Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 735 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2846691
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12565
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2353 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


I znów na cmentarz...

środa, 31 października 2012 8:45

   Uświadomiłam sobie właśnie, że to już kolejne Święto Zmarłych w mojej sieciowej „karierze”. Pierwsze było opisane w książce, więc też drukowane na blogu. Drugie po Bożemu, 1 listopada ub. roku. Teraz jest trzecie.   

 

 

   Wypadałoby uderzyć w jakiś podniosły ton, bo skoro nie wyznaję Halloween, to po katolicku trzeba by się smucić. Cóż, na szczęście moi najbliżsi żyją, a dziadkowie zmarli 30 lat temu, to ile można płakać? Tata wprawdzie popełnił „usiłowanie nieudolne” rok temu, wpadając na drzewo, ale dziękować opatrzności i swojej rogatej duszy – ma się nieźle. Tak więc tradycyjną wyprawę na groby dalszych krewnych potraktujemy jako coroczny obowiązek, z którym nie wiążą się jakieś szczególne emocje. Zwłaszcza, że u moich dziadków byłam już w ubiegłą środę.

 

    Ja chyba w ogóle mam problem z tym świętem. Uważam, że jak ktoś chce mieć w pamięci osobę zmarłą, to będzie ją miał, bez względu na to, czy zawlecze się dokładnie 1 listopada na cmentarz, czy nie. Jeśli ktoś ma potrzebę odwiedzania swoich zmarłych, to będzie to robił, nawet codziennie. A ci co dawno zapomnieli, kim była dla nich osoba leżąca w tym miejscu, na pewno sobie nie przypomną. Ich przyjście dobrze robi grobom, bo przynajmniej trochę posprzątają. Dobry i raz w roku. Ale poza tym – strata czasu. Zmarli – jeśli patrzą na nas tam z góry – nie będą mieć satysfakcji z takiej wizyty...

 

   Już to pisałam, ale powtórzę – nie chcę leżeć pod żadną płytą! Ani w postaci tkanki organicznej, ani prochu! Nawet na czarno nie wolno mnie ubierać, bo podobno mi nie do twarzy! Od kiedy usłyszałam od przyjaciela wampira: „Tylko wesołe kolory, Helenko! Bo odwalę wieko trumny i zrobię awanturę!”, mam uraz i trzymam się z daleka od czarnego. Będę chyba jedyną nieboszczką w pastelach...

 

    Patrzę na to bez emocji. Wprawdzie nie liczę na to, że Pani Śmierć jest tak widowiskowa jak w swoim tańcu podczas spektaklu „Na szkle malowane”, ale to wyjątkowe poczucie równości, to égalité wobec śmierci jakoś mnie uspokaja. Skoro tylu ludzi każdego dnia odchodzi, to widocznie da się ten moment jakoś „przeżyć”...


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Ponownie o aktorach.

sobota, 27 października 2012 13:28

   Są dwa zawody, w których albo jest się najlepszym, albo jest się nikim. To uproszczenie, wiem, ale inteligentny czytelnik wie o co chodzi. To sportowcy i artyści – a w tej grupie plastycy, muzycy i aktorzy. Bo nikt mi nie wmówi, że dzieciak harujący po 6 godzin dziennie na treningach liczy tylko na to, że jego największym osiągnięciem  będzie 6-te miejsce w lokalnych zawodach. Tak jak aktor studiując na PWST w Warszawie czy Krakowie nie przyjmuje do wiadomości, że grać będzie w teatrze w Białej Podlaskiej (z całym szacunkiem dla Białej Podlaskiej), ewentualnie w reklamach środka na wzdęcia, jak mu się poszczęści.

   Każdy z tej grupy zawodowej liczy na podium, chociaż na pierwszą piątkę, chociaż w lidze ogólnokrajowej. Te marzenia z czasem ulegają weryfikacji, świat realny bije ich po głowie, wyznaczając miejsce w szeregu. Często jest to miejsce niezasłużenie dalekie, ale życie to biznes, i jak to w biznesie – tu też trzeba się umieć sprzedać.

