Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014149
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Nauka nie boli, każdy pretekst jest dobry.

czwartek, 23 lutego 2017 12:25

 

   Kontynuując jeszcze przez chwilę wątek z poprzedniego wpisu, opowiem o moich doświadczeniach handlowych.

Może się przydadzą.

   Cóż, żądza zarobku niesie z sobą różne konsekwencje. Przypływ gotówki - czasem, rozczarowania - często, ale zawsze kupę roboty.

 

    Nie oszukujmy się. Sprzedawanie drobnych przedmiotów, dla których nie znaleźliśmy miejsca w swoim ani w zaprzyjaźnionych domach, to też praca na cały etat.

   Zaczynamy od zdjęć, najlepiej kilku. Do tego potrzebujemy nie tylko dobrego aparatu, ale i odpowiedniego miejsca, tak aby w tle nie znalazła się szczotka, telewizor czy szklanka z niedopitą herbatą.

    Wstawienie ogłoszenia na OLX czy Allegro to sprawa prosta, trwa kilka chwil. Dłużej trwa podjęcie decyzji, czy wyróżniamy ogłoszenie, czy nie. Jeśli tak – idzie za tym przelew, a to też trwa.

 

   W takim momencie nie zadajemy sobie trudu żeby sprawdzić, pod jakim dokładnie hasłem ludzie wstawiają podobne przedmioty. Wbrew pozorom jest to ważne. Np. OLX ma bardzo słabą wyszukiwarkę, która pokazuje tylko dokładnie te określenia, które wpiszemy, nie szukając podobnych.

   I tak jeśli wstawimy – strzelam – „serwis z porcelany”, to nie znajdą go ci, którzy szukają „serwisu porcelanowego”. W ten sposób nawet wyróżnienie płatne nie gwarantuje dużej ilości odwiedzających.

    Niektórzy już się nauczyli i w tytule wstawiają różne odmiany przedmiotu (bluzka , bluzeczka), jak i określenia (jedwabna, z jedwabiu itd.) Chyba trzeba tak robić.

 

   A potem, zwłaszcza jeśli dajemy wiele ogłoszeń, to już w koło Macieju obsługa, czyli odświeżanie, i odpowiadanie na pytania zainteresowanych.

 

   Kilka rzeczy naprawdę mnie zdziwiło. Po pierwsze to, że zdecydowanie więcej zbieraczy starych sztućców czy porcelany to… mężczyźni (!!!)

   Na pierwszy ogień poszedł spory komplet starych rosyjskich (radzieckich!) filiżanek do herbaty, z których dawno oblazł złoty pasek. Kupił je właśnie pan, który przysłał po nie… żonę.

   Żona nie chciała nawet rzucić na nie okiem. „To sprawa męża” – powiedziała.

 

   Stare platerowane sztućce też pochłonął mężczyzna, który dla odmiany musi się ukrywać przed żoną. „Zabrania mi kupować nowe” – powiedział. „Chowam je w drugim mieszkaniu”.

Hmm... Inni w drugim mieszkaniu ukrywają kochankę, a ten – widelce.

 

   Trzeci pan wypytywał mnie przez telefon, czy ta cukiernica ma jakieś logo. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że nie.

„To ja ją biorę w ciemno!” – zakrzyknął uradowany.  „To musi być moja cukiernica”!

 

   I takie to ciekawe rozmowy prowadziłam z panami. Dobrze że mój mąż niezazdrosny. :)

 

    Zaskoczyła mnie też przedziwna pasja zbieraczy. Pani, która przyjechała po kawowy serwis, przetrząsnęła mi szafki i zupełnie ignorując bajecznie zdobione bawarskie zestawy śniadaniowe, wygrzebała zapyziałe, maleńkie i zdekompletowane filiżanki, których z pewnością nie odważyłabym się nikomu zaproponować.

   Były pozbawione wszelkich ozdób, miały tylko logo polskiej fabryki,  której -  nie pamiętam. Nawet nie zdążyłam ich wyczyścić, kiedy ona ucieszona wyszła ze swoim skarbem.

 

   Niewątpliwie taka działalność ma jedną wielką zaletę – człowiek się uczy.

   Wcześniej hasło Fraget nic mi nie mówiło. Teraz wiem, że to poprzednik Hefry, czyli platery sygnowane tą nazwą muszą pochodzić z okresu międzywojennego.

   Nie wpadłabym też na to, że SORAU to obecne Żory i że filiżanka z takim logo też musi pochodzić sprzed 1945 roku. Wtedy to fabryka została zbombardowana i nigdy się nie odrodziła.

I tak dalej…

 

Okazuje się, że nie tylko podróże kształcą...

