Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014181
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Wyjeżdżam!!!!!

sobota, 26 kwietnia 2014 7:37

 

Moi drodzy Czytelnicy. Jeśli ktoś lubił moje relacje z Rumunii z ubiegłego roku, może polubi też opowieści z Bułgarii. Ponieważ wtedy nam tak dobrze poszło (czytaj: przepiękny kraj, czysty, zadbany, bezpieczny itp.) to idziemy za ciosem.

 

Zwłaszcza, że w cudownych gierkowskich czasach cała Polska jeździła do Bułgarii na wakacje - OPRÓCZ MNIE!!!

 

Znacie mnie już trochę - Złote Piaski mnie nie interesują nic a nic! Za to góry, a, to proszę bardzo! Dlatego szukajcie mnie na trasie Sofia - Melnik - Kyrdźali - Płowdiw - Sofia, plus minus 100 km w te lub we wte, lub w bok. Mamy zamiar łazić po górach Pirin i Riła, zwiedzać monastyry, przejechać się górską wąskotorówką i pić bułgarskie wina, które są świetne, nie mylić z "Sofią" z lat 80-tych.

 

Tylko proszę mi potem nie pisać, że trzeba było zajrzeć tu czy tam. Ja już jakiś czas temu pytałam, czy ktoś zna jakieś ciekawostki spoza głównych szlaków, ale pies z kulawą się nie odezwał.

 

No, ale jakby w trakcie ktoś sobie coś przypomniał, to jednak niech pisze. Będę zaglądać regularnie.

 

Serdeczności dla wszystkich, odmeldowuję się na mały tydzień.:)

 


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Korea Południowa - raj na ziemi?

wtorek, 22 kwietnia 2014 20:42

 

   Późna noc. Człowiek ze zmęczenia nie może zasnąć, więc biega po kanałach. Trafia na telewizję koreańską, gdzie akurat transmitowany jest quiz dla 6-7-latków.

   Dzieci śliczne jak z obrazka, mówiące płynnie po angielsku, odpowiadają na pytania z wiedzy ogólnej w zawrotnym tempie. Nagle z taśmy leci kawałek muzyczny, który jeden ze skośnookich maluchów bezbłędnie odczytuje jako Tańce Słowiańskie Dvorzaka, opus 72.

Szczęka opada do podłogi...

 

   Następnego dnia mój rozentuzjazmowany mąż pisze maila do swojego kooperanta w Korei Południowej, o wdzięcznym imieniu Jackie Chan (w kontaktach ze światem  Azjaci nadają sobie łatwo wymawialne imiona jak Alan, David, Alice czy... Monalisa). Chwali i zazdrości takich zdolnych dzieci. W odpowiedzi czyta:

- Nie chciałbyś, żeby twoje dziecko tak zapieprzało, nie wiedziało co to dzieciństwo, spędzało w szkole po 10 godzin a potem jeszcze chodziło na korepetycje. My nie wiemy co to urlop, długie weekendy...itd.

 

    Tak oto medal pokazał swój rewers. Korea Południowa do lat 60-tych XX wieku była skrajnie biednym państwem, z dochodem w wysokości 80,- dolarów na głowę. Uznano ją za kraj niezdolny do samodzielnego funkcjonowania, za beznadziejny przypadek.

   Dziś gospodarczo jest mniej więcej na 15-stym miejscu na świecie, mając PKB (total!) tylko 5 razy mniejsze od Chin, tyle że ludność Chin przekroczyła 1,3 miliarda, zaś Korea zaledwie 50 milionów.

 

   Wszyscy znają koreańskie samochody czy sprzęty elektroniczne, które wypierają produkty japońskie, niemieckie czy amerykańskie. Koreańczycy powinni skakać do góry z radości...

 

Dlaczego nie skaczą?

 

   Bo chorują na depresję. Bo trzy razy częściej niż w USA popełniają samobójstwo i  przeliczeniu na 100 tys. osób mieszczą się w pierwszej dziesiątce świata. Bo coraz młodsi wybierają ten sposób ucieczki od morderczej nauki, studiów a potem pracy, skrzykując się przedtem w internecie. Ot, taka azjatycka Sala Samobójców.

