Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 310 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844689
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Czechy cz.1

poniedziałek, 30 kwietnia 2012 22:52

 

   Ambasadorką Czech powinnam być mianowana dawno, po naszej pierwszej wyprawie na Morawy w 2004.

   Ilość prześlicznych miasteczek, zamków, pałaców, a co jedno na liście UNESCO, przeszła nasze oczekiwania. Zaczęłam wtedy inaczej patrzeć na naszych sąsiadów i zwalczać ogólne stereotypy, że „knedle”, że gbury i że bardzo  nas nie lubią.

   Moja sympatia do Czechów jest wprost proporcjonalna do niechęci wobec Słowaków, ale oni sobie już dawno nagrabili. Po pierwsze tym, że mają 5/6 Tatr, a my resztki, i nie ma na to zgody! Po drugie że oni właśnie nigdy nie potrafili być mili nawet wobec gości, którzy w końcu zostawiają u nich najwięcej pieniędzy jako nacja.

 

   Wracając do Czech, to najpierw zakochaliśmy się w Morawach, a teraz przyszła kolej na Czechy zachodnie i środkowe. Przekroczyliśmy granicę w Kudowie i już 15 km od granicy od razu mamy ciekawe miasteczko – Nove Mesto n.Metuji. Zgrabny rynek, okazały zamek górujący nad nim i park w stylu francuskim z oryginalnym mostem-tunelem, tworzą dobrze skomponowaną całość. Wrażenie wzmocniło świetne carpaccio wołowe i ziołowe grzanki z wieprzowiną i kleksem gęstej śmietany.

(Proszę nie zwracać uwagi, że podczas wycieczki nieraz pojawi się potrawa, która jest na czarnej liście mojej diety. W podróży to nawet nasz przyjaciel Wielebny zje mięso w piątek – taka dyspensa.)

 

 


 

   Dalej już prosto do Kutnej Hory. Miasto – oczywiście też na liście UNESCO – jest malutkie, ale wielkiej urody. Słynie z olbrzymiej (na oko 11 pięter wysokości) katedry św. Barbary, której ażurowy dach, pełen żeber, posągów, i wieżyczek ktoś kiedyś określił grzbietem brontozaura. W środku katedra też zapiera dech, za sprawą np. czarno złotej ambony, bajecznych organów na 4 tys. piszczałek, licznych fresków z 14 wieku, a także oryginalnych biało-czarnych konfesjonałów w jednym rzędzie.

 

 

 

Konfesjonały.

 

 


 

   Poza Barbarą, Kutna Hora ma wiele pięknych miejsc, ale nie do wszystkich dało się wejść. Natomiast niewątpliwie najbardziej oryginalnym przybytkiem tutaj jest miejska (była) ... kostnica Sedlec. W 1870 r. została ona udekorowana kośćmi z 40 tys. osób pochowanych na pobliskim cmentarzu. Wszystko jest z kości, z każdej części szkieletu. Z kości zrobiono kielichy, krzyże, herb z ptaszyskiem dziobiących głowę Maura, wreszcie gigantyczny żyrandol. Robi to dość upiorne wrażenie i chociaż nie jest jedyne na świecie, a nawet w Polsce mamy taką kaplicę, jednak ścina krew w żyłach. (Sorry za słabą jakość zdjęć, ale to jednak muzeum więc trzeba było robić z ręki).

 

  


 

    Z obserwacji socjologicznych;


1. Tubylcy są bardzo przyjaźni i uczynni. Nawet wtedy, kiedy nie muszą, a to już coraz rzadsze zjawisko. Przykład: chcieliśmy wymienić trochę euro na korony, więc weszliśmy do banku. Pan grzecznie poinformował, że oprócz kursu -  kiepskiego, jak to w bankach - musimy jeszcze zapłacić 2 % prowizji, i że lepiej zrobimy idąc na rynek, gdzie jest kantor. Adres kantoru dokładnie objaśnił. Mieści się to Wam w głowie?

 

2.      Nie ma złodziejstwa ani prób naciągnięcia. Ceny w sklepach i barach są śmiesznie niskie, a człowiek czuje się bezpiecznie nawet chodząc nocą po pustych ulicach. Jak ostatnie matołki zostawiliśmy GPS wpięty pod przednią szybą. Samochód 2 dni stał na ulicy, zero agresji czy próby włamania.

