Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 735 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2846681
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12565
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2353 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Dzieci wiedzą lepiej

poniedziałek, 31 października 2011 9:19

 

    Co jest w ludzkiej naturze, że do wszystkiego musimy dochodzić sami?


   Małe dziecko poznaje świat głównie językiem, bo słowa mówionego jeszcze nie rozumie. Nie można mu tego zabronić, bo jest to jedyne znane mu narzędzie. Im bardziej fałduje mu się mózg, tym bardziej włącza do tego procesu uszy i oczy. Co gorsza, zaczyna też zadawać pytania, na które dorośli czasem z trudem potrafią odpowiedzieć.


   Niestety, nawet jeśli odpowiedź padnie i to w miarę czytelna, jest tylko hasłem wywoławczym, które dziecko albo oleje, albo samo zweryfikuje. Rzadko, bardzo rzadko wczyta ją i bezkrytycznie zastosuje.


   Im poważniejsze są to sprawy, tym bardziej krew nas zalewa, dlaczego nie słuchają! Przecież aż się prosi, żeby skorzystały z naszych doświadczeń, gotowych rozwiązań, przestróg i dobrych rad. Po co powtarzają te same błędy, wsadzają palec w ogień, pakują się w kłopoty, żeby potem usłyszeć: A nie mówiłam, że tak będzie?


   Nasze uwagi wciąż trafiają w próżnię, a jednak ciężko jest nam się powstrzymać od tego ględzenia i pouczania. Co z tego, że kierują nami dobre intencje? Dobrymi chęciami jest wszak piekło wybrukowane. My już wiemy, że coca cola wyżera zęby bo ma kwas fosforowy, ale dziecko 7 letnie ma w głębokim poważaniu zęby. Co go obchodzą zęby, przecież to problem rodziców! Ono po prostu chce pić Colę i już!   

   A chipsy? Czy można wytłumaczyć 8-latkowi, że będzie otyły i dostanie miażdżycy, cukrzycy, nadciśnienia itp.? Można próbować argumentu, że żadna dziewczyna go nie zechce, ale to działa dopiero w późniejszym wieku, kiedy jest już często za późno na zmianę przyzwyczajeń.


   A palenie papierosów? Czy jakakolwiek 16-latka o brzoskwiniowej cerze posłucha, że palenie zabija? Ona nawet nie posłucha tego, że zacznie się szybciej starzeć, bo dla niej to co widzi w lustrze jest na tyle uspokajające, że spuszcza nasze dobre rady po kiju.


   Potem jest jeszcze gorzej. Mimo naszych najbardziej wyrafinowanych argumentów, nasze dziecko nagle stawia na „rozwój wewnętrzny” i zamiast wybrać sobie jakiś praktyczny kierunek studiów typu stomatologia, inżynieria lądowa czy informatyka postanawia iść na socjologię! Ilu socjologów jest potrzebnych w naszym kraju? Nawet jeśli 5 % znajdzie zatrudnienie w zawodzie, to prawdziwej kariery nie zrobi żaden, bo i tak do wszystkich wywiadów i wypowiedzi telewizyjnych wzywany jest prof. Śpiewak. To samo z etyką, a zwłaszcza szalenie modną ostatnio... filozofią! To już prawdziwe kuriozum! Co może robić po studiach 24-letni „filozof”? Kto i do czego go zatrudni? Ja rozumiem, że takie studia można sobie zrobić uzupełniająco, po to żeby pogłębić swoją wiedzę o świecie, tak jak kiedyś studia dziennikarskie można było robić dopiero po skończeniu jakichkolwiek innych studiów. Człowiek miał już lepiej ukształtowany mózg, był dojrzalszy, miał jakiś moralny kręgosłup. Teraz kiedy „dziennikarzem” można być w wieku lat 20 czy 23, mamy poziom dziennikarstwa taki jaki mamy.


