Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 735 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2846678
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12565
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2353 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Marcahuasi, czyli Peru cz.5

czwartek, 29 grudnia 2011 14:49

 

    Melduję, że wróciłam cała i zdrowa. I z mężem. Bez bagażu, ale nie można mieć wszystkiego:))  Jest szansa, że bagaz jednak gdzieś się znajdzie na trasie Lima-Paryż-Budapeszt-Warszawa.

Będę opisywać nasze przygody sukcesywnie. Tu kontynuacja naszej wyprawy w Andy. 

 

   San Pedro jest bardzo biedną, górską wioską, do której docierają 2 autobusy dziennie. Ma jednak restaurację (i to niejedną!), gdzie przysadzista Indianka podała nam świetne kotlety z kurczaka z frytkami, ryżem i sałatką, za jakieś śmieszne pieniądze.

 

 

(To akurat jest ta druga,ale "nasza" była równie ekskluzywna.)


   Żeby uczcić pierwszy dzień w Andach zostaliśmy poczęstowani przez Piotrka niespodzianką – bimbrem z trzciny cukrowej, upędzonym w dżungli. Aczkolwiek nie piję wódki niemal nigdy, muszę przyznać, że ta mnie zaskoczyła. Była klarowna, bardzo mocna, ale nie „trząchająca” i miała delikatny smak i zapach europejskich „Schnapsów” z porzeczki czy gruszki. Można tego było wypić sporo, ale na szczęście szybko się skończyła. Jutro wszak mamy się wspinać na 4000 metrów!

 

   A potem trzeba było zmierzyć się z hotelem GRAND (ho,ho!) w tejże wiosce San Pedro.

   Hotel jest spory, bo rocznie w góry wyrusza stąd ok. 1000 turystów i 10 razy więcej Peruwiańczyków. Pokoje są maleńkie, brudne i posiadają tylko łóżka, twarde jak więzienne  prycze i jedną zdezelowaną szafkę. Dobrze, że wzięliśmy od Cecylii prześcieradła, gdyż tu na wyposażeniu były tylko ciężkie i twarde jak derka koce i poduszki, których czystości nie podejmuję się opisać. Ale najgorsze było zimno – na zewnątrz temperatura spadła chyba do zera, w pokoju para leciała z ust.

   Piotrek wyszabrował dodatkowe koce chyba z całego piętra, ale były sztywne jak wieko trumny i nie dawały ciepła. Natomiast zmiana pozycji pod takim ciężarem była nie lada wyczynem. A jednak udało nam się przespać noc i to bez bólu głowy, chociaż znajdowaliśmy się na wysokości 3200 mnpm, a ciśnienie wynosiło ok. 700 hPa.


 

Widok z naszego okna

 

 

A to chyląca się ku upadkowi wieża kościółka.

 

   Rano mój zegarek pokazał  w pokoju + 8 stopni. O 6.00 poderwaliśmy się do boju mając w pogardzie większe mycie, bo woda w kranie miała temperaturę Potoku Chochołowskiego – ze 4 st.C.


Na śniadanie dostaliśmy po bułce z dwoma sadzonymi, a na wynos jeszcze jedną bułkę z panierowanych kotletem z kurczaka i zieleniną. Jam to, nie chwalący się wymyśliła, bo już nie mogłam patrzeć na bułki z dżemem, a czekała nas daleka droga. Kawę wybito nam z głowy – na tej wysokości nie ma sensu. Lepsza jest mate, czyli napar z liści koki.

 

   Wczoraj podczas kolacji pojawił się malutki zasuszony człowieczek, z niepełnym uzębieniem i w dość zniszczonych ciuchach. Przypominał poganiacza krów, a okazał się – byłym „burmistrzem” San Pedro, który zaproponował nam prowadzenie do Marcahuasi. 

   W górach trzeba mieć przewodnika, zwłaszcza że ok. południa potrafią naleźć mgły i łatwo się zgubić, więc bez dyskusji zatrudniliśmy 82-letniego krzepkiego staruszka. Napiwszy się kolejnego kubka naparu z koki i innych ziół, wyruszyliśmy.

