Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 973 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3012617
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12667
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Ciemność widzę, ciemność...

poniedziałek, 26 listopada 2012 19:28

 

   To że świat generalnie schodzi na psy, to wiemy.

   Że ludziom się coraz mniej chce zabiegać o to, by to schodzenie było choć trochę wolniejsze – to widzimy na każdym kroku. Gorzej jeśli i z tym widzeniem też zaczynamy mieć problem...

 

   Co tu ukrywać – jedną z konsekwencji upływu czasu jest słabszy wzrok. Jednym szybciej, drugim wolniej, wzrok jednak wszystkim siada. Mnie usiadł, ba - prawie się położył - jakieś 3 lata temu, kiedy zaczęłam ślęczeć w internecie, pisać książkę a zwłaszcza blog, i z tego tytułu zamierzam nawet wystąpić do kogoś o rentę. Jeszcze nie wiem, do kogo. Jak się dowiem, to się z Wami podzielę.

 

   Żeby kupić nowe okulary oczywiście najprościej było wejść do pierwszej z brzegu galerii handlowej, gdzie któraś z sieciówek ma swoje placówki. Taki Vision Expres np., kuszący klientów promocjami, błyskawicznym serwisem, i lekarzem na miejscu.

   Na temat lekarza... nie chcę się już denerwować. Wciąż pamiętam swoje próby założenia szkieł kontaktowych pod okiem „pani doktor”, której zniecierpliwienie narastało z każdą minutą. Sama wreszcie pękłam, zabrałam soczewki do domu i tam metodą wydłubywania sobie oka po pół godziny dwa razy dziennie, jako tako tę sztukę opanowałam.

 

    Tam też powiedziano mi, że dla mojej osi oczu nie ma soczewek jednorazowych, muszę więc nosić 30-stodniowe, których jednak nie mogłam zaakceptować (już po trzech dniach wymiętolone w palcach, wielokrotnie zbierane ze swetra czy podłogi, nie nadawały się do noszenia). Tam ludzie płacą po 3 tys. zł za szkła progresywne, które niestety wielu pacjentów odrzuca, z powodu różnego rodzaju zaburzeń widzenia, i to podobno jest norma. I tam też raz wydano mi nowe okulary ze źle dobranymi szkłami, co na szczęście szybko zauważyłam. Okazało się, że „koleżanka się pomyliła...”  Nie moja koleżanka, dodajmy.

 

    Wkurzona tym wszystkim zajrzałam do małego salonu optycznego na Ursynowie, który poleciła mi mama. I teraz chce mi się śpiewać na głos: Hosanna!

Wszystko, absolutnie wszystko jest inaczej

  1. Mogłabym śmiało nosić kontakty jedniodniowe, bo mam zupełnie inną oś, niż wymierzono mi w VE.
  2. Szkła progresywne, które zakupiłam i noszę, kosztują 580 zł, a nie 3 tys. Zastąpiły mi one trzy (słownie trzy, nie licząc zapasowych) pary okularów.
  3. Pacjenci odrzucają progresy tylko z dwóch powodów – błędu lekarza lub optyka. Innego powodu nie ma.
  4. Kolega, który stracił sporo pieniędzy przez źle dobrane szkła progresywne usłyszał, że to dlatego, że ma jedno oko zdrowe. W/g mojego optyka nie ma takiej możliwości. Są pacjenci, którzy jedno szkło mają np. tylko do czytania, a drugie i do dali i do czytania i w niczym to nie przeszkadza nosić progresów. Itd., itd...

 

   Trzeba się było tyle lat męczyć u tamtych dziadów, żeby wreszcie trafić na kogoś rozsądnego? Ja pomijam fakt, że u tych miłych ludzi badanie wzroku trwało dobre pół godziny, a nie 5 minut, jak w supermarkecie. A gdybym jednak zdecydowała się na kontakty, to nie wydano by ich do ręki, dopóki nie opanowałabym perfekcyjnie ich zakładania i zdejmowania... To się po prostu nazywa profesjonalizm, na który w sieciówkach nie ma co liczyć. Dlatego koniec z lenistwem i wygodnictwem! Trzeba szukać dobrych miejsc, a nie dawać się skusić ofertami: „Drugie okulary za darmo!”