   Są jeszcze gorsze wybory. Córka przyjaciół skończyła wydział literatury angielskiej w  bardzo dobrej szkole w Anglii. Następnie postanowiła zostać ... nauczycielką w angielskiej szkole!!! Z całym szacunkiem, młodzież można uczyć wszędzie, byle nie w Anglii! Dziecko jednak było odporne na wszystkie argumenty, skończyło roczny kurs pedagogiczny (państwo zafundowało, bo rodzina założyła szlaban na kasę) i zaczęło uczyć.


   Zabawa trwała kilka miesięcy. Po zamknięciu dziewczyny w komórce na kilka godzin i paru innych numerach, które wycięła jej złota młodzież, miłość do szkolnictwa przeminęła z wiatrem i temat się zakończył. Zmarnowany rok i sporo nerwów. A nie mówiłam... Notabene, chyba nie ma nic bardziej wkurzającego, niż usłyszeć coś takiego...


    Ale prawdziwy dramat zaczyna się, kiedy latorośl wybiera sobie partnera. Ponieważ on/ona funkcjonuje wtedy w stanie permanentnego zaczadzenia, nie widzi spraw, które widzą rodzice. Że np. kandydat pochodzi w lumpiarskiej rodziny i prędzej czy później zacznie to grać rolę. Że jest uzależniony od mamusi, która do dziś robi mu śniadanko i nic się nie zmieni po ślubie. Że dziewczyna może i jest demonem seksu, ale pod czaszką ma gładź cylindryczną, więc kiedy minie zauroczenie, pozostanie pustka jak na stepach Kirgizji. Że jest flejtuchem, więc w mieszkaniu wkrótce wyrośnie grzyb, o ile nasz syn sam nie weźmie się za sprzątanie. Itd., itd.


   Pamiętacie film „Uprowadzenie Agaty” i jak się skończyła prawdziwa historia córki pana Kerna? Proza życia wygrała z uczuciem i dziewczyna wróciła do domu z podkulonym ogonem...  I po co było stawiać na baczność Milicję i służby specjalne, aresztować rodziców wybranka?


   Ciekawe, czy dziewczyna usłyszała wtedy od ojca: A nie mówiłem...? Tylko co to zmieni? Nawet film wyszedł z tego beznadziejny,,,

 


Podziel się

komentarze (27) | dodaj komentarz

Cmentarze są dla ludzi.

czwartek, 27 października 2011 20:01

 

   „Zbliża się Święto Zmarłych. Żeby uniknąć horroru na cmentarzu 1 listopada postanowiłam odwiedzić "kwaterę" moich dziadków już teraz, w drodze do domu. Jak zwykle nie obyło się bez szukania grobu, który przecież teoretycznie tkwi w tym samym miejscu, a jednak mam wrażenie, że wciąż się przemieszcza... A już sąsiednie groby to naprawdę wędrują! Żaden nie przypomina tego z ostatniej wizyty!   

   Jakby zmarli mieli uciechę, że nas tak przegonią bez litości, z tymi donicami, zniczami wielkości arbuza i innymi niezbędnymi akcesoriami! Jakby chcieli powiedzieć: "Trzeba było przychodzić częściej, a nie raz na rok, to by się pamiętało! Przecież zawsze leżę tu, na lewo od 10 tui, zaraz za hydrantem, 16 grób w alejce!  To takie łatwe do zapamiętania!"

   I kiedy już zgoniona jak pies dopadłam wreszcie właściwej płyty i osunęłam się na nią, wytarłszy uprzednio szmatką, złapał mnie na SMS-ie mój przyjaciel. Napisałam, że jestem na cmentarzu, na co on :

   - Nieśmiało zapytam: leżysz, czy odwiedzasz?

Bardzo śmieszne!”

 

   To fragment mojej książki, który obrazuje trochę moje podejście do cmentarzy. Żeby była jasność – nienawidzę Halloween i nie znoszę robienia sobie jaj ze śmierci. Ale nie traktuję wizyty na cmentarzu jako śmiertelnie poważnej ceremonii, tylko jako odwiedziny u kogoś, kto chwilowo przebywa gdzie indziej, i gdzie z całą pewnością jest mu lepiej niż nam. To i czym się tu smucić?

 

   Może dlatego zwiedzanie cmentarzy w nieznanych miejscach jest moją prawdziwą pasją. A oto, co odkryłam.

