Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014120
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Noworocznie

poniedziałek, 31 grudnia 2012 7:19

 

   Jutro Nowy Rok. Czas dziwacznego podniecenia, wynikającego z tego jedynego faktu, że trzeba będzie stary kalendarz wyrzucić na makulaturę, a powiesić nowy. I tyle. Co poza tym oznacza 1 stycznia?

 

   Cieszyć się, czy smucić? Jak w samochodach, „rocznik” nam przeskakuje o oczko wyżej, stajemy się „o rok” starsi. Ale czy naprawdę starzejemy się o rok, przez ten jeden dzień? Moi rodzice wycięli mi numer i urodzili mnie 30 grudnia. Czy 2 dni później mam sobie dorysować parę zmarszczek?

 

   W pewnych sytuacjach jeszcze mogę to zrozumieć –  na przykład babcia po wojnie zmieniła mojemu tacie datę urodzenia na późniejszą. Wiadomo, w czasie wojny dokumenty ginęły, można było trochę zachachmęcić... No więc babcia wydłużyła mojemu tacie beztroską młodość o rok, przesuwając mu datę urodzenia z listopada na styczeń, żeby o rok później wzięli go do wojska. Nie przewidziała bidula, że tata i tak zostanie zawodowym wojskowym. Za to teraz ma dwie daty urodzenia.

 

    Pierwszy stycznia..., czas obietnic bez pokrycia...  Co  z nimi? Ilu osobom udało się ich dotrzymać? Przecież to tylko źródło frustracji i dowód naszej słabości. Czy wiecie, jaki dzień jest w roku najgorszy? Gdzieś około 21 stycznia. Dlaczego? Ano właśnie dlatego, że wtedy mniej więcej upewniamy się w tym, że nie udało nam się spełnić swoich noworocznych postanowień, a w dodatku zaczynają spływać wezwania do spłat z kart kredytowych, za szaleństwa popełnione na Boże Narodzenie. Karramba!

 

   No i co my sobie możemy postanawiać? Taki Kalisz to ma łatwo – że schudnie. A jednocześnie od razu wie, że za rok będzie ważył dokładnie tyle samo. A inni – typowi zapracowani biznesmeni i biznespanie, którzy próbują pogodzić karierę z opieką nad dziećmi? Że będą mniej pracować!! A to dobre! Ciekawe jak to zrobią? Kupią sobie dodatkowe parę godzin na dobę? Może ktoś słyszał o takiej możliwości, bo ja się jeszcze z tym nie spotkałam.

 

   Jeszcze lepsze postanowienie – „będę się mniej denerwować”. Ciekawe, jak to zrobić? No, chyba sobie wszczepić pod skórę jakiś stymulator, czy coś. Odwrotnie niż rozrusznik serca – nam skacze ciśnienie i chcemy zarżnąć szefa, a tu urządzenie nas sadza w miejscu i gada do nas: „Spokojnie, to tylko kretyn bez wykształcenia. Żona go zdradza a jego córka ćpa i puszcza się z korepetytorem... Wyluzuj, on ma gorzej od ciebie...”

No, to chyba że tak, bo inaczej jak to zrobić?

 

   A, jeszcze rzucanie palenia jest typowe dla 1 stycznia. Tu się nie będę mądrzyć, bo jako osoba pozbawiona genu uzależnienia, nic na ten temat nie mogę powiedzieć. Wiem tylko, że skoro już nasze państwo w porozumieniu z Unią Europejską strzela do palaczy jak do niedźwiedzi, więc niedługo problem się sam rozwiąże, bo i tak nigdzie nie będzie wolno zapalić, poza swoim domem. A ileż w końcu czasu człowiek siedzi w domu (poza pisarzami i scenarzystami)? Ci co mieszkają bliżej południowej granicy zawsze mogą skoczyć do Czech, bo tam się nadal pali w lokalach. Na czyjeś pretensje właściciel lokalu odrzekł, że Unia Europejska ma dopiero 19 lat a Czechy ponad 1000, więc żeby się odwalił.

 

   Ale tak w ogóle – Wszystkiego najlepszego! Niech Wam się szczęści w Nowym Roku w domu i w zagrodzie. Spokoju i pomyślności życzę wszystkim. I tego żebyście podejmowali nowe zobowiązania dopiero wtedy, kiedy będziecie na nie gotowi, a nie z powodu jakiejś daty. Unikniecie frustracji i  sukces będzie wtedy większy.

 

Do zobaczenia za rok! ;-)

 

http://www.dzien.com.pl/category/dni-okolicznosciowe/


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

I po świętach...

