Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014221
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Lojalność żony, czyli "Marzenia i tajemnice" Danuty Wałęsowej

poniedziałek, 28 listopada 2011 6:44

 

   Czy żona Prezydenta Wałęsy dopuściła się „przestępstwa” zdradzając tajemnice rodzinne?

 

   Mówi się : Zły to ptak co własne gniazdo kala...

   Ale czy kobieta ma obowiązek dożywotniego robienia dobrej miny do złej gry tylko dlatego że jej mąż jest pomnikiem narodowym? Z pewnością NIE. Ale czy w tym przypadku tylko dlatego nie, że nie powinna narażać na szwank nieskazitelnego wizerunku naszej ikony, czy może są inne przeciwskazania?

  

    Zastanawiam się, czy potrafiłabym wyciąć taki numer mojemu mężowi na stare lata, nawet gdyby rzeczywiście był takim potworem, na jakiego wyszedł Wałęsa? Pewnie nie. A dlatego nie, iż decydując się na takie wyznania po 42 latach związku i urodzeniu mu ośmiorga dzieci, naraziłabym się na pytanie – dlaczego dopiero teraz? Jak mogłaś kobieto żyć przez tyle lat z człowiekiem, który – jak piszesz – nie szanował cię, wręcz upokarzał, nie dbał o twoje uczucia ani potrzeby, nie myślał o tym, kto nakarmi ciebie i rosnącą gromadkę kiedy jego zapudłują lub zastrzelą podczas demonstracji?

   I który przedkładał Polskę, naród, politykę ponad wszystko, a jednak robił ci jedno dziecko po drugim, a ty się na to zgadzałaś?

   

   Z wywiadu z Panią Danutą wynika, że w momentach dla Wałęsy najbardziej niebezpiecznych była ona albo w kolejnej ciąży, albo z maleństwem przy piersi! Nawet zwykłego obywatela, który nie jest Bilem Gatesem, można zapytać: z czego człowieku wyżywisz tyle dzieci? Za co kupisz chociaż książki i buty, z czego zapłacisz za dodatkowe lekcje, wycieczkę z klasą? A co dopiero mówić o człowieku, który oprócz pensji elektryka mógł zaoferować swojej rodzinie tylko wieczną nieobecność i widmo sieroctwa w najgorszym razie! Ale czy to pytanie można zadać tylko ojcu?

 

   Czy Wałęsa zmuszał swoją żonę do seksu? Bo jakoś nie wierzę w niepokalane poczęcie, więc skądś te dzieci się brały! Jeszcze tego nie doczytałam, więc nie wiem, jak u nich było, ale ja bym sobie chyba nie dała zrobić ósemki dzieci, gdybym od wielu lat była nieszczęśliwa w małżeństwie. Więc jak to tak? Albo Pani Danuta nie czuła do męża aż takiej odrazy jak teraz pisze, albo wskutek katolickiej indoktrynacji pokornie zaciskała zęby i rodziła kolejne pociechy, nie myśląc co się z nimi stanie, kiedy zostaną bez ojca. Przecież w 1980 roku miała już ich 6-stkę!

 

    W jednym i drugim przypadku miałabym ochotę jej przylać. I naprawdę nie dlatego, że usiłuje strącić z piedestału nasze jedyne (oprócz Papieża i Małysza) dobro narodowe, tylko dlatego, że przez 42 lata nie zadbała o swoją godność. Pozwalała się bardzo źle traktować (skoro tak pisze), a teraz nagle budzi się z marazmu i wymierza swojemu małżonkowi straszną karę? Jeśli naprawdę była nieszczęśliwa, to powinna się była rozwieść najpóźniej, kiedy dzieci dorosły. Jeśli mąż ją tak krzywdził, to powinna była się rozwieść jeszcze wcześniej, wtedy, kiedy zostawiał ją na łaskę obcych ludzi, bo sam nie miał głowy do takich przyziemnych spraw, jak rodzina.


   Jeśli teraz jest taka dzielna, że odważyła się wyciągnąć na światło dzienne tak druzgoczące fakty z życia, dlaczego nie zbuntowała się wcześniej? Sorry, ale ta książka to albo ukartowana gra, która przyniesie jej (im?) bardzo dużo pieniędzy, albo zwykła prymitywna zemsta. W jednym i drugim przypadku chyba tej Pani nie lubię.



Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

"Wymyk", czyli co nami rządzi?

niedziela, 20 listopada 2011 13:33

   

   O kawałach, jakie płata nasz mózg pisałam 26.08.11. Ale „czynności pomyłkowe” to nie jedyne sytuacje, kiedy  wykonujemy coś innego, niż powinniśmy. W życiu spotykamy się także z nieprzewidywalną reakcją organizmu, kiedy nasza podświadomość rozpaczliwie chce czegoś innego, niż wymagają okoliczności. Wydaje naszemu ciału polecenie, a ono jej słucha.

 

   To zaczyna się już w dzieciństwie. Dziecko potrafi dostać gorączki niemal na zawołanie, kiedy musi iść do znienawidzonego przedszkola, jechać w daleką podróż, albo właśnie zostać, kiedy jego mamusia wyjeżdża. Żadnej ściemy w tym nie ma. Gorączka nie jest sztuczna, tylko najprawdziwsza na świecie. Mózg rozpaczliwie protestuje, więc mówi: "Choruj, to mama nigdzie nie wyjedzie", a ciało choruje.

   Po latach zrozumiałam, że moje regularne, nawracające przez całą podstawówkę anginy nie były niczym innym, jak ucieczką przed przymusowym karmieniem (jedzenie było największą traumą mojego dzieciństwa) i pruskim drylem. Anginy były autentyczne, z gorączką i migdałkami wielkości włoskich orzechów.  Przeszło jak ręką odjął, kiedy poszłam do liceum i stałam się za stara na zmuszanie do jedzenia.

 

     Moja przyjaciółka piekarzowa zawsze dostawała boleści i sensacji żołądkowych kiedy zbliżał się dzień powrotu z cudownej wycieczki. Wizja pijanych piekarzy i użerania się z kierowcami zaczynała wpływać na jej zdrowie w niesłychany sposób. Wszyscy zresztą pewnie spotkali się w życiu z czymś takim jak „Reisefieber”, prawda? Bóle brzucha, czy wręcz biegunkę przed pierwszym lotem samolotem zaliczyła chyba większość z nas. Stwierdzenie, że w jelitach mamy drugi mózg, nie jest ani trochę przesadzone.

 

   Nie tylko żołądek reaguje na impulsy z mózgu. To zjawisko przejawia się także w delikatniejszy sposób. Choćby taki, że wciąż „zapominamy” zadzwonić i umówić się do dentysty. A kiedy sobie przypominamy, jest już wieczór i nikt tam nie pracuje.

   Zapominamy np. zajrzeć na stronę osoby, której sukcesy nas drażnią. Dzieci zapominają stroju na W-F, kiedy go nie cierpią,  a niejadki – drugiego śniadania i naprawdę nie zawsze jest to świadome. Taka  amnezja raczej  się nie zdarza w odniesieniu do zdarzeń bardzo przyjemnych, lub osób wobec których żywimy same ciepłe uczucia.


     Kiedy mój syn miał robić zdjęcia na naszym ślubnym jubileuszu, gdzie miał być tłum starych ciotek i nudy, w dziwny sposób ”zapomniał” naładować baterie w aparacie. (Miał pecha, bo miałam przy sobie drugi aparat tej samej marki, naładowany po dach. Wystarczyło wymienić obiektyw... Zdjęcia są.)


   Kiedy boimy się rozmów z ważnym kontrahentem, odsuwamy je tak długo jak się da, a przeszkody wyrastają jak spod ziemi. Łącznie z zanikami pamięci oczywiście. Itd., itd.

 

   Impulsem do napisania tego tekstu, właściwie brakującym argumentem, stał się film „Wymyk” ze znakomitą rolą Więckiewicza. Więckiewicz w ogóle ostatnio wysuwa się na czoło polskich aktorów, mimo tak charakterystycznej facjaty, że aż się prosi by go zaszufladkować. A jednak gra on zarówno bandytów, jak i biznesmenów w garniturze, twardych macho i słabeuszy. W „Wymyku” pokazuje miękkie podbrzusze, wzbudza współczucie i gorzką refleksję.

 

   Mamy tu głównego bohatera, który w obliczu tragedii (jego brata na jego oczach masakrują bandyci), stoi sparaliżowany i nie jest w stanie ruszyć mu na pomoc. To nie jest wydumana historia, to naprawdę mogło się zdarzyć. Bohater nasz jest dyskryminowany przez ojca, odsunięty przez owego brata od zarządzania firmą, żyje z poczuciem bycia gorszym. W sytuacji ekstremalnej zamiast rzucić się bratu na pomoc zamiera w bezruchu i pozwala na dokonanie się zbrodni. Celowo? Ze strachu? Na pewno nie. Ciało odmówiło współpracy, bo mózg zapewne szepnął: "Poczekaj, może to jest jakiś sposób, żeby ON zszedł ci z drogi? Wreszcie będziesz wolny, będziesz robił swoje..."