   Zacznę od najstarszego – na Sycylii znalazłam miejsce zwane Pantalica. To 5000 kwater wykutych w  stromych ścianach głębokiego kanionu. Wyglądają jak dziurki po kornikach, a pochodzą z ... epoki brązu. Proszę sobie wyobrazić, ile czasu wykuwano taki jeden otwór 2-3 tysiące lat p.n.e. na ogół w pionowej ścianie, nie mając nawet żelaznych narzędzi! Kwatery są malutkie, człowiek  musiał tam leżeć skulony, ale mam wrażenie, że już się wtedy nie skarżył.

 


 

   

 

 

   Cmentarzem nowożytnym, ale bardzo oryginalnym jest wyspa cmentarz San Michele obok Wenecji. Oprócz kościoła i grobów nie ma tam niczego więcej. Zmarli byli przywożeni łodzią wprost do kościoła, którego wrota otwierają się na morze. Nie wiem, czy nadal odbywają się tam pogrzeby, ale może istnieją jakieś specjalne miejscówki dla zasłużonych Wenecjan.

 


   Znajduje się tam np. grób Igora i Very Strawińskich. Na mnie niesamowite wrażenie zrobiły dwie płaskorzeźby, zwłaszcza jedna – pocałunek Anioła Śmierci. Widzicie tę namiętność? Czy ktoś potrafi sobie wyobrazić zgodę dzisiejszych księży na taki nagrobek?

 

  

 

   Następny do kolekcji to cmentarz Pere Lachaise. Jedni wiedzą, że leży tam Chopin, a inni, że Jim Morrison. Grób Chopina zaskoczył mnie swoją skromnością i elegancją (zdj. po lewej). Po Morrisonie została dziura w ziemi, bo płyta poszła akurat do renowacji. Ilość sprayu i graffiti, którą może przyjąć nagrobek też jest jednak ograniczona. Sam cmentarz to jedno wielkie dzieło sztuki, ale to temat na osobną opowieść. Po prawej jeden z wielu grobowców rodzinnych

 

   

 

Niezmiennie fascynują mnie maleńkie niemieckie lub austriackie cmentarzyki, często bajecznie usytuowane na wzgórzu, jakby ktoś chciał zapewnić zmarłym piękny widok. Kto oglądał „Wilbur chce się zabić” będzie wiedział o co mi chodzi. Tu Austria, Woerthersee.

 

 

 

   A za łażenie po TYM cmentarzu mogliśmy nieźle oberwać. Wzięto nas za amerykańskich turystów, fotografujących bezczelnie ich święte miejsca, a historia wydarzyła się w Moshi, u stóp Kilimanjaro. Ale to nie moja wina, że najmniejsza na świecie kózka, którą chciałam mieć na filmie, polazła na muzułmański cmentarz. Naprawdę nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Na szczęście nasz przewodnik zdołał nas stamtąd jakoś wyciągnąć i wytłumaczyć, zanim cała muzułmańska wieś spuściła nam łomot.

 

 


 

Takie są te moje cmentarze... Przyznacie, że nudzić to się na nich nie da.



Podziel się

komentarze (35) | dodaj komentarz

Nie trzeba daleko jechać...

niedziela, 23 października 2011 19:42

 

   Od kilkudziesięciu lat jadąc trasą katowicką (Ślązacy mówią, że ona jest „warszawska”) mijałam Radziejowice i ani razu nie było okazji, żeby się tam zatrzymać. Wieś ma dość mroczną historię, bo i ród Radziejowskich cieszył się złą sławą. Katarzyna była oskarżona o współudział w zabójstwie dwóch ostatnich książąt mazowieckich, zaś Hieronim to „jedna z najbardziej odrażających figur w naszych dziejach” w/g Jasienicy. To on sprowadził na Polskę potop szwedzki w XVII w.


    W ostatni weekend dotarłam wreszcie do Radziejowic. Znów na chwilę nawiałam od uporządkowanego świata, a gdzie się lepiej chodzi na wagary, jak nie do parku?

