Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014227
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Śmierć na żywo

poniedziałek, 25 lutego 2013 18:31

      W sobotni wieczór wybraliśmy się na sztukę Antoine Raulta „Diabeł w purpurze” w teatrze Scena Prezentacje. Rzecz o ostatnich latach „panowania” kardynała Mazzariniego, który próbuje przygotować do objęcia władzy we Francji młodego Ludwika XIV.

   Największą atrakcją spektaklu miał być Ignacy Gogolewski, który w tym roku kończy 82 lata, ale nie chce rozstać się z zawodem. Może sobie umyślił, żeby wzorem Tadeusza Łomnickiego umrzeć na deskach teatru. Zresztą, nie on jeden. Mieczysława Ćwiklińska naprawdę do tego dążyła i wciąż grała, mając już 93 lata. Ludzie walili tłumnie żeby zobaczyć śmierć na żywo. Los jednak nie był dla niej łaskawy, zmarła w szpitalu, a nie na scenie.

 

   Nie wiem co skłoniło R. Szejda w 2009 roku do obsadzenia w tak dużej roli 78-letniego wówczas Gogolewskiego.  Być może 4 lata temu był on w dużo lepszej formie, i nie o fizyczną formę mi chodzi. Dziś pan Ignacy, chociaż wciąż pokazuje swój wielki talent, także komediowy, nie jest w stanie udźwignąć godziny i czterdziestu minut grania. Wprawdzie rola jest jakby napisana dla niego, bo Mazzarini jest tu starym i schorowanym człowiekiem, ale to nie wystarczy, żeby stworzyć fascynujący spektakl.

   Gogolewski ewidentnie zapomina tekstu. Zaczyna wówczas „szyć” swoimi słowami, całkiem współczesnym językiem, nie pasującym do reszty roli. W małej sali teatru słychać padające zza kulis podpowiedzi, on sam kiedy na chwilę schodzi ze sceny, niemal na głos przepowiada dalszy tekst. Co gorsza, utrudnia życie pozostałym aktorom, którzy robią co mogą, żeby ratować sztukę. Chylę czoła przed M.Ciunelis i zaskakująco dobrą Matyldą Damięcką, że radziły sobie w trudnych momentach. Niestety, ich „szycie” też dało się od razu wyczuć, bo zmieniał się język i słownictwo.

 

   Strasznie to było męczące. Kiedy na scenie zapadała dłuższa cisza, od razu dostawałam ataku paniki, jak aktorzy wybrną z kłopotu. Jakoś się udało dociągnąć do końca, ale niemal całą przyjemność diabli wzięli.

   Podziwiam Gogolewskiego, bo zawsze był fantastycznym aktorem, nie mogłam jednak patrzeć na takie męczeństwo. W głowie wciąż kłębi mi się  pytanie: po co on to robi? Dla pieniędzy chyba nie... Wprawdzie ostatnio dużo się mówi o skandalicznie niskich emeryturach aktorów, którzy w dodatku często nie mają bliskiej rodziny, ale to raczej nie ten powód. Na pewno  to wspaniałe uczucie, kiedy na koniec widownia bije brawo, a nawet wstaje z miejsc. Taka chwila to dla starego aktora lekarstwo sto razy lepsze niż to na cholesterol, cukier i nadciśnienie razem wzięte. Jednak ta chwila jest doprawdy krótka, bo sama widownia widzi, jaki on jest zmęczony i po dwukrotnym wywołaniu rozchodzi się do domów..

 

   Obserwując  „Mazzariniego”, widziałam naszego Papieża w ostatnich latach życia. Tyle że martyrologię JP2 oglądało się tylko w okienku telewizora, a Gogolewskiego miałam na wyciągnięcie ręki.

 

  I jeśli on naprawdę zamierza umrzeć na scenie, to ja nie chcę być przy tym obecna.

 

 

A moja książka do kupienia w sieci.

  


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

Skrzydełko, czy... dżdżownicę?

