Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014238
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Urok statystyki

czwartek, 31 marca 2011 21:42

  

   Dziś miałam wolne. Umówiłam się z kolegą na kawę w Best Mallu, ale że zostało mi jeszcze trochę czasu, ruszyłam w obchód po sklepach. Potrzebowałam legginsów, bo od czasu kiedy chodzę na refleksoterapię, stały się one artykułem pierwszej potrzeby. Nie będę przecież prowokacyjnie obnażać nóg na łóżku w spódnicy! Zwłaszcza kiedy terapeuta siedzi na końcu..., na moim drugim końcu patrząc od głowy.


   Zaczęłam jednak od empiku, gdzie nabyłam książkę norweskiej pisarki na urodziny mojego starego przyjaciela. Przeczytałam dobrą recenzję w Twoim Stylu, a że ja wpływowa jestem, tzn. łatwo na mnie wpłynąć, to zapytałam o nią. Mieli 2 sztuki. Niestety, podczas mierzenia legginsów w jednym ze sklepów, zostawiłam ją  w przymierzalni. Zorientowałam się dopiero w następnym sklepie, gdzie pracowicie przymierzałam 6 par następnych legginsów. Kiedy wróciłam, książki już nie było!

Komu potrzebna jest norweska literatura?


   Jaki miałam wybór? Wróciłam do empiku i nabyłam drugą sztukę, zwiększając wydatnie sprzedaż autorce. Na stanie nie został wszak ani jeden egzemplarz! 100 % zapasów sprzedano! Ach, ten dyskretny urok statystyki...

   Żeby zemścić się na złodzieju (nie bardzo wiem, co to złodzieja obchodzi, ale ok.), kupiłam sobie jeszcze czarne kozaczki na przecenie i trochę sztucznej biżuterii. Legginsy na szczęście też.

 

PS. Książka nazywa się "Ziemia kłamstw". Recenzja nie kłamała, jest naprawdę niezła.




Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

Peruka

środa, 30 marca 2011 8:29

 

Wbrew złośliwości serwerów publikuję nowy wpis, chociaż nie mam nadziei, że ktoś go przeczyta. Ktoś mnie chyba  nie lubi mojego bloga;-(

 

29.03.11

 

 Dziś traumatyczne przeżycie w Centrum Onkologii...

 

   Nie, nie mam raka! Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo! Na szczęście też nikt z moich bliskich nie musi odwiedzać tego przybytku.

 

   Powód był dość abstrakcyjny, potrzebowałam peruki... A gdzie można trafić na lepszą perukę, niż w miejscu, gdzie kobiety próbują odzyskać swoją kobiecość, którą odebrała im chemioterapia?

 

   Peruka jest mi potrzebna w celach rozrywkowych, ale z absurdalności całej tej sytuacji zdałam sobie sprawę dopiero idąc korytarzem, pełnym chorych ludzi...

Myślałam nawet o tym, żeby zrezygnować, bo czułam się coraz bardziej nieswojo, ale w końcu uznałam, że skoro już się tu przywlokłam, to chociaż rzucę okiem...

 

   Salon fryzjerski znajduje się na drugim piętrze, w odosobnieniu. Nie ma tu na szczęście chorych ani pielęgniarek, są za to puste korytarze.

 

   Na miejscu zastałam dwie panie, które dość obcesowo zmierzyły mnie wzrokiem. Wyjaśniłam, że poszukuję peruki całkowicie odmiennej od włosów, które posiadam na stanie, ale nie planuję w najbliższym czasie wyłysieć..

Jedna z Pań przyniosła z zaplecza długowłosą perukę, którą przemocą wsadziła mi na głowę. Była ciasna jak diabli, miałam wrażenie, że to żelazna obręcz.. Na moją nieśmiałą wątpliwość usłyszałam:

 

- Bo Pani ma tyle swoich włosów!

- Ale ja wcale nie mam ich "tyle". Właśnie coraz mniej ich jest i...

- Pani nie wie, co to znaczy mało włosów!

- Oczywiście rozumiem, że w tym miejscu...

- I nie chodzi o osoby po chemii...! A to i tak jest peruka na dużą głowę!

 

   Zamikłam. Wstyd mi się zrobiło poczwórnie.