 

3. Zaskakująco dobra kuchnia i wina z Moraw, po cenach... szkoda gadać. Czy ktoś u nas widział wino w restauracji hotelu 4-gwiazdkowego za 25 zł/butelka? A piwo w kafejce na rynku za 3 złote? Wstęp do katedr za 6-8 zł/os? Prawo do robienia zdjęć za darmo, byle bez flesza?

 

To na razie tyle. Jest dobrze:))

CDN



Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Damska końcówka czyli parytet.

piątek, 27 kwietnia 2012 9:01

 

 Od jakiegoś czasu feministki zażarcie próbują walczyć z męską dominacją między innymi zmieniając brzmienie męskich nazw zawodów na żeńskie. A oto efekt.

 

Szanowna Pani Prezesko,

 

Jako jedyny mężczyzna na zakładzie chciałbym przedstawić Pani moje stanowisko w sprawie tego naszego eksperymentu, co to polegał na  wprowadzeniu zasady parytetu w 200 procentach. Czyli zatrudnieniu samych kobiet.

   Ja jestem zgodnym człowiekiem i do różnych okoliczności potrafię się dostosować, ale już dłużej nie mogę.

 

   Wszystko zaczęło się wtedy, gdy rysowniczka w biurze konstrukcyjnym źle wyliczyła współrzędne i projekt nowej rampy był do d..., znaczy, nie trzymał parametrów. Nasza murarka zbrojarka usiłowała na podstawie tego projektu coś tworzyć, ale betoniarka powiedziała, że beton nie chwyci. Do tego dołączyła się blacharka, według której stalowa płyta o wadze 1 tony na gładkiej ścianie się nie utrzyma. Na to inżynierka w krzyk, że projekt jest dobry, tylko z nich fachowczynie jak z koziej d..., no i...

 

   W spór włączyła się zaopatrzeniowczyni, że ona takiej blachy jak w projekcie stoi, nie załatwi, bo handlow ... dziewczyna od handlu poszła rodzić, i niech sobie same młotkiem wyklepią. W tym czasie tynkarka już właziła na drabinę, ale że jej techniczka pomocnicza źle przygotowała front robót, to z tej drabiny zleciała i złamała nogę na durch. Znaczy, otwarte złamanie miała. Odwieźli ją do szpitala, a tam – chyba pijana – chirurżka źle jej tę nogę spasowała, czyli piszczel ze strzałką złożyła, czy jakoś tak, i w efekcie tamta już 3 miesiące siedzi na zwolnieniu, bo się jakaś lewoskrętna zrobiła i wciąż zawraca.

 

   No to lakierniczka ze zbrojarką ogłosiły strajk okupacyjny, bo jak mówią – u nas warunki pracy gorsze niż górniczki mają w kopalni!  Pozostałe baby, pardon - pracownice strajkują na sposób tajlandzki, czyli spóźniają się średnio po 3 godziny do roboty. Zawsze mają jakiś wykręt: a to magistra w aptece nie chciała wydać leku dla babci, a to inną tak wciągnął w radiu wykład krytyczki Szczuki, że wjechała w kuper innej kierowczyni i razem czekały na Policję. Innym razem etyczka Środa zachęcała do asertywności i żeby być sobą... I że nie trzeba się tak męczyć na zakładzie, skoro latarniczką można zostać...

   Krótko mówić, robić nie ma komu, bo nawet mistrzyni robi uniki. Mówi, że kiedy była żołnierką, to miała dostęp do tajnych dokumentów i teraz ją jakaś detektywka śledzi, więc czasem musi jej uciec. No to niech ucieka, ale dlaczego w godzinach pracy?

 

    Ja już bezradny jestem, bo one mają nieograniczoną ilość pomysłów. Nagminnie psują zegar, żebym nie mógł udowodnić, że się spóźniają, a zegarmistcz...tfu...czka na urlopie. Ukradły mi też okulary, bo wiedzą, że ja bez okularów  ślepy jak kret jestem, a najbliższa optyczka pracuje 60 km stąd. Jak podpaliły paletę z pakułami to strażaczka – chyba uprzedzona – powiedziała przez telefon, że nie przyjedzie, bo na to zakładowa gaśnica powinna wystarczyć. Ale szalę goryczy przelały, kiedy wytapiarka zrobiła próbny spust surówki do moich nowych  gumiaków i teraz muszę w wizytowych pantoflach po zakładzie ganiać, a one nie podzelowane są, bo ta cholerna szewca..., szewczyni..., szewczka numerki wydaje i ja dopiero na grudzień zapisany jestem!

