Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014126
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Dobroczynność, a niech to...!

sobota, 28 listopada 2015 15:51

 

    Kiedyś, parę lat temu włączyłam się do akcji Szlachetna Paczka. Było to wówczas mniej nagłośnione, bardziej uciążliwe ze względu na niewiele punktów odbioru, za to bardziej spontaniczne i proste.

Ot, wybierało się z listy rodzinę, której chcemy pomóc (a było w czym wybierać, matko), a potem zbierało się wszystko co można było zebrać, u siebie, rodziny albo prosto ze sklepu i zanosiło na miejsce zbiórki.

 

Nie oczekując żadnych podziękowań, po prostu miło było wierzyć, że ktoś pomyśli o mnie ciepło rozpakowując wiktuały z kartonów.

 

    Potem było trochę przerwy, jakoś temat mi wciąż uciekał.

W tym roku akcja jest szeroko propagowana, włączyli się do niej celebryci i sportowcy.

   Pomyślałam sobie, że oto rośnie Owsiakowi konkurencja. I dobrze, bo zakup sprzętu szpitalnego to wielka rzecz, ale sprawić radość rzeszy konkretnych osób, których los nie oszczędził, to równie wielka sprawa.

Podobno już 700.000 Polaków do akcji się przyłączyło.

 

   Wzięłam się więc do roboty i spędziłam długie weekendowe godziny na przeglądaniu wszystkich „ofert”, czyli konkretnych rodzin i ich potrzeb.

Analizowałam długo, komu mogę pomóc najbardziej, czyja historia najmocniej trafiła mnie w serce.

    Trochę mnie wprawdzie martwiło, iż jako główna potrzeba u większości rodzin występowała pralka, lodówka czy wózek inwalidzki, których nie jestem w stanie zapewnić, jednak pocieszałam się myślą, że kiedy naładuję w kartony jedzenia, pościeli, środków czystości, słodyczy, a nawet kołdrę, to też na pewno sprawię komuś radość.

 

   No, niestety. Okazało się, że potrzeba główna jest warunkiem sine qua non, żeby w ogóle daną rodzinę przejąć. System bowiem wykreśla wtedy taką rodzinę z listy i nikt inny już jej tej pralki nie da. Mówiąc krótko - żeby przyjąć daną rodzinę trzeba zapewnić jej wszystko, albo nie brać się za to w ogóle. A koszt to od tysiąca do nawet  kilkunastu tysięcy złotych.

 

   Trochę mnie to zaskoczyło. Poczułam się jak odrzucony kandydat na rodzica adopcyjnego...

   A ponieważ zadzwoniła do mnie miła opiekunka tej rodziny zapytałam, kogo stać, żeby zapewnić tak drogie rzeczy. Bo jakby nie dość było kupić tę pralkę, jeszcze trzeba ją dostarczyć własnym transportem na miejsce zbiórki i nie ma zmiłuj, żeby rozwiązać to inaczej.

    Na co usłyszałam, że ideą Szlachetnej Paczki jest łączenie ludzi w dużych grupach, np. całe firmy lub szkoły, i wspólne organizowanie tak drogich „paczek”, a na to chętni są.

 

   Patrząc na to, jak szybko znikają z listy „dostępnych” kolejne rodziny (wczoraj przy każdym punkcie zbiórki w mojej okolicy było po 3-4 rodziny do wyboru, dziś niemal przy każdej stoi zero), przedsięwzięcie odnosi sukces.

   Można się cieszyć, że tak dużo rodzin dostanie te wymarzone sprzęty. A także, że tak dużo ludzi organizuje się w grupy, żeby te marzenia spełnić. Widocznie nie jest tak źle z naszą dobroczynnością?

 

   Mnie pozostał lekki niedosyt, że przy sporej reklamie, jaką się robi wokół tej akcji, brakuje dokładnej informacji na temat systemu działania Szlachetnej Paczki. Może żeby nie zniechęcać potencjalnych darczyńców…?

   Na razie znajdę jakieś inne miejsce przeznaczenia dla tych produktów, które już zaczęłam znosić do domu. Chociaż łatwo nie jest. Bo

   Większość organizacji/fundacji jest zainteresowana wyłącznie pieniędzmi.