 

 Za darmo, to tylko w pysk można dostać...

 

PS. Czy o stopniu idealnego dopasowania moich progresów może świadczyć fakt, że raz próbowałam w nich umyć głowę, a raz normalnie poszłam spać z okularami na nosie? Dobrze, że się zorientowałam przed zaśnięciem...

 

A moja książka wciąż do kupienia w internecie:)


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Opętanie - chyba po raz ostatni:)

niedziela, 25 listopada 2012 9:02


   Kiedy myślałam, że każdy kto chciał już napisał swoją opinię o mojej książce, nagle rozgorzała dyskusja na blogu Czesi. Pozwolę sobie więc ustosunkować się do niej, w kontekście też wcześniejszych opinii, których było sporo.
   Po pierwsze jeszcze raz dziękuję wszystkim. Jadwidze, Notarii, Basi, Pajęczycy, Krysi, Cleverze, Szmirze i innym. Nikt poza wami, blogerkami nie wykonał takiej pracy. Ty też Czesiu się nieźle przyłożyłaś. W takich chwilach myślę: Pieprzyć tych wszystkich redaktorów! Jeżeli 20 -obcych przecież osób poświęciło tyle czasu i uwagi mojej książce, to czego chcieć więcej?
 
   Po drugie - nigdy nie będzie jednej zgodnej opinii na temat nawet krótkiego felietonu, a co dopiero 320 stron tekstu. Różnice występują już w ocenie autentyczności zdarzeń - od zdania, że jest to absolutnie rzeczywisty zapis historii dwojga ludzi, w dodatku pisany przez dwie osoby, do opinii, że jest to całkowita fikcja. Myślę, że to w dużej mierze zależy od własnych doświadczeń czytelniczek, ale o tym za chwilę. Cieszy mnie taka różnorodność i nie mam zamiaru nikogo przekonywać, że się myli.  Niech każdy pozostanie przy swojej wersji.
 
    Po trzecie, co do powodów zachowania się Heleny, zgadzam się z Notarią - Helena nie żyje "na niby". Ona właśnie ma bardzo dużo szczęścia w życiu, ale niespokojny duch każe jej wciąż gdzieś pędzić i szukać nowych wyzwań. Może nie umiałam tego wiarygodnie przedstawić, ale ona  szuka czegoś EKSTRA , a nie ZAMIAST. A że ma problemy -  chodzi do psychoszki, bo rodzina, bo firma jej się sypie - a któż ich nie ma? Ona ma tak naprawdę to co najważniejsze - sensownego męża, ale nie chce ograniczyć swojego kontaktu ze światem tylko do niego. Robi coś więcej dla siebie, nie krzywdząc kogo innego. Oczywiście miała szczęście, że trafiła na przyjaciela, który nie wywalił jej życia do góry nogami bo takie ryzyko istnieje zawsze. Jest to trochę balansowanie na cienkiej linie, ale po to ma się 50 lat, żeby nie zgłupieć na widok młodszego osobnika. To pozostaje domeną mężczyzn, tak ich ewolucja ukształtowała. Na szczęście nie wszystkich:))
 
  Po czwarte - zaskakująco dużo kobiet miało podobne doświadczenia, co moja bohaterka. Czy to było już w dobie internetu, czy wcześniej - nieważne. Intensywność przeżywania takiej znajomości (nieistotne, czy zwieńczonej seksem czy nie) jest Wam, drogie Panie, bardzo nieobca. I to dobrze chyba. Jest co wspominać, a jakoś się chyba nie wszystkie małżeństwa zaraz od tego rozpadają.


  Po piąte - opinii na temat mojego stylu też jest kilka różnych, ale cieszę się że tych pozytywnych, czy wręcz entuzjastycznych było więcej. To naprawde miłe, daję napęd do pracy:))


  A po szóste - o jedno błagam. Nie nazywajcie "Opętania" drugą "Samotnością w sieci". Sama przeczytałam tamto z zainteresowaniem, ale dlatego właśnie nie chciałam dopuścić, żeby moje było takie samo. I nie chodzi tylko o włączenie wątków pamiętnikowych, ale sam charakter tej znajomości. W "Samotności" wszystko zmierza  od początku do jednego celu - do połączenia bohaterów węzłem dozgonnej miłości i ognistego seksu. Albo odwrotnie. W "Opętaniu" bohaterowie mają kompletnie inny cel i udaje się go konsekwentnie realizować. Bo zadurzenie zadurzeniem, ale przecież o "prawdziwym" romansie nie ma tu mowy.

