Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014153
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Zwierzę polityczne?

piątek, 29 kwietnia 2011 13:06
 
 
    Oglądam właśnie kawałek ceremonii ślubnej w Opactwie Westminsterskim i przychodzi mi do głowy natrętne pytanie: Czy Panna Młoda jest naiwną gąską, która tak jak kiedyś Diana nie ma pojęcia, w co się pakuje? Czy też jest "zwierzęciem politycznym", albo mówiąc dosadnie "zimną suką" jak Hilary Clinton, która realizuje właśnie pierwszy ze swojego ściśle przemyślanego planu?
 
   Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie pakowałby się w taką kabałę, zwłaszcza mając lat 29, a nie 18, z naiwną wiarą, że będzie żył długo i szczęśliwie . Nie trzeba bowiem wybitnego umysłu, żeby zobaczyć jak DYSFUNKCYJNĄ (uwielbiam to słowo! Jest takie mądre!) rodziną jest miłościwie panująca familia Windsorów.
 
   Nie od dziś wiadomo, że Elżbieta II  zimną matką była. Jej syn Karol nie miał lekkiego życia, a efekty tego chowu widać do dzisiaj. Nie tylko nie miał szansy by być szczęśliwy w małżeństwie z Dianą, to w dodatku istnieje obawa, że nawet  nie doczeka swojej koronacji. Matka chyba z czystej złośliwości nie chce się zrzec korony, chociaż nie ma racjonalnych powodów, żeby tak kurczowo trzymać się tronu. Gdyby urząd króla miał jakiekolwiek znaczenie dla zarządzania państwem a Karol był skończonym kretynem, można byłoby zrozumieć jej pobudki. Ale po to, żeby się parę razy do roku pokazać w parlamencie, czasem przejechać ulicami miasta i przyjąć jakiegoś ambasadora, naprawdę nie trzeba geniusza.  A ona jakby się przyśrubowała do tego stołka, chociaż już dawno powinna pójść na emeryturę (85l.!).
 
   Nie ma też szansy, na co wiele osób liczyło, że Wiliam przeskoczy jeden szczebelek i zasiądzie na tronie zaraz po babci. Nie ma takiej prawnej możliwości, chyba że Karol abdykuje albo umrze, ale kiedy się ponad 50 lat czeka na koronę, to ciężko z niej dobrowolnie zrezygnować, jak wreszcie wpadnie w ręce. Choć to akurat byłoby gestem, który przysporzyłby mu na pewno ogromnej sympatii i uznania, zwłaszcza że za 2 lat sam osiągnie wiek emerytalny...
 
   Wracając do Kate, Ona im wszystkim pokaże, jestem tego pewna! Właśnie dlatego, że nie jest arystokratką, która 10 razy będzie analizowała wszystkie za i przeciw, zanim otworzy buzię. I dlatego że sobie tego Wiliama wywalczyła. Bo on, chociaż urodę ma po matce, być może rozlazły charakter odziedziczył po ojcu, więc ktoś musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Skoro nie zawahała się przeprowadzić akcji odzyskania księcia i doprowadziła go do ołtarza, to ma łeb na karku (zwłaszcza jeśli ten "łeb" jest śliczną główką) i dobrze wie, co robi.
 
 
   I tego jej życzę, chociaż monarchia królewska jest mi zielono obojętna. Ale może już czas, żeby ktoś zrobił trochę przeciągu w tym zatęchłym pałacu.
 

Podziel się

komentarze (150) | dodaj komentarz

Po czym poznać upływ czasu?

czwartek, 28 kwietnia 2011 8:58

 

 

   Wiadomo, że z wiekiem czas leci szybciej niż w młodości. Już wielokrotnie pisałam, że mnie akurat upływ czasu nie martwi kompletnie, ale faktycznie wkurzające jest, kiedy czas leci jeszcze szybciej, niż daliśmy mu pozwolenie. Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, po czym poznajemy, że upłynął kolejny dzień, tydzień, pora roku, rok...?