 

   Pokonanie 600 metrów wysokości zajęło nam 2,5 godz. Na tej wysokości tlenu ubywa z każdym metrem i można się zasapać idąc nawet bardzo powoli. Jednak chyba dzięki tym indiańskim specyfikom nie czułam w zasadzie żadnej różnicy w stosunku do wspinania się w Tatrach. Szliśmy równo, miarowo, z krótkimi przerwami na wyrównanie oddechu. Cuda, Panie!

 

 

 

Wszyscy się zachwycają rysunkami w Nazca, a tu proszę - zwykłe pastwiska, a jakie "kosmiczne"

 

   Wreszcie osiągnęliśmy cel podróży – po angielsku zwany Stone Forest, a miejscowych Marcahuasi – kompleks skalnych formacji, które przez wieki wskutek erozji przybrały fantastyczne kształty. Wiele z nich ma swoją nazwę, bo przypominają a to wielbłąda, a to głowę Indianina, lwa, faraona, czy wreszcie największy z nich – „Pomnik ludzkości”, który oprócz jednej ogromnej „twarzy” zawiera także ok. 14 różnych innych twarzy, mających rysy zgoła nie peruwiańskie. Niektóre ze skał mają kształty aż zbyt wierne, więc nasuwa się pytanie, czy są rzeczywiście dziełem wyłącznie natury.


  Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić ingerencję człowieka parę tysięcy lat temu w stworzenie twarzy np. Murzynki czy faraona, skoro wtedy te postacie nie mogły być znane miejscowej ludzkości.

   Anyway, na tym olbrzymim płaskowyżu, gdzie znajduje się także rozległe jezioro (Laguna) 3-4 tys.lat temu, a więc w czasach preinkaskich, istniała cywilizacja. Ludzie ci mieli króla, a zmarłych chowali w małych wieżach, które stoją do dziś, prawie niezniszczone.


   Niestety, pogoda nie dała nam pełnej satysfakcji z wyprawy, bo rzeczywiście ok. 12.00 naszły gęste jak mleko mgły i nie udało nam się już obejrzeć wszystkich formacji. Moje zdjęcia nie wyszły, więc zamieszczam tylko dwa:

 

 

(toż to Ninja, jak żywy)


a chętnych namawiam do zajrzenia na strony ze zdjęciami Marcahuasi, np.

 Marcahuasi, lub Marcahuasi2

 

   Po zwiedzeniu tego, co się dało, przewodnik dał hasło do odwrotu. Schodziliśmy w gęstej mgle i mżawce. Istniała obawa, że ucieknie nam autobus powrotny, ale Piotrek uspokajał – nikt bez nas nie odjedzie, burmistrz nie pozwoli. Tak więc nie tylko zdążyliśmy wrócić po swoje rzeczy, ale i zjeść znów bardzo smaczny obiad, przygotowany przez jednoosobowy zespół w postaci szefowej restauracji, po czym ruszyliśmy w dół.

 

   Jazda serpentynami pod górę jak się okazało, to był pikuś w porównaniu ze ślizgiem w dół. W autobusie wszystkie części grały jakby osobno swój własny koncert, za to zakręty wydawały się jeszcze ostrzejsze, niż jadąc pod górę.

Autobus miał chyba 100 lat, w każdym razie założę się, że nie widzieliście takiego rozkładu . Siedzenia nie były pocięte przez chuliganów – one rozłaziły się w rękach ze starości, a podłoga sprawiała wrażenie, że za chwilę odpadnie a my razem z nią.


   Jakimś cudem jednak udało nam się zjechać do Limy, gdzie mogliśmy wreszcie zalec przy znakomitym piwie CUSQUENIA. Ufff...



Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Chosica, czyli sport ekstremalny

niedziela, 25 grudnia 2011 0:46

 

   Dziś pierwsze zderzenie z Andami, czyli z wysokością. Zaczęliśmy od żmudnego przebijania się przez Limę, aby ok. południa dotrzeć wreszcie do miasteczka Chosica, która jest bazą wypadową w góry. Korzystając z okazji odwiedziliśmy w Chosice  hodowcę psów bezwłosych. Rasa ta ma 5 tysięcy lat i niewątpliwie nie należy do popularnych. Do Europy trafiło jak dotąd może kilka sztuk, w tym jeden do naszej towarzyszki podróży, która zakochała się w niej przez internet.

