Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014154
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


67 lat minęło... i co dalej?

wtorek, 28 lutego 2012 6:13

 

   Muszę dorzucić swoje 3 grosze do debaty nt. wieku emerytalnego, chociaż w roku, w którym wymóg 67 lat dla kobiet stanie się ciałem, mnie już dawno nie będzie na świecie. Jednak sam temat jest inspiracją do wielu przemyśleń.

 

     Wałkuje się ten temat od tygodni i chyba poza opieką nad wnukami nikt nie wymyślił zawodu, w którym osoby starsze bez problemu znalazłyby zatrudnienie.

   Bo nie ma takiego zawodu. Wiemy to my, osoby w średnim wieku. Wiedzą to seniorzy i wie to rząd. Tylko że nikt nie chce powiedzieć głośno: Jedynym powodem wydłużenia okresu pracy jest skrócenie okresu pobierania emerytury, nic innego! 


      Po co powtarzać jak mantrę, że pracując dłużej będziemy mieli wyższą emeryturę? Nikt z nas nie wypracowuje w ZUS-ie żadnego kapitału dla siebie! Nasze dzisiejsze składki idą przecież na emerytury naszych rodziców i dziadków, których pieniądze skutecznie zostały przez komunę przeżarte. Poszły na Hutę Lenina, na „walkę o pokój”, pomniki. Gdyby wykończyć całe poprzednie pokolenie, dopiero wtedy nasze pieniądze mogłyby zacząć pracować na nas, ale nikt nie ma na szczęście takiego zamiaru. Musimy więc zaakceptować fakt, że jeśli nie odłożymy sobie sami paru groszy, jak słusznie zauważył v-premier Pawlak, nikt nam ich nie da. Bez względu na to, czy będziemy pracować do 50-tego czy 67-tego roku życia.

 

   Kobiety żyją statystycznie 78 lat, a niejednokrotnie przechodzą na emeryturę w wieku 50 lat. To oznacza, że pobierają emeryturę dłużej niż pracowały. Żadnego kraju na świecie nie stać na utrzymywanie ludzi niepracujących przez 25-30 lat, zwłaszcza przy niżu demograficznym! Dlatego można apelować tylko o jedno: LUDZIE! ZACZNIJCIE OSZCZĘDZAĆ! OGRANICZCIE SWOJE WYDATKI, Przypomnijcie sobie czasy komuny i zobaczcie, że można żyć TROCHĘ skromniej.     

   Nie każę wracać do pasztetowej i napoju z gotowanych landrynek, ale trzeba próbować odłożyć chociaż trochę z pensji, bo idą ciężkie czasy. Nie łudźmy się, że znajdziemy zatrudnienie jako 60-parolatki. Nawet jeśli znajdziemy, nie pociągniemy długo. A młodzi, którzy dziś bez opamiętania zaciągają kredyty, ci to naprawdę powinni zacząć się bać...

 

     Wiem, że ciężko jest zrezygnować z poziomu życia, do którego się przyzwyczailiśmy. Że nigdy nie wiadomo, co spadnie nam jutro na głowę, więc po co oszczędzać? Ok, ale w takim razie przynajmniej przestańmy narzekać, że rząd jest be, tylko pogódźmy się z tym, co nas czeka. A na koniec świata nie liczcie, tę nadzieję już zaczęłam tracić...

 


Podziel się

komentarze (92) | dodaj komentarz

"Sponsoring", czyli co słychać u żonatych mężczyzn?

piątek, 24 lutego 2012 16:26

 

   Wróciłam z filmu M. Szumowskiej „Sponsoring”, uznanego na festiwalu z Toronto za arcydzieło, z dużym niedosytem. Nie jestem szczególną fanką Szumowskiej, poszłam raczej na Juliette Binoche, Jandę, Chyrę.

A zobaczyłam – seks, seks i jeszcze trochę seksu. Raz brutalny, raz nieco romantyczny, raz „normalny”, raz wulgarny itp. W każdym razie dość dosadny, pieczołowicie pielęgnowany przez autorkę w długich sekwencjach. Gdybym chciała pooglądać sceny erotyczne, to kupiłabym sobie płytę z pornosami, taniej by mi to wyszło.