Dom pomocy dla ofiar przemocy w rodzinie jest nieosiągalny. Nikt nie odbiera.

Kościół mnie w tym temacie zraził już kilkakrotnie.

A Caritas kazał mojej przyjaciółce przynieść ubrania wyłącznie z ... kwitami z pralni. A wiadomo, ile kosztuje wypranie np. zimowego płaszcza.

Itd., itd.

 

Będę szukać dalej. Jeśli ktoś zna takie miejsce, najchętniej w okolicy Pragi Południe, to jestem na nasłuchu.

 

Na koniec coś z kompletnie innej beczki. Pomysł na prezent, pozornie całkowicie niepraktyczny i zbędny. A jednak miły:)

Proszę zgadnąć, co to jest. Dodam, że nie są to sztuczne kwiaty do dekoracji.

 

P1080264.jpg

 

P1080265.jpg

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Gadżeciarze...?

piątek, 20 listopada 2015 17:04

 

    Podobno głupiejemy od gadżetów. Jestem skłonna w to uwierzyć, jednak staram się szukać jakiegoś szczęścia w tym nieszczęściu, chociaż łatwo nie jest.

   Wiadomo, że z pewnymi rzeczami walczyć nie ma sensu. Ponoć GPS jest największym złem, jednak nikt o zdrowych zmysłach, kto raz skorzystał, już z niego nie zrezygnuje. Pamiętam te wcześniejsze przygotowania, sprawdzanie na planie miasta, gdzie jest żądany obiekt, nawet notatki, na co się kierować. A potem jazdę w objęciach mapy, którą trzymało się w zębach, a ona otulała nas czule, podczas gdy ręce zmieniały biegi i ściskały kierownicę.

   Ależ to był wysiłek, żeby nie rozjechać staruszki na pasach, kiedy nagle trzeba było szukać kompletnie nowej drogi, bo nasza ustalona wcześniej okazywała się rozkopana, itd.

 

   Nie zrezygnujemy przecież z komórek, choć przyznaję, że bez tego narzędzia ekspiacji ludzie byli bardziej punktualni, lepiej obliczali czas potrzebny na dojazd. Dziś wystarczy poinformować, że „utknęłam w korku” i sprawa załatwiona.

   Kiedyś młodzieniec który nie dojechał na spotkanie na czas, musiał liczyć się z tym, że panny już tam nie zastanie i teraz kolejna szansa będzie go kosztować przynajmniej bukiet kwiatów. Dziś po prostu wysyła błagalnego SMS-a z emotikonem i po sprawie.

 

   Choć bywa odwrotnie. Sama omal nie zostałam starą panną, kiedy mój narzeczony wraz z rodziną utknął gdzieś między Żoliborzem a Służewcem, jego domowy telefon milczał, a ja więdłam w welonie nie wiedząc, co się dzieje. Komórek nie było, na szczęście do Wisły było daleko, bo może bym skoczyła, nie chcąc przeżyć upokorzenia…

   Z komórek więc też nie zrezygnujemy.

 

   Nie zrezygnujemy z przelewów on-line. Wprawdzie istnieje ryzyko, że ktoś skubnie nam z konta parę złotych, ale jak się okazuje - sprawcą jest często pracownik banku, a wówczas jego firma szybciutko sprawę załatwia, ratując swoją reputację. Na szczęście jest coraz więcej narzędzi żeby się przed tym bronić samemu, choćby potwierdzenia SMS-em, lista haseł jednorazowych czy token. Ale czujnym trzeba być i tu dobrze się sprawdza dodatkowe konto A, na którym trzymamy oszczędności, z którego to konta przelew możemy zrobić WYŁĄCZNIE  na inne swoje konto B. Na koncie B trzymamy tylko kwoty niezbędne do regulowania rachunków czy aktualnych wypłat. Zawsze to jakieś utrudnienie dla złodzieja.

 

   Ostatnio pojawiła się jednak nowa plaga, przy której należy wykazać się nadzwyczajną czujnością. Są to maile od nieznanych, lub znanych osób czy firm (w tym pod szyldem np. firm  kurierskich, operatorów TV, banków czy poczty) którzy przysyłają nam krótkiego maila z załącznikiem, najczęściej „fakturą”. Tego załącznika normalny człowiek nie ma prawa otwierać, ale co począć, kiedy firma dostaje mnóstwo tego typu prawdziwych faktur i może przeoczyć, że jedna jest podejrzana.

