Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014242
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Ale jaja...!

sobota, 30 marca 2013 8:10

   W Wielki Piątek mąj mąż wrócił do domu objuczony zakupami, jak nie przymierzając, muł jakiś i otrzepując śnieg z butów zaśpiewał w progu: Jingle Bells, jingle bells...

Notabene, nienawidzi tej piosenki, jak ją ładują w Boże Narodzenie w każdym sklepie.

 

   Żeby nie przedłużać, bo każda pani i prawie każdy pan leci teraz robić ostatnie zakupy, pakować święconkę do koszyka, piec pasztety i schaby...

   - życzmy sobie tradycyjnie - spokoju, zwłaszcza przy stole, bo stres źle wpływa na trawienie, garści optymizmu przy patrzeniu wprzód, cierpliwości dla sąsiada i człowieka w autobusie, który nas staranował w drzwiach, tolerancji dla różnych odmieńców, nawet dla posłanki Wróbel, czyli jednym słowem - szukajmy w sobie dobrej energii, a reszta jakoś poleci.

 

W prezencie przesyłam barana i trochę jaj, żeby na stole nie zabrakło niczego:))

 

Wszystkiego NAJ!

 

 


Podziel się
Tagi: Wielkanoc

komentarze (12) | dodaj komentarz

Z życia wzięte

środa, 27 marca 2013 7:24
 
Życie pisze najlepsze scenariusze...
Cytuję za pozwoleniem bohaterki.
 
   Wieczór. Ciemno, zimno i ślisko jak diabli, bo akurat przymroziło. Na ulicy żywy lód.
Manicurzystka Ania wpada do swojej starej znajomej, zrobić jej paznokcie.
Samochód zostawia na terenie posesji, ale przy ulicy.
 
Po pół godzinie wpada córka znajomej z krzykiem:
- Boże, ale miałaś szczęście! Zaniosło mnie na zakręcie tak, że sunęłam prosto na twój samochód. Zamknęłam oczy, bo wiedziałam co będzie. Ale się udało! Zatrzymałam się 3 centymetry od twojego boku!
 
Po następnych 20 minutach wraca druga córka gospodyni. Strzelają drzwi, w kąt lecą rzacane z hukiem buty. Jak furia wpada do pokoju i krzyczy:
- No dobra! Napiszę ci to oświadczenie! Nie mogłaś gdzie indziej zaparkować???
    Dokładnie tak samo rozpaczliwie próbowała wyhamować, miała jednak mniej szczęścia i na karoserii Ani widnieje teraz piękna czerwona linia wzdłuż całego samochodu...
    Ale jak to wśród przyjaciół, sprawa będzie załatwiona polubownie, zaprzyjaźniony warsztat naprawi szkodę za parę groszy. Dobrze.
 
   15 minut później później wchodzi zięć gospodyni i spokojnie stwierdza:
- Ania, chyba musisz wyjść do swojego samochodu...
   Na samochodzie nie ma już cienkiej czerwonej linii. Teraz jest wielkie wyżłobienie w kolorze stali wzdłuż całego boku. Obok stoi rozdygotany facet, którego też zniosło...
 
   Zaczyna się opisywanie zdarzenia, notowanie danych. W tym czasie Ania przestawia samochód na podwórko, żeby już nie kusić licha.
I dobrze. A właściwie niedobrze. Pięć minut później z piskiem opon kolejny samochód nie wyrabia się na lodzie i uderza z dużą siłą w drzewo na posesji gospodyni. To samo, pod którym parę chwil wcześniej stała Ania.
 
Córka gospodyni myśli:
- Uff..., upiekło mi się podwójnie.
Sprawca stalowego wyżłobienia krzyczy:
- Panie, nie mogłeś pan tędy jechać pięć minut wcześniej???
Ania myśli:
- Kurde, skasowałby mi auto, i mogłabym wreszcie kupić nowe!
 
Samo życie...

Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Człowiek jednak pochodzi od małpy...

piątek, 22 marca 2013 18:55

 

    Sto lat nie byłam w ZOO. Od bardzo dawna kojarzyło mi się ono ze smutnym miejscem, gdzie równie smutne zwierzaki apatycznie przeżuwają jakieś zielsko, jak autystyczne dzieci obojętne na to, co się dzieje za płotem. Ja rozumiem, że wymierające gatunki, że edukacja dzieci...

I tak nie lubię.

 

   Jest jednak takie miejsce, gdzie ZOO kojarzy się z wesołością - to małpi park w Apeldoorn, w Holandii. Nazywa się Apenheul. Z wyjątkiem gatunków niebezpiecznych jak goryle, które są odizolowane fosą, pozostałe małpy nawiązują z ludźmi bezpośredni kontakt. Dosłownie. Łażą im po plecach, zaglądają do dziecinnych wózków, torebek, ściągają biżuterię a zwłaszcza kradną ludziom jedzenie.