 

  Psy właściwie trudno uznać za ładne. Są rzeczywiście nagie, mają ciemnografitową skórę, sylwetkę zbliżoną do charta i niewątpliwie zły charakter. Są psami obronnymi i w zasadzie tak samo nieobliczalnymi jak amstafy czy bulteriery.

 

   Hodowca (z którym oczywiście trzeba było wymienić buziak, skoro Piotr jest jego amigo ) wyprowadzał kolejne sztuki, przedstawiając a to siostry a to matkę czy innych krewnych pieska nabytego przez naszą koleżankę. Jakoś wciąż nie mogliśmy się nimi zachwycić. Dopiero kiedy wyprowadzono dwumiesięczne szczeniaki, zapanowało szaleństwo. Maluchy miały ADHD do potęgi n-tej, zrobienie im zdjęcia en face graniczyło z cudem, ponieważ zmieniały pozycję co pół sekundy. Wyglądały dość upiornie z tą nagą pomarszczoną skórką, a ta łapka jako żywo przypominała „Dziecko Rosemary”, prawda? Ale jak to szczeniaki – i tak były słodkie. W dodatku pachniały... czekoladą.

 


   Wreszcie zaczęliśmy się zbierać. Po drodze wpadliśmy do przyjemnej świątyni buddyjskiej, która jest centrum buddyzmu w Peru i poszliśmy coś zjeść.

 


W Peru nigdy nie wiadomo dokładnie, co się dostanie, mimo wysiłków tłumacza. Niemniej muszę przyznać, że jak na razie nie udało im się mnie niczym podtruć, a wczorajsza ryba trucza – tutejszy pstrąg, prawie bez ości i ładnie usmażona, była wyborna.

 

   A potem zapakowaliśmy się do zdezelowanego autobusu, który teoretycznie wyjeżdża o 14.00. W praktyce kierowca czeka tak długo, aż zbierze się komplet, co może zająć z godzinkę. W zasadzie ma rację – pasażerowie nałażą leniwie, bez pośpiechu, autobus napełnia się, więc warto było czekać. Z drugiej strony, po co pasażer ma się spieszyć, skoro autobus i tak czeka..? Błędne koło.

 

   Wreszcie ruszyliśmy. Było nas ok. 20 pasażerów i mnóstwo bagaży stojących po prostu w przejściu, lub zapakowanych na dachu. Przez 3,5 godziny pięliśmy się mozolnie pod górę, wąską i krętą ścieżką, aż w końcu z poziomu 700 m npm. wdrapaliśmy się na 3200. Droga była wykuta w skale, nie posiadała oczywiście żadnych barierek i chwilami prawe koła zbliżały się do krawędzi tak na 15 cm.   

   Kierowca grzał dziarsko pod górę, osiągając imponującą średnią 13 mk/ha (cała trasa liczy sobie 39 km!), ale nam żołądek chwilami podchodził gdzieś w okolice migdałków. Wliczam w to postój, gdzie trzeba było wymienić jedno koło, albowiem w drodze strzeliła nam opona, a także odzyskać pasażera, którego podczas postoju zgubiliśmy. Tzn. sam się zgubił, ale jednak brzydko z naszej strony, że ruszyliśmy w drogę nie sprawdziwszy.

 

   Na szczęście nawet na takim zadupiu działają komórki, a zagubiony był znajomym kierowcy, więc udało nam się nawiązać z nim kontakt. Przez następne 10 minut czekaliśmy, aż ów gość przypędzi przez łąki. Prościej oczywiście byłoby się cofnąć do niego, ale jak wytłumaczył Piotrek – po co się cofać, skoro tamten biegnie? Po co wykonywać dodatkową czynność? Co innego, gdyby stał... Ot, peruwiański kontekst.

 

 

   Lista pasażerów zmieniała się co parę kilometrów. Jedni wysiadali, inni wsiadali, w tym dwie przysadziste Indianki w niemożliwie brudnych filcowych kapeluszach, ale z kwiatkiem, z wiązką drzewa na opał, które powędrowało na dach. Wsiadł też piesek, na szczęście obyło się bez kóz i lamy, które też często podróżują autobusami.