   Ponieważ coraz więcej kontrahentów przechodzi na faktury elektroniczne, więc ryzyko, że sekretarka kliknie na taki załącznik i ściągnie swojej firmie na głowę hekatombę w postaci wirusa i paraliżu działalności, jest ogromne.

 

   Hakerka w sieci oczywiście kwitnie i to już nie tylko wnerwiające cookies. Rozumiem, że kiedy oglądałam męskie buty (nie ja, mąż, ale chwilowo z mojego komputera), to już nie ma strony, na której nie jestem bombardowana reklamami męskich butów. Ale hakuje się też nasze maile, np. służbowe. Jeśli szukam w sieci fluorku glinu, to nikt mi nie wmówi, że to intuicja każe pięciu Chińczykom "przypadkiem" zwrócić się do mnie z ofertą na fluorek glinu! Strach pomyśleć, kto czyta nasze maile prywatne...

 

   Coś tak czuję, że nadmiar nowoczesności wymusi powrót do natury. Jeśli nie będziemy mogli otwierać załączników, czy bezpiecznie pisać intymnych wyznań w mailach, to może trzeba będzie wrócić do zwykłych listów papierowych? W końcu w kopercie można co najwyżej przesłać wąglika, a to większości z nas nie zagraża.

 

   Tylko na pocztę chyba nie zaczniemy znów chodzić z przelewami…

Boże, tylko nie TO!!!!!!!!!!!

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Choć to nie Dzień Matki, ale...

sobota, 14 listopada 2015 13:12

 

   Może niektórzy z moich czytelników pamiętają wpis o wypadku taty.

Właśnie mija 4 lata (niewiarygodne!) od tego zdarzenia. Kto zainteresowany może przeczytać tu:

http://helena-rotwand.bloog.pl/id,330551079,title,Zabawki-Pana-Boga-czyli-to-juz-bylo,index.html

 

    Może się powtarzam, ale muszę napisać, bo każdy dzień przynosi niespodzianki.

    Tata miał wówczas 75 lat i 10 % szansy na przeżycie, jednak stanął na nogi i jakoś funkcjonuje. Nie samodzielnie, tak dobrze niestety nie jest. Ale dostał bezcenny dar od losu w osobie naszej mamy, która w tym dniu rozpoczęła nowe życie.

 

   Wcześniej mama była zawsze krok za tatą, ale to miejsce przecież znakomicie nadaje się do sterowania "z tylnego fotela". Zarządzała więc nami wszystkimi  w sposób nadzwyczaj sprawny i dyplomatyczny, a ON był wykonawcą poleceń, zarządcą domu, ale także kierowcą, tragarzem i stróżem.

 

    Wypadek taty spowodował, że skończyła się dyplomacja, a zaczęło zwykłe życie. "To jest wojna", mówi znany cytat i tkwi w tym głęboka mądrość. Z dnia na dzień mama musiała zostać kwatermistrzem, rehabilitantem, organizatorem wyjazdów, finansistą i niańką. Od zakupów począwszy (bez samochodu, mama nie prowadzi), poprzez rezerwowanie wizyt u lekarzy, użeranie się z różnej maści operatorami i doradcami, po walkę z naciągaczami - wszystko spadło na nią. I trzeba przyznać - radzi sobie z tym jak mało kto.

 

    Nie złamie jej żaden przedstawiciel wciskający "niezwykle korzystny" abonament telewizyjny czy komórkowy. Przeczołga każdego, kto chce jej sprzedać przez telefon cudowne garnki czy inne badziewie. Kiedy urzędniczka w banku namówiła ją na "wspaniałą lokatę", z realizacją za 15 lat (78-letniej pani!), po interwencji mamy bank szybko przyznał się do nadużycia i lokatę zlikwidował. Itd. itd.

 

    Będąc pod taką presją, nie może sobie pozwolić na słabość, więc trapiące ją wcześniej choroby dały za wygraną. Od kiedy przeczytałam jej, że za sprawność umysłową odpowiada głównie ruch, nie krzyżówki, przemierza wraz z tatą kilometry dziennie, choć wcześniej bolały ją kolana.