 

    Wciąganie tej klasy aktorki co pani Janda do „roli” trwającej może 30 sekund, którą naprawdę każdy zagrałby tak samo, uważam za nadużycie. Chyra w roli brutalnego „klienta” jednej z dziewczyn, też nie powala niczym szczególnym. Ot, po prostu zbok, wyżywający się za pieniądze. Może 3 minuty... A gdzie reszta tej roli?

 

   Trzy główne aktorki robiły co mogły, żeby pokazać „coś”. Ale co miały pokazać? Za Boga, nie wiem.

    Dziennikarka pisze „artykuł” na podstawie opowieści dwóch dziewczyn prostytuujących się żeby zarobić na studia – też mi nowość! Ile takich artykułów już powstało, i to na znacznie szerszej bazie... Temat artykułu – w zasadzie niejasny. Nie ma tu próby podsumowania zjawiska prostytucji wśród studentek, bo „badania” na próbie 2-osobowej są śmieszne. Mogło się przecież zdarzyć, że akurat te dwie dziewczyny lubią się puszczać z obcymi facetami i co to by oznaczało? Że wszystkie studentki robią to dla frajdy?

 

    A kto jest klientem owych pań? Z filmu dowiadujemy się, że to głównie żonaci faceci, znudzeni domem i pracą. Jedni potrzebują tylko czułości, inni brutalnie realizują potrzebę dominacji i swoje chore fantazje. Odkrywcze? Nie bardzo. Już wiele papieru zapisano na temat mężczyzn korzystających z usług prostytutek – na co dzień stateczni ojcowie rodziny, niebieskie kołnierzyki na stanowiskach, czuli mężowie, po godzinach odwiedzający call girl a nawet (i to był szok, kiedy usłyszałam o tym po raz pierwszy) – zatrzymujący się swoimi luksusowymi brykami w lesie przy TIR-ówkach. I w dodatku nie używający prezerwatyw!

 

    Oczywiście, nie wszyscy mężowie korzystają z płatnej„miłości”, aż tak źle nie jest. Ale z tego filmu nie dowiemy się, czy jest to zjawisko powszechne. I czy już powinnyśmy pójść na kurs hakerki, żeby móc przejrzeć pliki w komputerze naszych mężczyzn, bo a nuż oni także...?


   Nie wiem, o czym jest ten film. Autorka ślizga się po problemie, i wbrew obietnicom nie pokazuje w jaki sposób życie bohaterki zmienia się pod wpływem usłyszanych opowieści. Bo jedna scena masturbacji na podłodze, choćby i w wykonaniu samej Juliette Binoche wiosny nie czyni...

 


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Zasypią nas śmiecie..

środa, 22 lutego 2012 9:10

 

   Jak świat światem istniały i będą istnieć usługi dla bardzo bogatych, średnio zamożnych i niezamożnych. Niby każdy fryzjer czy kosmetyczka robią to samo – tną i czeszą włosy, namaszczają, balsamują, zdrapują politurę z ciała..., a jednak gabinet gabinetowi nierówny...


    Wyznacznikiem, do której grupy dany lokal się zalicza, jest nie tylko cena usługi. Jeszcze bardziej namacalnym dowodem na to, czy trafiliśmy do eleganckiego salonu, czy zwykłego punktu usługowego, jest ilość wyprodukowanych śmieci.


   W małym osiedlowym zakładzie fryzjer okrywa nas ortalionowym fartuchem, a włosy po umyciu zawija w na ogół ciemny ręcznik, ze śladami wieloletniego użytku. Musimy wierzyć, że ten ręcznik nie został tylko wysuszony po ostatnim kliencie, lecz także wyprany.