środa, 20 lutego 2013 16:05

   O tempora! O mores! – zakrzyknął Cyceron jakieś dwa tysiące lat temu i zaprawdę, nie miał pojęcia o czym mówi... Gdyby żył dzisiaj...

 

    Nie aż tak dawno, bo tylko 30 lat temu miałam przyjemność być podejmowaną przez Rabobank w Holandii wystawnym obiadem. My, biedni studenci z komunistycznej Polski, zobaczyliśmy na talerzach jakieś nieziemskie potrawy, a głównie śnieżnobiałą rybę, a wokół niej... skłębione białe pędraki z czerwonymi żyłkami. Nie mając pojęcia, co to, tłumiłam odruch wymiotny, a bardziej obyci koledzy podkręcali atmosferę okrzykami: O, tu, tu przyduś widelcem! O, pod mięsko ci wlazł...!

 

   Dość szybko dowiedziałam się, że były to zwykłe obrane krewetki koktajlowe, całkiem nieżywe, jakie dziś z upodobaniem przyrządzam na co lepszą kolację. Wtedy jednak wrażenie, że są to larwy, było nieodparte.

 

   Potem poszło łatwiej. Kolacja służbowa w Paryżu, piękny młody Francuz jako kontrahent, szlachetne wino pite z grubego szkła, jak z musztardówek, rozgwieżdżone niebo nad Paryżem i... żabie nóżki. No, jak miałam nie zjeść???

   Na szczęście żabki po usmażeniu w maśle czosnkowym mają smak i konsystencję kurzych skrzydełek... usmażonych w maśle czosnkowym. Nie mają nic wspólnego z galaretowatą żabą w stanie żywym. Kostki są bardzo drobne, dlatego trzeba uważać. Nie tak jak mój małżon, który przegapił był jedną w potrawce w Dubrowniku, więc dzień spędziliśmy na ostrym dyżurze. „Kosc od żabica” stanęła mu w poprzek w przełyku.

 

   Początki kulinarnych eksperymentów zawsze były trudne. Źle reagowaliśmy na propozycję  surowej ryby, która przecież z definicji musiała być oślizgła, mieć cuchnące bebechy i śmierdzieć błotem. Kto by wtedy  przypuścił, że Polska oszaleje na punkcie sushi, a  surowa ryba na talerzu stanie się częstszym zjawiskiem niż schabowy z kapustą?

 

   Wiele osób nie tknie dobrowolnie żabich udek, ślimaków czy małży.

I ja to nawet rozumiem, chociaż wiem, że są pyszne. Niestety, ich wygląd (zwłaszcza małży wyciągniętych z łupiny) potrafi skutecznie odstraszyć, ale gdyby tak zechcieć spróbować... 

 

   A piszę o tym dlatego, że świat idzie dalej w eksperymentach i zaczyna jeść... robale. Słyszeliście już na pewno o szarańczy. Martyna czy Cejrowski mają to za sobą, a nam wystarczy tylko wejść w Warszawie do pierwszej restauracji serwującej m.in. „szarańczę w tempurze”, „gulasz z larwami jedwabnika”, sernik ze świerszczem” „sushi z drewnojadami”, czarne mączniki i inne.

  

   Produkty z pierwszych akapitów przebyły długą drogę, zanim stały się oczywistym daniem na polskich stołach (teraz niektórzy serwują sushi nawet w Wigilię. No co? Przecież to też ryba!). Robaki też podobno potrafią smakować świetnie, wystarczy się przełamać. Dziennikarka Gazety Wyborczej twierdzi, że larwy w zupie smakują jak prażona cebulka, a konik polny w panierce do złudzenia przypomina sajgonki. Tylko drewnojady średnio jej wchodziły, bo drapały nóżkami w język...

 

 

   Jak mówił mój tata: Nie ten robak straszny, co ty go zjesz, tylko co ciebie zje... No tak, ale on miał na myśli takiego robaczka ze śliwki, którego niechcący nadgryziemy... Ale żeby tak dobrowolnie...