   Właśnie tu częściej obserwuje się „syndrom Wertera”, a więc serię samobójstw wywołanych śmiercią znanych osobistości – celebrytów, polityków, dziennikarzy, a wzorców do naśladowania nie brakuje. 

 

00022ERIS7OU8MGF-C116-F4.jpg

Modelka Daul Kim i były prezydent Korei Pd. Roh Moo-hyun: oboje popełnili samobójstwo/AFP

  http://fakty.interia.pl/new-york-times/news-kraj-smutnych-i-samobojcow,nId,902427?utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=firefox

 

   W dodatku nie chodzą na terapię, ponieważ uważają ją za uwłaczającą ich godności.

   Po pracy mężczyźni upijają się do nieprzytomności, żeby poradzić sobie ze stresem i zmęczeniem. Taka jest ”korporacyjna kultura macho” –  pisze The New York Times. Na dłuższą metę musi to wywoływać jeszcze gorsze skutki. To cena, jaką płacą za swój nieprawdopodobny i niewytłumaczalny skok gospodarczy.

 

   Przy tym wszystkim nieco szokuje informacja, iż właśnie Korea Płd. przoduje w świecie pod względem... ilości operacji plastycznych. Ale nie chodzi tu o korekcję biustu, czy odstających uszu, tylko o upodobnienie się do białej rasy, jakkolwiek by tego nie rozumieć.

   Koreańczycy w masie nie są zbyt ładni – mają płaskie kwadratowe twarze, wystające podbródki i brakuje im górnej ruchomej powieki. Od powiek zaczynają, bo kosztuje trochę taniej (do kilku tysięcy USD) . Operacyjnie modeluje się skórę, aby powiększyć oko i uzyskać europejski wygląd. Kogo nie stać, nakleja specjalne plasterki, do czasu aż uzbiera potrzebną kwotę.

   A potem następny krok – wyłamanie szczęki i opiłowanie żuchwy, aby uzyskać idealny owal, kształt jajka. Pacjentów nie powstrzymuje perspektywa wielomiesięcznego bólu i karmienia przez rurkę.

 

article-2399795-1B69433F000005DC-951_640x480.jpg

 

   Po co to robią? Ano żeby zwiększyć swoje szanse na rynku pracy. Nie wystarczy już wybielanie skóry i farbowanie włosów. Ponieważ kryzys dotknął wszystkich (od nas Daewoo też się wyniosło żeby wspierać swój kraj), również i tam pojawiły się kłopoty z pracą. Czy trzeba się uciekać aż do takich sposobów? Czy ta inwestycja się zwróci – nie wiadomo.

 

To ja już jednak wolę zostać nad Wisłą, mimo naszych miejscowych absurdów i niedociągnięć....

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Niech się święci..., czy jakoś tak.

sobota, 19 kwietnia 2014 8:16

 

   No i wreszcie doczekaliśmy się... Trwało to czekanie wyjątkowo długo.  

Później niż w TYM roku, to Wielkanoc chyba jeszcze nigdy nie przyszła...

 

   Jaki pożytek z tak późnego przyjścia? Moim zdaniem, prawie żaden. Karnawał i tak przelatuje jak sen jaki złoty. Mało kto dziś baluje, więc czy on trwa miesiąc krócej czy dłużej, to żadna różnica.

   Post trwa zawsze tak samo długo, ale i tak mija nie wiadomo kiedy.

 

   Jedyną zaletą jest szansa na lepszą pogodę, bo kto nie pamięta, to mu przypomnę, jak wyglądał świat rok temu, właśnie w Wielkanoc.

 

Zima 13.jpg

 

Zima13.jpg

 

 

   Do leśnego hotelu goście nie mogli dojechać, bo utknęli w zaspach i trzeba ich było wyciągać koniem. Nawet na spacer mało kto poszedł, bo wpadało się w puch po szyję. Do tego mróz trzymał, i jak się nawet ktoś wybrał do lasu, to nosy na obiedzie wyglądały mało zalotnie. Tak bardziej po PGR-owsku wyglądały...