Można dojść do bardzo śmiesznych konkluzji.

 

   To, że minęło pół dnia najlepiej poznać po tym, że znów trzeba napełnić jakąś paszczę. Rzadziej swoją, najczęściej cudzą. To jest zresztą przekleństwo kucharzy: człowiek to taka istota, której się nie da raz na zawsze nakarmić!

  Statystycznie więc min. 3 razy dziennie musimy zatankować paliwo do czyjegoś dzioba i dobrze, jeśli dzioby są dwa. No, góra trzy. Ja znam żonę marynarza, która miała ośmioro dwunożnych (w tym 5 dzieci) do wykarmienia, nie licząc trzody. Tam zasiadanie do stołu za każdym razem wygląda jak Ostatnia Wieczerza, tylko kosztuje zapewne trochę więcej.

    Mniej ten upływ czasu widać, kiedy się karmi niemowlę, bo ono nie jest miarodajne. Moja znajoma na przykład mówi, że jej dziecko je tylko RAZ dziennie: Zaczyna rano a kończy wieczorem.

   

    To że minął cały dzień najlepiej poznać po tym, że w TVN znów są nowe Fakty, a dopiero były wczorajsze... No i że muszę iść spać, chociaż to taka strata czasu. 

     Po czym poznać, że znów minął tydzień: po tym, że trzeba podlać kwiaty (jako wzorowa ogrodniczka podlewam je przez cały rok raz w tygodniu. Na więcej finezji mnie nie stać. I tak nie doceniają i mrą), ogarnąć dom (ale bez przesady, z brudem nie wygrasz!). Że trzeba zadzwonić kurtuazyjnie do teściowej i wpaść po pracy do swoich rodziców.  Że właśnie leciał nowy odcinek You can dance, więc się nagrało i do pedałowania na stepperze będzie jak znalazł.

    Tydzień też musiał minąć, skoro zwiędły kwiaty w wazonie i trzeba zrobić miejsce na nowe, które przytarga mąż wraz z winem i śmierdzącymi serami na weekend.

  

   Po czym poznać, że minął miesiąc? To łatwe: po PENSJI na koncie!!!

   A ten kto ma firmę, wie, że znów pora zapłacić ZUS i podatek. I pensje pracownikom, czyli mamy konflikt interesów. Trzeba wykupić bilet miesięczny i uregulować rachunki za czynsz, światło, satelitę, komórkę i inne haracze, których nie musielibyśmy płacić, gdybyśmy sobie zbudowali szałas w Bieszczadach.

   Ciekawe, że tylko w przypadku oczekiwania na pensję miesiąc się dłuży, bo jeśli chodzi o wszystko inne, to biegnie porażająco szybko. Zwłaszcza raty kredytu przychodzą do płacenia jedna  po drugiej, i na pewno nie ma między nimi 30 dni,  nieprawdaż?

   Miesiąc minął na pewno kiedy strasznie zatęsknię za pewnym zapachem, który wprawdzie kojarzy się z religijnym uniesieniem, ale z religią bynajmniej nie ma nic wspólnego...

   I kiedy trzeba skrócić grzywkę, bo włazi do oczu, którymi już i tak coraz mniej widzę.

   I jeszcze kiedy czuję, że moje stopy organicznie potrzebują masażu i dłużej ani dnia  nie wytrzymają..

 

       6 miesięcy minęło na pewno, kiedy trzeba wykonać najgłupszą robotę roku: wymienić rzeczy letnie na zimowe i odwrotnie. Ledwo człowiek wyciągnął z szaf i pawlaczy te swetry i płaszcze, wywietrzył, odświeżył, odprasował, a już musi je chować i robić to samo z  letnimi sukienkami.. Straszne to marnotrawstwo czasu!

