, którzy nie mają sobie nic do zarzucenia i dla których dorosłe często dzieci są radością i podporą. Ale czy wszystko w ich dorosłym życiu przebiega(-ło) bezproblemowo? Czy nie borykają się z jakimś niedoborem, który wpływa na ich życie rodzinne czy zawodowe? I czy powód tego niedoboru nie tkwi gdzieś w przeszłości?

 

   Żeby była jasność – nigdy, przenigdy nie zarzucam tym rodzicom, że chcieli źle! Zawsze chcieli dobrze, ale wyszło... różnie.

 

   Prosty przykład – dziewczyna nie może się z nikim związać. Nawet jeśli się jej uda, związek prędzej czy później się rozpada. Dlaczego? Grzebiemy w jej dzieciństwie – okazuje się, że ojciec dawno temu porzucił matkę dla innej. Nie dość że dziecko traktuje ten fakt osobiście – uważa że ojciec porzucił JĄ, to jeszcze matka wychowuje ją w przekonaniu, że wszyscy faceci to ścierwo i nie wolno im ufać. I ona to przyswaja. Znam 3 takie przypadki.

 

   Dalej – młodsze rodzeństwo, zwłaszcza młodsza siostra. Pisałam o tym w lipcu ub.roku i wiele osób się ze mną zgodziło. Mogę wymienić 8 takich historii, gdzie rodzice przez roztkliwianiem się nad młodszym wychowali życiową niedojdę, lenia, frustrata. Niechcący zrobili mu krzywdę.

 

   Dalej – jedno dziecko jest poważnie chore. Drugie od małego musi się nim opiekować, to jest zrośnięte z jego dzieciństwem, młodością. Rodzice nie zadadzą sobie trudu, żeby wejrzeć w jego potrzeby. Kiedy samo zachoruje lub ma inny poważny problem, nie przyzna się rodzicom, bo nie chce im przysparzać dalszych kłopotów. Pozostaje samo w swoim nieszczęściu.

 

   Albo – córka jest uczona przez ojca (kiedyś zbuntowanego hippisa), że należy zawsze mówić, co się myśli. Skutek – dziewczynka wali między oczy każdemu, nie może więc nawiązać ani przyjaźni, ani miłości. Ma wszelkie warunki żeby się podobać, mieć powodzenie, ale nic z tego. Dorasta jako samotny odmieniec, aż wyjeżdża za granicę i tam wreszcie z powodu bariery językowej i onieśmielenia obczyzną uczy się od nowa relacji międzyludzkich.

 

   A anoreksja – to przecież książkowy efekt błędów i wypaczeń, popełnianych w dobrej wierze przez rodziców. To obrona przed wygórowanymi żądaniami. Nawet chroniczne chorowanie może być niczym innym, jak ucieczką przed reżimem domowym, zmuszaniem do jedzenia itp. Sama byłam takim przypadkiem.

 

  Wreszcie przykład dość częsty – silna, władcza matka i słaby, mentalnie wykastrowany przez nią ojciec. Skutek – syn będzie szukał na partnerkę kobiet równie władczych, nie będzie umiał stać się „prawdziwym” mężczyzną, opiekować się innymi. Pozostanie wiecznym synkiem mamusi.

 

Itd., itd...

 

    Teoretycznie rodzina wpływa tylko w 20 % na nasze życie. Nie wierzę. Nawet jeśli dominującą siłą staje się dla dorosłego człowieka partner, to jednak wybór tego partnera nie bierze się z powietrza. Zawsze gdzieś za tym kryje się to wyssane z mlekiem matki „coś”.

 

A kto jest bez „winy”, niech pierwszy rzuci kamieniem...

 

   Post scriptum.: Ponieważ trochę gromów się posypało i pewnie jeszcze posypie, chciałabym krótko podsumować, by być lepiej zrozumianą:

1. Nie uważam, że rodzice ponoszą winę za wszystkie plagi, jakie spadają na głowę latorośli.

2. Nie uważam, że dzieci powinny teraz ruszyć do rodziców ze skargami za spieprzone dzieciństwo. Na pewno niczemu by to nie służyło.

3. Nie twierdzę, że wymienione sytuacje zawsze muszą wywołać wymienione konsekwencje. To jedynie przykłady - realne przykłady - żeby wywołać dyskusję na ważny temat.

4. Nie mam zamiaru wnioskować o odbieranie dzieci rodzicom, to już wymyślił Gomułka;-). Chodziło o zaakcentowanie problemu.

5. Nie zalecam roztrząsania swojego dzieciństwa pod kątem użalania się nad sobą i szukania winnych, a jedynie jako próbę zrozumienia, co się wtedy działo, co mogło spowodować takie a nie inne reakcje po obu stronach. Zrozumienie intencji i skutków działań rodziców może pomóc w uporządkowaniu swojego życia.

