Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014138
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Poranek

sobota, 31 marca 2012 9:13

 

   Sobota... Jednym, z trudem otwartym okiem, stwierdzam, że dopiero minęła szósta... Ten cholerny nawyk wstawania do pracy bladym świtem nie da pożyć!   Wewnętrzny budzik wyje gdzieś w tyłomózgowiu.

   Zresztą, jak tu spać, kiedy słońce wdziera się nawet przez wąziutkie szparki mimo specjalnie obstalowanych żaluzji. Najgrubszy materiał, 100 procent nieprzepuszczalności światła! Akurat! Nikt nie uprzedził, że słońce wciśnie się bokiem, dołem, górą, słowem wciśnie się go wystarczająco dużo, żeby nie można już było udawać, że jest noc.

 

   Zwlekam się do łazienki, łyk wody po drodze żeby pozbyć się smaku skórzanej podeszwy w ustach. Nie, to raczej podeszwa z PVC... Nevermind.

   Staję vis a vis lustra i ... to nie był dobry pomysł. Człowiek w pewnym wieku nie powinien patrzeć w lustro o 6.00 rano. Czasem o innych porach też nie, ale o 6.00 to już z całą pewnością. Jestem świeżo po „Śnieżce”, i znów ten cytat z Sapkowskiego się kłania, że lustra powinny dzielić się na uprzejme i rozbite...

 

   To może chociaż waga prawdę mi powie...? Tzn. dobrą prawdę, zła mnie nie interesuje. I znowu strzał w kolano – pół kilo więcej niż wczoraj! Jak to??? Z czego? Z wody? Przecież już nawet nie daję się poczęstować ciasteczkiem u mamy!

   A, wiem! To ten ból głowy, cholerny tępy ból tyle waży. Ta wiosna radosna, to ciśnienie szybujące w górę jak zyski banków, wywołują u mnie migrenę, wielką jak stodoła. Tak, zdecydowanie to ten ból głowy zwiększa mój ciężar, nie dam się zdołować.

 

   Dobra, zrobię coś pożytecznego. Skoro nastała wiosna, trzeba wyprać 10 zimowych sweterków, bo jak je włożę nie wyprane na antresolę, to do jesieni zostaną z nich siatki na motyle. Cholerne mole tylko na to czekają... Piorę ręcznie, ale wykręcać nie będę! Wrzucam wszystko do wora i pakuję do wirówki. Włączam. Wirówka nie chce ruszyć z miejsca. To znaczy miele coś leniwie, kręci się jak walec drogowy, ale nie wiruje. 

   Próbuję zwalczyć jej opór, włączam, wyłączam, przekładam, dodaję ręczników i pościeli. Rośnie mi góra ociekających wodą rzeczy, rośnie też poczucie bezradności połączone z furią, oko zaczyna mi łzawić. A wirówka stoi.


SZLAG MNIE ZA CHWILĘ TRAFI!!!

 

    Nagle uświadamiam sobie, jak mało jestem odporna na taką złośliwość rzeczy martwych. Rozumiem lustro, nawet wagę rozumiem... Ale żeby jeszcze pralka??

   Nagle przypomniał mi się casus mojego przyjaciela. Kiedy zakończył wreszcie morderczy etap kładzenia tynków  w domu, odpadł mu kawał sufitu. I co ON miał wtedy zrobić? Ja chociaż mogłam kopnąć pralkę, ale jak kopnąć sufit...?

 

    I co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem...?

 


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Północ-Południe

wtorek, 27 marca 2012 18:47

 

   Po czym poznać, że jesteśmy w ciepłym kraju? Po architekturze.

I nie mam na myśli tylko tego, że w zimnym kraju okna są małe a ściany grube, żeby chronić ciepło. Bardziej chodzi mi o temperament budowniczych, ich fantazję i skłonność do zabawy. O przewagę hedonizmu nad pragmatyzmem. O potrzebę i tworzenie piękna nawet przy czymś tak praktycznym jak most, cmentarz czy balkon.


   Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ilość finezyjnych, obłędnie zdobionych budowli w krajach śródziemnomorskich jest sto, albo tysiąc razy większa niż w Skandynawii?

Dlaczego tym na południu chciało się tworzyć taki na przykład dach katedry w Mediolanie, z którego przecież niewiele widać z ulicy?

 


 

   A kto wymyślił, że balkony powinny piękniej wyglądać od dołu, bo przecież przechodnie stamtąd je właśnie oglądają? Ano tylko południowcy.