    

     A rok? Po czym poznać, że minął rok? Ano po tym na przykład, że skończyło się ubezpieczenie mieszkania, samochodu, działki...L

   I, cholera, znów trzeba zrobić cytologię, albo chociaż w tym roku mammografię, albo coś innego dla spokoju sumienia. Bo człowiek dopiero co był prześwietlony od góry do dołu ("Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niedobadani", mówi mój przyjaciel chirurg), a tu patrzysz w kalendarz - to było już rok temu!

   No i znów biodro syna musi iść na Rentgen. Tzn. nie samo, tylko z synem, żeby wiedzieć, czy nie rozwalił kolejnej panewki przez ten rok i nie trzeba go znów kroić...

   A, i dziecko trzeba zaprowadzić do nowej klasy, tylko przypomnij sobie najpierw człowieku, która to może być?! Dopiero szło do pierwszej, a to chyba już będzie 4-ta, czy coś? Ojcowie często mają z tym problem.

    No i jeszcze ledwo się wylizało rany po prezentach Gwiazdkowych, a już musisz myśleć nad nowymi. O kasie nie wspomnę. Ja mam wrażenie, że to jest jakieś cholerne perpetuum mobile, te prezenty. Nigdy dość myślenia o tym, co kupić pod choinkę tej bandzie sępów...

 

         A po czym poznać, że gdzieś nam ukradli tak ze 20-30 lat?

No, głownie po tym, jak się zestarzały nasze dzieci. I że sypie się już drugi garnitur sprzętów domowych, które przecież dopiero "niedawno" wymienialiśmy: pralkę, lodówkę, odkurzacz...

No i najgorsze - kiedy kandydat do pracy nie ma w dacie urodzenia 6-stki ani 7-ki z przodu (czyli nie urodził się np. w 65, albo 75 roku), tylko 8-kę, a nawet 9-tkę!

To boli...

 

Macie jakieś swoje własne sposoby odmierzania czasu?

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Seks w pewnym wieku - film "80 dni"

wtorek, 26 kwietnia 2011 9:24

  

   Coraz częściej dochodzę do wniosku, że z rozsądku (inaczej: "przez rozum") trzeba się czasem przymusić i pójść do kina albo obejrzeć w TV coś nietypowego, co wstępnie przegrywa w selekcji z hollywoodzką super-produkcją. Bo też wiele razy biorąc pilota i podejmując decyzję w sobotni wieczór, "co dziś oglądamy", wybieramy Przeminęło z wiatrem, Terminatora, albo powtórkę serialu, chociaż znamy to na pamięć. Jak trudno nam w tym momencie zaufać kinematografii rosyjskiej, czeskiej, skandynawskiej, czy hiszpańskiej?

 

   Na ogół mamy na to proste wytłumaczenie: "Oglądam tak mało telewizji, a jestem tam zmęczona/y, że nie mam sił na coś eksperymentalnego, być może trudnego, może zbyt oryginalnego". Błąd. Często zmuszając się do podjęcia niebanalnej decyzji otrzymujemy nagrodę w postaci czegoś naprawdę wybitnego.

   Pamiętajmy, że amerykańską sieczkę sprowadza się do nas bez ograniczeń, a inne kina muszą zaproponować coś znakomitego, żeby zasłużyć na uwagę kupujących.

 

   Do takiego macoszego kina z pewnością należy kino hiszpańskie. Czasy, kiedy człowiek stał w kolejce żeby obejrzeć "Widma wolności" czy "Dyskretny urok burżuazji" Buñuela minęły wiele lat temu. Wtedy po prostu poza kinem jedynie słusznym,  czyli radzieckim i ew.czeskim, z zagranicy można było jedynie upolować tego Bunuela. Potem triumfy święcił Saura, a potem nastała cisza. W obecnych czasach, kiedy bez problemu można w kinie obejrzeć film peruwiański, tanzański, irański czy wietnamski, kino hiszpańskie straciło trochę na znaczeniu. Ale nie całkiem.