 

   No, ale teraz obiecują nam 21-22 stopnie i oby dotrzymali słowa, bo ja już wymieniłam rzeczy zimowe na letnie, a walonki wypchałam gazetami.

 

   Wadą tak późnej Wielkanocy jest też przesilenie wiosenne, przynajmniej my z mężem tak to czujemy. Niby słońce i zieloność, a oczy się same zamykają nad biurkiem. Wczoraj padłam już o 21.00 i spałam prawie do 8.00, czyli chyba 11 godzin...

    Nie wiem jak dotrwam do 26.04, kiedy to - bo jeszcze chyba nie meldowałam - wypuszczamy się na podbój Bułgarii! Putin sobie wziął Krym, to my spróbujemy coś zaanektować bliżej. 

  Jak to ja, plan wyprawy mam od dawna gotowy. Żadne tam Złote Piaski czy Słoneczny Brzeg, tylko Pirin i Riła, czyli ponoć (nie byłam) przepiękne pasma górskie na zachodzie. A w nich monastyry, Rilski, Baczkowski i inne. Mamy też zamiar przejechać się górską wąskotorówką. Może nie będzie to tak spektakularne jak kolej Malinowskiego w Peru, ale spróbujemy.

 

   Jeśli ktoś zna ciekawostkę, o której nie piszą w przewodnikach na trasie Sofia-Melnik- Smolian, Kazanłyk – Płowdiw, to polecam się.

 

   A póki co - marsz do garów! Wypiekać pasztety i faszerować jaja, stroić te stoły! Może którąś panią zainspiruje moje nakrycie sprzed roku. Bo w tym roku sama nie mam bladego pojęcia, żadnej koncepcji, co zrobić...

 

Wielkanoc.jpg

 

   A Wam, kochani, jak zawsze życzę SPOKOJU. Żeby udało się przejść przez te święta „bez nerw”. Żebyście trochę odpoczęli od codzienności, nie nabawili się kłopotów gastrycznych ani bólu głowy, żebyście mieli co miło wspominać.

 

I NIE OGLĄDAJCIE TELEWIZJI!

No, chyba żeby leciał „Kevin sam w domu”...

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Niespodzianka

wtorek, 15 kwietnia 2014 13:41

 

   Ostatnio Szmira pisała o niespodziankach. Osobiście nie przepadam, bo zawsze się boję, że nie przyniosą mi takiej radości, jaką miał w zamyśle  dawca niespodzianki.

 

   Tym razem jednak sama postanowiłam zrobić niespodziankę i miałam dziwne przekonanie, że się uda. Moi rodzice kończyli właśnie turnus w sanatorium w Busku, skąd miałam ich w sobotę odebrać. Ale że to jednak 220  km jazdy w jedną stronę, wpadłam na szatański pomysł, żeby pojechać do Buska w piątek, tam zanocować, a w sobotę rano wracać z nimi do domu. Bałam się wprawdzie, czy mój widok w tak nieoczekiwanym momencie nie przyprawi moich rodzicieli o atak serca, ale zaryzykowałam.

 

    Za sugestią Ewy http://ejbpm.bloog.pl/ zarezerwowałam pokój w Pałacu/Willi Dersława. Willa z zewnątrz wygląda okazale, jest zadbana i elegancka.

 

P1040270.jpg

 

P1040284.jpg

 

   Szkoda, że kiedyś spaskudzono widok, stawiając w jej bezpośredniej bliskości komunistyczne klocki, ale to przecież było typowe dla włodarzy PRL-u. Powinni za to wisieć. Gdyby ktoś miał środki i odwagę, żeby wyburzyć te czworaki i w tym miejscu zrobić park, Pałac Dersława zyskałby na tym niepomiernie.

 P1040286.jpg

 

W środku willa ma całkowicie współczesne wnętrza, a pokój który dostałam za bardzo przyzwoitą kwotę (95,- zł ze śniadaniem) okazał się prawie apartamentem. Łóżko było niesłychanie miękkie, wpadłam w nie po uszy i spałam niemal bez przerw 9 godzin. Do tego lodówka, czajnik i herbata do zaparzenia. Miło.