 
   No, chyba że w drugiej części, która zapewne nigdy nie powstanie. Albo - jak zaproponował mój przyjaciel - będą to listy "z więzienia" :))), a tam ciężko z romansowaniem:)

 

Zainteresowanych odsyłam na Allegro, do mnie:)


Podziel się

komentarze (31) | dodaj komentarz

Poznam sympatycznego Boga

poniedziałek, 19 listopada 2012 19:17


  Już tytuł książki jest intrygujący: Poznam sympatycznego Boga.    

  Oczywiście, osobie silnie wierzącej, obojętnie jakiego wyznania, dywagacje Erica Weinera mogą się wydać z gruntu zbędne. Autor bowiem – będąc niepraktykującym Żydem – doznaje nagle czegoś w rodzaju oświecenia i zaczyna szukać dla siebie religii. Uznając, że wiara jego przodków nie jest jedyną i najlepszą, postanawia sprawdzić, co kryją w sobie inne religie, których liczbę na świecie nota bene wycenia się na 4 do 10 tysięcy

 

   Autorowi udało się zbliżyć do zaledwie siedmiu z nich. Przyznaję, że nie była to lekka lektura.  Zrobiłam z niej krótką ściągawkę na temat wyznań, które niekiedy skupiają wokół siebie setki milionów wyznawców. Mogę za to oberwać, ale moja ściągawka nie ma żadnych ambicji bycia drogowskazem dla zbłąkanych owieczek ani baranów. Po prostu ze strumienia informacji starałam się wynotować sprawy kluczowe, albo tylko ciekawe. Nie wierzę, że po moim tekście ktoś nagle przerzuci się np. na buddyzm, ale może zastanowi się chwilę nad filozofią życia, a na to nigdy nie szkoda czasu.

 

    Autor zaczyna od buddyzmu nie bez powodu. To nie tylko religia z ogromną ilością wyznawców (ok.380 mln.), ale także najbardziej demokratyczna, z największymi możliwościami awansu. W której innej religii każdy z nas, szaraków, może zostać najwyższą istotą, czyli Buddą? Budda nie jest żadnym Bogiem, jest tylko „facetem, który się obudził”. A więc nie tylko każdy żołnierz nosi w plecaku buławę. Dodatkowo dźwiga jeszcze w sobie materiał na Buddę! Prawda, że kapitalne? U nas żaden chrześcijanin nie powie, że jest początkującym Jezusem.

   Buddyzm stawia na mądrość, a dopiero potem miłość. A reinkarnacja – tu Was zmartwię – to świadectwo porażki. Każde kolejne wcielenie to dowód na to, że poprzednie nie było doskonałe. Buuu...

 

   Taoizm także nie uznaje Boga jako istoty wyższej. Bóg jest nicością, która powinna nas napełnić, kiedy już oczyścimy swoje wnętrze ze śmieci. Dao to Droga, a nie żaden gość, który nam mówi, co jest dobre a co złe. Sami musimy do tego dojść. Droga to Zen  płynięcie z prądem, poddanie się. Powolność jest cnotą. Jeśli mówisz: „Chcę mieć to z głowy” usłyszysz pytanie: „To po co w ogóle żyjesz?”

    Mądrość jest po to, aby wiedzieć, co w życiu jest nieistotne – zepsuta pralka, skradziony portfel. Trzeba wyzbyć się pośpiechu, słuchać siebie, swojego ciała (stąd tai-chi), odrzucić nasze kulturowe: „Bądź twardy!” Twardy, to jest nieboszczyk. Niemowlę, rozpoczynające swoją Drogę, jest miękkie. Miękka jest też woda, a wiadomo co może zrobić skale.