 

     Nieuświadomiony pragmatyzm wziął górę nad braterską miłością. Czy można mu z tego postawić zarzut? Kto uważa, że sam nigdy by się tak nie zachował, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tylko że żeby to wiedzieć na pewno, trzeba przeżyć to na własnej skórze. Oby nikt z nas nigdy nie znalazł się w takiej sytuacji.




Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Adwokaci diabła

piątek, 18 listopada 2011 6:01

 

   Pedałowanie na steperze jest tak samo śmiertelnie nudne jak pływanie. Z tą różnicą, że podczas pływania widzimy tylko przeciwległą ścianę, a podczas pedałowania możemy sobie włączyć dobry film, jeśli odpowiednio dobrze ustawimy sprzęt.

 

   Oprócz Kuby W., który nastraja mnie wyjątkowo wojowniczo, przez co tętno i tempo marszu mi wzrasta, do pedałowania idealnie nadaje się serial „The good wife”, który jakiś głupek przetłumaczył jako „Żona idealna”. Nawet ktoś ze słabym angielskim wie, że między „good” a „idealny” jest spory dystans do pokonania.

 

   Otóż nasza „dobra żona” jest adwokatem i zgodnie z linią jej kancelarii broni wszystkich, kogo jej zlecą – i młodocianych zabójców i starzejących się biznesmenów. Każdy odcinek jest oddzielną całością i ogląda się to bez emocji, za to z zaciekawieniem.  Ale od pewnego czasu doszło mi jeszcze jedno uczucie – spora dawka obrzydzenia, kiedy oglądam coraz to nowe chwyty, stosowane przez prawników niby w szczytnej sprawie – wybronienia swojego klienta. Tyle że klient nie zawsze jest święty, a chwyty są czasem poniżej pasa.

 

   Przykład  – dwoje zakochanych staje wobec zarzutów, iż zabili aptekarza. 

   Najpierw zarówno oskarżyciel jak i obrońcy próbują przekonać każde z nich z osobna, aby oskarżyło drugie. Dostanie ono w ramach UGODY (magiczne słowo w amerykańskim prawie) jedynie 8 mies. nadzoru kuratora, a to drugie - 25 lat więzienia. 

Oboje konsekwentnie się zapierają, że są niewinni. W trakcie przesłuchań jasne się staje, że zabiła dziewczyna, ale w obronie chłopaka. Tyle że dziewczyna jest w ciąży, no i oboje kochają się do szaleństwa.

   Dalsze działania obu stron mają za zadanie jeden cel – złamać chłopaka, zmusić go do „zaparcia się”, jak w Nowym Testamencie, zwalić winę na dziewczynę. Obrzydzenie do prawników narasta jak tsunami. Efekt zaskakuje wszystkich - miłość zwycięża, chłopak bierze winę na siebie!

A gdyby nie był tak silny?

 

   Inny przykład – dwóch chłopców włamuje się do dealera narkotyków, który ginie. Jeden jest czarny i biedny, drugi bogaty i biały. Już po kilku rozmowach okazuje się, że biały poszedł na współpracę, więc dostanie coś tam w zawieszeniu. Natomiast czarny jest już skreślony, bo skoro tamten już jest poza procesem, to jedynym winnym może być tylko on. Teraz  adwokaci spróbują udowodnić, że jest niewinny. A jeśli im się nie uda przekonać sędziów?


   Trzeci przykład: policjant robi rewizję na kampusie studenckim. Robi ją legalnie, ale nieopatrznie przyznaje się, że otworzył i zajrzał do torby podejrzanego, a to już jest nielegalne. Wszystkie dowody tracą wartość, trzeba zaczynać od nowa.

 

   A z innej beczki – adwokat gra w kosza z sędzią, który orzeka w sprawie jego klienta. Jeden niefortunny faul na boisku i wszystkie sprzeciwy adwokata są oddalane. I odwrotnie. Często widzi się na kawie prokuratora lub adwokata w towarzystwie sędziego orzekającego, będących w wysokim stopniu zażyłości. Przecież to też tylko ludzie...

 

   Dziesiątki przykładów, także z naszego podwórka, utwierdzają mnie w przekonaniu, że miał rację ten Duch, który wiele lat temu spłynął na mnie i kazał porzucić ten zawód, nie mający nic wspólnego ze sprawiedliwością. Kiedy widzę nazwiska osób, które za komuny narażały siebie broniąc opozycję, a dziś bronią Dziadów, Baleronów i innych bandytów za ciężką kasę, robi mi się niedobrze.