środa, 26 grudnia 2012 18:54

 

    Nie dość, że przetrwaliśmy koniec świata, to jeszcze udało się przebrnąć przez rodzinne, a mimo to zaskakująco pogodne i spokojne Boże Narodzenie...  W dodatku z perspektywą 7 dni wolnych po, bo po co chodzić do pracy w ten dziurawy tydzień? Wszystkim zostały jakieś dni urlopu, więc z czystym sumieniem zamknęliśmy biuro na kołek. Przecież pies z kulawą nogą, ani tym bardziej pies pełnosprawny, nie zadzwoni...

  

   A wracając do Bożego Narodzenia, warto  słuchać radia w czasie wypiekania pasztetów. Zawsze o tej porze roku dowiaduję się ciekawych rzeczy, bo chociaż moja wiara pozostawia wiele do życzenia, ale prawda jest taka, że kto nie zna podstawowych zasad i „faktów” z obu Testamentów, nie zrozumie połowy polskiej literatury i ogólnie będzie miał ciężej w życiu. Nie zrozumie na przykład takiego starego dowcipu:

   Przychodzi do ginekologa matka z córką. Lekarz bada córkę i stwierdza ciążę. Matka oburzona:

- To absolutnie wykluczone! Moja córka jest jeszcze dziewicą!

Na co lekarz podchodzi do okna, wygląda i mówi:

- Ostatni raz takie zdarzenie miało miejsce dwa tysiące lat temu. Ale wtedy na wschodzie pojawiła się Gwiazda. Nie chciałbym przegapić takiej okazji...

 

   A mówiąc poważniej – przecież cała klasyka europejska, literatura, film, opera, w mniejszym lub większym stopniu nawiązuje do kanonów wiary i obu Testamentów. Nawet zatwardziały ateista musi znać co nieco z tej historii, jeśli chce obejrzeć Ostatnią wieczerzę w Mediolanie, a potem zrozumieć film Kod da Vinci, Mistrza i Małgorzatę, Quo Vadis, Piłata i innych, Imię Róży, Żywot Briana Monty Pythona,a nawet ostatnie Pokłosie, z ukrzyżowanym dla drzwiach stodoły bohaterem. Symbole mnożą się wokół nas w każdej dziedzinie życia –  Arka Noego (w sam raz na koniec świata), przejście Żydów przez Morze Czerwone (piękny utwór Kilara), te stajenki i żłóbki jako element dekoracji świątecznych (ależ szopkę, ba, SZOPĘ bożonarodzeniową widzieliśmy rok temu na dworcu autobusowym w Peru!) itd., itd.

  

   Wracając do tych ciekawostek, świetnie kiedyś opowiadał o Narodzeniu Pańskim Szymon Hołownia. Na przykład o tym, że w tamtych czasach nie mogło być mowy o odesłaniu precz od drzwi ciężarnej kobiety, więc takie użalania jak ”Nie było miejsca przy stole...” są całkowicie pozbawione sensu. Że skoro Maria z Józefem zostali skierowani do stajenki to dlatego, że w tamtych czasach zwierzęta były ważniejsze od ludzi, więc musiały mieć ciepło, dlatego w stajence dostali najlepszą miejscówkę itd...

 

    To że Herod zmarł cztery lata przed narodzinami Chrystusa ponoć jest udowodnione ponad wszelką wątpliwość. A puste nakrycie zostawia się nie dla zwykłego gościa, któremu wpadnie ochota nas odwiedzić, tylko dla kogoś, kto wraca z bardzo dalekiej podróży, inaczej mówiąc – z zaświatów. Miejsce to jest więc przeznaczone dla duchów zmarłych, które poradzą sobie same z wejściem do domu, nie trzeba im otwierać. Na Śląsku podobno istnieje tradycja surowo zakazująca wstawania od wigilijnego stołu w trakcie kolacji, gdyż może to sprowadzić śmierć w rodzinie w następnym roku.

 

   Przecież obowiązkowy na stole mak też nie wziął się z niczego: mak od wieków znany jest z halucynogennych właściwości. Lekkie oszołomienie, senność miały umożliwić połączenie pomiędzy rzeczywistością doczesną a zaświatami, czyli – jednak czekamy na duchy, a nie na strudzonego włóczęgę. A w Wigilię nie "zwierzęta mówią ludzkim głosem", tylko "ludzie i zwierzęta mówią jednym głosem". Człowiek to by wszystko zawłaszczał i ustawiał według swojego widzimisię!

 

    Ale to wszystko, nawet jeśli nie za bardzo trzyma się kupy, nawet jeśli mamy do dyspozycji sprzeczne daty lub nieco naciągnięte fakty, składa się jednak na tę MAGIĘ Świąt. I niech już tak zostanie.

 

A na koniec wspomnienie z katedry w Arequipie w Peru. Figury były naturalnej wielkości, albo większe, i naprawdę robiły wrażenie. Nie było tam na szczęście homarów, strusi i innych zwierząt, które Amerykanie chętnie umieszczają w swoich jasełkach, ale Amerykanie to w ogóle jest dziwny naród...