    Nie pomagają wielkie transparenty na bramie informujące, że małpy mają coś w rodzaju cukrzycy i karmienie ich byle czym może być zabójcze. Albo takie: MAŁPY SĄ SZYBSZE NIŻ MYŚLISZ. Nie pomaga dość ścisła kontrola przy wejściu, odbieranie komórek, długich kolczyków, jedzenia i picia. Kto nie chce oddać rzeczy do depozytu, może dostać skórzaną torbę zapinaną na kłódę (!). Jednak i tak można spotkać ludzi jedzących loda czy batonika, po których z szybkością błyskawicy wspina się małpiatka. Kto próbuje odsunąć od siebie smakołyk, natychmiast jest atakowany z góry przez inną małpkę, z najbliższej gałęzi.

Nie ma szans.

 

 

   Zabawy jest przy tym co niemiara. Małpka potrafi nagle ułożyć głowę na kolanach osoby siedzącej na ławce czy murku, i rusz się tu człowieku... A już grzebanie w wózkach w poszukiwaniu czegoś ciekawego, a zwłaszcza mina malucha, który się temu przygląda i nie kapuje, dlaczego KTOŚ włochaty mu się panoszy w powozie - bezcenna.

 

Tak to z grubsza wygląda:

 

 

Zobaczcie te rączki:

 

A tu już cały przegląd:

 

 

    Ale raz zrobiło się bardzo ponuro.. To było późną jesienią, kiedy w Holandii jest dwa razy paskudniej niż u nas. Znów znaleźliśmy się w Apeldoornie. Część małp schowała się w pawilonie i można było je oglądać tylko przez szybę. Zwłaszcza goryle sprawiały przerażająco smutne wrażenie. Siedziały podpierając ściany, tępo wpatrzone w dal. Nie reagowały na ruch ani dźwięki, jak w katatonii. Mróz mi przeleciał po plecach.

    Jedynym lżejszym akcentem było 4-5 letnie dziecko, które bawiło się przez szybę z gorylątkiem podobnego wzrostu. Oba maluchy przytulały się do szyby po jej przeciwnych stronach, robiły do siebie małpie miny, przedrzeźniały się jak ludzie. To naprawdę mogło unaocznić niedowiarkom, gdzie są nasze korzenie...

 

   A przypomniało mi się to zdarzenie kiedy przeczytałam wiersz Iwony Startek - W ZOO.

No, jakby ze mną tam była, w tym małpim gaju... !

   Przeczytajcie go na głos, powoli... Warto.:-]

 

przez szkło niepokojącej bliskości

przyglądają się sobie dwie pary oczu

błękitne jak odprysk lustra

i bursztynowe jak pamięć karbonu

 

dzieli je przepaść

centymetrowej szyby bezpieczeństwa

i ewolucji

 

połączeni szokiem pokrewieństwa

i wspólnotą zdziwienia

człowiek i orangutan patrzą sobie w oczy

 

A moja kiążka do kupienia w sieci.

 

 


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Pogrzeb na wesoło

niedziela, 17 marca 2013 8:11

   Coś mnie ostatnio ciągnie do tematyki – mówiąc delikatnie – pozadoczesnej...

Nie, żebym się stała nekrofilem, czy coś... Po prostu stwierdzam u siebie wzmożone zainteresowanie filmami o tematyce pogrzebowej, bo widzę w nich niesłychane źródło komizmu.

 

   Na pewno pamiętacie znakomity serial „Sześć stóp pod ziemią”. Od niego się to zaczęło. To perypetie przedsiębiorstwa pogrzebowego, które przecież w swojej istocie jest podobne do producentów papierosów czy alkoholu – nasze nieszczęście jest ich szczęściem. Strasznie to dwuznaczna profesja. Więc kiedy sekretarka odbiera telefon i mówi z nieskrywaną radością:

- Szefie... Mamy zgon! Bardzo dobry adres.

to naprawdę trudno się tej radości dziwić. Jest praca, jest zarobek.

 

   Przedsiębiorca pogrzebowy tym się różni od dealera narkotykowego (choć też w pewnym sensie ma do czynienia ze śmiercią), że temu drugiemu zależy, żebyśmy pożyli jak najdłużej, a temu pierwszemu  – wręcz przeciwnie. Nie wolno lekceważyć znaczenia takich firm. Ich rola jest nie do przecenienia, kiedy w domu ktoś umiera, a pozostaje w nim samotna, często starsza osoba. Pomijam te potworne, skandaliczne sytuacje uśmiercania pacjentów przez łowców skór, żeby sprzedać ich dane firmom pogrzebowym. Miejmy nadzieję, że ten proceder został uśmiercony równie skutecznie, jak pacjenci tych karetek.