 

Nazywam się Helena Rotwand i jestem Anonimowym Adwokatem.

 


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Długowieczność - dar czy przekleństwo?

poniedziałek, 14 listopada 2011 20:37

  

    Kiedy mój ojciec otarł się o śmierć (choć dlaczego biedne drzewo zaraz nazywać „śmiercią”?) miałam gonitwę myśli. Ojciec przeżył równo 3 ćwiartki (2 dni wcześniej miał 75-te urodziny) w całkiem niezłym zdrowiu. W dodatku dostał od życia bonus, bo kiedyś założył sobie że chce dożyć do roku 2000. Wszystko co ponadto będzie uważał za ekstra prezent. Widocznie Pan Bóg go lubił, bo dał mu już 11 lat w prezencie i chyba nie jest to jego ostatnie słowo.


   Problem w tym, że ostatnio wokół mojego taty robiło się pusto, z powodu, mówiąc eufemistycznie – selekcji naturalnej. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy warto być długowiecznym. Dbać o siebie w sposób ponadprzeciętny. Prowadzić uregulowany tryb życia, gimnastykować się codziennie, chodzić na długie spacery nawet przy brzydkiej pogodzie, łykać witaminy, gotować dietetycznie, rzucić palenie, itp.

 

   Nie warto. Nasze działania niechybnie spowodują, że za chwilę zaczniemy widzieć więcej wad niż korzyści osiągnięcia podeszłego wieku.

 

   Najpierw jako czerstwy emeryt (emerytka) zostaniemy wrobieni w niańczenie wnuków, bo przecież mamy siły i energię. Widać to w domach wczasowych, gdzie coraz częściej można spotkać już nie dziadków, tylko PRADZIADKÓW, którzy w pocie czoła uganiają się za podrzuconym im czterolatkiem.

 

   Potem zaczynają nam chorować przyjaciele. Powoli krąg znajomych zmniejsza się, gdyż z racji chorób i wieku coraz mniej osób ma chęć i siły się z nami spotkać. Nieuchronnie przychodzi też czas, w którym rocznie więcej mamy pogrzebów do zaliczenia, niż ślubów. W 90 % przypadków zostają nam do towarzystwa wdowy, które szybko stają się zgorzkniałe i narzekające na wszystko jak leci.

   Jak mówiła chyba Madzia Zawadzka w sztuce "Klan wdów": "Kto zaprosi wdowę na kolację? Przecież zmarnuje się ćwiartka kurczaka, połówka avocado. Wszystko nie do pary.." Wdowy zresztą potrafią zniechęcić do siebie najcierpliwszych przyjaciół, więc przestają być zapraszane. Szkopuł w tym, że za małą chwilę już nie mamy kogo zaprosić.

 

   Nie ma z kim pójść do lasu, ani do kina, a samemu się nie chce. Zresztą samotne chodzenie po lesie czy po ciemku w mieście nie jest dobrym pomysłem dla emeryta.

    Starszym paniom nie wypada się już frywolnie ubrać, bo "co ludzie powiedzą?". Wypada za to nosić jakiś bury chałat do ziemi, w którym czujemy się jakby już ktoś nas ubrał do trumny. Nie możemy zatańczyć na ulicy, porzucać się śnieżkami (chyba że z wnukiem), pójść na plażę w bikini, zrobić sobie dredów...

 

   Nawet bardzo dbające o siebie osoby z czasem zaczynają jednak mieć jakieś problemy ze zdrowiem. Bóle kręgosłupa trapią już coraz młodszych, nawet 30-latków. Perspektywa, że długowiecznym przyjdzie się z tym zmagać przez 50 lat i więcej sprawia, że budzę się z krzykiem! Trzeba też zacząć sobie odmawiać pewnych potraw, bo wątroba już nie ta, itd., itd.

 

   Do tego dochodzą problemy z pieniędzmi, bo w ogromnej większości wdowy nie dziedziczą po mężu kufra pełnego złota, tylko zostają z jedną emeryturą i muszą za to utrzymać mieszkanie, siebie, psa lub kota, i jeszcze pomóc dzieciom i wnukom, które ostatnio coraz częściej tej pomocy potrzebują. Za to do końca naszych dni będziemy słyszeć w TV, że społeczeństwo się starzeje, że nie ma kto na nas pracować i że żyjemy coraz dłużej (a to już odbieramy jako konkretny zarzut!). Każą nam się litować nad pokoleniem "sandwich", czyli osób, które jeszcze nie wypchnęły z domu dzieci, a już muszą się opiekować rodzicami.