Raz, że w ogóle mam włosy. Dwa, że mam ich podobno dużo. Trzy, że mam monstrualnie wielki łeb, skoro mi ciasno. Cztery, że w związku z charakterem tego miejsca powinnam się naprawdę zakopać pod jabłonką. Tak jakbym sobie robiła jaja z tych chorych, a ja przecież....

 

   Ponieważ pierwsza peruka zupełnie mi nie odpowiadała, zeźliło to chyba Panią jeszcze bardziej, ale przyniosła drugą sztukę. Wyglądała lepiej, ale nadal była cholernie ciasna. Zdjęłam ją i zaczęłam oglądać, po czym odkryłam, że w środku są dwa zapięcia na rzepy, które po rozpięciu dają dużo większy rozmiar... o tym Pani nie była łaskawa mi powiedzieć.

 

   Ponieważ jednak nadal nie mogłam jej sobie ułożyć na głowie, Pani znienacka zaatakowała mnie czymś w rodzaju pończochy, którą podobno najpierw należy nadziać na głowę, a dopiero potem perukę. Zakładał Wam ktoś kiedyś na głowę prezerwatywę? No, to ja się tak poczułam! Miałam wrażenie, że za chwilę spełni się marzenie tej Pani, i naprawdę stanę się łysa. Prawie mnie oskalpowała, próbując to coś naciągnąć, a potem na to nałożyć perukę... Nadal było tak sobie..

  

   Wreszcie moja cierpliwość się wyczerpała. Zerwałam to wszystko z głowy, razem z włosami, które mi jeszcze zostały i uciekłam. Na szczęście są w tym mieście inne perukarnie. Ale nawet jeśli nigdzie nie kupię nic pasującego, to na pewno tu nie wrócę! Pójdę na imprezę z dziewczynami w berecie ala rastafarianin, a tu nie wrócę!

 

Myślę tylko o tych kobietach, które tu przychodzą z prawdziwym problemem... Czy tak samo są traktowane? Mam nadzieję, że nie!


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Kot i mysz

poniedziałek, 28 marca 2011 11:52
 
 
   Środek nocy.. jakaś 3.00 chyba.
Z przedpokoju rozlega się przeciągły ryk, niby skowyt, albo zawodzenie...
Budzę męża, któremu nawet atak artyleryjski nie zaburzyłby snu:
- Kochanie, zobacz, co z kotem. Tylko załóż kapcie, bo podejrzewam, że coś przywlókł...
Mąż wygramolił się powoli, długo go nie było, więc zasnęłam.
 
Rano pytam, co się działo.
Moje przypuszczenie się potwierdziło: kot przyniósł żywą mysz, całkowicie pełnosprawną, więc chciał się pochwalić. Kiedy mój mąż już pochwalił i chciał go razem z tą myszą w zębach wysadzić za okno, kot otworzył pysk i mysz wypadła. No to mąż puścił kota, a ten znów złapał mysz.
Mąż za kota, kot w tym momencie robi Aaaa...,  jak u laryngologa, mysz wypada...
Kabaret powtórzył się ze 3 razy, w końcu wkur... zdenerwowany małżonek użył brzydkiego wyrazu i porzucił cholerę razem z jego zdobyczą, po czym wrócił do łóżka.
 
Następnego dnia śladów myszy nie stwierdziłam, więc o sprawie zapomniałam.
Do czasu, kiedy coś przeleciało lotem błyskawicy po blatach kuchennych..!
Normalnie nie boję się myszy. Uważam je za śliczne stworzonka, ale wtedy kiedy siedzą spokojnie w klatce, albo robią słupka jak ta w "Zielonej Mili".
Ale coś pryskające mi po szafkach kuchennych z prędkością światła, najbardziej odważną osobę wytrąciłoby z równowagi.
 
Było ciepło, okna pootwierane na przestrzał, kot zasadniczo w domu (poza nocnym lumpowaniem), więc byłam przekonana, że problem sam się rozwiąże.
Nie rozwiązał!
Kot ani myślał polować na TĘ konkretną mysz., a ona ani myślała się wyprowadzać.
 
Żyliśmy sobie tak ze 4 miesiące we czwórkę: nas dwoje, kot i mysz. Kiedy zaczęłam znajdować mysie bobki już nawet w pudełku z chusteczkami, moja cierpliwość się skończyła. Zaczęłam akcję "Eksterminacja".
   Próba kupienia humanitarnej pułapki, która nie robi krzywdy, a tylko łapie, nie powiodły się. Z cieżkim sercem kupiłam więc pułapkę śmiercionośną, która jednakowoż w ogóle się nie sprawdziła. Kiedy serek założony był luźno, znikał, bez uruchomienia zapadki. Kiedy był  ciasno nabity, pozostawał nietknięty... Zaczęłam odczuwać wpływ wyższej inteligencji na niższą...
 