 

P1040281.JPG

 

Ale, ale, zapominam o najważniejszym, o niespodziance...

Akurat rozlokowywałam się w pokoju, kiedy zadzwoniła komórka.

Mama, a któż by inny?

- Gdzie jesteś? Pewnie jeszcze jedziesz? (tu zgłupiałam, skąd ona wie??? Potem zajarzyłam, że ona ma na myśli mój powrót z pracy.)

- Nnno, jadę...

- Koniecznie przywieź mi jutro mozarellę i czosnek! Bo mam gości w niedzielę, muszę coś przygotować..

- Aha... – mruknęłam bez przekonania. Co miałam powiedzieć? Że siedzę z nogami na stole 5 minut drogi pieszo od nich?

 

   Wypytałam tylko, gdzie teraz będą i usłyszałam, że idą do parku na spacer. Dobra nasza – dopadnę ich w parku!

   Założyłam strój sportowy i moje niezawodne buty, aparat pod pachę i ruszyłam na poszukiwania. Park zdrojowy w Busku jest duży, na szczęście ludzi było mało, więc po kilku minutach biegania już ich wypatrzyłam. Zrobiłam parę zdjęć z ukrycia, potem zawołałam. Pierwszy poznał mnie tata, którego od czasu wypadku nic nie jest w stanie zaskoczyć, więc przywitał mnie tak, jakbyśmy się trzy minuty temu rozstali.

Za to mina mamy – bezcenna...

   Powiedziałam, że przecież ostatnio biegam i  jakoś tak zabiegłam aż tutaj...  A że ta cholerna mozarella na drzewach nie rośnie, więc nie mam.

Chyba nie uwierzyła :-)

 

   I tak udało mi się kogoś pozytywnie zaskoczyć. Rodzice byli szczęśliwi, bo szczerze mówiąc, od tej siarki, błot i innych smrodów już im było nudno. Zwłaszcza, że życie sanatoryjne nie ma im wiele do zaoferowania – ani moja mama nie jest „panną Krysią” ani tata nie nadaje się na salonowego lwa, brylującego na fajfach :)

    Poszliśmy trochę w miasto, ale „miasto” w Busku nie sięga dużo dalej niż teren sanatoriów i parku. Usiedliśmy więc na lampkę wina i tu rozmowa z przemiłą kelnerką wyglądała tak:

- Jakie ma pani czerwone wytrawne, ale niedawno otwarte?

- Francuskie, Bordoauks (cytuję dosłownie) 

- Za francuskim nie przepadam, a to tam dalej?

- Też czerwone, ale... (w głosie lekceważenie, niemal pogarda) z AFRYKI..!

- O, to bardzo proszę to z Afryki.

 

Cóż. Nie każdy musi być znawcą win...

 

Pod wieczór zaczęło się robić zimno, więc wróciłam do mojego pokoiku w Dersławie, a oni do siebie.

I koniec niespodzianki. Ale było warto.

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Kotka na gorącym... uczynku.

czwartek, 10 kwietnia 2014 19:05

kotka-na-goracym-blaszanym-dachu-PLAKAT.jpg

 

   No i wreszcie udało mi się zobaczyć „Kotkę na gorącym blaszanym dachu” Tennessee Williamsa, którą po 22 latach przywrócił na deski warszawskie Teatr Narodowy.

 

Rolę Maggie zaczęła grać M.Kożuchowska, która nie spodobała się jednak krytykom, a w dodatku okazała się być w ciąży. Biorąc pod uwagę jej wiek (43) i paroletnie starania o dziecko, cieszę się razem z nią i będę jej sekundować do końca, znaczy do rozwiązania. I później też.