   Dlatego nie ma chyba drugiego zawodu tak niewdzięcznego, tak uzależnionego od tysięcy czynników pozamerytorycznych, jak zawód aktora. Można być świetnym lekarzem czy inżynierem i w ogóle nie cierpieć z powodu istnienia tysięcy, czy milionów innych lekarzy czy inżynierów. Ale zagrać w filmie Romea, Julię, Ofelię, czy Kopciuszka może tylko jedna osoba i tylko w pewnym wieku. A jak często pojawia się nowa wersja Hamleta - raz na 30 lat? Jak nie zagrasz Ofelii teraz, to już nie zagrasz nigdy.
   W teatrze wystawienia wielkich klasyków też nie zdarzają się co rok. Za to co rok na rynek wchodzi kilkuset młodych i przeważnie zdolnych aktorów i aktorek. Co z nimi począć zwłaszcza że wśród aktorów emerytura w wieku 60 lat praktycznie się nie zdarza?

   Wiele razy zastanawiałam się, co stało się z jakimś młodym człowiekiem, który świetnie zadebiutował w kinie lub w teatrze, a potem zniknął jak siwy dym i nigdy więcej go nie zobaczyliśmy. Za to z lodówki wciąż wyskakuje nam Socha czy inna Rosati, które poza ładną buzią niewiele mają do zaproponowania. Chyba że.......... tu werble, żeby wzmocnić napięcie......... trafią na wyjątkowego reżysera!
 
    Bo genialny reżyser i dobry scenariusz są w stanie i z pustego nalać, co w zasadzie wydaje się niemożliwe. A jednak.

   To co nie udało się nawet Wajdzie, udało się Piotrowi Trzaskalskiemu w „Edim” – Henio Gołębiewski zagrał swoją rolę tak naturalnie, jakby nakręcano go ukrytą kamerą. Ze swoją brzydotą i przepitym głosem był tam przekonywujący i wzruszający. Niestety, tylko raz taki był.

   Przypomniał mi się Edi po obejrzeniu polskiego filmu „Obława”, który niedawno wszedł na ekrany. Film bardzo dobry, przejmujący, plastyczny. (O matko, znowu chwalę! Niedobrze ze mną, chyba muszę pójść na terapię:-))
   O Dorocińskiego się nie bałam. Wprawdzie można mu zarzucić granie wciąż w tym samym stylu, ale że też role ma wciąż podobne, to nie można się czepiać. Że młody Stuhr w nietypowej dla niego roli - kanalii, kolaboranta i zdrajcy się sprawdzi – też obaw nie było. Sonia Bohosiewicz  posiada takie pokłady talentu na stanie, że nic jej nie zagrozi. Bałam się tylko Weroniki Rosati.

   Nic na to nie poradzę, że mimo najszczerszych chęci nie mogę wskazać ani jednej roli, w której to piękne dziewczę o śródziemnomorskiej urodzie (zupełnie nie słowiańskiej) byłoby przekonywujące. Ale miała szczęście, bo trafiła na Marcina Krzyształowicza. Nie wiem, co on jej zadał, ale w „Obławie” jest po prostu dobra. Wprawdzie analogicznie do Ediego – jej kwestie zwykle nie zawierają więcej niż 3-4 słowa, ale brzmią PRAWDZIWIE! Bez makijażu, okręcona zdartymi łachami, wygląda świetnie. Nawet lepiej niż goła.

   Może coś z niej będzie, może się wyrobi, daj jej Boże!
Ja wiem tylko, że ten zawód jest strasznie niesprawiedliwy, że chyba - jak w żadnym innym - talent i ciężka praca absolutnie nie dają gwarancji sukcesu. Że świadomość uciekającego czasu nigdzie indziej nie jest tak bolesna. Pamiętam jak z 10 lat temu mówiono: „Nie ma ról dla kobiet w średnim wieku, a jak są, to wszystkie bierze Michelle Pfeiffer.”
Teraz wszystkie bierze Meryl Streep. Boże jak ona musi być znienawidzona!

