Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014217
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Ratuj się kto może!

środa, 29 stycznia 2014 19:07

 

Kogo po 45-tym roku życia nic nie boli, niech podniesie rękę.

 

No dobra, wyjątki potwierdzają regułę, ale reszta...?

 

   Problem w tym, że nie tylko państwowa służba zdrowia nie wyrabia się w żadnym kraju świata z zaspokajaniem potrzeb pacjentów, ale i prywatna dostaje zadyszki. Terminy do dobrych specjalistów zaczynają przypominać kolejki po papier toaletowy w latach 80-tych, a i podejście lekarzy, nawet tych za pieniądze, drastycznie się pogarsza.

 

   W tej sytuacji czeka nas bolesne starzenie się (w dodatku coraz dłuższe), chyba że spróbujemy radzić sobie sami. Oczywiście nie zalecam pacjentom z nowotworem picia moczu czy chodzenia do szamanów, chociaż ci ostatni mogliby czasem zaradzić tam, gdzie inne środki zawodzą. Myślę raczej o dolegliwościach dnia codziennego, których przyczyna tkwi głównie w siedzącej pracy, albo po prostu związana jest z wiekiem. Najlepszy lifting na twarzy nie naprawi zwyrodnień w kręgosłupie, kiedy leci któryś krzyżyk.

 

   Jak możemy sobie pomóc? Przede wszystkim nie siadamy do internetu i nie wyszukujemy sobie wszystkich chorób świata na podstawie jednego objawu. Nie stwierdzamy u siebie raka pęcherza w sytuacji, kiedy sikamy na czerwono. Nie lecimy też do urologa, który zafunduje nam z marszu bolesne cewnikowanie, bo nie przyjdzie mu do głowy zapytać, czy nie jedliśmy wczoraj buraczków... Jedliśmy!

 

   Kiedy mamy zgagę, refluksy czy inne przykre dolegliwości z brzucha nie każemy sobie od razu wtykać rury do gardła, tylko najpierw sprawdzamy, czy nie spędzamy długich godzin ze zbyt ciasno zapiętym paskiem. Dotyczy głównie mężczyzn. Czasem wystarczy ten pasek poluźnić, żeby dolegliwości minęły. Fakt autentyczny.

 

Jeśli macie problem ze słabymi włosami, nie planujcie od razu przeszczepu. Przyczyną może być kiepskie krążenie. „Głowa to też kończyna”, powiedział mi dermatolog. Jeśli marzną mi stopy i dłonie, to znak że i głowa jest zapewne słabo odżywiona. Leki na poprawienie krążenia mogą pomóc bardziej, niż nafta i sok z czarnej rzepy wcierany we włosy.

 

   A co z kręgosłupem, który boli w nocy? Przez rok chodziłam do renomowanych  fizykoterapeutów, którzy robili ze mną wszystko, tylko żaden nie zapytał, w jakiej pozycji i na jakim materacu śpię. Skoro o 3.00 nad ranem regularnie zwiedzałam sufity, to ktoś chyba powinien był o to zapytać!

   Musiałam wyjechać do SPA i tam wpaść w materac miękki jak chmura, żeby zrozumieć, gdzie tkwi problem. Jeśli śpimy na boku, a materac jest twardy, to siłą rzeczy u nas kobiet miednica jest wypychana do góry i robi się boczna skolioza. W miękkim materacu biodro się „zapadnie” a kręgosłup pozostanie prosty. Nie uwierzycie, ale pierwsza od miesięcy całkowicie przespana noc była efektem wyłącznie zmiany materaca.

   Jeśli śpicie na brzuchu to fatalnie, to dla kręgosłupa najgorsza pozycja. Ale wtedy akurat twardy materac jest wskazany. Inaczej brzuch wpada zbyt głęboko i ciągnie za sobą kręgosłup. Ale jeśli śpicie na plecach, znów trzeba wrócić do miękkiego łoża, żeby teraz tyłek miał się w co zapaść. Inaczej przy prostych nogach kręgosłup wygina się w łuk i boli.

 

   A co z szyją? Niewiele osób po 40-stce nie ma problemu z bólem w karku. 