 


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Niech nam Gwiazdka...

niedziela, 23 grudnia 2012 20:01

   Nie wypada dziś zrobić niczego innego, jak tylko pożyczyć czegoś wszystkim moim czytelnikom, którzy z niezrozumiałych powodów od prawie dwóch lat mnie odwiedzają. A życząc IM, życzę tego samego także sobie, bo tylko wtedy takie życzenia są szczere.

 

   Życzę więc przede wszystkim, żebyśmy nie zwariowali w otaczającej nas rzeczywistości. Żebyśmy nie dali się zastraszyć hiobowym wieściom o jeszcze gorszym kryzysie, tylko spokojnie pomyśleli jak go przetrwać. W pewnym filmie padło takie zdanie: Żyć w strachu, to żyć połowicznie. Popatrzmy więc na to co wokół nas z dystansem. Przyjmijmy, że słowo „kryzys” z definicji nie oznacza tragedii, lecz zgodnie z jego greckim pochodzeniem oznacza okres przełomu, przesilenie, decydujący zwrot. Może więc być zmianą na lepsze.

 

   Życzę Wam pozytywnego patrzenia na świat i ludzi, bo pozytywne myślenie uruchamia w nas niesłychane zdolności do samonaprawiania się organizmu. Czytaj – mamy mniejsze szanse chorować, a kiedy zachorujemy – szybciej wrócimy do zdrowia.

 

   Wreszcie życzę Wam (i sobie), żeby otaczali nas wyłącznie ludzie z dobrą energią. Ci ze złą niech się spotykają tylko ze sobą, a nam oszczędzą swojego towarzystwa. Niech Moc będzie z Wami, a z nią – dobry nastrój, radość, optymizm.

 

Wesołych Świąt!

 

A zamiast pocztówki – warszawska choinka. Osobiście uważam że jest ładniejsza niż ta u Obamy. Zwłaszcza te prezenty pod nią, wielkości sporego samochodu. Tego też Wam życzę:-]

 

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Tydzień z życia

czwartek, 20 grudnia 2012 22:03

 

   Macie dość pisania o Świętach? To proszę bardzo.

   Jeśli komuś się wydaje, że teraz jest łatwiej urządzić mieszkanie, bo sklepy pełne, to się myli. Oto opowieść sąsiadki:

"Tydzień z życia syna i synowej, którzy chcą pomóc mamusi urządzić małe mieszkanie w stanie surowym, mówiąc prościej – żywy beton."

Streszczenie:

 

Sobota skoro świt – wyjazd do Castoramy z listą zakupów dłuższą, niż skład naszego parlamentu. Po 3 godzinach większość kafli, armatur itp. jest wybrana, ale upatrzonej kabiny w TYM punkcie nie ma. Trzeba jechać na drugi koniec miasta, tam jest! Powrót do domu z kwitem i sporym debetem już po pięciu godzinach.

 

Niedziela. Spotkanie z brygadą remontową. Panowie przejmują panowanie nad chatą, biorą klucze, robią notatki, pouczają, informują, co mają zamiar robić.

 

Poniedziałek. Przybył pan z szafą. Pojedynczo przybył, w odróżnieniu od hydraulika, który był podwójnie. Z takim drugim małym, co prędkością nadrabiał brak wzrostu, bo mały i chudy jest jak Chińczyk. Pan od szafy wymierzył wszystko fachowo i zastrzelił ceną. Ale że jego szafy pracują u mnie już 20 lat i nie mam ani milimetra ugięcia na półce, przełknęliśmy kwotę. A hydraulik też wszystko obmierzył, wziął też miarę z teściowej, bo to ona ma się tam prysznicować, a nie ja.

    Wieczorem zajeżdża ciężarówka z Castoramy, wyładowana po dach. Panowie mówią, że nosić nie będą, bo nikt im nie powiedział. Nie mają wózka, taczki, niczego. Za 150 zł zgadzają się łaskawie pomóc przenieść wszystko do windy. Dalej radźcie sobie sami. No to radzimy. Sobie. Kręgosłupy wyją...

 

Wtorek. No. Więc ten hydraulik wczoraj już wszystko wiedział, ale glazurnik, co przyszedł dzisiaj, znów niczego nie wiedział. Tzn. nie wiedział, gdzie będzie zlew, a gdzie zmywarka, za to wiedział, że płytki kupione na podłogę, nie nadają się. Czytaj - trzeba znów jechać do Castoramy i wymienić płytki, ale także futryny, bo też są "nie takie". A miało być tak pięknie...

   Wieczorem w internecie kupujemy płytę ceramiczną.