   Chyba jakoś przewidziałam, jaki to ciężki kawałek chleba to aktorstwo, bo po zabawie „w film” w liceum ani przez sekundę nie rozważałam pójścia do szkoły aktorskiej. Chociaż, nie powiem, bywało wesoło... :)
  

 

 

A moja książka wciąż do kupienia:)


Podziel się

komentarze (36) | dodaj komentarz

Whisky dla Aniołów

wtorek, 23 października 2012 22:23

 

    I znów kawałek dobrego kina... Można nie lubić tych niskobudżetowych powiastek filozoficznych o zwolnionych z pracy robotnikach , którzy stając wobec perspektywy dożywotniego pobierania zasiłku i chlania w pubie taniego piwa, znajdują sobie własny sposób na życie. Ja akurat lubię, jeśli dobrze zrobione.

   Tak było w „Goło i wesoło”, czy w „Facetach w butach”. Tak też jest w nowej produkcji Kena Loacha „Whisky dla aniołów”.

 

   Bohaterem jest wyjątkowy nieudacznik Robbie, drobny złodziej z odstającymi jak u Plastusia uszami, którego dziewczyna jest w ciąży, a on sam odrabia karne godziny prac społecznych za kradzież.  Robbie postanawia się ustatkować, ale jako karany mimo najszczerszych chęci nie może znaleźć pracy. Jedynym sposobem na wyrwanie się z kręgu miejscowych bandytów jest – duży skok. Ale nie skok na bank ani sklep jubilera. Celem ma być trochę wyjątkowej whisky, o powalającym smaku i niewyobrażalnej cenie. Robbie nie ma ambicji ukraść całej – cudem odnalezionej –  beczki, którą właśnie jakiś chory na umyśle burżuj nabył za 1,15 miliona funtów! Wystarczą mu 4 butelki, które sprzedane odpowiedniej osobie, mogą ustawić jego i troje jego przyjaciół na długi czas.

 

   Szczegółów nie będę zdradzać. Powiem tylko tyle, że dawno nie widziałam tak optymistycznej historii, która zdecydowanie lepiej niż „Kolory nadziei” każe wierzyć w dobry los. Bo choć powinniśmy stać po stronie prawa i potępiać kradzież, to jednak całym sercem stajemy za chłopakiem i jego zuchwałym planem.

   Głównie dlatego, że dość obrzydliwe wydaje się wydawanie ponad miliona funtów za beczkę gorzały w sytuacji, kiedy wkoło jest tyle biedy. Po drugie dlatego, że 25 tysięcy na głowę dla Robbiego i jego przyjaciół  jest w stanie całkowicie zmienić życie kilkorga młodych ludzi, podczas kiedy tamten burżuj za swój milion funtów nawet się porządnie nie napije, bo mu będzie żal. Wreszcie za to, że mogąc wyrwać więcej pieniędzy za dwie flaszki, Robbie przeznacza jedną jako prezent dla swojego kuratora, który okazał mu serce. Tego, że osobiście nie znosimy whisky, nie będziemy podawać jako czwartego powodu:)

 

    Film ma tylko jedną wadę, jak większość współczesnych filmów angielskich, w których nie gra Anthony Hopkins lecz naturszczycy z Glasgow – to język jakim mówią. Rzecz dzieje się w Szkocji, więc gdyby rzucić pytanie w Audiotele, po jakiemu oni się porozumiewają, każda z odpowiedzi: a) po szwedzku, b) po flamandzku c) po portugalsku, mogłaby być uznana za prawidłową. Ale jak dla mnie – to koniec jego wad.

 

Polecam:)  

 

A jesień w mieście dalej cudna...


 

 

 


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Blog Forum 2012 - podsumowanie

sobota, 20 października 2012 19:28

 

   Nie mogę przestać o tym myśleć... Taka wielka impreza, świetnie zorganizowana, tyle możliwości, a jednak czegoś zabrakło...  

   Poprzednio proponowałam, aby zdecydowanie zmniejszyć ilość prelekcji, za to je nieco wydłużyć, a zwłaszcza zostawić czas na pytania czy dyskusję. Bo czy to jest normalne, żeby w 2 dni wtłoczyć: „ ... ponad 200 polskich blogerów i vlogerów, 66 prelegentów z Polski i zagranicy, 52 wykłady, prelekcje i warsztaty, 48 godzin konferencji (nieprawda, były 2 dni po 8 godzin), 5 ścieżek tematycznych, 2 drużyny w meczu piłki blożnej i jedno niezwykłe miasto”.