 

   Franciszkanie to bardzo wesoły zakon. Żyjąc czasem w skrajnym ubóstwie, ponadnormatywnie się uśmiechają. „Zakonnicy są radosnymi minstrelami Boga” -mówił Św. Franciszek. On sam był chyba jedynym szczęśliwym poetą, jedynym uśmiechniętym świętym. Nie będąc nawet księdzem ani teologiem, zachęcał swoich uczniów „Głoście Ewangelię przez cały czas. W razie potrzeby używajcie słów”.

   Franciszkanie nie przywiązują więc wagi do retoryki, formułek i haseł. Nie posiadają niczego, karmią potrzebujących i chronią ich całkowicie bezinteresownie. Pukanie do drzwi może oznaczać, że ktoś przyszedł po buty, albo po zbawienie – dla franciszkanów to bez różnicy. Ich idealizm i bezkompromisowe branie na poważnie słów Chrystusa – nawet tych trudnych – jest fascynujące.

 

   Bardziej egzotyczne „religie” z którymi zetknął się autor, to np. Raelianizm – wiara w UFO. Raelianie uważają, że stworzyli nas Elohim – przybysze z innej planety. Na pytanie o dowody odpowiadają: „Od chrześcijan też nikt nie żąda dowodów na niepokalane poczęcie”. Tłumaczą, iż greckie słowo „anthropos” to dosłownie „zwrócony ku górze”(czytaj: wypatrujący przybyszów z nieba), a nie po prostu człowiek. Ich credo to:  Baw się, Używaj życia, Uprawiaj seks do woli. Tak też wyglądają ich zjazdy.

 

   Inna „religia” to WICCA czyli mówiąc wprost – czarownicy obojga płci. Nie śmiejcie się –  ma 3 mln. wyznawców. Nawet Pentagon musiał ją uznać. Poległy na wojnie wiccanin ma prawo mieć nagrobek z odpowiednim napisem. Ich zjazdy wyglądają jak prawdziwe sabaty czarownic. Odprawiają wówczas pogańskie rytuały, a czołowa zasada to: Nie proś o pomoc Boga, zrób to sam (czarami oczywiście)! Mogą jednak korzystać z „pomocy” dowolnych bogów – celtyckich, germańskich czy greckich. Bogowie nie są zazdrośni. To religia wymarzona dla anarchistów – nie uznają żadnej władzy, autorytetów ani pisanych praw.

 

   O szamanizmie nie będę już nudzić, a kabałę zostawię sobie na inną okazję. Moja ściągawka z konieczności jest bardzo ogólnikowa, zainteresowanych odsyłam do książki. Na koniec tylko zacytuję zdanie chińskich taoistów:

RELIGII SIĘ NIE WYBIERA. TO ONA WYBIERA CIEBIE.

 



Podziel się

komentarze (39) | dodaj komentarz

"Pokłosie"

czwartek, 15 listopada 2012 21:49

http://natemat.pl/39221,poklosie-zdjete-z-ekranu-w-ostrolece-dystrybutor-uspokaja-internauci-pisza-filmowi-grozi-cenzura

 

   No i mamy wysyp dobrego polskiego kina... Matko, znów chwalę! Terapia nie działa!

 

   Film nie oglądanego od 10 lat Pasikowskiego jest trzymającym w napięciu thrilerem z mroczną historią w tle. Może nie są to Bękarty wojny, ale jak słusznie zauważył kolega – opowiadanie o wojnie językiem Tarantino ma swój smak.

   Można zapytać – po co w kółko wałkować temat Jedwabnego lub innych tragedii z konfliktem między Polakami i Żydami w roli głównej? Jedni i tak pozostaną przy zdaniu, że Żydzi zamordowali Chrystusa, a w ogóle panoszą się wszędzie, więc czasem trzeba im pokazać, gdzie ich miejsce. Inni będą wskazywać tylko na Sprawiedliwych wśród Narodów Świata Polaków, ratujących żydowskie dzieci od zagłady. Jeszcze inni wskażą, że Żydzi zawsze trzymali się razem, za to bez litości donosili na polskich partyzantów itd.

 

   Mało kto ma odwagę (oprócz Grossa) mówić głośno o tym, że niektórzy Polacy urządzili Żydom w czasie wojny swój prywatny Holocaust. Że wydawali ich Niemcom żeby zgarnąć ich majątek, że donosili na sąsiadów ukrywających żydowskie rodziny, że wreszcie byli zdolni do takich masakr jak w Jedwabnie.