Najlepiej byłoby przejść się czasem do dobrego terapeuty manualnego, jeszcze lepiej do osteopaty, który będzie nasze ciało traktował kompleksowo, a nie zajmował się wyłącznie wąskim wycinkiem.

   Takim jest mój terapeuta, którego gorąco polecam wszystkim z Warszawy i okolic. Nazywa się Piotr Płaza, od ponad 10 lat bezustannie studiuje wciąż dołączając nowe wydziały, kursy i szkolenia do swojej ogromnej wiedzy. Nie znam kogoś innego, kto w tak krótkim czasie jest w stanie uwolnić od bólu i różnych dolegliwości. Jego strona: www.plazaosteopatia.com

Jadwiga, potwierdź:)

 

A jeśli nie mamy pod ręką dobrego szamana a szyja łupie? Proponuję dwie proste metody, które mnie pomagają.

   Pierwsza to zwis z łóżka głową w dół przez chociaż 5 minut. Staram się to robić codziennie przed wstaniem. Odciąży to kręgi szyjne, pozwoli odpocząć nerwom ściśniętym pomiędzy nimi. To samo można osiągnąć kładąc się na dużej piłce do ćwiczeń. Głowa w końcu waży te parę kilo.

No, ale piłkę dobieramy przecież do wzrostu, proszę...!

 

P1040180.jpg

 

Szmira, żółwik misiów:)

 

    Druga metoda to powrót do czasów pensjonarskich i chodzenie lub siedzenie z książką lub workiem kaszy na głowie. Nie uwierzylibyście, jak ten prosty zabieg cudownie leczy szyję. Z czymś na głowie łatwiej osiągniemy idealny wyprost, a jest to zbawienne. Kiedyś szyja strasznie już dawała mi popalić i wybierałam się do terapeuty. Ale po drodze zdarzyło się kino. Przede mną usiadł człowiek wielki jak góra, więc ja przez dwie godziny wyciągałam się jak żuraw, żeby cokolwiek zobaczyć. Po przyjściu do domu nagle zorientowałam się, że nic mnie nie boli. Wystarczyło na dwa miesiące... 

 

Człowieku, lecz się czasem sam.

 

Na koniec jeszcze jedna rekomendacja: żeby ukoić skołatane nerwy polecam śliczny hotelik 50 km od Warszawy w Wildze. Sami zobaczcie:

http://www.laswoda.pl/

 

 I ostatnia sprawa - nasza blogowa koleżanka Zielona (u mnie na pasku), czyli Greentime ma problemy z 3-miesięcznym maluszkiem. Jeśli ktoś jeszcze nie zdecydował na co przeznaczy 1%, to niech zajrzy na jej blog:

 

http://www.greentime.pl/pssssyt-to-jest-top-secret-1071

 

 Musimy sobie pomagać, co nie?

 


Podziel się

komentarze (38) | dodaj komentarz

Dziennika naszego, powszedniego...

piątek, 24 stycznia 2014 18:10

P10401761.jpg

 

I znów jubileusz...

 

   Zanurzona w wieczornym fotelu, zapełniając kolejną stronę w zeszycie w kratkę, nagle uświadomiłam sobie, że za chwilę minie okrągłe 10 lat jak zaczęłam systematycznie spisywać swoje codzienne sprawy.

   Ale nie jest to Dziennik Bridget Jones, choćby dlatego, że nie wyliczam tam wypitych drinków ani wypalonych papierosów. Nie zwykłam się z nich tłumaczyć nawet przed dziennikiem!

 

   Uzbierało się tego kilkanaście grubych kajetów. Pełno w nich głębokich (a jakże!), a często kompletnie nieprzemyślanych impresji, uwag, komentarzy.

 

   Czasem wlewam do niego suche notatki z wydarzeń, cenę zakupionej sukienki, godziny odjazdu pociągu, który powiózł mnie w świat, menu na eleganckiej kolacji, którą zaserwowałam (głównie po to, żeby nie dać plamy i nie powtórzyć go na kolejnej), stan pogody, jeśli nienormalna, katastrofę samolotu itp.