   Z drugiej strony niektórym osobom trudno sobie wyobrazić, że można jeść skórę z golonki, czy surową wołowinę. Ja sama kiedyś nie mogłam przełknąć tłustego oczka w kiełbasie. Dziś nie tylko jem boczek i karkówkę, ale i ślimaki i małże. To może i na robaki kiedyś się odważę...

 

A znacie to: Do państwa kończących właśnie kolację podjeżdża na wózku inwalidzkim żaba i pyta sarkastycznie:

- Smakowało, co?

 

Na koniec trochę wspomnień. Czego to już człowiek nie próbował...

 

To w Portugalii. Za Boga nie wiem, co to było, ale miało 3 nogi zakończone kopytkiem. Całkiem smaczne.

 

 

 

W Barcelonie nie żałują ślimaków. Serwują nie jakieś marne 6, tylko całą blachę.

 

A przy tym ślimaku morskim poległ nawet mój wszystkożerny mąż. Nie zmusił się..

 

A tego czegoś w Limie to już mąż nie zdążył zjeść, bo najpierw prawie umarł od tego czerwonego plasterka. Pisałam o tym przy Peru.

Smacznego!

 


Podziel się

komentarze (29) | dodaj komentarz

Złe i dobre kino

piątek, 15 lutego 2013 16:41

    Miało być o kabale, ale przy weekendzie może pogadamy o filmach.

O Django dużo nie będę, bo mnóstwo o nim już napisano i generalnie wszyscy są za. Ja też. Uważam, że dawno nie było filmu tak wysmakowanego, genialnie zagranego (ach, ten Walz...) i barwnego przez ten  tarantinowski humor, który nie ma sobie równych.    

   Scena z członkami Ku-Klux-Klanu, którym zjeżdżają na oczy źle uszyte kapturki, czy końcowa strzelanina, gdzie jeden z bandytów ma pecha i leży na linii strzału, w związku z czym wciąż obrywa kulę zarówno od dobrych jak i złych, to prawdziwe perełki. Takie filmy nie rodzą się na kamieniu...

 

   Rozzuchwalona popędziłam na film polski, jako że wciąż żądna jestem dobrego kina w naszym wydaniu. Obawę budził tylko mój „ulubieniec” Gierszał vel Ciacho, ale przeczytałam w Co jest grane: „Znakomity, nonszalancki, operujący minimalnymi środkami...”, więc zaufałam. Film „Nieulotne” Jacka Borcucha miał być opowieścią o przyspieszonym dojrzewaniu, w którym idylliczne chwile w słonecznej Hiszpanii przerwane zostają przez niezawinioną tragedię.  Miał być..., a o czym jest...?

 

   Jest słoneczna Hiszpania, ale filmowana byle jak, co aż boli biorąc pod uwagę fotogeniczność tamtych krajobrazów. Jest On, jak zwykle śliczny blondynek, który większość tekstów wygłasza po hiszpańsku, więc ciężko jest ocenić jego kunszt, a to co gra po polsku jest dokładnie takie samo jak w „Yumie” – drętwe i bez emocji.

Jest Ona – znana już z „Bejbi Blues” podobnie bez wyrazu panienka Berus, która znów jest w ciąży. Czy ona w każdym filmie będzie zaliczać wpadkę?

   Jest wreszcie historia miłości dwojga studentów na saksach, która niczym nie różni się od podobnych historii miłosnych. Zarówno ich rozstanie jak i powrót mnie osobiście nie przekonało. Dziękowałam Bogu, że film trwa tylko 1,5 godziny, bo dłużej bym chyba nie wysiedziała.

 

    Pomyślałam, że po filmie złym musi przyjść film dobry. Tym razem sięgnęłam po ciężki kaliber – oskarowy „Wróg numer jeden” Kathryn Bigelow.