 

Jej dublerką została Edyta Olszówka. Obie panie łączy wiek  i niesłychanie szczupłe i zgrabne ciało, co musiało się bardzo podobać męskiej części widowni. Przez większą część spektaklu Maggie biega po scenie w koszulce ledwo zasłaniającej majtki, do tego nosi czarne pończochy i 10-centymetrowe obcasy. Palce lizać…:)

 

   Poza tym jednak wszystko je różni. Olszówka jest bardzo silną osobowością, a jej niski, lekko zdarty głos nie kojarzy się z ofiarą, jaką jest Maggie. Przynajmniej, jaką ją pamiętamy z filmu z Liz Taylor. Niemniej  zagrała fantastycznie, jest wzruszająca i przejmująca w swoim rozpaczliwym wołaniu o miłość, której nie chce jej dać mąż. Podziwiam ją szczególnie za to, że tak szybko weszła w rolę, której chyba wcześniej nie próbowała.

 

   Zresztą do końca nie wiedziałam, kto zagra Maggie, gdyż pisali, że Kożuchowska ma zamiar nadal pracować. Kiedy jednak zobaczyłam w hallu Piotra Machalicę, coś mnie tknęło. Choć Machalica od dawna nie jest z Olszówką, jednak jego obecność nie wydała mi się przypadkowa.

   I chyba się nie mylę, bo jak doczytałam później, dziennikarze wypatrzyli Machalicę na premierze „Kotki…” w listopadzie. Po co więc miałby chodzić drugi raz?

 

   Przepraszam, ale nasuwa mi się kolejna dygresja do dygresji - osoba Piotra Machalicy nie jest tu przypadkowa jeszcze z innego powodu -  właśnie on grał główną rolę w przedstawieniu z 1992 roku, w którym jego „żoną” była Krystyna Janda. Dodatkowego smaku dodaje fakt, że ojca Bricka grał Henryk Machalica, stąd kłótnia między ojcem i synem w tamtym przedstawieniu wybrzmiała podwójnie emocjonalnie.

 

    Ale może wreszcie wrócę do spektaklu w Narodowym. Otóż przy całym szacunku dla Olszówki, Gajosa i Ewy Wiśniewskiej, moje serce zostanie przy Grzegorzu Małeckim.

Bez fajerwerków, oszczędnie ale bardzo przekonująco pokazał swoją chorą duszę, którą próbuje leczyć alkoholem.

   Mimo okrucieństwa, jakie okazuje żonie i rodzinie, trudno mu nie współczuć. Po samobójstwie jedynego człowieka, którego kochał, choć nie miłością homoseksualną, jak mu to wszyscy próbują wmówić, zupełnie się rozsypał, a  rodzina nie jest w stanie mu pomóc.

 

   Odwrotnie, ich zabiegi wywołują w nim wstręt.Obrzydliwie bogaty ojciec, popisujący się tym, że do wszystkiego doszedł sam. Bezwolna matka, pozwalająca sobą pomiatać, brat zajmujący się głównie płodzeniem kolejnego dziecka i wreszcie ona - Maggie. Kobieta, która tak bardzo zazdrosna była o jego związek z przyjacielem, że postanowiła się z nim przespać. I która ponosi "winę" za to, że ów popełnił samobójstwo...

 

   Jak zawsze u Williamsa, gęsto tu od emocji, nerwów, szarpaniny, psychicznej i fizycznej. Choćby z tego względu Kożuchowska nie powinna grać w tym spektaklu, bo nie daj Boże, mogłoby się stać nieszczęście.

   Ojciec Bricka w wydaniu Gajosa jest  okrutnym starcem, szczęśliwym że jeszcze przez wiele lat jego krewni nie zobaczą ani centa z jego fortuny, bo ma zamiar długo pożyć. Za to jak wciska twarz żony (Wiśniewskiej) w swój urodzinowy tort, widz ma ochotę zdzielić go czymś twardym.

 

Sam Brick jest żywą raną - pogrążającym się w nicości człowiekiem bez celu i perspektyw. No, może z jednym celem - zalać się w trupa i niczego nie czuć.

 

   Ciężki to spektakl, ale jak zagrany! Ile prawdy, ile dramatu? O tym nie da się powiedzieć: Ot, sztuczka.

To sztuka przez duże "S", choć na pewno nie relaksująca. Ale sto razy bardziej wolę coś takiego, od tych angielskich komedii pomyłek, które ostatnio wystawia nawet Janda w swoich teatrach.

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

 

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

 

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

 


Podziel się

komentarze (35) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 181