 

   Film Pasikowskiego opowiada o jednej z takich historii, gdzie krok po kroku przed synami dawno zmarłego rolnika odsłania się straszna prawda. Daleka jestem od tego, żeby się z lubością dołować w kinie. Być może wolałabym obejrzeć coś bardziej słodkiego w typie Czekolady, Amelii czy chociaż Seksmisji. Ale co zrobić, jeśli naszym reżyserom ostatnio najlepiej wychodzą filmy w typie Dom Zły czy Obława? Nie mogę się gniewać na polskie kino za to, że jest ponure, kiedy tylko takie jest dobre. Z całym szacunkiem, wolę wstrząsające Pokłosie, niż żenujący Kac Wawa.

 

    Jednym tchem mogę wymieniać zalety – zdjęcia Pawła Edelmana, mistyczne, groźne, pełne napięcia. Aktorstwo najwyższej próby – znów Maciej Stuhr oraz w ogóle mi wcześniej nie znany Irek Czop. Zamachowski, Mastalerz i Radziwiłowicz w epizodach, a przede wszystkim mieszkańcy wsi, np. Robert Rogalski (92 lata), Maria Garbowska (90 lat) i inni, którzy uprawdopodobniają tę historię do bólu.

 

   Ale temat oczywiście jest szerszy i od dawna się do niego przymierzam – co wywołuje tę odwieczną nienawiść do Żydów? Czy oni faktycznie mają taki podły charakter, czy też my im czegoś nie możemy darować, do czego nie chcemy się przyznać.

   Sam Pasikowski na pytanie, czy ten film spowoduje masowe katharsis Polaków, odpowiedział wprost:
- Nie. Myślę, że polscy kibole nie są gotowi na mistrzostwa Europy, a kierowcy polscy do włączenia się do ruchu drogowego w Europie. Ale to nas nie powstrzymuje od organizacji mistrzostw i wyjazdów za granicę. Trzeba robić filmy, bo być może to pomoże, a już na pewno nie zaszkodzi.

 

   Zresztą, osądźcie sami. Mimo drobnych potknięć scenariuszowych, czasem nieco zbyt podręcznikowych dialogów, uważam że film trzeba zobaczyć. I to nie dlatego, że zdjęto go z ekranów  w Ostrołęce. Ani nie dlatego, że Maciej Stuhr przestał być w niektórych środowiskach uważany za prawdziwego Polaka i tylko patrzeć jak straci szyby w samochodzie.

   A że ciężki... Skoro ludzie chodzą na Piły I, II i III, tudzież inne horrory, to powinni znaleźć czas także na film mroczny, ale gęsty i bogaty w przekazie. Trochę emocji, nawet bolesnych ale prawdziwych, nikomu nie zaszkodzi. Bo nie samym Słońcem Toskanii jest ten nasz ziemski czyściec wybrukowany...

 

 

A moja książka wciąż do kupienia w internecie:)



Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Niepodległa

poniedziałek, 12 listopada 2012 18:15

   Rok temu mój mąż, przyjaciel oraz syn cudem uniknęli ciosu cegłą albo innym bejsbolem próbując uczestniczyć w obchodach Święta Niepodległości. Wszyscy mogliście obejrzeć w telewizji, jakich to patriotów zgromadziły wokół siebie ultraprawicowe i nacjonalistyczne ugrupowania.

 

   W tym roku wszyscy obiecywaliśmy sobie, że nie idziemy, ale na wieść o tym, że Prezydent poprowadzi jeden z pochodów, a dwa pozostałe mają wyznaczone inne trasy, a zwłaszcza inne godziny marszu, postanowiliśmy wesprzeć Prezydenta. Nie może tak być, żeby hordy dzikusów demolowały miasto, a legalnie wybrana głowa państwa szła samotnie.