Kobiety nieczęsto sięgają po tematy wojenne, a zwłaszcza tak drastyczne motywy jak zamachy terrorystyczne czy torturowanie więźniów. Nie znam chyba drugiego takiego filmu. Czy jej to wyszło?

 

 

     Właściwie tak. Piszę „właściwie”, bo film nie wzbudził mojego zachwytu aż na 5 gwiazdek, ale jest to kawał porządnego mocnego kina. Długi – prawie 3 godziny, z czego pierwsza część jest nieco nużąca, kiedy sceny tortur przeplatają się ze żmudnym układaniem puzzli, mającym doprowadzić CIA do Bin Ladena. Mnożą się arabskie nazwiska, fakty, teorie.  Zaczęłam się w tym gubić.

   Potem sprawa się upraszcza, kryjówka zostaje namierzona, następuje atak. Ta druga część jest świetnie nakręcona, bo chociaż wiemy jak się skończy, jednak do końca trzyma w napięciu. Tu wielki szacun dla reżyserki.

 

   Pozostaje fundamentalne pytanie, kierowane pod adresem filmu: Czy jego przesłaniem jest zgoda na stosowanie tortur wobec schwytanych terrorystów?

   To ja odpowiem za siebie: osobiście darłabym z nich pasy! Teoria o prawach człowieka powinna działać w obie strony! Jeśli ktoś podkładając bombę pozbawia prawa do życia setki niewinnych ludzi, sam traci „prawa człowieka”.

    Terrorysta zdolny do samobójczego zamachu w imię dżihadu, nie puści pary z gęby siedząc sobie wygodnie w więzieniu. Jedynym sposobem na wyłapanie innych bandytów jest zmuszenie do gadania ich kolesiów. I w tym temacie żadne Amnesty Int., ani inna organizacja nie zmusi mnie do zmiany poglądów. Nawet torturami.

 

No..., chyba żeby mi kazali oglądać przez dwie doby filmy z Gierszałem...


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Niedzielne dzieci

niedziela, 10 lutego 2013 8:27

    Sobota rano. Dzwoni N. z pytaniem, czy może wpaść do mnie na kawę z dzieciną, bo nie ma jej z kim zostawić. Szkoda, chciałam z nią pogadać od serca, ale właśnie dlatego nie mogę wykazać braku serca, więc się zgadzam. Godzinę później mam krwiożercze instynkty i chcę udusić dziecinę jej własnym szalikiem w misie. Matka nie panuje nad nią kompletnie, nawet nie próbuje. Wychowuje ją sama, chce jej zastąpić całą rodzinę.

 

   Po południu wpada syn. Opowiada o koleżance w ciąży, samotnej, skazanej na rodziców, od których teraz zależy całe jej życie. Nie może się obrazić i sobie pójść. Brzucha przecież nie zostawi, a targać jako bagaż podręczny - za ciężki.

 

   W poniedziałek zaglądam do fryzjerki, a ta biadoli, bo wszystkie koleżanki mają już mężów, a ona samotna. Więc „zapoznała” takiego jednego, co wprawdzie ma przerwę w wykonaniu kary, bo w ogóle to jest osadzony, ale zakochał się w niej na zabój i ona chyba wyjdzie za niego za mąż. Jeżą mi się włosy na karku (Za rok spotkam ją z dzieckiem u rodziców, męża brak).

 

   We wtorek o 7.00 rano mijam na schodach sąsiadkę z wnuczką. Maleńka już się tu zadomowiła, jej ojca nie widujemy od miesięcy. Matka dziewczynki pojawia się wieczorem, chyba tu nocuje, a rano gna do pracy.

 

    Zachodzimy do małej knajpki na Francuskiej. Szefowa poznaje nas – spotykaliśmy się na szkolnych wywiadówkach u naszych dzieci. Nie pytana zaczyna opowiadać o córce, że właśnie jest w ciąży, ale ślubu nie ma i nie będzie. To kolejna osoba, która będzie samotnie wychowywać dziecko.