 

   Czasem opisuję sytuacje, które mnie wyjątkowo wkurzyły lub przyniosły satysfakcję. Cytuję oryginalny komplement, którym mnie obdarzył ktoś młodszy o 20 lat, albo własne złote myśli, jak ta podczas przymiarek do nowego laptopa firmowego. A leciało to tak:

30.12.2009.

 Ceny w MM mnie powaliły: 6.400 zł za 1,8 Hz, kiedy na Allegro oferują  nówki za 5.500, i to za 2,13 Hz!.

(Tak piszę, jakbym miała pojęcie, czym się różni 1,8 od 2,13 Hz, ale brzmi mądrze)”

Albo:

„ Kurier zadzwonił do drzwi dopiero o 22.00, kiedy właśnie oblekałam w piżamę moje chude ciało...”

 

Zaraz, a kiedyż to ja miałam „chude ciało”?! O matko, w 2005!

 

    W zależności od nastroju piszę krótko i byle jak, albo przeciwnie –  z rozmysłem, okrągłymi zdaniami, jakbym od razu przygotowywała memuary do druku:)

   Ręczne pisanie ma niestety tę wadę, że nie da się cofnąć jakiegoś głupiego sformułowania, kiedy człowiek za daleko zabrnie. Czasem użyję korektora, ale przeważnie staram się trochę zakręcić i w następnych zdaniach bardziej uważam. Wszak dziennik („pamiętnik” brzmi strasznie pensjonarsko) z definicji nakierowany jest w przyszłość. Po to piszemy, żeby kiedyś (za miesiąc albo za dwadzieścia lat) móc do niego wrócić i powspominać... Nie powinny nas boleć zęby od kostropatych zdań, egzaltowanych och-ów czy fatalnej gramatyki. 

 

   Wiem, wiem, to autocenzura... Ale chyba milej jest kiedyś poczytać wysmakowane, przyczesane i klarowne zdania, niż chaotyczne, wyrwane z kontekstu, luźne uwagi. Dobrze prowadzony dziennik to prawie wyzwanie literackie.    

   Oprócz tego, że w każdej chwili mogę sprawdzić, ile wydaliśmy przez tydzień w Czechach, albo kiedy po raz pierwszy mój „manualny” dokonał jednego ze swoich licznych cudów, czyli w 20 minut wyleczył mnie z rzekomego zapalenia kaletki biodrowej (ten to naprawdę powinien być kanonizowany!), fajnie jest też przypomnieć sobie takie momenty jak np. koncert Natalie Cole. Śpiewała jak anioł, ale wszyscy skupieni byli na jej bardzo długiej sukni z ogonem, z którym dzielnie walczyła przez cały koncert. A przy bisach zdjęła szpilki, suknia zrobiła się jeszcze dłuższa i wtedy to już naprawdę była wojna...

 

    Gdybym wtedy już prowadziła blog, wiedzielibyście o tym, i ja też miałabym to zapamiętane. A tak przynajmniej mam ślad w dzienniku i mogę się uśmiechać na wspomnienie :-)

 

   Warto pisać, bo niektórych rzeczy nie da się zatrzymać w pamięci. Zwłaszcza kiedy robi się ona dziurawa jak durszlak i nawet najciekawsze wrażenia uciekają bez litości i żadnego dla nas szacunku.


Podziel się

komentarze (31) | dodaj komentarz

Nic się w tym mieście nie dzieje...!

poniedziałek, 20 stycznia 2014 18:33

 

   Dzieci małoletnich nie posiadam, ale w końcu takie eventy są nie tylko dla dzieci. Zmotywowała mnie Tereska, która pięknie przybliża tym co nie pamiętają, treść "Alicji w krainie czarów". Polecam: http://kiedrowska.blogspot.com/2014/01/normal-0-21-false-false-false.html

 

  W niedzielne popołudnie wyciągnęłam więc męża do Wilanowa, żeby ocenić i docenić wysiłek organizatorów, informatyków i elektryków, którzy stworzyli widowisko inspirowane książką "Alicja w krainie czarów" (i nie tylko).

   150 tysięcy żarówek to najpierw "Ogrody wyobraźni", gdzie całe pola różnokolorowych świateł rozjarzają się co 20 minut:

 

P1040091.jpg

 

a następnie tworzą labirynt złożony z charakterystycznych dla "Alicji..." rekwizytów...