 

   Ostatnio w ramach przeglądu filmów hiszpańskich zobaczyłam znakomitą "Samotną wyspę", a wczoraj jeszcze lepsze "80 dni".

     To historia z pozoru banalna do bólu i modna tematycznie: mężatka spotyka przyjaciółkę z młodości, odżywają wspomnienia. Wraz z nimi budzi się świadomość swojej seksualności, stłumionej dotąd pod pancerzem małżeństwa. Uczucia nabrzmiewają, dochodzi do wspólnej nocy z przyjaciółką. Mąż łapie żonę na kłamstwie, którą słusznie przyjmuje za zdradę, jednak nie zdaje sobie sprawy, kto jest jego rywalem. Pierwszy przypadkowy mężczyzna przyłapany na rozmowie z żoną obrywa po pysku, robi się zadyma, ona zrywa kontakt z przyjaciółką dla dobra rodziny itd...

 

    Wszystko jest tu niezbyt oryginalne - drugie życie jakie prowadzi bohaterka, jej nagle uświadomiony homoseksualizm, reakcja męża. Poza jednym - wszyscy bohaterowie przekroczyli 70-tkę!!!  Panie mają twarze pomarszczone jak jabłuszka (Hiszpanki chyba generalnie szybciej się starzeją) a mąż jest brzuchatym mrukiem, który jak Felicjan Dulski dawno przestał się czymkolwiek podniecać. Szok!

 

    Samo wzięcie na warsztat tematu seksualności w TYM wieku już wydaje się pomysłem iście szatańskim. Wszak w TYM wieku ta sfera życia powinna definitywnie przejść w zapomnienie! Ale już pomysł, aby starsze panie okazały się lesbijkami, wydaje się taką samą abstrakcją, jak to żeby Polska wypowiedziała wojnę Etiopii... A jednak...

 

     Film ma niesłychany klimat i urok. Wszystko tu jest naturalne, nie budzi żadnych oporów. Nie ma scen erotycznych, nawet pocałunek jest ledwie dotknięciem warg. Ale miny pań po pierwszej (i jedynej) wspólnie spędzonej nocy - bezcenne.

Podobnie jak reakcja męża, który niczym tatuś Amelii najpierw tkwi w kompletnym marazmie, a potem nagle zbiera się do działania  i wyrusza na krucjatę żeby odzyskać żonę.  

 

   Tyko raz w życiu spotkałam się z takim wyrazistym dotknięciem tematu seksualności u 70-latków - w książce Whartona "Spóźnieni kochankowie". Ale on już taki jest, ten Wharton, że nawet seks z panią kanarkową potrafi opisać tak mocno jak w dobrym pornosie, więc co to dla niego scena erotyczna z 70-latką? Ale w kinie chyba się z tym nie spotkałam...

 

   Polecam gorąco ten film. Wprawdzie ten, co zna hiszpański, niech nie nastawia się na odbiór w oryginale, bowiem dialekt baskijski, którym posługują się bohaterowie niewiele z hiszpańskim ma wspólnego. Ale nawet nie znając ni w ząb języka, można docenić fenomenalne aktorstwo, które bawi i wzrusza.

 

PS. Zupełnie przypadkiem nasunęła mi się refleksja: chociaż panie są w tym samym wieku (widać po zmarszczkach), jednak przyjaciółka (zdeklarowana lesbijka żyjąca samotnie) wygląda o klasę lepiej, niż stateczna gospodyni domowa, gotująca i piorąca mężowi skarpety.  Tak jakoś...

 

 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Wielkanoc w Libii

sobota, 23 kwietnia 2011 15:00

  

   Zbiegły mi się ostatnio dwa wątki - jeden to Wielkanoc, drugi to Libia.

Jedno i drugie jest aktualnie tematem dnia, a mnie się tak raz zdarzyło, że spędziłam Wielkanoc w Libii.