 

   A wracając do filmów, to jednym z moich ukochanych jest „Zakopana Betty”, w którym głębokie uczucie kierowane do przedsiębiorcy pogrzebowego skłania stateczną mężatkę do zaaranżowania własnej śmierci. Pochówkiem ma się oczywiście zająć jej ukochany i jego w tym głowa, aby nikt nie domyślił się mistyfikacji. Cudna jest scena, kiedy przedstawiciel z konkurencyjnej firmy upiera się, żeby obejrzeć kobietę, która „spadła” ze skały i ponoć jest mocno pokiereszowana. Widząc ją piękną i nietkniętą nie kryje podziwu dla kunsztu swojego konkurenta w dziedzinie charakteryzacji. Aby jednak sprawa się nie wydała, domniemana nieboszczka musi przedtem spędzić trochę czasu w chłodni, aby osiągnąć właściwą temperaturę...

 

 

   Inny z tej „branży” to „Grób Roseanny” z Jeanem Reno, którego żona ciężko choruje na serce. Jej dni właściwie są policzone, ale miejsc na miejscowym cmentarzu zostało tylko trzy. Znów ta dwoistość uczuć, ultrakomiczne zestawienie – mąż chce, aby żona żyła jak najdłużej, ale nie jest w stanie w nieskończoność walczyć o zachowanie przy życiu pozostałych mieszkańców wioski. Zwłaszcza, kiedy jeden leży w śpiączce i rodzina chce go odłączyć, a drugi ginie w wypadku...

 

    A ostatnio francuska „Ostatnia posługa”, o niespełniony muzyku, który nie mając pracy trafia na staż do firmy pogrzebowej. I znów dwuznaczne scenki, na przykład kiedy zapobiegliwy starszy pan zamawia dla siebie trumnę, wyściełaną materiałem drukowanym w... gołe baby. I nawet chce ją „przymierzyć” po czym stwierdza: No, teraz już nie mogę przytyć! Na co sprzedawca: Spokojnie, nie ubierzemy Pana zbyt grubo...

 

  Gość, który zamawia pochówek żony, jest przepytywany m.in. jakie miała meble. Odpowiada:

- Ludwiki, a łóżko miała mahoniowe...

Na co młody pracownik:

- W takim razie damy mahoniową trumnę, model Fontainbleau. Będzie się czuła jak w domu...

I 25 tys. EURo pękło...

 

   Uwielbiam takie igranie z tematem. Wprawdzie nie doszłam jeszcze do urządzania fiesty na cmentarzu jak Meksykanie, ale nie mam nic przeciwko lżejszemu podejściu do spraw umierania. W końcu nikogo z nas to nie minie. Po co się umartwiać zawczasu?  Lepiej popatrzeć na TEN moment z humorem, albo z refleksją, jak w wierszu Iwony Startek „...I przyszłość nasza na zawsze pozostanie nietknięta...” Prawda, że ładne?

 

   A tak na marginesie – myślę, że kryzys zmieni podejście także i w tej kwestii. Może wysyłanie zmarłych do kremacji w ekskluzywnych trumnach z drzewa cedrowego czy mahoniu w końcu wzbudzi czyjąś refleksję, że nie ma w tym za wiele sensu. Bo chyba są jednak lepsze sposoby na wydawanie pieniędzy i pan Lindner z jego reklamą trumien też powinien trochę tę „rozpustę” ograniczyć...

 

   Ale uwaga – jak w każdym fachu, do TEGO też trzeba mieć talent. A jak ktoś nie ma, to kończy tak, jak opisał to Isaak Babel: ... jest napisane w Wielkiej Księdze: Jeśli człowiecze zajmiesz się wyrobem świec, to słońce stanie pośrodku firmamentu i w ogóle nigdy nie zajdzie. A jeśli zajmiesz się wyrobem trumien, to ludzie przestaną umierać i będą żyli wiecznie...

  Tylko Żyd mógł wymyślić taką metaforę.;-) Prawda, Randdal?


Podziel się

komentarze (35) | dodaj komentarz

Naród wybrany

poniedziałek, 11 marca 2013 21:51

 

„....a Murzyn czarny, bo lubi brud...      

...a Żyd jest mądry, szkoda że Żyd!”

   Tak przed laty śpiewały dzieciaki w naszym jedynym porządnym musicalu „Metro”, kpiąc ze stereotypów, którymi ludzkość nadziana jest jak prosię kaszą. 

 

   Co Żydzi mają w sobie, że budzą tak skrajne emocje? Czemu kojarzą się z cwaniactwem, oszustwem, lichwą, ponadnormatywną solidarnością, która tak wpienia gojów? Dlaczego ludziom tak ciężko jest pochwalić ich za posiadanie zalet i talentów, a prędzej zarzucą im spisek i osiąganie stanowisk wyłącznie dzięki protekcji? Obrazy takie jak „Ziemia obiecana” tylko utrwalają ten obraz Żyda – szubrawca wyzyskiwacza, który dorobił się na krzywdzie biedaków.