   Po kolejnym miesiącu zabawy "w kotka i myszkę" (teraz rozumiem, o co w niej chodzi), przerzuciłam się na zatrute ziarno.
Znosiłam do domu wyrafinowaną trutkę, która działa z opóźnieniem. Rzeczywiście, działała chyba ze sporym opóźnieniem, bo przez następne 2 tygodnie dzień w dzień z miseczki znikała spora garść, a zwłok myszy jak nie było, tak nie było.  Zaczęłam się zastanawiać, ile ja mam gąb do wykarmienia, bo taka mała myszka nie byłaby w stanie zeżreć tego w pojedynkę! Przez tyle dni...
Moja złośliwa koleżanka przysłała mi zdjęcie, na którym jest pułapka, a przed nią w pozycji bojowej siedzi mysz. W KASKU!
 
   Aż któregoś dnia ziarno przestało znikać. Zwłok nadal nie stwierdzono, ani podejrzanych zapachów. Powoli nauczyliśmy się znowu żyć we trójkę.
Stres przeżyłam tylko raz, kiedy w celach remontowych trzeba było zdemontować całą ścianę szafek i kuchni. Poza niezliczonymi bobkami, niczego innego nie znaleziono... Zagadka, ile nas w końcu było i przez jaki czas, pozostanie nierozwiązana..
 
Dziś mija 6 lat od kiedy nasz ukochany Kocio wyszedł z domu i dotychczas nie powrócił... 

// pageY ) { pageY += tab[x].offsetHeight; } } } catch(e) { pageY = 0; } if ((computedHeight == null) || (pageY !== computedHeight)) { computedHeight = pageY; if(navigator.userAgent.indexOf("MSIE") == -1){ document.getElementById('communicator').src = 'http://poczta.wp.pl/communicator-heightadjuster.html?action=iframeHack&height='+ (50 + Math.max(pageY, document.body.offsetHeight)); } else { //hack na MSIE, bo body.offsetheight w MSIE = wysokosci ramki rodzica zamiast wysokosci dokumentu document.getElementById('communicator').src = 'http://poczta.wp.pl/communicator-heightadjuster.html?action=iframeHack&height='+(70 + document.body.scrollHeight); } } if(retry) { setTimeout("iframeHack(false);", 7000); } } var newIframe = document.createElement("iframe"); newIframe.id="communicator"; newIframe.style.display="none"; setTimeout("document.body.appendChild(newIframe);", 700); setTimeout("iframeHack(true);", 1100); } catch(e) {} // ]]>


Podziel się
Tagi: kot, mysz

komentarze (2) | dodaj komentarz

Świąteczne tortury

niedziela, 27 marca 2011 9:04

 

 

   Nadchodzą święta Wielkanocne i jak co roku większość z nas przeżyje ambiwalencję uczuć, od radości począwszy, poprzez pewien dyskomfort, lęk, duży stres, a skończywszy na prawdziwej panice.

   Chyba nic nie budzi w nas tak sprzecznych emocji: z jednej strony człowiek jest zwierzęciem stadnym i ma naturalną potrzebę spotkania się z drugim, bliskim człowiekiem przy świątecznym stole. Do tego nawyki, tradycje wyniesione z domu, nie pozwalają przejść nad tym obojętnie.

   Z drugiej zaś strony obawy jakie tym spotkaniom towarzyszą, każą czasem zadać sobie pytanie: Czy warto?


   Opinii będzie całe mnóstwo, ale chyba z grubsza społeczeństwo w tym temacie daje się podzielić na 3 grupy.


  Pierwsza grupa to osoby absolutnie szczęśliwe, że w ten dzień mają pod jednym dachem rodziców i dzieci, czasem rodzeństwo i dziadków. Cieszą się, że rzadko bo rzadko, ale spotkają się ze sobą ludzie, którzy na co dzień albo nie mają czasu, albo ochoty tego robić, a w święta nie mają wymówki. Takim osobom jest wszystko jedno, co się wydarzy. Ważne, że "rodzina jest razem" i koniec. Dla nich nagła próba wyślizgania się z rodzinnej nasiadówki przez kogokolwiek jest jak wypowiedzenie III wojny światowej. Są gotowe użyć wszystkich możliwych chwytów, żeby osiągnąć cel, włącznie z szantażem typu: A może to nasze ostatnie święta...?