   Była połowa lat 80-tych. Kadafi tracił poważanie w oczach Zachodu, jego ropa przestawała się liczyć tak jak wcześniej. W sklepach coraz częściej brakowało podstawowych artykułów, zdarzały się też coraz dłuższe przerwy w dostawie prądu. W 50-stopniowym upale nagłe wyłączenie klimatyzacji, ale przede wszystkim lodówek, wywoływało dramatyczne konsekwencje, zwłaszcza kiedy wcześniej kupiło się na zapas sporo masła czy mięsa.

    W tych warunkach wybrałam się w odwiedziny do rodziców, których los rzucił na placówkę do Trypolisu.

 

   Było nas troje, a ściślej mówiąc czworo, tylko jedno schowane jeszcze w brzuchu mojej siostry. Moje małe było już na zewnątrz, ale niewiele odrośnięte od podłogi, chociaż poruszające się już na dwóch, a nie na czterech.

   Podróż wypadła parę dni przed Wielkanocą, więc przyszło nam spędzić Święta w tym pustynnym kraju.

 

   Zaczęło się od szoku termicznego - Wielkanoc wypadała wtedy dość wcześnie, więc w Polsce panowały temperatury zbliżone do zimowych, czyli +3 st.C. Do tego wiał lodowaty wicher, tak więc podróż na lotnisko i do samolotu siłą rzeczy zmusiła nas do ubrania siebie i dziecka w najgrubsze ciuchy.

     Podczas lotu ryczącym i wibrującym IŁ-em 18 usłyszałyśmy, że w Trypolisie jest +25 st. Przezornie miałam przy sobie cienką letnie ciuszki, ale same wytopiłyśmy się jak kostka masła po wyjściu z samolotu.

 

   Jadąc do kraju, w którym obowiązywała absolutna prohibicja, nie mogłyśmy oczywiście zawieść oczekiwań i wiozłyśmy ze sobą całą kontrabandę, czyli neseser ojca wypakowany alkoholem. Było tam wszystko, whisky, gin, wódka własnej roboty a nawet spirytus na ajerkoniak dla mamy. Przytomnie nie wyszłyśmy z tym na płytę lotniska, tylko zostawiłyśmy stewardesom z informacją, że jeśli nikt się po to nie zgłosi, mogą sobie to wszystko wypić.

    

    Ojciec zdążył jednak podjechać wraz z przedstawicielem LOT-u, tak więc alkohol wraz z naszym całym bagażem został wywieziony bocznym wyjściem w ramach poczty dyplomatycznej. Do odprawy celnej zgłosiliśmy się więc  we trójkę mając za bagaż wyłącznie... reklamówkę z nocnikiem. Mina pracownika libijskich służb specjalnych - bezcenna.

    Libia przywitała nas temperaturą ok. 25 st., która jednak w ciągu następnych 2 tygodni dobiła do +40!

    

    Dziwne to były święta. Z nieba lał się żar, a na stole królowały tak dziwne i niespotykane wówczas wiktuały jak pomarańcze i cytryny (które każdemu Polakowi w latach 80-tych kojarzyły się wyłącznie z Bożym Narodzeniem). Nie było szans na szynkę, śledzia czy porządny pasztet. Mama zrobiła ruskie pierogi z serka Philadelphia (w Polsce wtedy nie do kupienia), bo oczywiście biały ser nie istniał wówczas na innym rynku poza Polską. Makowca nie udało jej się upiec, ponieważ torebkę maku kazano nam wyjąć z bagażu na Okęciu. Przytomnej celniczce przypomniało się bowiem, że obsesja władz libijskich na punkcie narkotyków obejmuje nawet takie rzeczy, jak mak.

    

    Bardzo dziwne to były święta. Nie było święconki ani pisanek, nie było też chodzenia z koszyczkiem, bo kościoła katolickiego też nie było. Na stole stały tylko jaja i drób, do tego warzywa, których w Polsce mogliśmy dotknąć dopiero za jakieś 2-3 miesiące - pomidory i zielony ogórek.