   Dziś myślę, że należałoby przede wszystkim postawić na wymianę doświadczeń, bo słuchanie tylko o tym, „jak to się robi, a zwłaszcza zarabia” na prelekcjach naszego ulubionego towarzystwa  wzajemnej adoracji, nie niesie żadnych większych wartości.

 

   Oczywiście nie twierdzę, że nie było tam prelekcji pożytecznych. Były, choć niekoniecznie zawierały one treści miłe dla ucha. Np. wykład o „pożyczaniu” sobie zdjęć z netu prowadził do konkluzji, że tak naprawdę wszystko jest bezprawne. Nie tylko powinniśmy pytać redakcję i autora zdjęcia o zgodę (i najlepiej dostać ją pisemnie, na ogół za opłatą), ale też np. osoby, która się na tym zdjęciu znalazła, a nawet autora logo, jeśli jest na koszulce czy w tle.  

Nie do zrobienia, ale dobrze wiedzieć, co nam grozi. Bo nawet dodanie linka, skąd dane zdjęcie wzięliśmy, też może być zaskarżone!

 

   Na pewno przydatne mogły być takie prelekcje, jak „Ochrona praw autorskich blogera”, „Monitoring popularności w Social media”, „Organizacja spotkań z fanami”, „Hakowanie blogerów”, „Jak lepiej skonfigurować Wordpress-a”, „Przenosiny na własną domenę”, a nawet Warsztaty stylizacji modowej, kulinarnej czy parentig na blogu (o dzieci chodzi, jakby ktoś nie wiedział). Tylko jak można rozwinąć temat w pół godziny?

 

   Za to tematy – „Poprawność językowa, czy fristajl?”, „Użyteczność i design bloga”, „Jak radzić sobie z hejtem?” nadają się tylko do dyskusji a nie wykładu. Na ogół tyle jest opinii, ile osób, więc jak to rozstrzygnąć? W panelu o poprawności językowej dowiedzieliśmy się tylko, że Tymon Tymański tępi błędy i jest absolutnym „nazistą”, a pozostali mają inne zdanie. I tyle. Gdyby pogłębić temat, dać się wypowiedzieć ludziom, być może uzyskałoby się jakieś szersze spojrzenie? Może bezwzględni puryści daliby się do czegoś przekonać, albo powstałby jakiś kodeks pisania, złoty środek, dający możliwość porozumienia obu stronom...?

 

     Przy panelu o hejterach padały różne propozycje jak sprawić, żeby nam nie zaśmiecali komentarzy, ale tu też zatrzymano się w pół drogi. Oprócz autorów słynnej już prowokacji pod hasłem „Grażyna Żarko” zaproszono tam np. Maję Sablewską. Miała ona na pewno dużo do powiedzenia na temat jak być ofiarą hejterów, ale nie potrafiła dać żadnej rozsądnej rady, jak ich traktować, poza jedną: „IGNORANCJA!” Kobieta z jej dorobkiem powinna naprawdę rozróżniać IGNORANCJĘ od IGNOROWANIA, ale i tak nie byłoby to w żaden sposób przydatne. Sami wiemy, bez niczyich rad, że ignorowanie głupich czy chamskich komentarzy jest często jedyną na nich metodą.

   Bardziej przydatne propozycje padały z sali i o to właśnie mi chodzi – że w takim zbiorowisku „fachowców” – czyli nas, zwykłych blogerów czynnie zaangażowanych w temat – mogą pojawić się naprawdę ciekawe pomysły i nawet Edwin Bendyk mówiący akurat o edukacji na blogu, sam takie pytanie do publiczności skierował, bo ma z tym problem. Na odpowiedź zabrakło czasu.