I nie ma znaczenia, że ten argument pada już od 25 lat... Przeciwnie, przecież ta groźba staje się z każdym rokiem bardziej realna!


Do tej grupy na ogół należą osoby starsze, często już niepracujące, które nie widują swoich bliskich zbyt często, w tym rodzice dzieci przebywających za granicą. Należą do nich także młodsi, którzy z różnych powodów są samotni i nawet stojąc buńczucznie na pozycji singla, któremu nikt inny nie jest do szczęścia potrzebny, jednak gnają do rodziny na święta jak w dym, doceniając to, że w ogóle mają dokąd gnać. Bo ci, co nie mają, mają gorzej.

  Do tej grupy należą też osoby, które wskutek szczęśliwego zrządzenia losu naprawdę przeżywają wspaniałe święta  i czekają na następne z utęsknieniem. Niestety, nie wiemy ile ich jest, ale raczej nie stanowią większości.


   Grupa znajdująca się na skrajnie przeciwnym biegunie to ci, którzy święta, mówiąc dosadnie, olewają. Uważają, że nie ma w nich przyjemnego, poza odwalaniem pańszczyzny, że w życiu mają tak mało czasu na  przyjemności, że wolą ten czas spędzić samotnie lub z partnerem. Wyjechać w ładne miejsce, nie stać przy garach, bo ktoś ich obsłuży, spacerować po lesie, albo po piramidach, słuchać muzyki, zamiast gderania matki, czy teściowej, łazić w piżamie do południa, zamiast od świtu lecieć ze święconką itp. Do tej grupy należą na ogół osoby młodsze, pochodzące z dużych miast, mniej przywiązane do tradycji, zapracowane.


   Trzecia grupa chyba jest najliczniejsza. To osoby w każdym wieku, pochodzące zarówno z dużych jak i maleńkich miast, o wyższym lub niższym wykształceniu, będące w związku lub nie, ... które nie cierpią świąt, ale nie mają dość siły, aby sprzeciwić się dyktatowi. Należy do nich często typowa gospodyni domowa, która te święta musi fizycznie przygotować. Nastać się w kuchni od rana do wieczora, przytargawszy uprzednio ilość jedzenia, która wyżywiłaby afrykańską wioskę przez pół roku. Musi poprać, wyprasować i rozwiesić te cholerne firany, udekorować stół, wymalować jaja, napiec mięs i ciast, a w zamian za to potem musi wysłuchiwać przez kilka godzin, jak rodzina prawi sobie zośliwości przy stole, albo wręcz skacze do gardeł.


   Do tej grupy należy zapewne mąż gospodyni, który nie ma pożytku z żony przez kilka dni, sam też jest goniony do dźwigania zakupów czy trzepania dywanów, a potem musi się uśmiechać do teściowej, i znosić jej krytyczne uwagi na temat np. swojej zawodowej kariery. Dzieci też są uziemione, zwłaszcza że to nie Boże Narodzenie, więc nawet na prezenty nie można liczyć. One też wolałyby poganiać po podwórku, a nie tkwić przy stole od śniadania do podwieczorku, bo przecież nie wypada rozejść się wcześniej, skoro udało się zebrać całe towarzystwo do kupy!


   Wbrew pozorom, ci co nie urządzają świąt sami, a tylko wymaga się od nich biernego udziału, też wcale nie są szczęśliwsi. Gospodyni może chociaż legalnie uciec do kuchni, bo ma alibi, gość zaś musi tkwić przy stole, aż się nabawi hemoroidów. Jak spróbuje urwać się na bok z gospodarzem i walnąć szybką wódkę prostującą w sypialni, bo na trzeźwo tego nie może znieść, zaraz wytropi go tam szwagierka, mamusia, w najlepszym razie dziecko, które zażąda haraczu za milczenie. Itd.


   Dlaczego ta świąteczna danina, jaką składają zarówno wierzący, jak i ateiści, musi być takim męczeństwem? Dlaczego tak często zamiast cieszyć się naprawdę z rodzinnego spotkania, liczymy godziny do wyjścia?