 

   To tak się nie da dłużej pracować, przyzna Pani, Prezesko! Muszę więc złożyć wypowiedzenie, albowiem czeka na mnie posada dużo mniej stresująca i na świeżym powietrzu. Do lasu mnie ciągnie, a tam piękna drwalka na mnie czeka, że tylko rąbać...

 

 

Tekst ten dedykuję obrończyniom kobiecej godności, bojowniczkom o prawa kobiet  bez pytania ich o zdanie.

A tak w ogóle żegnam się z Państwem na tydzień, bowiem wybieram się do Czech na włóczęgę. Mam zamiar jeść knedliki z gulaszem i robić zdjęcia. Mam nadzieję, że mają tam Wi-fi. Życzę wszystkim pięknego długiego weekendu.

 


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Matka Królów

środa, 25 kwietnia 2012 18:50

 

  Żyć za wszelką cenę?  Ten temat wciąż wraca, od kiedy weszłam w wiek, kiedy zalicza się więcej pogrzebów niż ślubów. Pisałam już o tym, że według mnie nie warto osiągać sędziwego wieku, kiedy wokół wszyscy umierają albo ciężko chorują, kiedy nie ma się z kim spotkać, wyjść do kina czy teatru, i pozostaje tylko samotne gapienie się w telewizor w oczekiwaniu na telefon czy wizytę kogoś z rodziny. Pod warunkiem oczywiście, że się tę rodzinę ma.

 

   A jednak niektóre z tych osób, także te schorowane, narzekające, pozbawione niemal wszystkich radości w życiu, walczą... Choćby godzinami potrafiły skarżyć się na rozliczne schorzenia, bóle, niedostatki,... wciąż walczą. Nie tylko próbują prowadzić zdrowy tryb życia, ale dodatkowo fundują sobie różne, czasem inwazyjne badania, żeby wykluczyć, lub właśnie znaleźć i wyleczyć raka, zwężenie tętnic, wrzody żołądka czy inne france. Nie tylko że przy tym cierpią, ale dodatkowo narażają się na powikłania, bo np. taka koronorografia dla wielu osób może stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo. Dlaczego? Po co?

 

   A jeśli coś sobie znajdą, co wtedy? Operacje, dalsze inwazyjne badania, jeszcze większe cierpienie...? Gdybym miała 80 lat, żadna siła nie zmusiłaby mnie do szperania w swoim organizmie, dłubania w tętnicach, pakowania sobie rur w różne miejsca! Wolałabym tkwić w błogiej nieświadomości, aż wszystko samo się okaże i będzie za późno na jakąkolwiek interwencję. Tak mi się wydaje teraz.

 

   Bo za parę dziesiątków lat może też będę zmuszona do przeciągania życia w nieskończoność. Bo czasem jest ktoś, dla kogo trzeba żyć, choćby nie wiem jak się miało tego życia dość. 

   Inspiracją do tego wpisu był wywiad w Vivie z Jadwigą Kaczyńską, tą – cytuję z dawnych czasów – „Matką Królów”. Pani Jadwiga już kilka razy była jedną nogą w raju, ale wciąż coś ją z drogi zawracało. Zapewne czuje, że ma tu jeszcze misję do wypełnienia i pewnie z tego względu wyszła ze stanu krytycznego, w którym była kiedy wydarzył się Smoleńsk, a także z udaru, który ją trafił rok temu. Ma 85 lat, trzeźwy mózg i świadomość, że jeszcze nigdzie nie może sobie pójść. I mówi "Muszę jeszcze trochę pożyć dla Jarka".


   Artykuł zawiera znamienne zdjęcie, które więcej mówi o rodzinie Kaczyńskich, niż jakiekolwiek wywiady.

 

 

   Kiedy odszedł Lech, siłą rzeczy tych dwoje zostało samych na świecie. Póki bracia byli razem, matka mogła być spokojna. Po katastrofie Jarosław wpadł jej niejako ponownie w ramiona i teraz kobieta uwiązana jest na tym łez padole jak galernik do wioseł... Pytanie, ile stary człowiek jest w stanie udźwignąć?