 

     Nasz pochód miał wyruszyć spod Grobu Nieznanego Żołnierza. Niemal na samo miejsce zbiórki miał nas dowieźć autobus, gdyż posłuchaliśmy zaleceń aby zostawić auto w domu. Nie przewidzieliśmy niestety jednego – że zamkną most. Kiedy zbliżyliśmy się do niego od strony Pragi, autobus nagle stanął i obwieścił (kierowca obwieścił, autobus póki co nie gada), że teraz zjeżdża w dół i bardzo okrężną trasą będzie omijał newralgiczne punkty. Zanim zdążyliśmy się dobrze zastanowić, autobus zatrzasnął drzwi i odjechał.

 

   Taaa.... Razem z autobusem odjechał też mój mąż, ja zaś zostałam na trotuarze, w swoim płaszczyku, czerwonym jak manifest komunistyczny. Gdybym chociaż miała biały beret, mogłabym robić za flagę narodową, ale beret został w domu, bo wbrew obietnicom pogodynek, pogoda w Warszawie zrobiła wszystkim prezent. Było słoneczne plus 12 stopni.

 

   Na szczęście istnieje coś takiego jak komórki, więc wykonawszy telekonferencję z trzema pozostałymi osobami ustaliliśmy plan gry. Ja miałam najprościej – dygać 3 kilometry przez most na piechotę. Aż pod palmę, czyli do Nowego Światu. Tam zająć strategiczną pozycję i czekać. Tak też zrobiłam.

 

   Po ok.1,5 godz. nadeszli pierwsi uczestnicy uroczystej parady – formacje przeróżnych rodzajów wojsk i orkiestry dęte.

 

 

 

 

 Tu ładne dziewczyny szły.

 

 

 

Potem przemaszerowali ułani spod okienka, a nawet kolorowo przebrani sarmaci i sarmatki.

 

Oryginalnie ręce trzymają, prawda? Chyba ciężko się maszeruje, kiedy nie można machać łapami...

 

 


 

Przejechał też stary piętrowy autobus z fotoreporterami,

 


 

... a za nim piechotą nadszedł Prezydent z małżonką, pani Prezydent Warszawy, Marszałek Ewa Kopacz i mnóstwo innych ważnych person. Dalej już sunął nieprzebrany tłum, w tym małżonek i reszta bandy. Nota bene prawie po mnie przeszli i nie zauważyli, mimo płaszczyka czerwonego jak krew tętnicza. Nie wiem, czym mogli być tak zajęci trzej faceci, skoro mieli podane współrzędne a do dyspozycji sześcioro oczu i teoretycznie jeden cel – znaleźć mnie. Ech...

 

    Niespiesznie podążaliśmy za Prezydentem, który co i raz miał przystanek z wieńcem  przy jakimś pomniku, a wszystko mogliśmy oglądać na telebimach. Tzn. widać było na nich głównie funkcjonariuszy BOR i innych cichociemnych, bo reporterzy nie mogli się pchać z kamerą za blisko, żeby nie zostać zastrzelonym. I z tym akurat się zgadzam. Wystarczy nam jeden... pardon! dwóch martwych Prezydentów w historii.

   Na szczęście składanie wieńców szło bardzo sprawnie, bo chyba wszyscy mieli przed sobą jeden cel - zrobić całą trasę zanim ruszy z centrum konkurencyjny pochód. Nie można było pozwolić na powtórkę z ub.roku, kiedy dwie wrogie manifestacje stały naprzeciw siebie.

 

   Po godzinie dotarliśmy do Placu Na Rozdrożu, gdzie uznaliśmy, że patriotyczny obowiązek został spełniony i teraz należy nam się kapeczka grzanego wina. Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy. Pochód zresztą niedaleko kończył swój bieg, więc sumienie pozostało czyste.

 

   A tę drugą radosną „patriotyczną” manifestację mogliście sobie obejrzeć w telewizji. Tam nawet nikt nie udawał, po co się zebrano. Mnie najbardziej rozbawił jeden z transparentów, czekający na przemarsz swoich – cytuję dosłownie : SPRZEDALIŚCIE NIEPODLEGŁOŚĆ W TRAKTACIE LESBOŃSKIM! 

Wyrafinowana metafora, czy dysleksja?

 

Przepraszam za jakość zdjęć. Jak się jest wołkiem zbożowym, to się idzie na taką imprezę bez aparatu, tylko z komórką...

A moja książka wciąż do kupienia w internecie:)



Podziel się

komentarze (27) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 012 617