6. Wiedziałam że tak będzie.:-(

 

A moja książka  Opętanie na Allegro

 


Podziel się

komentarze (115) | dodaj komentarz

Lepiej...

czwartek, 17 stycznia 2013 10:03

   Też daliście się w to wciągnąć? W układanie lepiejów dla Żywca, firmowane przez Tymona Tymańskiego, Raczkowskiego, Tyma i Brodkę?

  

   Trzeba przyznać, że firma zainwestowała w reklamę, nie można było jej nie zauważyć. I nagrody też były kuszące, chociaż I-Phone mnie akurat zupełnie nie interesuje. Nie mam potrzeby wymieniać bez przerwy telefonu, a że małżonek zaskoczył mnie ostatnio nowiutką Xperią, to tym bardziej nie miałam motywacji. A Xperię wygrał w konkursie na hasło reklamowe Sony’ego. Na szczęście wygrał, a nie kupił, bo nienawidzę zmieniać telefonu, kiedy stary jeszcze działa. No, ale darowanemu koniu...:-]

 

   Więc nie dla I-Phona zaczęłam tworzyć te lepieje, tylko uznałam, że to genialna gimnastyka dla mózgu. Do sprawy podeszłam ambitnie. Treść miała zawierać nie tylko groteskę, ale i sens, zadany w poleceniu. No i nie jakieś tam proste rymy gramatyczne (walili-palili) wymyślałam, tylko bardziej wyrafinowane, takie jak :

- Lepiej sunąć w takt mazura,

Niż na barykadach hurra–ć.  (miało być o tańcu)

itp.

 

   Kiedy piszę ten tekst, teoretycznie wciąż mam szansę wygrać tego cholernego I-Phona, bo wyniki podawane są z dwutygodniowym opóźnieniem. Ale już wiem, że nie wygram. Bez względu na to, ile różnych tekstów wysłałam, teraz widzę, że poległam. Nie mam szans na wygraną, skoro wyróżniono takie lepieje jak te:

 

Lepiej przegrać z babcią w bierki, niż mieć bice jak frędzelki.

Lepiej się w matrixie zgubić, niż wężowi nogi umyć.

Lepiej mieć dwie lewe ręce, niźli kurę nieść w sukience.

Lepiej zjeść kluski z rosołem, niż ubijać kotlet czołem.

Lepsza w pracy jest sobota, niż w zająca wrobić kota.

Lepiej niech cię niesie melanż, niż być sztywnym niczym stelaż.

Lepsza żona w kształcie busa, niż by miała mieć globusa.

Lepsza wada u mężczyzny, niźli zrobić szpagat skrzyżny.

Lepiej iglo mieć pod nosem, niźli pisać kabanosem.

Lepsza podróż samolotem, niż do TV być pilotem.

 

   Nie chcę być posądzona o stronniczość i frustrację. Owszem, patrząc ambicjonalnie, w głębi ducha miałam nadzieję, że skupiając się intensywnie nad kolejnymi zadaniami w drodze do pracy i z pracy, w kolejce czy podczas przerwy na kawę, wymyślę coś takiego, od czego jurorom pospadają kapcie.

Niestety. Poszłam po prostu w złą stronę. Nie sztuką było zawrzeć w dwóch wersach pewną historię, nawet najbardziej precyzyjnie zrymowaną. Sztuką było trafić w gust jurorów, a to było równie trudne, jak wyczytać pozytywne emocje z twarzy Prezesa K.

 

   Wyobrażam sobie, że mając do rozpatrzenia w sumie 170 tysięcy lepiejów na głowę, jurorzy musieli zdać się na intuicję, jakiś impuls, pierwsze wrażenie. Wszak codziennie spływało ok. 12.000 propozycji.

 

   Nie mam żalu do jurorów, że nie wygrałam. Piwa i tak nie kupuję, bo mi szkodzi na żołądek, więc nie wpłynie to na moją konsumpcję. Za to mózg mi się prawie przegrzał, a to mu na pewno nie zaszkodzi. Z opóźnieniem też dowiedziałam się, że wystarczy wejść na odpowiednią stronę specjalizującą się w podrzucaniu rymów, a połowę wysiłku mamy z głowy. Tak, tak, proszę Państwa. O ileż łatwiej dziś pisać wiersze czy piosenki, kiedy do każdego słowa, dowolnie odmienionego, dostaniemy kilkadziesiąt propozycji. Tylko czy automatyczna wyszukiwarka potrafi podrzucić takie konstrukcje jakie tworzył Jeremi P.:

 
Szuja - najpiękniejszy kęs mi życia ujadł
Szuja - toczył ze mnie hektolitry łez...
Szuja - cóż takiego uczyniłam mu ja,
Żem jak tuja, poderżnięta przezeń dzisiaj jest?
Mówię wam, poderżniętam jest !