 

   Dlaczego właśnie Żydzi zawsze narażali się na szykany? Przecież nie trzeba sięgać do Biblii, wystarczą przykłady z czasów nowożytnych. Choćby średniowieczna Hiszpania, gdzie Żydzi doszli do niesamowitej władzy i bogactwa, po to żeby w drugiej połowie XV wieku zostać nagle postawionymi wobec wyboru: chrzest albo śmierć za herezję lub wygnanie. Święta Inkwizycja pod kierunkiem Torquemady była tylko wisienką na torcie. Szeroko zakrojone działania władz świeckich i kościelnych już znacznie wcześniej spowodowały postawienie przed sądem lub wygnanie z kraju tysięcy Żydów. Co ciekawe, Torquemada sam był przechrztą. Oczywiście...

 

   Pytanie, na które nigdy nie usłyszałam wyczerpującej odpowiedzi  – jak doszło do tego, że Żydzi osiągnęli taką pozycję?

    Nie mam ambicji, żeby się mądrzyć na temat judaizmu, jest to on zbyt rozległy i trudny. Nie urodziłam się Żydówką, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo (akurat TO dziedziczy się wyłącznie po matce, a moja mama – drobna blondynka z niebieskimi oczami –  jakoś kompletnie mi na Żydówkę nie wygląda...)

Nie zamierzam też zmieniać wyznania.

    Ale przy okazji czytania książki „Poznam sympatycznego Boga” przyjrzałam się nieco KABALE.

    Kabała wszystkim kojarzy się z Madonną i innymi celebrytami, a szkoda, bo warta jest uwagi. Podczas kiedy judaizm składa się z samych nakazów i zakazów, porządkujących życie prostego Żyda niemal co do minuty (Talmud zawiera 248 obowiązków i 365 zakazów!), o tyle kabała to taki odłam judaizmu, który zachęca do dialogu z Bogiem, odwołując się do serca i rozumu.

 

   W kabale liczą się słowa, ale stopień ich skomplikowania powoduje, że mało kto je rozumie. Rabini twierdzą, że dlatego są tak niejasne, wręcz pisane szyfrem, że ich mocna treść mogłaby być niebezpieczna dla nieprzygotowanych. Oznacza to, że kabalista to tak naprawdę kryptolog, który czasem musi spędzić cały dzień nad rozszyfrowaniem jednego zdania, ale ”wtedy takie zdanie zostaje w nim na zawsze”.

 

   Jaki związek ma kabała z osiągnięciami Żydów? Od 3-5-ego roku życia w chederze, od 13-stego do 20-stego i dalej w jesziwie dzieci ortodoksyjnych Żydów ślęczą nad księgami, ucząc się czytać po hebrajsku (a nie jest to proste, próbowałam), a potem studiują kapłańskie księgi. Uczą się rozumieć i interpretować Torę i Talmud, co – patrz poprzedni akapit –  może trwać w nieskończoność. Uczą się myśleć, a to jest co innego, niż wkuwanie dziewięciu elementów, z których składa się pantofelek, albo co to jest „wyrostek  kłykciowy, który zestawia się z częścią łuskową kości skroniowej.” (Ania:-))  

 

   Może się mylę, ale moim zdaniem gdzieś tu tkwi przyczyna, że naród poddawany przez wieki kolejnym pogromom, rozproszeniu po świecie i powszechnie znienawidzony, nie tylko nie przestał istnieć, ale wciąż ma się dobrze. W dodatku mając w genach tę cholerną uległość, która dla nas, wiecznie gotowych do zrywu, jest tak niezrozumiała. No właśnie, dlaczego Żydzi dawali się zapędzać do wagonów, czy podpalać w stodołach, mając zwykle liczebną przewagę? Bo religia każe im akceptować to, co się dzieje. Żydzi nie zaprzeczają ani nie dyskutują z przebiegiem zdarzeń. Starają się zrozumieć świat, ale nie wpływać na jego losy. Wierzą, że Bóg upuścił świat, który rozleciał mu się na kawałki i wszystko jest formą odbudowania go na nowo. Jeden wielki remont!

    Więc trzeba wszystko przetrzymać i ... śpiewać.

 

   A wracając do początku, jak inaczej wytłumaczyć ich niezwykłe sukcesy? Bo solidarność solidarnością, ok, ale dlaczego Polacy nie są tacy solidarni w USA, jak oni? Dlaczego Włosi, poza mafią, nie stworzyli w świecie porównywalnej siły? A inne nacje? Hindusi zdobywają nagrody w pracach naukowych, dochodzą do gigantycznych pieniędzy w biznesie jak Mittal, ale jako naród nie liczą się poza swoimi granicami.

   Więc co to jest?


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 242