 

 

   Opanował nas stan permanentnej głupawki. Może to była reakcja organizmu po to, żeby zagłuszyć strach, a może przyczyną była coraz mniejsza ilość tlenu, bo na pewno nie żucie liści koki, które ma zapobiec chorobie wysokościowej. Koka nie ma nic wspólnego z kokainą (jeśli chodzi o działanie), wyjaśniam. Jest obrzydliwa, jak gdyby żuć liście bobkowe ale o smaku rumianku. Nie wiem, co to daje, ale trzeba przyznać, że dziś na 3200 mnpm nie rozbolała mnie głowa, choć 10 lat temu na Kili na tej wysokości było już bardzo ciężko. I tak dotarliśmy do zapomnianej przez Boga i ludzi wioski San Pedro.

CDN

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zyczenia

sobota, 24 grudnia 2011 16:05

 

Kochani,

Na razie mam wciaz straszny problem z netem, wiec chociaz mam mnostwo tekstu i zdjec, to nie mam jak tego zamiescic na blogu.

W kazdym razie melduje tylko, ze zyje, co prawda w stanie skrajnego wyczerpania, ale takie jest Peru:)))


Jak wreszcie zaczne wstawiac relacje, to bedziecie blagac, zebym przestala.

 

A na razie skladam najserdeczniejsze zyczenia, aby Swieta przebiegly  w spokoju i radosci, zebysmy nie zwariowali od nadmiaru zyczen, wizyt i jedzenia. Pamietajcie, ze jest taki grzech: nieumiarkowanie w jedzeniu  piciu:)))

Wszystkiego NAJ!

Helena


Podziel się
Tagi: swieta

komentarze (3) | dodaj komentarz

Peru cz.3. Lima

poniedziałek, 19 grudnia 2011 12:59

 

 Uff, wreszcie poszło z tymi zdjęciami.


    My tu gadu gadu o złodziejach itp., a w końcu przyjechaliśmy tu zwiedzać. Zaczęliśmy naszą włóczęgę po Limie od wzgórza, które góruje nad miastem. Nie docierają tam turyści, bo – paradoksalnie – wjazd jest zbyt tani (5 soli w 2 strony), i biura podróży nie mogłyby dłużej ukrywać, że wszystko w Peru jest takie tanie. Wsiadamy więc. Autobus rusza, ale nie cieszmy się, że pojedziemy od razu. Kierowca spokojne zatacza trzy kółka wokół centrum i za każdym razem udaje mu się złowić nowych pasażerów. Kiedy uzna, że ma już dość, mozolnie zaczyna piąć się pod górę.


   Naszym celem jest góra z ogromnym krzyżem na szczycie - cel pielgrzymki tysięcy wiernych w Wielki Piątek. To jedyny dzień w roku, kiedy można na górę wejść na piechotę, cało i zdrowo. W inne dni można się tam dostać tylko autobusem ze szczelnie zamkniętymi oknami. Bowiem droga prowadzi przez slumsy, a droga jest wąziutka i wznosi się ostro pod górę. Wystarczy byle kubeł, żeby ją zablokować. Nasz kierowca autobusu negocjuje i w końcu udaje mu się przejechać. Samotnemu gringo byłoby ciężko..

 

   Na szczycie wzgórza mamy 20 minut na podziwianie  Limy z lotu ptaka. Widzimy arenę, gdzie wciąż odbywają się walki byków, stadion narodowy, ogromne cmentarze wyglądające jak osiedle 4-piętrowych bloków – jedyny uporządkowany fragment miasta.

Widzimy też piękną autostradę, która kończy się nagle u podnóża innej góry, przez którą miała się przebić. Prawdopodobnie inwestor nie dogadał wszystkich szczegółów zanim  zaczął budowę i teraz dostał szlaban na przekuwanie tunelu. Droga więc na razie kończy się ścianą. To też jest Peru.