 

   Zastanawiałam się, jakie tematy jeszcze by mi tu pasowały, w świetle rozmów z uczestnikami. Organizatorzy postawili wprawdzie na młodość i to jest w porządku –  sama mam parę ulubionych blogów pisanych przez smarkule – ale liczba blogerów powyżej 60-70-tki jest ogromna i są to często bardzo dobre teksty. Moje najnowsze odkrycie to Adela, która albo ściemnia, albo tak pisze naprawdę mając 73 lata, a wówczas pokłon do pasa. Jadwigę, Peję wszyscy już znają. Myślę, że panel dyskusyjny na temat, jak przegonić starość blogując, byłby bardzo oblegany. Zwłaszcza ciekawie byłoby skonfrontować te 19-latki z paniami na emeryturze. Ich posłuchałabym z dużo większą przyjemnością, niż Kominkowego: „Jak zbudować, zarządzać i zniszczyć społeczność na blogu?” (sam tytuł jest porażający, prawda?)

 

     A propos zarabiania, główną konkluzją rozważań na ten temat było to, że bloger musi być obecny WSZĘDZIE! Sam blog to tylko preludium. Trzeba być obowiązkowo obecnym na Twitterze, bo sam Facebook już w zasadzie jest passe. Ale oczywiście na nim też trzeba być aktywnym. Do tego najlepiej prowadzić kilka różnych blogów, jak np. Michał Górecki – pisze aż 6!

   Kto ma na to czas? Oczywiście – znów nasze Kółko Różańcowe, sądząc po porywającym wykładzie – „Blogowanie sposobem na  życie”.  Składu prelegentów chyba nie muszę podawać.

 

   Myślę, że większość dobrze piszących blogerów nigdy nie zrobi sobie z tego sposobu na życie. Nigdy też nie zostanie celebrytami. Żaden reklamodawca do nich nie przyjdzie, bo ich nie znajdzie. Będą pisać do momentu, kiedy będą mieć czytelników i do głowy im nie przyjdzie, żeby brać za to kasę.

 

   A swoją drogą... Teraz mi to przyszło do głowy... Może Kominek i spółka też dostali pieniądze za swoje wystąpienia...? Wcale by mnie to nie zdziwiło...

 

   A teraz – wbrew wyraźnemu zaleceniu Hatalskiej – zapytam Was, co Wy o tym sądzicie. Jakie tematy WY uznalibyście za godne takiej imprezy?

 

A to jesień na warszawskim blokowisku... Nie trzeba ruszać się z miasta:)

 


 


Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

Podróż z Panią Marią

środa, 17 października 2012 10:00

http://www.trojmiasto.sport.pl/sport-trojmiasto/1,111904,12683413,Na_PGE_Arenie_powstal_napis__Lechia_Gdansk___Jak_go.html

 

Obiecałam coś napisać, to piszę, bo doświadczenie faktycznie było niezwykłe.

 

Otóż Pani Czubaszek stanęła na mojej drodze do kariery, gdyż miała wyznaczoną prelekcję dokładnie w tym samym czasie! Większego świństwa organizatorzy nie mogli mi byli zrobić! 

   Dlatego kiedy spotkałam ją krótko przed prelekcją przyznałam szczerze, że muszę ją jakoś wyeliminować, gdyż zabiera mi widownię. Na co ona, żebym sobie zabrała tę jej widownię w całości, bo ona i tak nie umie przemawiać do tłumu. Niestety, tego się zrobić nie dało, więc uznałam, że przynajmniej będę miała mocne alibi w razie, gdyby nikt do mnie nie przyszedł.

 

    Na szczęście z frekwencją było całkiem nieźle, a prelekcja w kameralnych warunkach była mniej stresująca. Za to panią Marię męczono ponad godzinę, bo ona wbrew pozorom, potrafi przemawiać do tłumu :).

 

  Po obiedzie podstawiono nam taksówkę, która zawiozła nas obie na lotnisko. Tam ja konsekwentnie nie dałam sobie odebrać małej walizki, za to ona złośliwie nadała na bagaż swoją całkiem małą torebusię, żeby nie zabrano jej znowu rzeczy osobistych, jak w poprzednim locie. Przecież pani Maria nawet z daleka wygląda na terrorystkę, więc bez litości pozbawiono ją buteleczki z płynem do twarzy i innych kosmetyków.

 

   Mnie też się nie upiekło. Przed lotem do Gdańska zabrano mi piankę do włosów prawie pustą, piankę zupełnie nową, którą przez roztargnienie wcisnęłam do walizki i dezodorant. Za to przepuszczono mnie - uwaga - z nożem!