   Kto nie wie, informuję – W Radziejowicach, raptem 35 km od Warszawy znajduje się dobrze utrzymany kompleks pałacowy, z klasycystycznym pałacem i neogotyckim zameczkiem. W słońcu ściany budowli są oślepiająco białe, pięknie kontrastują ze stareńkimi drzewami i zarośniętymi rzęsą jeziorkami.

 

 



   Równie piękny jest rozległy park w stylu angielskim, pełen stawów, strumieni, a więc i mostków, w którym można także dostać w łeb spadającym konarem. Informuje o tym lojalnie tabliczka przy wejściu. Przyroda rzeczywiście rośnie tam sobie jak chce... 

 

 

 


 

  Park znakomicie nadaje się na plener dla ślubnych zdjęć, więc chociaż obiektywnie temperatura nie przekraczała 5 st.C, Panna Młoda dzielnie pozowała fotografowi z dekoltem do pasa. Cóż, nie od dziś wiadomo, że szczęście grzeje człowieka bardziej niż kołdra i futro z lisów.

 


 

  Ja co prawda pogoniłabym Młodą Parę raczej w te dzikie ostępy, rodem z „Pana Tadeusza”, ale widocznie fotograf nie miał ikry, czyli jaj. Mój syn robi zdjęcia ślubne w ciekawszej scenerii, np. takie:

 

 

   Niespodziewanie trafił mi się też bonus, gdyż w parku wystawiono szereg rzeźb profesora Zemły. Nie wiedziałam o nim za wiele poza tym, że jego autorstwa jest pomnik Powstańców Śląskich w Katowicach, a także statuetka nagrody literackiej Nike, naprawdę udana. Tutaj oprócz replik czy gipsowych form jego innych dzieł – pomnika Sienkiewicza, czy Słowackiego itp., ustawiono bardzo ciekawą grupę „krzyży”, o których jak na razie nie udało mi się niczego wyczytać. Z całą pewnością tworzą cykl, ale jeśli ktoś ma więcej informacji na ten temat, to bardzo poproszę.

   Na marginesie mojego felietonu o sztuce współczesnej sprzed paru tygodni, przy oglądaniu TYCH rzeźb jakoś zęby nie bolą... Co najwyżej dusza.


 

 

            

 


 

   Ale to nie koniec wrażeń krajoznawczych, bo 15 km bliżej znalazłam takie oto skromne conieco – Pałac w Młochowie. Pałacyk ma 200 lat i wymaga kapitalnego remontu, ale że komuniści umieścili tam m.in. Instytut Ziemniaka (sic!), to i remontować nie było komu. Patrząc jednak na połowę dachu -  idzie ku lepszemu.

 


 

  Ładniejszy od samego pałacu znów jest park, z ogromnym stawem i wyspą na nim. A na wyspie Madonna, widoczna nawet z daleka.

 

 

 

   Na koniec jesienne impresje – niech ktoś się upiera, że inne pory roku są ładniejsze. Ale przy tych kolorach nawet aparat zgłupiał.


 

 

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Co ty tam dźwigasz? czyli jedno z serii głupich pytań.

piątek, 21 października 2011 10:09

 

 Zasłyszane...


-   Kochanie, potrzymaj mi torbę. Skoczę do toalety.

-   Daj... O rany! Cały dom tam taszczysz?

-   Nie, tylko najpotrzebniejsze rzeczy...

-   Jakim cudem najpotrzebniejsze rzeczy tyle ważą? Przecież ty masz 156 cm. Nie możesz kupować przedmiotów w wersji mini – są przecież w sprzedaży małe telefony, małe notesiki i ołóweczki jak mały palec.

-   Nie wiem czy zauważyłeś, ale natura dając nam mniej centymetrów wzdłuż, zostawiła nam jednak przeciętny rozstaw oczu, standardową grubość palców, a także podobną powierzchnię twarzy pod makijaż i szyi do spryskania perfumami. Teoretycznie mogę więc pisać na maciupeńkiej klawiaturce telefonu i szukać numeru w maleńkim notesiku, ale prędzej szlag mnie trafi!