   W salonie drogim, zwłaszcza zagranicznym klient najpierw zostaje otulony mgłą z delikatnej włókniny, wyjętej na naszych oczach z jednorazowego woreczka, zaś włosy zawijane są w miękki quasi- flanelowy ręczniczek, wyjęty z nowego woreczka takoż. Jeśli przyjdzie nam ochota na trwałą lub pasemka, po kolejnym myciu na naszych włosach ląduje następny flanelowy ręcznik, znów wyjęty ze sterylnej torebki. W plastik zamknięte są też grzebienie i wysterylizowane szczotki. Góra odpadów, którą wyprodukowaliśmy niechcący podczas jednej wizyty, w osobie hołdującej pewnym zasadom ekologii zaczyna wywoływać wyrzuty sumienia.

   Jeszcze gorzej jest w salonach SPA. Tu też można zastosować różne rozwiązania, ale im droższy salon, tym więcej śmieci. Jest taki zabieg detoksykujący, który wygląda mniej więcej tak: peeling ciała, prysznic, nacieranie błotem, zawinięcie w folię, prysznic, masaż olejami, bez prysznica, masaż twarzy. Koniec.  Efekt – błony pławne między palcami, ale także wór śmieci złożony z 4 par majtek, 2 par kapci, paru metrów bieżących folii, trzech warstw papierowego pokrycia kozetki (jakieś 10 m2) i ręcznika, niezliczona ilość wacików i chusteczek, a wszystko oczywiście jednorazowe. Po jednym zabiegu. Po jednej klientce. Ile tego schodzi dziennie w sumie? A w skali roku?


   A u dentysty? W „zwykłym” gabinecie dadzą nam pod brodę papierową serwetkę i wystarczy. W gabinecie luksusowym np. do zdjęcia  kamienia okryją nas płachtą wielkości sporego obrusa, dodatkowo dadzą pod brodę mniejsze kawałki włókniny, parę razy wymieniane w trakcie, na głowę założą czepek i gogle. Mam nadzieję, że chociaż gogle wracają do użytku po umyciu, cała reszta jest oczywiście jednorazowa.


   W kolejowym Warsie też nie lepiej. Jeśli jesteśmy pasażerami Euro- lub Intercity, to dostaniemy obowiązkowy poczęstunek. Oprócz butelki z wodą czy kubeczka na kawę, co rozumiem, otrzymujemy także plastikową tackę, na której leży herbatnik w aluminiowym opakowaniu, foliowa torebka z łyżeczką, torebka z cukrem i chusteczka. Wszystko wydaje się logiczne i potrzebne. Do momentu kiedy w toalecie zobaczymy przygotowane do wyniesienia odpady po tymże poczęstunku. To są wory o pojemności chyba 500 litrów a jest ich kilka! Na takiej krótkiej 3-godzinnej trasie! Nie dałoby się tego lepiej zorganizować? Czy zbrodnią byłoby danie każdemu herbatnika w serwetce wprost do ręki? Czy śmietanki nie można by nalewać do kawy ze zbiorczego kartonika?


    I co my się tu zabijamy o dzień bez samochodu, segregację śmieci, recycling? Jeden ekskluzywny salon kosmetyczny czy fryzjerski produkuje dziennie więcej odpadów niż 4-osobowa rodzina w dwa tygodnie. Jeśli są one z celulozy – fatalnie, bo poszły pod nóż drzewa. Jeśli z tworzywa – jeszcze gorzej, bo wciąż nie rozwiązaliśmy problemu bezszkodowej utylizacji. Spalarnie - jeśli są - są beznadziejne, wadliwe, trujące środowisko, a metody mineralizacji odpadów, o którą grupa mądrych ludzi walczy od lat, prawie nikt dotąd nie docenił. Walka o ochronę środowiska, jak widać, jest bardzo wybiórcza.


    W tym kontekście muszę pochwalić kierownictwo np. przychodni rehabilitacyjnej na ul.Majdańskiej w Warszawie, gdzie podczas pierwszej wizyty pacjent dostaje prześcieradełko z włókniny z uprzejmą prośbą, żeby na następną wizytę przyniósł je ze sobą. Niby nie musi, ale wypada. Mały gest, ukłon pod adresem drzewa, które jeszcze tym razem nie pójdzie pod nóż... Zawsze to jakieś odroczenie wyroku...