 

I zapraszam po Opętanie na Allegro

 

 


Podziel się

komentarze (35) | dodaj komentarz

Część Boże!

niedziela, 13 stycznia 2013 15:14

   W sobotnie południe nieoczekiwanie zaatakował nas ksiądz po kolędzie. To znaczy – zadzwonił do drzwi bez uprzedzenia. To znaczy – podobno uprzedzenie wisiało na drzwiach wejściowych, ale zniknęło.

   A to też jest znak czasów. Kiedyś najpierw po blokach chodził ministrant i spisywał pilnie, kto sobie takiej wizyty życzy. Od kilku lat ksiądz po prostu staje w drzwiach i spróbuj człowieku powiedzieć mu w twarz, że go nie wpuścisz...

 

   Nie mówię, że bym nie wpuściła... W mojej mocno nadwątlonej wierze nie doszłam jeszcze do etapu, żeby barykadować się na widok sutanny. Księdza zawsze przyjmujemy, chyba że zjawia się w czerwcu, jak to raz jeden się zdarzyło. Wtedy też go przyjęliśmy, aczkolwiek z dużym zmieszaniem, bo sytuacja była dość groteskowa i pachniała celem fiskalnym na kilometr.

 

   Anyway, wpuściłam księdza, który po odmówieniu całego pacierza (ostatnio zawsze kończyło się na „Ojcze Nasz”, a tu doszliśmy nawet do „Aniele Boży...”) zaczął nas wypytywać ogólnie o wszystko. Przy czym ksiądz (nowy w tej parafii) nastawiony był wyłącznie na nadawanie, bo zupełnie nie interesowały go odpowiedzi.    

   Zaraz po tym, jak powiedziałam, że syn już nie mieszka z nami od paru lat, zapytał, czy mamy dzieci i gdzie są.  A kiedy wyłuszczyłam, że pochodzę z Dolnego Śląska a mąż z drugiego końca Warszawy, spytał, czy wywodzimy się z TEJ dzielnicy.   

   Wreszcie zadał pytanie, czy mamy jakieś uwagi do funkcjonowania naszej parafii. Odparłam, że mam, bo kiedy miałam do oddania dużo bardzo dobrych ubrań, w tym zimowych i poprosiłam księdza żeby kogoś po nie przysłał, pies z kulawą nogą się nie odezwał. Widocznie w parafii nie ma potrzebujących...

   Zatroskał się, ale zaraz stwierdził, że we czwartki zawsze jest ktoś z Caritasu, to mogę przywieźć. No nie wiem... Nie wiem czy nie wolę oddać tych ubrań na Szmulkach do sklepu fundacji Emmaus, gdzie pracują osoby z zaburzeniami psychicznymi...

 

    Po zainkasowaniu „ofiary” ksiądz zaczął się zbierać do wyjścia, zostawiając u nas swoją kurtkę. To już taka tradycja, że odzienie księży zawsze zostaje u nas, bo jesteśmy pierwsi na trasie tej pielgrzymki.

 

   Zostaliśmy z mocno mieszanymi uczuciami. Chociaż już lepszy ten ksiądz, niż prześladujący nas od lat ksiądz Małkowski – znana postać z czasów Solidarności. Kiedyś niewątpliwie zasłużony w walce z komuną, po 89 roku stał się bezradny, bo nie było z kim walczyć. Radykalny w poglądach, posłałby na stos profilaktycznie połowę społeczeństwa. Mieliśmy go w parafii w poprzednim mieszkaniu, a po przeprowadzce wpadliśmy znów na niego w nowej dzielnicy.  Chyba go za karę przenieśli. Kiedy kilka lat później chowaliśmy teścia na Wólce, zgadnijcie, kto odprawiał mszę żałobną – znów Małkowski! To już zakrawa na stalking!

 

   A wracając do duszpasterskiej wizyty – nie mam pojęcia, czemu ona służyła. Rozumiem, że dla starych, schorowanych ludzi może być ważna. Ale jeśli tych staruszków rzeczony ksiądz słucha z taką samą uwagą, co nas, to chyba ten sam efekt można uzyskać gadając „do obrazu”, a przynajmniej płacić za to nie trzeba.

 

PS. Tytuł oczywiście pochodzi od Lucy z Rancza ;-)

 

A moja książka na:

http://allegro.pl/opetanie-czyli-zgubne-skutki-masazu-stop-autorska-i2927281279.html


Podziel się

komentarze (357) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 102