-    Ale czy zaraz musisz  mieć klawiaturę wielkości tabliczki czekolady?

-    Muszę mieć taką klawiaturę w którą trafi palec z paznokciem i długim i zupełnie krótkim. Skąd wiem, jakie będę miała jutro? A poza tym, co ty wiesz o kobiecych potrzebach? Mogłabym nosić mini lusterko, ale jak wtedy zobaczyć, czy oba oka umalowałam tak samo? Na każdą twarz wchodzi mniej więcej tyle samo podkładu, pudru czy błyszczyka, więc nawet gdyby w sprzedaży były wersje dla krasnali, to poszłabym z torbami w kółko uzupełniając zapas.

-    A TO, czemu to tyle waży?

-    A to, to bilon. U nas małych nie chce ważyć mniej, niż u dużych. A jak iść w świat bez drobnych? Jak zapłacić kierowcy autobusu, kiedy skończą mi się bilety? Kartą kredytową?

-   A kiedyś ty ostatnio jechała autobusem?

-   Dawno. I dlatego właśnie nie mam biletów, więc muszę być przygotowana, jakby co... A czym zapłacić za 2 jabłka na straganie pędząc do pracy? Stówą? Nie moja wina, że czasem portmonetka sama waży tyle co dwa jabłka.

     Bez paru banknotów też ani rusz! Pamiętasz jak w szczerym polu zepsuł nam się samochód i nie było innej rady, jak zatrzymać PKS, a potem ściągnąć chłopa z furmanką? Całe szczęście, że miałam zaskórniaka w bocznej kieszonce. Ty ze swoimi złotymi kartami mógłbyś tam wrosnąć w podłoże i pokryć się mchem. Nigdy, przenigdy nie wyjdę z domu bez gotówki!

-  Dobra, a te karty? Przecież wystarczy jedna, taka do płacenia i bankomatu najlepiej.

-  Akurat! Muszę mieć jeszcze kartę służbową, na wypadek tankowania, kartę do Centrum Medycznego, gdyby mi nagle wypadł ząb albo włosy, karty do perfumerii (Ok, trzech, mam słaby charakter, ale czy wiesz, jakie okazje się czasem trafiają?), kartę do sklepów odzieżowych (no dobra, do czterech! Ale człowiek nigdy nie wie, kiedy znajdzie się w pobliżu i...), i  kartę do Kodaka (to przez zapomnienie). 

-    A ta, jakaś hotelowa? A kiedyś ty ostatnio raz była w tym hotelu?

-   ...Rok temu... A jak nagle zechcę odwiedzić przyjaciółkę, to jak nic, karty zapomnę, a mam 20% rabatu!

-    A ta, do firmy ubezpieczeniowej?

-   ...na wypadek gdyby...No przecież nie znasz dnia ani godziny, kiedy coś się może zdarzyć! A jak zapadnę w śpiączkę, to skąd będziesz wiedział gdzie jej szukać?

  Ok, nie muszę nosić wszystkich ze sobą. Ale jestem absolutnie pewna, że jeśli wyjmę choć jedną z nich, na 200% właśnie ta będzie mi potrzebna!

-    A to co? Lakier do paznokci? Malujesz paznokcie w samochodzie?

-    Mam akryl. Jeden nieostrożny ruch i bach... nie ma pół paznokcia. Wiesz, jak wygląda ręka z wszystkimi paznokciami w szkarłacie i jednym białym?

-   Boże, jak się cieszę, że umarł zwyczaj noszenia torebek za swoimi kobietami przez facetów! A ta saszetka z lekami? Musisz być przygotowana na wszystkie choroby świata, z zapaleniem pęcherza i malarią włącznie?

-  Jak ty nic nie rozumiesz! Kiedy pojawiają się pierwsze objawy, lek trzeba wziąć NATYCHMIAST, nie za 6 godzin! Taka maść na opryszczkę na przykład. Nigdy tego nie przechodziłeś, to nie wiesz. A poza tym, nie tylko mnie może się coś przytrafić, czasem przyjaciółce wyskoczy pryszcz, albo gardło rozboli, no to muszę mieć ten roztwór złota. I lek przeciwzapalny, jakby ząb zaryczał..., i arnikę na spirytusie przeciwko siniakom. A co ty tam tak gmerasz? Czego szukasz?