 


 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Wieś tańczy i śpiewa

niedziela, 19 lutego 2012 9:54

 

   Wczoraj zupełnie przypadkiem znaleźliśmy się na wyborach Wójta Roku 2011. W Domu Chłopa, bo gdzieżby indziej?  Chociaż Warszawa przypomina „taką gminę” pod pewnymi względami, ale urządzanie wyborów wójta w stolicy było trochę pójściem na łatwiznę... Z drugiej strony, jak inaczej można byłoby skłonić tylu oficjeli, żeby zaszczycili swoją obecnością tę imprezę?

 

   A ilu ich tam było, matko...! Można by z nich sformować pochód pierwszomajowy! Nie miałam pojęcia, że mamy w Polsce tyle agencji, organizacji, związków, a wszystko związane z rolnictwem! Oprócz przedstawicieli Ministerstwa Rolnictwa oraz posłów i senatorów, obecna była Agencja Rynku Rolnego, KRUS, związek spółdzielczości mleczarskiej, banki spółdzielcze i jeszcze z piętnaście innych. Nazwy były długie i kręte, nie sposób było ich zapamiętać. Z nudów wyobraźnia zaczęła mi podpowiadać, kto jeszcze mógłby brać udział w takim zlocie, np. Zrzeszenie Producentów Bron, Związek Walki O Miedzę, Bojówka żeńska „Kobiety na traktory” czy agencja detektywistyczna „ Co kryje chałupa sąsiada?”...

 

    A każdy musiał się lansować wręczając swoją nagrodę. Nie wszystkim to wychodziło, np. szefowa KRUS wyskoczyła z tekstem, że oto wybranemu laureatowi wręcza „długopis... to znaczy pióro wieczne, żeby podpisywał same słuszne decyzje!”. O ile pióro może być Mont Blanc i kosztować 3800 zł, o tyle tak cennego długopisu nie spotkałam. 

 

     Wręczających i wdzięczących się na scenie było znacznie więcej niż tych 10 laureatów wyłonionych z tysięcy zgłoszeń.  Wśród nich były 3 panie. Do parytetu trochę brakowało, ale i tak nieźle. Jedna z pań wyszła na scenę przy gromkich wiwatach i machaniu transparentami z widowni, na co prowadzący zapytał, czy przywiozła ze sobą całą gminę. W odpowiedzi wójtowa, nie, wójtowa to żona wójta a ona była... wójcianką..., wójtką..., wójtyczką (skoro niektórzy mówią „etyczka” o Magdzie Środzie), anyway – pani wójt stwierdziła z wdziękiem : Nie, tylko 16 osób. 27 tysięcy zostało w domach.

 

 

    Widownia nudziła się jak mopsy, zwłaszcza podczas prezentacji osiągnięć poszczególnych laureatów na dużym ekranie.

   Nudy nie przerywały hołubce w wykonaniu zespołu ludowego „Złoty łan” (nie żartuję), który również czasem śpiewał. A kiedy śpiewał np. „W zielonym gaju ptaszki śpiewają” to świergotały ptaszki. Potem przestawały, aby przy kolejnym refrenie ("ptaszki śpiewają...") znów świergotać. To się nazywa wzmocnienie efektu:)). Koniec świata, mówię Wam!

 

 


Dopiero teraz zobaczyłam, jakie zdjęcie mi wyszło: jedna pani nie ma nóg, za to druga ma ich nadmiar:)

 

Może gdyby chociaż wpadł na chwilę wójt gminy Wilkowyje, dałoby się wytrzymać, a tak...

 

   Nic dziwnego, że bardzo szybko ci, co przezornie nie usiedli vis a vis sceny tylko zostali na peryferiach, zaczęli się wymykać na korytarz, na którym z daleka pachniało chłopskie jadło – szynki, salcesony, kaszanki, smalec i prawdziwy wiejski chleb z chrupiącą skórką. Stoły wprost uginały się pod ciężarem tych kabanosów, kiełbas plecionych, boczków i pasztetów. A do tego wino.