 

 

   Ale przede wszystkim widzimy morze lepianek – tysiące murowanych klocków przyklejonych do zbocza. To tylko jedne z wielu slumsów, bo Lima licząc od oceanu do granic administracyjnych ciągnie się na odcinku 100 km!. Piotrek mieszka na 73-cim. Slumsy które mamy przed sobą z daleka wyglądają paradoksalnie wesoło. A to za sprawą miasta, które uznało, że 500 metrów od historycznej Starówki nie można zostawić widoku brunatno szarych bunkrów i nakazało wymalować domy w jaskrawe kolory, Część więc jest amarantowa, część turkusowo-zielona, część niebieska jak chabry. Dopiero z bliska odsłania się obraz nędzy i rozpaczy.

 

 

    Paradoksów i kontrastów jest w Limie mnóstwo. Po zwiedzeniu pięknych kościołów, klasztoru Franciszkanów, i Kościoła Ś.Dominika,

 

 

gdzie znaleźliśmy kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej,

 

 

katakumb z górą kości, muzeum Inkwizycji, dawnej stacji dworca kolejowego, skąd odchodzi (nadal, ale raz na 2 miesiące) słynna kolej andyjska, zbudowana przez Malinowskiego, czy pasażu handlowego przylegającego do budynku dawnej poczty, wsiedliśmy w rozklekotany autobus, który miał nas dowieźć do domu.


   Niestety, korek, w jakim utknęliśmy na dobrą godzinę, był nieporównywalny nawet z paraliżem Warszawy przed 5-dniowym weekendem. Ponieważ kierowcy wszystkimi sposobami próbowali się przeciskać i być chociaż 10 cm dalej niż inni, zaliczyliśmy 3 niegroźne stłuczki w najbliższym sąsiedztwie, w tym również otarcie naszego busa. Nikt nawet nie próbował dyskutować, o wzywaniu Policji też nie było mowy. Niby jak miałaby tam dojechać? 


   Podczas tej podróży również kazano mi zamknąć szczelnie okno i schować rękę z zegarkiem, jeśli chciałam ją zachować. Przeciskaliśmy się przez najbardziej niebezpieczną dzielnicę Limy. Nie było sensu wysiadać i iść pieszo, bo daleko byśmy nie zaszli z kamerą i aparatem. Wokół kwitł handel wszystkim, między innymi tym co wcześniej udało się ukraść turystom.


   Największe wrażenie jednak robiły regularne wysypiska śmieci na większych skrzyżowaniach, w których buszowały nury. Wszystko można tam było znaleźć – od stalowych prętów, popękanych szyb samochodowych, poprzez zwoje nici w ogromnych szpulach, skończywszy na obierkach ananasów. Podobno raz na jakiś czas ktoś sprząta to co zostanie, co już na pewno się nikomu nie przyda.

 

 

 

   Nareszcie udało nam się stamtąd wydostać. Wróciliśmy do domu Cecylii, gdzie posiedzieliśmy przy peruwiańskim winie (całkiem całkiem), pysznych owocach (mango, papaja, melony, owoc opuncji (kaktus) i czymś, czego zawartość jak nic przypominała świeży miot kijanek – czarne oczka zanurzone w galaretowatej mazi. Słodkie to było okrutnie). A potem 6 godzin przesunięcia czasu nagle dało o sobie znać – u nas była 4.00 nad ranem, i padliśmy jak kawki.


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Nie dać się oszukać!

piątek, 16 grudnia 2011 1:33

Mamy za sobą pierwszy tydzień w Peru. 
Tak strasznie chciałabym opowiadać o wszystkim na bieżąco, ale mam problem ze zdjęciami, które wychodzą tak sobie. A że nie mogę ich tutaj obrabiać, moja dusz cierpi. Na razie więc podzielę się ogólnymi wrażeniami, a na konkrety przyjdzie czas.

 

  Wbrew ostrzeżeniom przeżyliśmy ten tydzień bez wypadku, kradzieży lub porwania, czego tak obawiała się nasza rodzina. Tydzień ten nauczył nas czegoś ważnego: uświadomił nam, iż życie turysty w Peru to permanentny pojedynek, w dodatku prowadzony symultanicznie. Mówiąc prościej – ty jako turysta jesteś jeden, a przeciwników masz setkę, albo tysiąc. Każdy krok, każdy przejazd autobusem, każdy zakup w sklepie oznacza pytanie – kto kogo przechytrzy?