   Kupiłam ich zresztą całą torbę na wyjazd do domu, i to był błąd. Mój mąż chcąc zrobić mi ucztę na powitanie zakupił na słynnym bazarze na Polnej za jakieś bajońskie sumy importowanego pomidora i ogórka. Strasznie mi było przykro, kiedy wyciągnęłam z walizki moje dary i zobaczyłam jego rozczarowaną minę...



Podziel się

komentarze (3) | dodaj komentarz

A jednak z rodziną tylko na zdjęciu..

piątek, 22 kwietnia 2011 8:40

 

   Pisząc tekst o rodzinie (4.04) nie wiedziałam nawet, ile mam racji.

Życie dopisało epilog do mojego artykułu. Oto dowiedziałam się właśnie, iż zmarł  stryj, w dodatku mój ojciec chrzestny.

 

    Nie miałam ja z niego zbyt wielkiej pociechy. Całe swoje życie dokądś gnał, porzucił żonę z dziećmi, handlował na wschodnim pograniczu... Kontakty z resztą rodziny praktycznie zerwał.

 

   Pojawił się nagle w naszym życiu po kilkuletniej przerwie, kiedy dostał z sądu zawiadomienie o sprawie spadkowej po mamie, czyli mojej babci. Parę lat wcześniej babcia zapisała mi swoje małe mieszkanko, jako że jedyna z najbliższej rodziny nie miałam nic własnego. Oczywiście wiadomo było, że nigdy nie zamieszkam w tym miasteczku, z którego z ulgą wiele lat temu się wyrwałam, jednak liczył się fakt. 

   Co prawda kwota, jaką mogłam dostać za kawalerkę na tej prowincji wystarczyłaby mi być może na zakup balkonu w Warszawie, ale co tam...

 

    Na sprawie spadkowej zjawił się mój ojciec, po to żeby potwierdzić wolę Babci i... właśnie mój stryj, który nikogo wcześniej nie zawiadomił, że będzie. Pogadaliśmy sobie jednak miło na korytarzu, w końcu byliśmy najbliższą rodziną.

Weszliśmy na salę, gdzie młody sędzia zapytał obecnych synów zmarłej, czy akceptują jej wolę. Ojciec oczywiście potwierdził, zaś mój ojciec chrzestny powiedział NIE!

 

   Mało nie zemdlałam! Szok był nieporównywalny z niczym, co dotąd przeżyłam. W dodatku jako jedyny powód swojego protestu stryj podał to, że mojemu ojcu z nich wszystkich najlepiej się w życiu powiodło, w związku z tym uznał za niesprawiedliwe, żeby jego córka jeszcze dziedziczyła coś po babci...

 

   Kiedy my wychodziliśmy z osłupienia, sędzia spokojnie zapytał, czy stryj kwestionuje testament. Tego nie mógł zrobić, bo babcia miała pismo nie do podrobienia - ranna w czasie wojny w prawą rękę, przez resztę życia pisała lewą, a szło jej to fatalnie.

W związku z powyższym sędzia oddalił sprzeciw.

 

    Pożegnaliśmy się zimno, z poczuciem ogromnego żalu. Od tamtej pory więcej o nim nie słyszeliśmy, aż do dzisiaj. Stryj odszedł, ale jeszcze na koniec wyciął nam numer. Zmarł w piątek, a moi rodzice przez cały tamten tydzień, do soboty rano kręcili się w odległości paru kilometrów od niego, odwiedzając swoich dawnych przyjaciół. Zdążyli wrócić umordowani jak konie pociągowe do domu, jadąc 600 km w korkach, po czym następnego dnia dostali informację, że mogą wracać, bo jutro pogrzeb... Chichot zza grobu słychać chyba na całym Dolnym Śląsku. 

 

Ot, rodzina...



Podziel się

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 153