   Popatrzcie na te barokowe balkony w Noto na Sycylii. Studenci architektury zjeżdżają się tu na naukę. I niby komu to było potrzebne?:

 

 

    A gdzie jest 11 kościołów i rzeźbionych bajecznie wież kościelnych na terenie gminy nie większej od Piaseczna? Na pewno nie pod kołem podbiegunowym, tylko w maleńkiej miejscowości Ecija w Andaluzji. 

To jedna z tych 11 wież.


 

   A perła arabskiej architektury w Europie...? No dobra, najpierw najechali, potem zbudowali, ale jest! Do dzisiaj stoi i można podziwiać. To tylko jedno z okien, kawałek Alhambry w Granadzie.

 


 

    Jeszcze moja ukochana klatka schodowa w Wenecji. Czy ktoś widział w Skandynawii takie schody? I nie jest to krzywa Wieża w Pizie, naprawdę

 

    No a teraz proszę mi powiedzieć, dlaczego człowiek jedzie do paru najbogatszych krajów na północy Europy i wpada na coś tak brzydkiego jak ratusz w Sztokholmie?

 

    Zaraz mi się oberwie od Emigrantki. Ja wiem, że Szwecja ma mnóstwo zalet, ale mnie jakoś nie było dane ich poznać. Przede wszystkim wściekle wiało i siekło gradem, a to wpływa na temperaturę uczuć, jakie się w nas budzą podczas zwiedzania. W tych okolicznościach porażają takie koszmarki jak ratusz, który jest wizytówką miasta od zewnątrz. Co z tego, że w Sali Złotej można się doliczyć 18 milionów złotych płytek, kiedy sama budowla wygląda jak koszary. Ponure bordowo-ceglane ściany, na tym kompletnie bez gustu walnięte jakieś ozdóbki typu złoty półksiężyc, czy trzy korony.

 

 

 

 

 

http://translate.google.pl/translate?hl=pl&langpair=en|pl&u=http://www.adventurestockholm.com/locations/stockholm-city-hall/

   Kawałek od ratusza stoi pałac królewski. Ten to już całkiem przypomina więzienie. Czworobok z 408 pokojami jest tak nijaki, że przeoczyliśmy go w drodze do autokaru.


W Oslo niestety nie jest lepiej. Tutaj to ratusz zbudowano chyba ludziom na złość. Tak naprawdę poza skocznią nie spotkałam tam nic ciekawego.

 

 

http://www.holidaycheck.pl/city-zdjecia_Oslo-ch_ub-oid_6135.html?action=detail&mediaId=1158918973&mediaCategoryMainId=3&mediaOrder=4

 

   Być może i w Sztokholmie i w Oslo jest kilka ładniejszych budowli, ale są raczej wyjątkiem od reguły.

   A jaka to reguła? Ano chyba taka, że w krajach, w których średnia temperatura w styczniu i w lipcu jest o ok. 20-25  stopni niższa, niż odpowiednio w krajach śródziemnomorskich, jakoś nikomu się nie chce odmrażać tyłka na zimnie i dziergać sztukaterii na jakimś kościele. I że kiedy średnie nasłonecznienie w Hiszpanii to 2200 KWh/m2/rok, zaś na północy zaledwie 900, to prędzej człowiek dostanie depresji i myśli samobójczych, niż zajmie się projektowaniem ramy okiennej całej w żeglarskich linach, syrenach, wodnych roślinach i krabach, jak w Tomar w Portugalii. Takie głupie, "manuelińskie" okno...

 


 

    Skandynawowie przyzwyczaili się jednak do swojego klimatu i akurat wcale nie przodują w statystykach samobójstw. Tylko mam wrażenie, że do śmiechu też im za bardzo nie jest. W każdym razie mało tam widziałam radości życia i temperamentu. Jak tłumaczył to zjawisko nasz przewodnik po Sztokholmie – gdziekolwiek w Europie człowiek stanie i rozejrzy się dookoła, wszędzie COŚ jest. A tu wystarczy pojechać trochę dalej na północ i ... tam już kuźwa, NIC NIE MA! Można się załamać...

 


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Co te krasnale w sobie mają?

sobota, 24 marca 2012 7:34



  „Gdy wszystko idzie źle, gdy nie masz dokąd pójść...” No, nie, aż tak fatalnie nie było, ale poczułam zmęczenie materiału jak gwóźdź odginany 65-ty raz. Wszystko szło nie tak, misterny plan walił się w gruzy, mój wybór w pewnej sprawie okazywał się niesłuszny, a czas popędzał..., pozostały dwa wyjścia – podpalić parlament, albo... pójść na film dla dzieci. Oczywiście bez dziecka, z dzieckiem się nie liczy.