-  Łupków i kilograma gipsu, na wypadek gdyby ktoś złamał nogę!

-  Bardzo śmieszne!

-  A to dopiero waży, matko! Klucze do domu, do firmy, do miejsca parkingowego... Ty, a po co ty nosisz klucz do drzwi na klatkę? Przecież od czasu zmiany domofonu wchodzisz na odcisk palca?

-    Ale skaner może się zepsuć! Czasem nawet na amerykańskim lotnisku nie chce czytać!

-    No to masz jeszcze kod.

-    Oj, nigdy nie pamiętam...

-    Ale to jest rok moich urodzin!

-    Tak...? Dobra, zostaw te klucze w spokoju! Co ci one zawiniły?

-    A co tu mamy??? Prezerwatywy??? No, pięknie! Tego się po tobie nie spodziewałem!

-    Nie histeryzuj! To dla syna. Przecież wiesz, jaki on jest nieodpowiedzialny. Wciąż mu podtykam gdzie się da, inaczej wpakuje się w kłopoty. Co za podejrzenia! Doprawdy, czuję się dotknięta!

-   Przepraszam, ale zrozum... Kurczę, po co ty nosisz 3 pary okularów?

-   Jedne do auta, drugie do czytania, a te... Aaa, nie wiem, to jakieś turystyczne, za 12 złotych. Na wypadek, gdyby te drugie się zgubiły..

-   Wiesz czego mi tu do kompletu brakuje? Paralizatora!

-   Też tak uważasz? Ja od dawna się nad tym zastanawiałam, tylko jakoś nie mogłam się zebrać...

-   Żartowałem! Po cholerę ci paralizator? Przecież nigdy nie chodzisz sama po nocy!

-   Przezorny ubezpieczony. A napaść mogą i w biały dzień... A co to jest, takie krwiste...?

-  To nic... Spadło mi na palec okienko kasowe. Pokłóciłem się z babą na dworcu, a ona zatrzasnęła mi na palcu szybę. Krwią chyba podszedł... Boli jak diabli, pulsuje jakby miał zaraz eksplodować.

-  Nie ruszaj się, zaraz będzie dobrze. Mam tu igłę lekarską, specjalnie ją noszę od kiedy Młodemu się coś takiego zdarzyło. Arniką zdezynfekujemy i nawiercimy dziurkę... Nie wrzeszcz, zaraz ci ulży. Teraz plaster. Też mam, oczywiście!

    Wyniki Lotto? Czekaj, mam Wyborczą, może tam są. Ano tak, ty też potrzebujesz okularów. Masz moje. Cicho, film się już zaczyna... 

-  Kochanie, możesz mi włożyć do swojej torebki mój portfel? Boję się, że mi wyleci    z  kurtki.

-  No, właśnie... A potem zapomni go wyjąć i będę targać do domu pół kilo więcej...

 

... a może mi się przyśniło...



Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Bilet z internetu

środa, 19 października 2011 9:03

  

   Każdy, kto pierwszy raz udawał się na lotnisko bez prawdziwego biletu, za to z byle jak wydrukowaną kartką papieru, musiał przeżyć pewien dreszcz niepewności.

    No bo jakże to? Kiedyś człowiek dostawał do ręki kolorową książeczkę, której trzeba było strzec jak oka w głowie. Podobnie jak każdej kopii zawartej w środku, gdyż utrata którejkolwiek z nich skutkowała nie wpuszczeniem do kolejnego samolotu. Wiem, bo taki horror przeżyłam w 91 r. lecąc do Niemiec, kiedy to wydarto mi za dużo owych kopii w jedną stronę, więc kiedy zgłosiłam się na lot powrotny, miałam już samą okładkę. To nic, że na okładce wydrukowane były wszystkie dane. Wyjaśnianie trwało 12 godzin, w końcu mój kontrahent musiał wykupić dla mnie specjalnie nowy bilet powrotny, inaczej zostałabym tam do nowego Milenium.