 

IMG_4778.jpg


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Od przybytku głowa nie boli. Podobno...

czwartek, 09 lutego 2017 10:29

 

   Kto likwidował mieszkanie po starszej osobie wie, że to jest praca na pełny etat.

 

   Od progu  wpadają nam w ramiona tysiące przedmiotów, a każdy oznacza decyzję - co wziąć sobie, co wyrzucić, co spróbować sprzedać, i za ile, a co rozdać biednym. Począwszy od tych używanych na co dzień, talerzy, szklanek, sztućców, poprzez ubrania i buty, pościel czy obrusy, skończywszy na omszałych od kurzu sprzętach typu moździerz, żelazko na duszę, kryształowe wazony, czy kilo cukru z 1959 roku. Kołnierze z lisów, mocno wyleniałe, ozdoby choinkowe ręcznie wyplatane pół wieku temu (może nawet przez nas), makatki i książki pozierają na nas z każdego kąta.

 

   Mamy tu  Encyklopedię Powszechną, bodaj trzynastotomową, która w dobie internetu  przyda się może tylko do uszczelnienia okien, gdyby sroga zima. Mamy słowniki wyrazów obcych sprzed 40-stu lat, w których nie znajdziemy wielu dziś niezbędnych słów, takich jak napęd, dysk zewnętrzny, karta pamięci, smartfon, melanż czy outsorsingować.

 

   Znajdziemy za to słynne „Jedynie praktyczne przepisy” pani Ćwierczakiewiczowej według wydania z 1885r., ale druk o 100 lat nowszy („Skoro już karmnik przeznaczony jest do zabicia, to w wigilję tego dnia nic mu już jeść dawać nie trzeba, tylko kilka razy poić…”

   Karmnik to wieprzek, a dalej mamy szczegółowy opis, jak mu skrócić życie, brrr…)

 

   Musimy też zagospodarować dziesiątki słoików z dżemem, kiszonymi ogórkami czy wiśniami, z których odlano kiedyś nalewkę. Dobrze, jeśli widnieje na nich data i nie jest to na przekład rok 1990.

   Znajdą się z pewnością świeże i przeterminowane zioła, makarony i kasze, ale to nic nowego. Sami mamy tego dość.

 

   Czasem spotka nas nagroda w postaci ładnej starej filiżanki, przedwojennych sztućców czy cukiernicy. Szkoda że od piętnastu lat nie słodzimy.

 

   Na długie zimowe wieczory przypadnie nam studiowanie wora z dokumentami. Trzeba przejrzeć kartka po kartce, żeby nie przeoczyć jakiejś tajnej lokaty, o której żaden bank nam dobrowolnie nigdy nie powie, czy polisy, którą towarzystwo ubezpieczeniowe zakopie głęboko. Bo towarzystwo nie od tego jest, żeby wypłacać jakieś pieniądze.

 

   Ale największy hardcore czeka nas przy odkrywaniu składów z lekami.

 

   Jeśli właściciel mieszkania był osobą starszą, ilość znalezionych leków nas przerośnie.

Kiedy pomyślimy, że znaleźliśmy już wszystkie, odkryjemy kolejne szuflady z często nienaruszonymi opakowaniami.

 

I z czego ci emeryci mają GODNIE żyć?

W tych szufladkach pochowane jest co najmniej kilka tysięcy złotych!

 

   Widać tu kompletny brak uwagi i współpracy ze strony lekarzy, bo trudno żeby starsza osoba pamiętała wszystko, co mu w ostatnim roku zalecono. Medycy wypisują bezmyślnie  dziesiątki nowych recept, narażając chorego na ogromne wydatki i dalszy rozstrój zdrowia.

   Widać chaotyczne szukanie panaceum na dolegliwości,  w wyniku czego znajdujemy sześć różnych leków na wątrobę, tyleż na nerki, dwa razy tyle leków nasercowych, nasennych, na obniżenie ciśnienia, na podwyższenie ciśnienia, na żołądek, na alergie skórne, na gardło, na bóle w krzyżu, oczywiście też witaminy i suplementy…

   A to wszystko pomnożone przez dwa, albo cztery - często nieotwarte - opakowania.

 

   Po rozdaniu wszystkiego co się nadawało do użycia rodzinie, znajomym i hospicjum, które nie przestrzega reżimów szpitalnych (zaszkodzić swoim chorym raczej już nie może), zostało mi kilka kilogramów samych blistrów i tubek, wyjętych z opakowań. Oddałam je do pobliskiej apteki. Drugie tyle w postaci kartoników upchnęłam w śmietniku.

Uff… 

 

 

DSCF6782.JPG


Podziel się

komentarze (25) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 149