 

    Na ekrany weszła niedawno „Królewna Śnieżka” z Julią Roberts jako złą Królową i córką Philla Collinsa w roli Śnieżki. Moja miłość do Julii trwa nieprzerwanie od dobrych dwudziestu lat, więc poszłabym na film z nią nawet gdyby miała zagrać futerał od kontrabasu. Nie trzeba było mnie namawiać.

 

    Cóż, Shreck to to nie jest, ani Epoka lodowcowa, ale czuje się szacunek dla dzieci. Jak na baśń - super, nie obraża inteligencji widza w żadnym wieku. Trochę zadziornych tekstów, pewnie nie do wyłapania przez dzieci, ale zgrabnych. Dobre efekty animowane. No i dubbing... Bałam się go jak borowania w zębach, ale po pierwszych pięciu minutach odetchnęłam. Jest jakaś dziwna prawidłowość w naszym kinie, że kreskówki mają przeważnie znakomity dubbing, zaś fabuła to prawdziwy skład opałowy – jedno wielkie drewno. Nie podołałam np. kolejnej części Gwiezdnych wojen w telewizji, bo były dubbingowane w taki właśnie sposób. A tu miłe zaskoczenie. A już pomysł, żeby maseczkę upiększającą zrobić z papuzich kup, a za manicurzystkę robią rybki i dżdżownice – ryzykowny, ale oryginalny i nie tak obsceniczny jak puszczanie bąków w błocie przez Shrecka i jego ukochaną.

 

    Co do samej fabuły... baśń nieco wywrócono do góry nogami. Chwyt, że to Śnieżka pocałunkiem ma wyzwolić księcia z władzy Królowej, jest mocno feministyczny. Jeden z krasnali to erotoman, który wyraźnie oczekiwałby od Śnieżki jakichś dowodów wdzięczności za gościnę, ale to przecież dziś zupełnie powszechne... A zamieniony w karalucha szambelan Królowej, którego przeleciał konik polny... , no cóż, samo życie. (To wszystko jest dyskretne, taki mały ukłon w stronę dorosłego widza, więc rodzice nie muszą się obawiać o dzieci)

 

    Trochę się dziwnie czułam na widowni wśród samych krasnali... Nie było ich na szczęście wielu, ale każdy dzierżył w dłoni kubeł z popcornem większym od niego. To też znak czasu. Zachciało mi się iść do kina, to trzeba godzić się z zapachem i powszechnym chrupaniem, od którego echo dudni po sali.

Ale mimo to bawiłam się na tym filmie zdecydowanie lepiej, niż na św. pamięci „Klossie”, który wywołał u mnie ciężką migrenę. Ale to już osobny temat...



Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

"Misie" nie podoba

środa, 21 marca 2012 9:36

 

   Błędy ortograficzne sadzone w blogach, to temat na całą książkę. Nie zrozumiem tego nigdy, bo praktycznie każdy edytor tekstu ma wbudowanego korektora, który ciągnie za rękaw kiedy wstawiamy zbuka. Widać bezskutecznie. Jeszcze gorzej jest w komentarzami do wpisów, chociaż tu także podczas pisania włącza się korektor. Błędy mnożą się i utrwalają, i chociaż każdemu coś takiego może się zdarzyć (mnie też), nie powinno to się stawać regułą.

 

   Dziś chciałabym ponudzić o jednej konstrukcji stlistycznej, której niestety żaden korektor nie wychwytuje, a błędne użycie staje się po prostu normą. Chodzi o te tytułowe ”misie”.

Nic nie poradzę – zęby zaczynają mnie boleć na widok zdania tak rozpoczętego:

   Mi się wydaje... Lub: Mi się podoba...

Skoro tak, to mówiąc w drugiej osobie, powinno się użyć formy:

   Ci się podoba... lub Ci się wydaje...

a przecież nikt tak nie powie, każdy użyje formy „tobie”. Więc skąd te cholerne „misie”?

 

    Podobnie jest w środku zdania. W zależności od tego, na co kładziemy akcent w zdaniu ludzie piszą: 

Dam ci książkę, jest świetna(akcent na tę)

 lub:

Dam TOBIE tę książkę, ty ją lepiej przechowasz (akcent na osobę)


W analogicznym zdaniu o sobie piszemy już jednak błędnie:

Daj mi książkę, jest świetna (Ok, bo akcent jest na )

ale zaraz potem:

„Daj tę książkę MI, ja ją przechowam”. Ratunku!