 

    Kiedy pierwszy raz miałam więc lecieć z biletem wydrukowanym na własnej domowej drukarce, nie wierzyłam, że to się uda. A jednak! Udało się wtedy, udawało się za każdym razem bez komplikacji. Poza jednym wyjątkiem.

 

     Wracaliśmy z Lizbony. O jakiejś pogańskiej godzinie, chyba o 5:40 znaleźliśmy się na lotnisku, wypatrując samolotu Iberii, który miał nas zawieźć bezpośrednio do Warszawy. Ale im bardziej wpatrywaliśmy się w tablicę odlotów, tym bardziej tego rejsu tam nie było. Kilka złapanych osób potwierdziło, że oczy nas nie mylą. Ustawiliśmy się więc w kolejce do biura Iberii, gdzie o 6.00 śliczna Portugalka nienaganną angielszczyzną ze 6 razy powtórzyła : "This flight does not exist”.

   Nie mogła jednak ukryć faktu, że cała nasza czwórka „exist” w systemie, tylko lotu brak, i to od miesięcy (bilet ze względu na względu na fascynującą cenę – jakieś 150 zł/os. w dwie strony - był kupiony pół roku wcześniej).

 

   Ponieważ od dawna latamy na biletach internetowych nie przyszło nam do głowy, że można zmienić rozkład lotów i zapomnieć zawiadomić o tym pasażerów. Po piątym powtórzeniu, że pani musi coś z nami zrobić, dostaliśmy karty pokładowe na lot do Madrytu.  Ruszyliśmy w stronę odpraw, a tam... masakra! Do jedynych czynnych dwóch stanowisk czekało ze 300 osób, w tym głównie młodociana stonka, chyba sportowców. Ułożyli się do snu na podłodze tworząc rozległą kałużę wielkości Morskiego Oka, bez początku i bez końca. Jakimś cudem udało nam się jednak odprawić, dolecieć do Madrytu, gdzie śliczna, tym razem Hiszpanka, zaraz przy wejściu obwieściła, że na lot do Warszawy już nie zdążymy. Powlekliśmy się więc do kas, żeby przebukować na coś innego, a tam inna makowa panienka obwieściła, że teraz musimy sobie KUPIĆ nowe bilety do domu!

 

   Zapachniało krwią! Mojemu mężowi źrenice zwęziły się jak u Wiedźmina, prawie się go przestraszyłam. Widząc to pani odesłała nas do Customs Service, gdzie następna Mercedes czy Carmen wystawiła nam jednak bilety za darmo, ale do... Brukseli. Znacie taki film: ”Jeśli to wtorek, to jesteśmy w Belgii”? No, to tak z nami było. W Brukseli odczekaliśmy znów swoje, żeby wreszcie ok. 18.00 dotrzeć do Warszawy. My tak, ale nasze bagaże nie miały szans za nami zdążyć. W bagażu były klucze od mieszkania...

   Dalej nie będę Was zanudzać, powiem krótko – do domu weszliśmy o 23.00. A miało być tak pięknie...

 

   Konkluzje są dwie. Pierwsza:  bez znajomości jakiegoś języka obcego i tupetu możesz człowieku umrzeć z głodu albo zrujnować się na nowy bilet, chociaż lot należy ci się jak psu micha. Świetny artykuł opisujący podejście linii lotniczych do klienta nosił tytuł: 6 milionów zakładników. Tyle osób w każdej chwili znajduje się w powietrzu. Potencjalnie tylu z nas może się dowiedzieć, że zrobiono overbooking i nasze miejsce jest już zajęte. Tyle też bagaży narażonych jest na zaginięcie itd., itd..

 

   Konkluzja druga jest pocieszająca: Mimo nieograniczonych pokładów złej woli, aby pozbyć się natrętnego pasażera, kiedy system pokazuje, że my w nim „exist”, to nikt bezkarnie nas z niego nie może usunąć. I to bez względu na to, czy ściskamy w ręce lakierowaną, kolorową książeczkę, czy wydartą z drukarki kartkę papieru...

 


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 846 681