 

Przy okazji ciekawostka: Jarosław zrobił  symboliczny grób brata i bratowej na Powązkach i tam biega, podobno nawet 2 razy w tygodniu! Bardzo sprytnie. Szkoda tylko, że z powodu jego chorej ambicji ich matka nigdy jeszcze nie była na prawdziwym grobie swojego syna i na razie się na to nie zanosi.  Matka twierdzi, że „Jarek wciąż jeździ na Wawel”. A kto go tam widział?

 

 PS. Moja ciotka ma kota , który skończył 20 lat, co jak na średni wiek koci jest absurdalne. Trwają sobie w idealnym związku i wciąż się zastanawiam, kto tu dla kogo żyje. Czy ciotka nie może opuścić zwierzaka mimo 82 lat i licznych chorób, czy może to on czuje, że nie może jej zostawić samej, więc jakoś ciągnie. Przykład może banalny, ale sytuacji znacznie poważniejszych jest bardzo wiele.

 

 


Podziel się

komentarze (138) | dodaj komentarz

Zielony tulipan

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 6:05

 

   Wbrew pozorom natura wymyśliła kwiaty nie po to, żeby cieszyły ludzkie oko, chociaż człowiekowi ciężko jest się pogodzić z tym, że coś nie powstało wyłącznie dla niego.

    Natura stworzyła kwiaty, aby rośliny mogły się rozmnażać. Większość z nich jest owadopylna, a więc musi czymś te owady  zainteresować, bo bez interesu nie będą jak głupie po nich łazić (mówi się chyba „skakać - z kwiatka na kwiatek”) ...


    Pierwszym sposobem na zainteresowanie owadów jest intensywne ubarwienie (w końcu kobiety też nie bez powodu malują paznokcie na pożarniczą czerwień, lub/i zmieniają kolor na głowie, z tym że nie robią tego dla owadów).

 

   Zaczęłam trochę szperać w necie i znalazłam dużo ciekawych rzeczy. Np. to, że owady widzą czerwień jako brudną zieleń, więc czerwone kwiaty muszą się zapylać jakoś inaczej. Wyjątkiem są polne maki. Ich soczysta czerwień nie ma żadnego znaczenia dla owadów, a jednak są przez nie odnajdywane z powodu kształtu i błyszczących płatków. Czerwonym pomagają ptaki, ale wtedy kwiat powinien mieć z definicji grubszą łodygę, żeby udźwignąć gościa, który wpadł na kolację. Za to żółte i niebieskie – czekają na owady! 


   Druga ciekawostka – kwiaty magnolii zamykają się na noc, nie zważając, czy wyszli ostatni goście. Ale to nic złego. Uwięzione w nich chrząszcze dostają voucher na bezpłatny nocleg w komfortowych warunkach, gdyż w środku temperatura jest nawet o 10 st.C wyższa, niż na zewnątrz. Biorąc pod uwagę wiosenne przymrozki, nie jest to bez znaczenia.


   I trzecia ciekawostka – smugi na fiołkach służą za lądowisko dla owadów, są pasami „startowymi”, które bezbłędnie prowadzą do serca kwiatu. Natura nie jest taka głupia...

 

   I wszystko szłoby po Bożemu jak od wieków, gdyby człowiek nie umyślił sobie poprawiania natury dla swojej uciechy.

Myślał, myślał i wymyślił – zielone tulipany.

 

 

  Widziałam juz w życiu różne gatunki tulipanów - kosmate, czarne, pasiaste, wyglądające jak peonie, ale żeby zielone...?  I jak teraz owad ma trafić do środka? A może to tulipany mają się nagle stać wiatropylne, jak te policjantki w opinii szefa związkowców? Niestety, w przyrodzie zmiany nie następują tak szybko!


    Same kwiaty widziałam już wcześniej, ale dopiero teraz mnie zaintrygowały, więc zaczęłam szukać. Po haśle „zielony tulipan” w Google trafiałam tylko na biuściaste.pl albo kwiaciarnie, nic więcej. Doczytałam też, że wiele tulipanów ma imiona, np. Ronaldo, Hilary Clinton, Vivaldi czy Maria Kaczyńska, a jak nazwać takiego cudaka??

 

   A konkluzja jest taka, że teraz idąc w gości nie będzie już można mężowi na schodach podpowiedzieć: „Pamiętaj, kwiaty wręcza się zielonym do dołu”.



Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Cz.2 liczenia kalorii

czwartek, 19 kwietnia 2012 18:56

 

   Kiedy już zrozumieliśmy, że liczenie kalorii w posiłkach jest tak samo bezcelowe jak analiza sztucznej mgły w Smoleńsku, czas zastanowić się nad utratą tychże kalorii. To kolejna bzdura powtarzana przez pseudospeców od odchudzania – wyliczanie ile kalorii stracimy biegnąc, odkurzając, pracując umysłowo czy śpiąc. Uwielbiam takie statystyki: 20 min. sprzątania  –  45 kcal. 15 min. prasowania – 38 kcal, itd.

 

   Dlaczego wszyscy ci mędrcy nie posłuchają choćby instruktorów fitness, którzy mówią, iż organizm zaczyna spalać tłuszcz dopiero po 30 minutach ciągłego wysiłku. Inaczej mówiąc – nawet jeśli wbiegniemy na 10 piętro rano i powtórzymy to wieczorem, to (o ile serce nam nie wysiądzie) co najwyżej poprawimy sobie kondycję, ale nie ubędzie nam od tego ani deka. Natomiast idąc spokojnym marszem po płaskim, ale mając przez 40 minut tętno podniesione o 50% mamy bardzo duże szanse schudnąć. Panie próbujące zrzucić fałdki przy pomocy elektrowstrząsów wiedzą, że mięśnie brzucha też muszą być pobudzane do skurczów przez 40 minut. Inaczej nie warto w ogóle zaczynać.

 

    Jeśli przyjrzeć się bliżej tabelom spalania kalorii, to człowiek łapie się za głowę. Bzdura goni bzdurę. To jest jak w sklepie – ile dostanę za godzinę...? Wynotowałam te najbardziej kuriozalne :

-         godzina pocałunków (jak oni to zmierzyli?) – 150 kcal,

-         łowienie ryb (ale na łososia w amerykańskim strumieniu czy na płotki w naszym jeziorze?) – 260 . 

-         lekka praca biurowa - (ale czy kiedy szef molestuje, to traci się tyle samo, czy więcej? A jak jest przy tym przyjemność, to... dooobra) – 140!

-         Seks – 200 kcal! (ale płacą tyle dopiero za godzinę! A jak on trwa 15 minut, to nawet na czekoladowy batonik nie wystarczy!)

-         Spanie – 62. O, to lubimy. Wystarczy pospać 18 godzin i hulaj dusza, piekła nie ma! Same lody i schabowy!

-         Ubieranie i rozbieranie – 118. No, jakby to połączyć z seksem, to się uzbiera...

-         Robienie zakupów... O, to jest dobre! Utrata 300 kcal przez godzinę! Faceci nam wmawiają, że my tylko czas i pieniądze trwonimy, a tu proszę! Dla zdrowotności niejedną godzinę poświęcimy...

-         Prowadzenie samochodu – 126 za godzinę. Jakby to połączyć z tym seksem... ok., ok., już nie będę!

-         Śpiewanie – 122 kcal... Te wszystkie operowe śpiewaczki powinny być jak osiki.

 

    I tak można bez końca. Jak można ludziom wciskać takie głupoty? Oczywiście, że wchodząc przez godzinę po schodach (1100 kcal) faktycznie spalimy  tkanki tłuszczowej więcej, niż ścierając kurze (240), jeżdżąc konno (650) czy grając w badmintona (400). Ale te wyliczanki są wzięte z sufitu. Jeden będzie przecież pokonywał 1 stopień przez 30 sekund, a drugi wbiegnie lekkim truchtem. Pierwszy nawet się nie zasapie, drugi zdechnie na 3 piętrze.

 

   Więc – jeśli postanowimy się poruszać w celach odchudzawczych, to najpierw zarezerwujmy czas od 40 minut wzwyż i – lecimy. Biegamy, robimy skłony, intensywnie odkurzamy, uprawiamy seks, co tam kto lubi i może... A raz na parę minut kładziemy palce na tętnicy szyjnej i sprawdzamy. Jeśli na siedząco mamy 60, to w ruchu powinniśmy mieć min. 90, żeby był efekt. I nie liczymy kalorii, tylko tętno i czas!

 

   Oj, muszę zjeść kawałek czekolady. Godzina pisania na maszynie to podobno utrata 80 kcal! Jakoś mi słabo, pójdę się wzmocnić:)))

 

 


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 689