    Zaczynamy odczuwać wyrzuty sumienia i w pewnej chwili przychodzi myśl, że może fajnie byłoby odejść do tego lepszego świata. Nic z tego! Na własną prośbę, swoim zdrowym trybem życia załatwiliśmy sobie wędrówkę po tym łez padole przez 80 i więcej lat! A eutanazji u nas na horyzoncie jakoś nie widać…I legalizacji narkotyków też nie, a przecież samą marychą na śmierć upalić się nie da...

 

PS. Tata trochę mruga, wierzga stopą i ściska za rękę. Ale złośliwie z tym odczekał do czasu, kiedy wyruszyłam w drogę powrotną do W-wy, więc muszę wierzyć na słowo siostrze. A to przecież ja byłam zawsze jego córeczką... Buuu....

A, już wiem! To zemsta za to, co mu opowiedziałam na ucho, że wieczorem w hotelu podjadałyśmy z mamą francuskie sery popijając czerwonym winem. Ech...



Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Wizyta

piątek, 11 listopada 2011 21:13

 

   „Gość nie w porę gorzej Tatarzyna”. „Gość w dom – woda do zupy”. „Gość jak ryba – po trzech dniach śmierdzi”. ”Gość zaproszony – wół zjedzony”. Dlaczego tylko takie przysłowia przychodzą mi do głowy, a nie takie „Gość w dom – Bóg w dom”?

  

   Bo od trzech dni mamy gościa! Nie miałam wyboru, nie szło się wykręcić. Mam tylko nadzieję, że już jutro pójdzie w diabły! Mogę śmiało pisać, bo wiem, że nie przeczyta mojego bloga. On w ogóle niczego nie czyta, ani nikt z jego rodziny.


   Jest już bardzo stary, dawno przekroczył średnią długość życia... W jego wieku (jeśli się dożyje) zwykle jest się bardzo niedołężnym i nie należy w ogóle oddalać się od domu. A ten całkiem żwawy jeszcze i może człowieka naprawdę umęczyć.


   Boże, jaki on ma apetyt! Pomijając, że nie miałam czasu zaopatrzyć lodówki na „zwykłego” gościa, to zupełnie nie byłam przygotowana na takiego pasibrzucha! On właściwie może jeść bez przerwy. Ja asertywnie próbuję to jakoś ograniczać, narażając się na lekkie wyrzuty i sygnały niezadowolenia. W dodatku on je głównie szynkę, wołowinę i jakieś chrupki, co mnie doprowadza do szału, bo słyszę to chrupanie przez długość całego mieszkania. Gardzi warzywami i nabiałem, pije za to tylko wodę, chociaż przytargałam nawet mleko do kawy (sama nie piję).


   Najgorsze, że w nocy też jest głodny. I tak mam słaby sen, ale jak słyszę cztery razy w nocy hałas w kuchni, to nie mogę nie wstać i interweniować, a potem nie mogę zasnąć ze złości! Jakby to miało dłużej potrwać, umarłabym na bezsenność. Za to on swobodnie ucina sobie drzemki w ciągu dnia i ani trochę nie wygląda na niewyspanego.


   Ale zupełnie katastrofalne są jego maniery. Przed telewizorem stoją dwa fotele, a nas, rezydentów też jest dwoje. On wyciąga się wygodnie na fotelu mojego męża i kompletnie mu nie przeszkadza, kiedy tamten musi przycupnąć na małym stołeczku i ogląda wiadomości w takiej pozycji, od której mnie musieliby odwieźć na ostry dyżur ortopedyczny. Mówiłam mu – zgoń cholerę, jesteś u siebie, ale on z pobłażaniem mówi: zostaw, stary jest, niedługo pojedzie...


   Czasem milknie na pół godziny i tylko patrzy w okno. Nie ma tam nic ciekawego, ale on zastyga w stuporze i nie ma z nim wtedy kontaktu.


   Aha, i wszędzie znajduję jego włosy, zwłaszcza w łazience. Po co  w tym wieku takie długie pióra, nie wiem. Fakt, że niejeden łysy by mu pozazdrościł, ale jaka to dla mnie pociecha? Zwłaszcza że są rude!!!

 

   Moim gościem jest kot teściowej. Ma 19 lat i przeżyje nas wszystkich. Zwłaszcza mnie, bo mam alergię na koty...



Mąż w wersji porannej piżamowej. Nawet kawy nie może wypić w swoim fotelu.



Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 221