   No i aktualnie opanowała Skype'a. Konwersuje z wnuczką w Anglii i wnukiem w Indiach. Tylko patrzeć, jak zrobi prawo jazdy.

Ale licencji pilota chyba jej nie dadzą.. .

   Przynajmniej taką mam nadzieję. :-)))

  

 P1050116.jpg

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Po co mi to było, czyli Spectre...

sobota, 07 listopada 2015 18:37

 

   Przysięgam, nigdy w życiu nie byłam w kinie na Bondzie. W telewizji też oglądałam tylko jakieś kawałki, a od czasu kiedy Pierce Brosnan dogonił MOTOREM w locie spadający samolot, przesiadł się do niego i wyprowadził na prostą, przestałam oglądać w ogóle. Nawet w ramach zabijania czasu podczas pedałowania czy drylowania śliwek na powidła.

 

    Dlaczego poszłam więc na "Spectre"? Chyba nawet w niebiosach nie wiedzą, ja z pewnością też nie.

   Może wskutek zapowiedzi, że powinien to być ostatni Bond, bo temat już został wyeksploatowany do dna, a z pustego i Salomon...

   Może przez te 5 gwiazdek w GW? A może wskutek jakiegoś zapętlenia w robocie, które jako odtrutki żądało prymitywnej rozrywki, a z pewnością nie należy do niej lektura Houellebecq'a, czy filmy Triera.   

 

    Tak czy siak, popełniliśmy z małżonkiem ten czyn, może nie całkiem głupi, ale też nie nazbyt ambitny.

   Wrażenia - jak łatwo przypuścić, takie sobie. Po pierwsze film jest zdecydowanie za długi. Wprawdzie zachowano proporcje w ilości scen walki, czytaj mordobicia, w stosunku do scen bardziej statycznych i miłych dla ucha, bo cichych, ale jednak 2,5 godziny plus reklamy to zdecydowanie za dużo.

 

   Jako kompletny laik nie potrafiłam wyszukiwać w nowym Bondzie starych Bondów, co jest podobno ulubionym zajęciem Bondomaniaków. Poza twarzą Judy Dench jako M, w zasadzie nie rozpoznawałam nikogo i niczego.

 

   Film jest niezwykle sprawnie nakręcony, efektów specjalnych umiarkowana ilość, Daniel Craig jak zawsze brzydki, z odstającymi uszami, mój ulubieniec Christoph Waltz jak zawsze perfidny i demoniczny.

 

   Natomiast kompletnie nie rozumiem wrzawy wokół "nowej dziewczyny Bonda" czyli Moniki Bellucci. Po pierwsze, co to za "dziewczyna", z którą Bond idzie do łóżka raz i to w zasadzie z przypadku, a potem znika z ekranu aż do końca filmu? Ekscytowanie się, że to "najstarsza dziewczyna Bonda" (51) wydaje się pozbawione sensu, gdyż Bond raczej krótko pociesza wdowę po zabiciu jej męża, niż angażuje się w związek z nią. 

   A seks też musiał być dziwny, skoro podczas zdejmowania sukni widzimy, że pani Monika  jest goła pod spodem, zaś kiedy Bond dyplomatycznie chce się ulotnić po, ma ona na sobie dość zabudowany gorset. Ubierała się w trakcie, czy jak? I kto ją zapinał na te haftki?

 

   Trudno zresztą, żeby Bond się tu angażował, skoro ma na głowie ratowanie świata i dość jałową i zimną Francuzkę, czyli Leę Seydoux. Podobno tych dwoje prywatnie się nie znosi. Jeśli tak, to było to widać. W temacie urody, znalazłoby się tuzin piękniejszych dziewczyn, które Bond musi ratować, poczynając od naszej Skorupki, ale gusta nie podlegają dyskusji.

 

   Dwie refleksje ogólne.

   Po pierwsze widać schyłek pewnej epoki, w której bardzo długie sceny bez jednego cięcia, świadczyły o geniuszu reżysera i operatora, a także o wysiłku aktorów i statystów, którzy nawet przez sekundę nie mogli się pomylić. Specjalistą od takich ujęć był Altman.