   No, dobra, nie z nożem, ale z małym scyzorykiem, który zawiera ostre jak brzytwa nożyczki, pilnik i parę ostrzy. Ma to długość 5 cm, ale straciłam już cztery podobne, bo wciąż zapominam je wyjąć z torby. A tym razem - nic!

YES!!!

 

   Tak więc w drodze powrotnej spodziewałam się, że teraz mi nie przepuszczą, a tu - znowu nic! Stary wysłużony scyzoryk przyleciał ze mną do Warszawy. Oto szczelny system wykrywania niebezpiecznych narzędzi...

   Niestety przy przechodzeniu przez bramki nie obeszło się bez rozbierania prawie do rosołu.  Moja towarzyszka podróży też została pozbawiona nie tylko butów (a rzadko kiedy kobieta wygląda bardziej żałośnie niż idąc boso, w samych rajstopach po cemencie), ale też płaszcza, marynarki i biżuterii. Całkowita bezradność. Czekałam tylko, kiedy wezmą ją na osobistą, żeby zobaczyć czy pod cienką sukienką nie szmugluje samurajskiego miecza.

 

   Potem było lepiej. Przez parę godzin ogrzewałam się w cieple jej sławy, gdyż oprócz spojrzeń i uśmiechów odbierała także cukrowe serca i prośby o autograf. Ze swojej strony dałam jej najcenniejszy prezent –  wyszukałam na lotnisku pomieszczenie do palenia.  Wszyscy znają jej namiętną miłość do papierosów, więc nie zdradzam tu żadnej tajemnicy.

 

   Gawędziłyśmy o wszystkim. O jej pracy zwłaszcza, a jest to najbardziej zapracowana osoba na emeryturze jaką znam. Nadludzka energia którą emanuje, mogłaby zasilić średniej wielkości miasto. Nie wiem, skąd bierze te siły, ale widocznie nie wszystkim papierosy szkodzą. Ją chyba konserwują.

    Tak naprawdę to dziwię się, że jakiś koncern tytoniowy nie wozi jej po kraju jako żywą reklamę swoich wyrobów. Mogłaby żyć w dostatku a nie szarpać się w tych "Pytaniach na śniadanie" czy "Szkle kontaktowym".

 

   Ma niezwykłe poczucie humoru (ale nowina!), więc rechotałam chwilami jak żaba, słuchając np. o jej wojnach z makijażystkami czy stylistkami w studiu. I kiedy zrozpaczonej charakteryzatorce Dorota Stalińska powiedziała kiedyś: "Proszę się nie martwić, TEJ urody nic nie zepsuje", pani Maria  też ją pocieszała " Proszę się nie martwić, TEJ urodzie nic nie pomoże". Ma niezwykły dystans do siebie, więc przyjęła z humorem wyjątkowo niefortunny tekst, który rzuciła jej jakaś fanka: "Jak ja bym chciała się tak pięknie zestarzeć...".

 

   Jako rekompensatę za zabranie mi widowni na prelekcji, przyjęła w prezencie moją książkę i solennie obiecała przeczytać. A że w chytry sposób podrzuciłam jej też wizytówkę, to może nawet kiedyś usłyszę jakiś komentarz... Bardzo bym chciała.

 

PS. Pani Czubaszek naprawdę nie czyta komentarzy pod swoim blogiem.


PPS. Musiała zdążyć na wieczorne nagranie w studiu na żywo, więc na wszelki wypadek nakłamała tam, że przylatuje poprzedniego dnia:), bo „po co się młody człowiek ma denerwować?” Cała Ona :)


PPPS. Obejrzyjcie wywiad z Panią Marią na:

http://www.blogforumgdansk.bloog.pl/id,332177751,title,O-blogu-kobietach-mezczyznach-i-celebrytach-Maria-Czubaszek,index.html

   Skoro mówi, że na ogół nie lubi rozmawiać z kobietami, a ze mną (z krótką przerwą 35 min. na lot) przegadała 3 godziny, to chyba nie jest ze mną tak źle :)))))

 

A moja książka wciąż do kupienia:)

 


Podziel się

komentarze (27) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 846 691