 

P1040092.jpg

 

P1040041.jpg

 

P1040100.jpg

 

P1040065.jpg

 

    A o 17.30 rozpoczął się bajeczny popis audiowizualny, czyli mapping, czyli prawie letnie kino. To znaczy zimowe, bo akurat dopadało sporo śniegu i nagle zrobiło się -7 st.C.

    Ekranem była główna fasada Pałacu w Wilanowie, a wyświetlano na niej perfekcyjnie nałożone makiety zamku, zmieniające się w zależności od scenariusza. Nie brakowało efektów w 3D. Pałac wyglądał chwilami jak wielki kiczowaty obrazek namalowany przez dzieci, przy czym spasowanie wirtualnej makiety z prawdziwymi oknami czy drzwiami było imponujące. Żona inżyniera się we mnie odezwała:)

 P1040109.jpg

 

P1040108.jpg

 

P1040117.jpg

 

Nie zabrakło kota giganta

 

P1040142.jpg

 

ani postaci na koniach...

 

P1040129.jpg

 

a sam pałac pulsował światłem i kolorami bez końca...

 

P1040148.jpg

 

P1040149.jpg

 

P1040119.jpg

 

P1040150.jpg

 

Ale przecież "w tym mieście kompletnie nic się nie dzieje..."


Podziel się

komentarze (31) | dodaj komentarz

...jak jeden dzień...!

czwartek, 16 stycznia 2014 18:22

 

17 stycznia 2011 roku zamieściłam pierwszy wpis na blogu. Znaczy 3 lata...

 

   To znaczy nie napisałam tekstu DO bloga, tylko zamieściłam wstęp do książki, którą miałam zamiar dopiero wydać.

   Przyszłam znikąd i bardzo byłam ciekawa, czy pies kulawy, lub pełnosprawny w ogóle do niego zajrzy. Wtedy na salonach królowała Pajęczyca i Rodorek, którym po cichu strasznie zazdrościłam „poczytalności”. Liczyłam moje pojedyncze wejścia jak paciorki, zerkając na te miliony koleżanek z ciężkim sercem.

 

  A potem jakoś poszło. Rodorek właśnie zalicza „czwórkę” i słusznie zwróciła uwagę, że ciężko nam sprawdzić rzeczywistą frekwencję skoro ukradziono nam 7 miesięcy z licznika. Zresztą, licznik na stronie też nie pokazuje wszystkich wejść, bo kiedy oficjalnie miałam 850 tys., z dobrego źródła wiem, że było to już wtedy 1,7 miliona (październik 2012)

 

   Przepraszam, ale nie wierzę nikomu kto mówi, że ilość wejść na blog go nie interesuje.

   Blog jest formą publicznego wypowiadania się, więc nie róbmy ściemy, że ilość czytelników jest nam obojętna..

   Ale nie chodzi o taką ilość wejść, kiedy WP wrzuca nasz tekst na stronę główną.  Rekord padł – nie uwierzycie – przy rozważaniach, czy Kate Middleton  jest nieświadomą niczego gąską, czy wyrachowaną karierowiczką (bez stawiania tez).

160 tysięcy.

Na tematy moim zdaniem znacznie ważniejsze zaglądało już znacznie mniej osób. 

 

Teraz zmieniło się to, że kiedy piszemy o sprawach nie ocierających się o seks czy celebrytów nasze teksty zapewne nigdy nie trafią na pierwszą stronę WP. Tak się porobiło. I pomyśleć, że jeszcze niedawno lądowały tam teksty o Legnicy, kradzieży samochodu, cmentarzach czy spektaklach teatralnych... Panta rei...

 

Trzy lata to sporo, choć tempem nie dorównuję Krysi http://rodorek.bloog.pl/,  Gordyjce http://gordyjka.blogspot.com/ czy Adeli http://protestadeli.blogspot.com/

One PISZĄ prawie CODZIENNIE i ja tego nie ogarniam rozumem. No cóż, nie dogonię. Cieszy mnie jednak to, że skoro z definicji piszę co 5-6 dni, to chyba nie te same osoby składają mi te statystyczne 1000 wizyt dziennie...:-)))

 

   I to TA frekwencja się liczy, TO jest ogromnie miłe, wszystkim kłaniam się w pas i  obiecuję się nadal starać. Choć ostatnio spotkał mnie jeden zarzut, że obniżam loty, ale naprawdę robię co mogę.