 

Środa.  O 7.40 rano rekord pobity. Do tej pory rekord dotyczył robienia pełnego koszyka zakupów w Auchan w 7 minut wraz z zapłatą (robię tak 3-4 razy w tygodniu, mam wprawę). A dziś w 16 minut nabyłam zmywarkę i załatwiłam dodatkową gwarancję łącznie na 5 lat, z czego wystawianie gwarancji trwało najdłużej. A zmywarka była tania, bo świąteczne promocje. W 16 minut zaoszczędzone 400 zł.

    Od rana próbuję się dogadać z DHL, żeby nie przywozili płyty grzewczej teraz, tylko po 17.00. Kiedy trzecia osoba z rzędu do mnie dzwoni i melduje o przekazaniu tej dyspozycji, dzwoni mąż z informacją, że płyta właśnie przyjechała, o 13.30. Dobrze że był w pobliżu.

 

Czwartek. Hydraulik oznajmił, że pierwotny plan postawienia drzwi do kabiny wprost na terakocie będzie kosztował jakieś 600 zł na syfon, który musi być wkuty w podłogę. A my naiwnie myśleliśmy, że zostawi się dziurę w ziemi i po robocie. W tej sytuacji zmiana planu – jazda do Castoramy po brodzik. Brodzików pod wymiar naszej kabiny brak. Jedziemy do Leroya, który jest po drodze, pod warunkiem że się wie, którym zjazdem należy zjechać z przelotówki. Jak się nie wie, to robi się rundę przez pół Warszawy, żeby wreszcie, k...wa, zawrócić!!!  W Leroyu brodzik jest, nawet lepszy. Zostawiamy zaliczkę, mają przywieźć za 7 dni.

 

Piątek. Dzwonią z Leroya, że brodzik będzie za miesiąc. Mąż klepie w Googlu, znajduje identyczny brodzik o 100 zł taniej z dostawą za trzy dni. Po południu przywożą deski na podłogę. Znów dźwiganie, ręce jak u orangutana do ziemi. Ale warto było poszukać w mniejszych sklepach. Prasowany bambus, siedem warstw lakieru, tylko kłaść. Pochodzenie – Chiny! Świat się przecież kończy.

   Dzwoni glazurnik z pytaniem, czy płytki na podłodze mają iść „tak, czy tak”?  Dzięki wrodzonej wyobraźni domyślam się, że to chodzi o „wzdłuż, czy w poprzek”. Odpowiadam, że „TAK”. Zgodził się ze mną.

   

   Jednocześnie zapowiada, że jutro będzie kładł przedpokój, więc żeby nikt mu się nie pętał.

   Z kwitu z Auchan wynika, że dostawa zmywarki ma być właśnie jutro. A ja to pier...lę, niech ją wciągają przez okno! To w końcu tylko 6-te piętro!..


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Mała Apokalipsa

niedziela, 16 grudnia 2012 21:58

   No, dobra, świąt nie lubię, ale tradycji już tak całkiem zabić nie wypada... Skoro co roku wyplatam te dekoracje na ścianach i nad stołem, bawię się w naszywanie piór na „anielski” stół itp., to wzięłam się i teraz do roboty.

  

    I kiedy wspinałam się na wyżyny i zeskakiwałam, żeby ruchem konika szachowego z bliska i z daleka oceniać i poprawiać moje dzieło, nagle wypadła mi z rąk bombka, którą miałam zamiar centralnie powiesić. Na chwilę serce mi stanęło, bo usłyszałam w głowie ten znajomy dźwięk z dzieciństwa – spadające na podłogę bombki robiły specyficzny brzdęk. A tu – cisza. Głuchy odgłos jakby piłki odbitej o dywan. Wtedy uświadomiłam sobie, że koniec świata naprawdę nadchodzi.

 

   Do tej pory myślałam, że jak powiedział mój przyjaciel:

Koniec świata jest wtedy, kiedy najlepszy raper jest biały, najlepszy golfista jest czarny (no, prawie), a Niemcy nie chcą iść na wojnę.


Teraz wiem, że koniec świata musi nadejść, skoro:

1.      bombki się nie tłuką,  

2.      choinki nie zapalają się od świeczek,

3.      świece nie kapią,

4.      znicze nie dymią dusznie - zadusznie,

5.      drewno na podłogę rośnie w Chinach, więc zamiast dębu czy sosny kładziemy bambus,

6.      a przed Dniem Zmarłych ludzie zakładają sobie na głowy dynie i balują bynajmniej nie w niebie...

 

   A zima w Łazienkach Królewskich rozpanoszyła się na dobre. Że kaczki się zaprzyjaźniają z ludźmi, to nic dziwnego, ale że sarna nagle zaczęła paradować metr od ludzkich ścieżek, to tego się nie spodziewałam:)

 

 

 

 


 

 

A moja książka do kupienia w internecie.


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 120