 

   Podobne przypadki mnożą się jak bakterie. To już niemal epidemia, kolejna plaga egipska. Do tego wiek młodych matek jest coraz niższy. Filmy takie jak Juno, czy ostatni Bejbi Blues to nie wydumany problem, to jakaś porażająca rzeczywistość.   

 

   Niedawno w angielskich mediach rozpętała się dyskusja, czy wolno w szkołach bez wiedzy rodziców podawać 13-latkom środki antykoncepcyjne (implanty, zastrzyki). Przeciwnicy takiej akcji twierdzą, że zachęca ona bardzo młode osoby do podjęcia współżycia, co jest tu nielegalne do 16-tego roku życia.

 

    Z drugiej strony Wielka Brytania ma dwa razy więcej niechcianych ciąż niż Francja czy Niemcy, i tylko dzięki szerokiej akcji antykoncepcyjnej ich ilość ostatnio nieco spadła. Spada także liczba aborcji, ale nadal rodzi się masa dzieci skazanych na niepełne rodziny. Już teraz oficjalnie u nas 21 % dzieci rodzi się poza małżeństwem, ale to jeszcze żaden miernik, bo część pochodzi z nieformalnych ale bardzo udanych związków, więc krzywda im się nie dzieje. Gorzej, że w tej grupie jest cała masa dzieci wychowywanych przez jedną osobę. Ich matki bądź „wpadły” i nie chciały ciąży usunąć, decydując się na samotne macierzyństwo, bądź były w związkach, które dobrze rokowały, ale z jakiegoś powodu rozpadły się, kiedy dziecko było małe. Takich „półsierot” za chwilę będzie chyba więcej, niż tych mających dwoje rodziców.

 

I ja się pytam: CO Z NICH WYROŚNIE? Co to będzie za pokolenie?

   Narzekamy że mężczyźni przestają być mężczyznami, ale powyższe zjawisko tylko ten kryzys męskości pogłębia. Ojcowie niedzielni, albo w ogóle nieobecni, nigdy nie nauczą się odpowiedzialności za rodzinę. A chłopcy wychowani tylko przez matkę, skąd wezmą wzorce, jak być mężczyzną?

  

    Kiedyś użalałam się nad biednymi „dziećmi Hollywood”, takimi z grupy „wszystkie dzieci nasze są”. Ze względu na częste zmiany partnerów, tamtejsze dzieci mają po kilka matek, macoch, tatusiów, ojczymów, dziadków nie da się zliczyć. Ale nie przypuszczałam, że poza Hollywood za chwilę wystąpi sytuacja odwrotna – pełne rodziny staną się wyjątkiem i powoli wyginą, jak dinozaury.

 

   Przyszło mi do głowy... o matko...,  za chwilę może się okazać, że jedyne rodziny, w których dziecko będzie miało oboje „rodziców”, to będą pary homoseksualne. I chociaż nie ma to nic wspólnego z homofobią, jeśli te proporcje naprawdę się odwrócą, to będzie znak, że „pora umierać”...


Podziel się

komentarze (37) | dodaj komentarz

Dobre bo włoskie!

poniedziałek, 04 lutego 2013 20:38
 

   W 2004 roku Holandia zamówiła we Włoszech 19 szybkich pociągów. Dostawa miała nastąpić w roku 2007. Już w 2005 wiedziano, że nie uda się dotrzymać terminu, bo trzeba było wymienić wadliwy system zabezpieczeń. W 2009 przyczłapał wreszcie pierwszy próbny pociąg, który testowano przez dwa lata.
    Od stycznia 2011 nowe pociągi miały być włączone do krajowego rozkładu jazdy, jednak szwankowało oprogramowanie, a także system zamykania drzwi, więc dostawa kolejnych sztuk przesunęła się na sierpień.