Dlaczego nikt nie mówi: „Dam tę książkę CI”, jeśli akcent kładziemy na osobę? Bo to zgrzyta jak auto Kubicy rozrywane przez barierkę!  Nie powiemy przecież „Zaufam CI, nie jej”, za to z lubością wiele osób powie „Zaufaj MI, nie jej”. Dlaczego?

 

   MI używamy na każdym kroku?

„Marzy mi się...”(Ok),    ale też

Mi się marzy wyjazd na Antyle...” (nie Okej. Bardzo nie Okej!)  

Mnie się marzy, żeby wreszcie wszyscy to zrozumieli...


   Nawet św. pamięci trener Górski, prosty facet ze Lwowa, który pierwsze studia zrobił jako prawie 60-latek, zaczynał swoje słynne zdanie poprawnie: Mnie się wydaje... 

http://www.sendsport.pl/product-pol-860-Kazimierz-Gorski-z-pilka-przez-zycie.html

 


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Pierwszy raz...

piątek, 16 marca 2012 8:56

 

   W uzupełnieniu  mojego felietonu o młodzieżowych pisemkach, chciałabym dopowiedzieć jeszcze parę zdań. Akurat temat powyższy wraca regularnie na blogach, ale tak mi się to znów skojarzyło z tymi gazetami... 

   Aż chce się krzyknąć: Biedna ta dzisiejsza młodzież... Co ja gadam! Od zawsze biedna ta młodzież, która ma jeszcze przed sobą ten słynny „pierwszy raz”. Nie wiem, czy badano ten casus pod kątem poziomu stresu, ale moim zdaniem łapie się on do pierwszej dziesiątki, zaraz po śmierci kogoś bliskiego, ślubie i zmianie szkoły.

 

   No bo cóż może być bardziej stresującego, od tego egzaminu dojrzałości, którego większość chłopców nie ma prawa zdać celująco? Niby wszystko wiedzą, naczytali się do imentu w pisemkach typu Bravo, naoglądali pornosów nielegalnie ściąganych albo podbieranych rodzicom, no to niby wszystko powinno pójść jak z płatka. Dlaczego więc nie idzie? Albo idzie koślawo, co najwyżej na 3=?

   Jeszcze pół biedy, kiedy panna okaże się rozsądna i nie obśmieje, nie wykpi młodego adepta, ale ile jest takich rozsądnych? Ile jest kretynek, które pokrywając własny stres głupim śmiechem, wpędzi chłopaka w impotencję, oby chwilową?

 

   Wiem, wiem. Wychowanie seksualne u nas leży na łopatkach, prowadzą je katechetki z wiadomym skutkiem. Zresztą, nauczanie, nazwijmy je „początkowym” o budowie ciała i procesach fizjologicznych, w przypadku większości młodych ludzi faktycznie jest zbędne. Oni to już dawno wyczytali w necie. O wiele przydatniejsze byłoby prowadzenie ciekawych rozmów z pogranicza psychologii, które może pozwoliłyby uniknąć wielu dramatycznych wydarzeń. Niechcianych ciąż, zakażeń, czy choćby tych nieszczęsnych pierwszych razów, które często kończą się straszną klapą.

 

    Dlatego ja składam postulat, żeby takie pisma jak Bravo a także portale kierowane do bardzo młodych ludzi rozkręciły akcję uświadamiania im, że Pierwszy Raz nie ma prawa się udać. Tzn. może się udać, ale jest to trudniejsze niż się wydaje. Myślę, że wielu młodych chłopaków odetchnęłoby z ulgą, gdyby parę razy przeczytało, że nie muszą do tego AKTU podchodzić jak do obrzezania. Że ich fizjologia może wyciąć im numer i że to jest normalne, że coś pójdzie nie tak. Że dziewczyna, również uświadomiona, da mu szansę na „poprawę”, albo poczeka na następną okazję. Wreszcie że warto najpierw poznać swoje ciała bez pójścia na całość, i dopiero w warunkach pełnego relaksu, spontanicznie może coś fajnego z tego wyjść.

 

    Myślę, że wiele dziewczyn ma ten sam problem. Naczytają się głupot, że mają być demonem seksu od pierwszej randki, podczas kiedy stres może skutecznie zabić każdą przyjemność. Nie trzeba truć o zachowaniu wstrzemięźliwości, bo tego nikt nie chce słuchać, tylko zachęcać do innych form poznawania swoich ciał. Ale ktoś musi zacząć o tym mówić w przystępny sposób. Moje pokolenie chociaż miało Michalinę...

 


Podziel się

komentarze (70) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 138