 

   A w prezencie przesyłam martwą naturę, którą kiedyś skomponował bliski mi człowiek, do kalendarza. Życzę wszystkim, żeby jak najszybciej mieli okazję zasiąść w takiej stołówce na małe co nieco ...:)

 

sery.jpg


Podziel się

komentarze (29) | dodaj komentarz

Lublin

czwartek, 09 stycznia 2014 18:55

Najsamprzód muszę się pochwalić i poprosić o pochwałę innych – WRESZCIE RAZ NIE ZAPOMNIAŁAM ORZESZKÓW IDĄC DO ŁAZIENEK!

  Wprawdzie wiewióry po tylu wolnych spacerowych dniach były przeżarte i nie można się ich było dowołać (całe szczęście, że ktoś wymyślił to „Basia, Basia..!”, bo w ogóle nie wiadomo byłoby, jak do nich gadać) , to potem podchodziły leniwie,  z ociąganiem.

 

   Wreszcie udało mi się namówić jedną czy dwie do pozowania i wyszło tak:

 

P1020993.jpg

 

P1040010.jpg

 

A podczas szukania wiewiórek dostrzegłam sikorkę akrobatkę, co miała jedną nóżkę bardziej od drugiej...

 

P1020986.jpg

 

A ta chyba przysnęła..

 

P1020987.jpg

 

No, dość o tym, bo Rodor jak zwykle mnie ubiegł i jej sikorki ładniejsze...:(

 

Miało być o Lublinie. Tak się dziwnie składa, że podczas tych 3 lat blogowania trafiłam na wiele bardzo ciekawych osób z Lublina i okolic. Część już się wykruszyła, część na szczęście pisze dalej. Zastanawiałam się nad tym fenomenem wielokrotnie i nie mam na to prostej recepty. To że nasi kuzyni sami są fajnymi ludźmi i mają równie fajne i duże grono przyjaciół, to jeszcze żaden dowód. Ale z tego rejonu wywodzi się kilka moich ulubionych blogerek, albo korespondentek, poza tym poznałam paru mądrych ludzi, którzy do Warszawy właśnie z Lublina się przenieśli.

Nie wiem, na czym to polega.

 

Anyway, w Lublinie dawno nie byłam, a w Nowy Rok miałam okazję pobiegać po Starym Mieście, które jest wyjątkowo fotogeniczne. Dużo się tu dzieje, większość kamienic jest pięknie odnowiona, część niestety dopiero czeka na gruntowny remont.

 

Zaskoczyły mnie takie kontrasty. Ładny ten "Przytułek sztuki im.Brunona Schulza". Szkoda, że w takiej ruinie... A może przytułki nie powinny być za ładne...?

 

P1020873.jpg

 

Ciekawostki takie jak Apteka-Muzeum. W życiu nie spotkałam.

Kawiarnie-czytelnie tak, ale aptekę-muzeum...?

 

P1020875a.jpg

 

I takie detale..:

P1020882.jpg

 

P1020878.jpg

 

P1020908.jpg

 

Pięknie się kadruje to miejsce:

 

P1020907.jpg

 

A to moja faworyta – restauracja Mandragora, gdzie podano nam świetną kawę po żydowsku z kardamonem.

 

P1020879.jpg

 

   Swoją drogą dopiero teraz dowiedziałam się, że właśnie w Lublinie istniała największa uczelnia talmudyczna na świecie, (stąd Lublin zyskał miano „żydowskiego Oxfordu”), a także inne uczelnie, biblioteki, synagoga i „najbardziej koszerna z koszernych mykwa”.

   W pogromie wojennym, w Majdanku, innych obozach i podczas licznych egzekucji zlikwidowano całkowicie społeczność żydowską, liczącą sobie wtedy ponad 42 tys. osób.  W 1990 roku w Lublinie zameldowanych było... dziesięciu Żydów.

 

No comment.


Podziel się

komentarze (40) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 217