    Tutaj widzimy wielominutową scenę kręconą na dworze z lotu ptaka, i w windzie, i pokoju hotelowym, i na gzymsie (gdzie kamera wyprzedza aktora) i już widzimy, że doprowadzony do perfekcji sposób montowania scen pozwoli niedługo nakręcić cały film jakby w jednym ujęciu.

   Cóż, nie trzeba już czekać na odpowiednie światło czy chmury, bo wszystko da się komputerowo zmontować, więc i taki patent przestaje być czymś oryginalnym.

 

   A druga refleksja?

   O matko, ile się kręci filmów i ile pieniędzy wyrzuca się w błoto, a chyba dałoby się je wydać na mądrzejsze cele! Przechodząc kinowym korytarzem jesteśmy bombardowani zapowiedziami filmów, których nigdy nie obejrzymy z braku czasu, nawet jako emeryci czy bezrobotni. Filmy wybitne, które zostają w pamięci na długo, to może pół procenta. Cała reszta to mierzwa, której tytułu nie pamiętamy nawet na drugi dzień.

   Na nowego Bonda wydano bodaj 300 milionów dolców. Czy świat od tego stanie się lepszy, a ludzie mądrzejsi?

Wątpię.

 

Nie chcę zrzędzić, ale..

Żądanie igrzysk oprócz chleba jest stare jak świat, tyle że spełnianie tych żądań  powinno mieć jakieś granice. Póki co jednak nie mam pomysłu, jak to szaleństwo powstrzymać.

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Emigrować do Indii...

niedziela, 01 listopada 2015 11:01

   

    Miałam nadzieję, że płomienne apele różnych ludzi (w tym mój) przyniosą wreszcie skutek i skłonią więcej osób do pójścia na wybory. Niestety, frekwencja pokazała, że połowa dorosłych obywateli tylko w jeden sposób potrafi korzystać z wywalczonej po latach komuny wolności wyboru - nie idąc na wybory.

 

   Widocznie niektórych do tej wolności trzeba zmusić - jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Na nich może podziałałaby tylko kara administracyjna, jak to jest w paru europejskich krajach.

 

  No cóż, jest jak jest. Nie wpadajmy w panikę, może nie będzie tragicznie.

 

   A póki co, skoczmy na chwilę na Sri Lancę...

 

 Sądząc z opowieści Młodego, wyspa mocna przereklamowana. To zresztą sama wywnioskowałam, przeglądając różne relacje z tego regionu. A raczej w konfrontacji ze starym kontynentem cejlońskie atrakcje wypadają dość blado, choć w sumie nie miałabym nic przeciwko, żeby parę takich atrakcji zaimportować do nas.

 

Np. taką sobie świątynię z Kolombo - Gangaramaya:

 

 

 

 

 

 

 

   A to z zupełnie innej beczki - sierociniec dla słoni w Pinnawali. Niektóre są już całkiem wyrośnięte, inne jeszcze małe. Przed 100 laty żyło dziko na Sri Lance około 12 000 słoni. Gdy ginęła matka lub ojciec reszta grupy opiekowała się osieroconym maleństwem. Tak było przez całe stulecia, do czasów, gdy człowiek przestał szanować naturę i jej prawa, zaczął wycinać lasy i budować dziurawe drogi, niszcząc w ten sposób trasy, które słonie znały od dziesiątków lat. No i zabijać słonie dla ich kłów. 

 

    Być może sierociniec dla słoni jest uspokojeniem wyrzutów sumienia, być może tylko dobrą okazją do złupienia turystów (wstęp dla tubylców kosztuje 60 RS, dla turystów 2500 (ok. 80 zł, to koszt dwóch nocy w przyzwoitym hotelu).      Jedno jest pewne - słonie, które tu są miały dużo szczęścia. Nakarmione, z ogromną przestrzenią do poruszania się, zażywają codziennie kąpieli w rzece Maha Oya, obfotografywane przez turystyczne masy. Z rozkoszą rozkładają się w wodzie i pozwalają swojemu opiekunowi szorować sobie skórę.

 

 

 

 

 

 

    Zawsze mnie wzrusza widok włochatych łebków. Szkoda, że to tylko u dzieci...

 

 

 

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

 

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

 

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

 

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 126