   Jest wiele powodów. Pierwszym jest oczywiście charakter osób zebranych, stopień ich zgodności bądź skłócenia, łączące ich relacje. Na to niestety nie mamy wpływu. Natomiast czynnikiem, moim zdaniem bardzo istotnym, na który mamy wpływ, jest koszmarna długość tych "posiadów".


 Bo tak: Generalnie wszyscy zebrani siadają do stołu z jakąś dozą dobrej woli.

Na początku są też trzeźwi, co powoduje, że się kontrolują. Jeśli się dawno nie widzieli, na wejściu mają mnóstwo tematów do omówienia, które są neutralne, nie wywołują iskrzenia, a każdy ma coś do opowiedzenia, o czym reszta nie wie. Poza tym towarzystwo jest głodne, a więc konsumpcja staje się istotnym wypełniaczem czasu. Chwalenie gospodyni, pomaganie jej w wynoszeniu i  przynoszeniu z kuchni powoduje rozgardiasz, który zmniejsza napięcie, sprawia że każdy może pogadać z kimś na boku, swobodniej.


   Jednak z każdą godziną spędzoną przy stole, nastrój się pogarsza. Alkohol, który w początkowej fazie przyniósł przyjemne rozluźnienie, zaczyna działać odwrotnie. Osoby w głębi ducha nieprzyjazne i agresywne, po alkoholu zaczynają mówić to co myślą, a co do tej pory skrywały. Nadmiar jedzenia (jak to podczas polskich świąt) zaczyna wywoływać zmęczenie i ociężałość, a przez to i rozdrażnienie. Buty piją, pasek ciśnie, o krawacie nie wspomnę. Tematy neutralne się skończyły, więc ktoś koniecznie chce wypowiedzieć swoje zdanie nt. krzyża na Krakowskim, czego inni mu nie darują. Zaczyna się Apokalipsa, od której gospodyni próbuje uciec do kuchni, szwagier znów zaszyć się z butelką w sypialni, dzieci wyrywają się na podwórko...

   W końcu ktoś rzuca hasło, że trzeba iść do domu, co pozostali przyjmują z ulgą, licząc dni spokoju do nastęnych świąt.


   A przecież można tego uniknąć. Po pierwsze można ustalić, że impreza nie będzie trwała dłużej niż 2 - 2,5 godziny. Po drugie podać wino bezalkoholowe, przynajmniej tym osobom, które po alkoholu robią się agresywne. Takie wino istnieje, ma 0,5 % alk. i można je kupić na Allegro i nie tylko. Ktoś nie będący znawcą da się nabrać, gwarantuję. Po trzecie zmniejszyć ilość jedzenia, co nie wzbudzi żadnych zastrzeżeń, jeśli impreza będzie krótsza, a gospodyni ulży w robocie. Po czwarte zarządzić zakaz poruszania tematów politycznych. Niestety, od czasów sławetnej IV RP społeczeństwo podzieliło się w stopniu niespotykanym nawet za ciężkiej komuny. Ustalenie pewnych zasad przy stole jest możliwe, jeśli się to odpowiednio spokojnie i racjonalnie przedstawi.


   To wszystko ma szanse sprawić, że nie będziemy myśleć o kolejnych świętach jak o torturze, którą musimy 2 razy do roku zaliczyć.

Wszyscy ci, którzy czytając ten tekst pomyśleli: "Mnie to nie dotyczy" prawdopodobnie już dawno wpadli na to samo rozwiązanie. Albo należą do tej rzadkiej grupy rodzin, w której wszyscy członkowie są zgodni, kochający, mają te same poglądy, a po alkoholu robią się jeszcze bardziej zgodliwi. Nie mówię, że takich rodzin nie ma wcale. Ale ile ich jest?



Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nareszcie!

piątek, 25 marca 2011 18:00

 

Cd. Opętania...

 

  Jak pisałam, chociaż w firmie to dopiero początek zawieruchy, jednak przepływa to jakoś obok mnie. Wciąż wierzę, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jest we mnie zgoda na zmiany, nawet tak radykalne jak zaczynanie kariery zawodowej od nowa, w moim wieku.

Jak zostanę bezrobotną, to może wrócę na Symfonię i rzucę w eter pytanie: czy ktoś nie ma dla mnie pracy? Jak myślisz, jakie propozycje dostanę?