   Przy całej sympatyczności Peruwiańczyków, ich uśmiechniętych szeroko gębach i ogólnej serdeczności, w tle trwa wieczna próba oszwabienia, wykiwania czy wręcz okradzenia turysty. Dlatego musieliśmy przejść przyspieszony kurs radzenia sobie z tymi zakusami na nasze portfele.


   Przede wszystkim – wszędzie trzeba się targować, jak w Egipcie czy Turcji. Tutaj pewność siebie Piotrka i jego znajomość hiszpańskiego jest nieoceniona. Weźmy takie taksówki – Piotrek każe nam zostać w pewnej odległości i zatrzymuje pierwszą. Pyta ile? 15 soli. Za drogo, więc spadaj. Drugi kierowca w ogóle nie chce jechać w tę stronę. Spadaj. Trzeci wylicza 8 soli (ok. 10 zł). Może być, wskakujemy.

      Podobnie jest  w przypadku autobusu. Siadamy sobie na stopniach kościoła i czekamy małą chwilę. Podjeżdża autobus, z okna hoża dziewoja głośno nawołuje i zachęca, żeby wsiadać. Piotrek każe nam zostać, idzie do autobusu, pyta o ceny i woła nas lub nie. Gdybyśmy podbiegli wszyscy, cena od razu byłaby inna, bo - cytuję P. - jeden gringo to chodzący bankomat, a kilku gringos to już cały bank, wart oskubania.


    Podchodzimy do bramy cmentarza. Wartownik (!) na bramie zatrzymuje nas i zaczyna wypytywać. Jako turyści powinniśmy zapłacić po 40 soli od głowy, ale Piotrek informuje go, że idziemy na grób "przodków", a że leży tu słynny Ernest Malinowski, każdy Polak może być jego krewnym. Wychodząc, puszczamy mu oko – on wie, że my ściemniamy, my wiemy to samo o nim. On po prostu chciał w łapę, do czego żaden przepis go nie upoważnia. Tym razem mu nie poszło, ale następni na pewno dadzą się nabrać.


   W hotelu wisi cennik – za dwójkę 60 soli. Przyzwoicie, zwłaszcza, że hotel jest śliczny, w stylu kolonialnym. W pokojach wiszą weneckie lustra w złotych ramach, na dach wchodzi się po kręconych ażurowych schodkach. Na dachu drze dziób ogromna czerwono-zielona papuga, łażą żółwie i wyleguje się paw. A wszystko tonie w roślinności, bo to przecież lato w pełni..

   No, ale wracając do cennika, kiedy turysta się zdecyduje, dowie się, że cennik w ogóle się nie liczy, bo to są ceny dla pokoju 7-osobowego. W najlepszym razie zapłacimy 72, bo przecież w pokoju stoją 3 łóżka!

Po negocjacjach, płacimy 55 za noc.

    Itd.


  Oprócz pilnowania swoich interesów, trzeba też nauczyć się po prostu pilnowania portfela, aparatu czy kamery. Najprostszą metodą jest posiadanie jak najmniej przedmiotów - jedną, góra dwie rzeczy. Przy trzech (torebka , aparat i butelka z wodą) powstaje potrzeba bezustannego liczenia.


   Do tego dochodzi konieczność jechania przy szczelnie zamkniętych oknach, gdyż złodzieje działają bardzo szybko. Przy próbie robienia zdjęć z okna taksówki można błyskawicznie stracić sprzęt lub zegarek, czasem razem z ręką. Właśnie przedwczoraj buchnęli przez okno komórkę synowi Cecylii, a przecież on jest tutejszy. Po prostu się zapomniał.


   Poruszanie się z bagażami również wymaga czujności na miarę agenta Mossadu. Taki przykład: chłopak został z bagażami, podczas gdy dziewczyna poszła coś sprawdzić. Chłopiec nie spuszczał oka z bagażu, do momentu, kiedy nie przedefilowała przed nim atrakcyjna latynoska, której w dodatku wysypały się monety. Nasz gentleman ruszył na pomoc i – było pozamiatane. Ułamek sekundy i bagaż się zdematerializował.


CDN.


A to kawałek naszego hotelu, widok z tarasu śniadaniowego i zielona papuga, która znienacka zahaczyła mojego męża wdzięcznym "Ola!", czyli tak jak się tu ludzie witają.

 

 




Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 846 678