   Nie ukrywam, że niżej podpisana także z czasem dołączyła do przyjaciół dekujących się przy bufecie, gdzie toczyły się takie oto rozmówki:

- Ty, a skąd będziemy wiedzieć, kto wreszcie został tym Wójtem Roku?

- Z Internetu. Do redakcji rolnej się zadzwoni. Ojej, zapytamy prezesa: Szefie, kto został tym zwycięzcą, bo jakoś nam to umknęło...

 

A dzieci w Somalii głodują...



Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Zabić miłość... ślubem?

środa, 15 lutego 2012 6:20

 

   Temat małżeństw i rozwodów nie chce się ode mnie odczepić, zwłaszcza że co rusz na blogach ktoś ten temat porusza. Pytanie, dlaczego tyle udanych związków, często wieloletnich, nagle po ślubie się rozpada, powinno być przedmiotem poważnych studiów socjologicznych. Wydaje się, że odpowiedź jest bardzo prosta; wielu osobom po prostu przestaje się chcieć. O ile do dnia ślubu jakoś wszyscy się starają, o tyle dzień czy miesiąc później z szaf zaczynają wychodzić upiory:
- wady ukryte produktu, dotąd skrzętnie ukrywane, jak lenistwo, bałaganiarstwo, puszczanie bąków, kłótliwość, skłonność do kieliszka itp.,

- wady znane, lecz dotąd bagatelizowane, ponieważ ludziom (zwłaszcza kobietom)    na ślubie zależy, więc na wiele spraw przymykają oko. Jednak po ceremonii puszczają hamulce.

 

   W zależności od reakcji narzeczonego mamy znów dwie opcje:

 – albo on/ona weźmie sobie te uwagi do serca, a że uczucie jeszcze płonie, więc wiele złych cech udaje się wyplenić.

- albo weźmie d... czy co innego w troki i sobie pójdzie. Tych drugich jest niestety wiele tysięcy rocznie.

 

    Można zadać pytanie podstawowe: Czy przed ślubem faktycznie ludzie się tak maskują, czy może ci drudzy są ślepi, bo miłość czyni ludzi ślepymi? Jak słusznie zauważył Oskar Wilde : małżeństwo to triumf wyobraźni nad inteligencją. Stąd bez sensu wydają się pytania, dlaczego młodzi ludzie wchodzą w związki kompletnie nieprzygotowani? Jak to możliwe, że w partnerze widzą księcia z bajki, a potem płaczą kiedy nagle czar pryska? Dlaczego nie podpisują intercyzy, chociaż przecież rozsądek wyraźnie podpowiada, a historia dostarcza wielu dowodów...?

 

   Jakby tak można było wszystko zanalizować logicznie, to nie zawierano by 230 tysięcy małżeństw rocznie, tylko tysiąc. Albo mniej. Gdyby zawsze osoba gorzej sytuowana (biedniejsi rodzice, brak mieszkania, gorsza praca)  była wzywana do podpisania intercyzy, nie doszłoby do 90 % ślubów, jestem o tym przekonana.  Wreszcie gdyby każde z narzeczonych zostało zmuszone do wyjawienia wszystkich swoich wad przed ślubem, najlepiej na wariografie, może wielu ich partnerów oddałoby sprawę walkowerem. Na szczęście, albo nieszczęście, tak się nie da. Część związków się dotrze, ale prawie 23 % rozpadnie przed upływem 4 lat. Trudno, takie czasy. 

    Ale może państwo narzeczeni obu płci wezmą sobie chociaż do serca bardzo mądre zdanie, które powiedziała kiedyś Agnieszka Fatyga na swój widok w lustrze (włosy w strąkach, wypchane dresy): Biedni Wy... Żenicie się z motylami, a żyć musicie z poczwarkami. Odwrócona ewolucja...



Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 154