   Sprzęt miał kursować na kluczowej trasie między Amsterdamem a Brukselą, ale od początku były z nim problemy. Pociągi wypadały z rozkładu, zatrzymywały się w szczerym polu z powodu braku zasilania, zamarzały instalacje. W lutym 2012 aż 85 % pociągów zostało uziemionych z powodu... śniegu. Włosi nie przewidzieli takiej ewentualności. Trzeba było wciąż podstawiać autobusy, odbierać ludzi itp. Producent twierdził, że usunięcie usterek zajmie kilka dni. Do dziś żaden z pociągów nie kursuje i nikt nie wie, kiedy zaczną. Wstrzymano odbiór pozostałych składów, liczone są koszty.

   Co gorsza, okazało się, że tę samą wpadkę zaliczyła wcześniej Norwegia, która także pozwoliła sobie na eksperyment i zamówiła pociągi we Włoszech, z tym samym skutkiem.

   Kilka lat temu Holandia złożyła zamówienie we włosko-brytyjskiej firmie Agusta-Westland na 20 sztuk nowoczesnych helikopterów. Miały być wykorzystane między innymi do walki z piratami w Somalii.
   Ze znacznym opóźnieniem pierwsze sztuki wreszcie dotarły. Żaden nie dostał zgody na latanie. Mają tyle usterek, że nikt nie odważy się ich dopuścić do udziału w ruchu cywilnym, a co dopiero w działaniach bojowych. Dostawę pozostałych wstrzymano, Włochom grożą wielomilionowe kary.

   Firma Agusta od lat siedzi też na polskim rynku, gdyż już w 2008 wykupiła 88 % udziałów z zakładach PZL w Świdniku. Teraz walczy o kontrakt z MON wart 8 miliardów zł, za 70 helikopterów, które mają być dostarczone sukcesywnie do 2020 roku. Jeśli wygra, nie będzie można nawet jęczeć, że Polacy są durni i nie wiedzą co się dzieje na świecie. Skoro takie cywilizowane kraje jak Holandia czy Norwegia dały się podejść jak dzieci, skąd my mamy być tacy mądrzy?

 

No, bo ładne to one są...

 



   A piszę o tym nie dlatego, że żal mi Holendrów, tylko dlatego, że ta tendencja niestety rządzi u nas powszechnie. W niemal wszystkich nowo oddawanych blokach w Polsce od lat króluje włoski i hiszpański złom domofonowy. Żeby wejść do budynku kodem trzeba wciskać sekwencję 7-8 różnych cyfr i znaków, w tym większość nie mającą żadnego związku z numerem mieszkania. Domofony się psują, ryczą, charczą, nie mają żadnych dodatkowych funkcji poza kiepskim łączeniem. Ale rozmowa z deweloperami o polskim produkcie w 99 na 100 kończy się decyzją, że jednak będzie włoskie.

 

   Polski producent dostał już wszelkie nagrody, Krajowego Lidera Innowacji, Jakość Roku, Produkt Roku, nominację do nagrody Dobry Wzór itp., I co? I nic. Będzie włoskie!
   
Nieważne, że polski system ma nieograniczone możliwości podpięcia systemów alarmowych, łączenia się sąsiadów ze sobą bezkosztowo, łączności z portierem, wchodzenia przy pomocy skanera linii papilarnych, zapamiętywania obrazu osób dzwoniących do nas pod nieobecność, że w wideofonach ma kolorowy ciekłokrystaliczny monitor wysokiej klasy itp., itp.

    Będzie włoskie!

   Nieważne że w przypadku dowolnej awarii do importowanych domofonów musi przyjechać ekipa z Włoch i za naprawę policzy jak za zboże. We Włoszech i Hiszpanii z powodu kryzysu budownictwo stanęło totalnie, więc wciskają te domofony gdzie się da. A my zamiast popierać własny, do tego lepszy i tańszy sprzęt, przepłacamy z naiwną wiarą, że skoro zagraniczne, to lepsze. A mnie się wydawało, że te czasy już minęły wraz z upadkiem komuny...

   Ech, człowiek stary a głupi...  .

 

A moja książka na Allegro.


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 227