   W kwestii masażu, to ja nie mam zamiaru naciągać cię na gratisy. Po prostu potraktuj mnie jak klientkę. Więc jeśli przeszkodą jest tylko ten problem, to proszę cię...

   A może ty się mnie boisz? Powiedz szczerze, odwlekasz ten moment, kiedy będziesz musiał się ze mną spotkać oko w oko ...


   Taki piękny pedicure sobie zrobiłam, a tu nie ma komu pokazać, bo jak na złość, upały się skończyły i trudno chodzić boso, jak pastereczka!

   Ostatecznie mogę przyjechać na tę 20.00, jak wszystkie terminy wcześniejsze są zajęte do Bożego Narodzenia. Może jednak jakaś sobota?

Buziaczki :-))


   - Witaj,

    Nie wiedziałem, że istnieją u nas tacy ludzie, którzy niszczą i sprzedają firmy. Myślałem, że to tylko w "Pretty Woman"...

Trzymaj ten luz jak najdłużej. Co będzie to będzie. Tanio skóry nie sprzedawaj, ale nie becz. Nie rzucaj przedmiotami, no chyba, że we mnie podczas masażu.


    Ale ty Pani, przeginasz po całości z tą zapłatą za masaż,  przeginasz! Uważaj  jednak!  Jestem po prostu ostatnio mało zorganizowany. Byłem dziś w pobliżu twojego biura, mogłem wstąpić, podrzucić ci Allena...och, nie kuś!

Nie jestem aż tak wyzwolony, aby robić nieszablonowe rzeczy. Chcę poświęcić Ci więcej czasu niż listonosz, porozkoszować się słowem i kawą. 


   Jeśli podczas masażu wspomnisz o pieniądzach to więcej się nie odezwę! Obiecuję!

   Pozdrawiam Cię w ten słoneczny dzień.


   PS. O propozycje pracy nie pytaj. Wiem, co zaproponują Ci faceci z Symfonii, nawet nie próbuj! No chyba, że lubisz ekstremalne doznania i przygody. I kaskę. I dziwnych ludzi. I ich złą energię.


Sobota 12.30 u mnie w gabinecie ?


   W pierwszej chwili w ogóle nie załapałam. Napisał to od niechcenia, w ostatniej linijce Post Scriptum, jakby informował, że na targu w Sierpcu jabłka są po 1,49 zł.


   Dopiero po dłuższej chwili do mnie dotarło... Matko, nareszcie! W końcu zobaczę tego łotra, który od  2 miesięcy dręczy mnie mentalnie, nie pozwala na zastój w głowie, przerwał leniwe wieczory przed telewizorem i wciąż tylko obiecuje...


   Co teraz będzie, rany? Po tych 300-stu listach mam wrażenie że znam go lepiej niż swoich starych przyjaciół ze studiów, więc nie wierzę, żeby mnie jakoś negatywnie zaskoczył. Wszystko mi jedno jak wygląda, przecież nie planuję z nim dzieci, ale głos.. żeby głos miał miły, nie skrzeczący, stonowany taki...

I żeby nie był rozbieganym nerwusem No i żeby nie okazał rozczarowania na mój widok... A, właśnie!


   Teraz żarty się skończyły... Wszystkie zmarszczki pokażą się w całej okazałości, chłopiec przejrzy na oczy, czar pryśnie! Rozkoszowanie się słowem przestanie być takie rozkoszne... Boże, jaka jestem stara!!!


   Dobra, szable w dłoń! Jeszcze jest czas! Telefon do pani Doktor i po południu "Operacja Mezo". 2 duże ampułki z kwasem, 200 strzałów w twarz i szyję. Wyglądam jak krwisty befsztyk, a miejscami jak świeżo oskubana kura. Bąble będą trzymać przez 2 dni, przez ten czas najlepiej afgańska burka na głowę... Cóż, znów to sławetne:  jak się chce być piękną, to trzeba cierpieć.


   Aha, najważniejsze! Wezwałam na pomoc Anię, stópki mam teraz miękkie jak niemowlę i krwistoczerwone paznokcie. To nie mój pomysł, ale wyglądają niczegowato. Jak muleta. Zobaczymy, czy tak też podziałają...?

Babo, ogarnij się! Przecież nie masz zamiaru go uwieść! No przecież nie...


Podziel się
Tagi: spotkanie

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 238