Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014226
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Turystyka atomowa.

wtorek, 31 maja 2011 22:02

 

 

   Dla człowieka dawka śmiertelna to 500 rentgenów przez 15 minut. Żeby zabić kurczaka, potrzeba 2,5 razy więcej. Na karalucha -100 razy więcej. Teraz wiemy, dlaczego jedynym kompanem Wally'ego na ziemi był karaluch...

   I to podobno ja jestem walniętą podróżniczką! Mnie chciało się tylko na Kili i do Peru. Mój mąż za to właśnie powrócił z Czernobyla, a ściślej mówiąc - ze "Strefy".       

   Najpierw sprawdziłam w ciemnościach, że nie świeci, tak więc zysk ekonomiczny z wycieczki - zero. Natomiast wrażeń - pełne kieszenie. Jeszcze więcej zdjęć i godzinny film. Wyłania się z tego obraz fascynujący, ale przerażający kiedy weźmie się pod uwagę tło historyczne, przyczyny i skutki, ówczesne zakłamanie i świadome narażenie na śmierć wielu ludzi. Kraj, który wysyłał ludzi na Księżyc, nie zapewnił pracownikom elektrowni atomowej nawet kombinezonów.


   Przyczyny katastrofy są znane - niebezpieczne testy, złamanie zasad bezpieczeństwa, arogancja zastępcy głównego inżyniera. Reszta też jest znana - eksplozja w 4 reaktorze, kiedy reakcja wyrwała się spod kontroli. Skutki - śmierć biologiczna w ok. 200 miejscowościach, które dziś należą do "Strefy". Obszar plus-minus 30 km od elektrowni. Wśród nich położony ok. 10 km od niej Czernobyl nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dużo większe wrażenie robi Prypeć, miasto zbudowane sztucznie dla potrzeb elektrowni, w odległości 3 km od reaktorów. Domy, szkoły, przedszkola, hotele, szpital, dom kultury.


   Podczas ewakuacji z Czernobyla wysiedlono "tylko" 13 tys.ludzi. Z Prypeci - ponad 50. Dziś główny kierunek wycieczek to właśnie Prypeć, które wita gości szumem 25-letniego lasu. Las porasta wszystko - budynki, ulice, boiska szkolne. Drzewa wyrastają ze schodów, rozsadzają kafelki na balkonach, wchodzą do mieszkań przez okna. Jak w Angkor Wat..., dobra, niech będzie jak w "Indiana Jones".


 

      


   Kiedyś był tu tzw. "Czerwony las", czyli spalone przez pył radioaktywny drzewa, których liście nabrały czerwonej barwy. Dziś tylko gdzieniegdzie sterczą czarne kikuty, resztę zasłoniły nowe drzewa. Przyroda jest bezwstydna...


   Zwiedzanie szkół i przedszkoli to traumatyczne przeżycie. Dziecięce buciki, umywalki jak dla krasnali, małe łóżeczka. Ale także portrety Lenina w zimie itp.

W szkole dzienniki i zeszyty z zadaniami, pantofel nauczycielki, tablicematematyczne.



 

Na dworze przygotowane do odpalenia wesołe miasteczko - potężny diabelski młyn, gokarty, karuzele. Miało ruszyć 1 maja, ale nie zdążyło....



  

...i przystań... 

 

 

   Oprócz wszechobecnej roślinności w oczy rzuca się straszny bałagan i powszechna dewastacja, co miało swoją konkretną przyczynę. Zaraz po ugaszeniu pożaru na teren "strefy zero" wysłano dwie dywizje wojska do likwidacji skutków eksplozji. Niestety, okazało się że świadomość w wojsku jest jakby nieduża i zamiast zabezpieczać żołnierze rozpoczęli regularny szaber napromieniowanych rzeczy. Jako że Prypeć była miastem zamkniętym, magazyny pękały w szwach od nagromadzonych dóbr i sprzętów. Ciężko było z tego nie skorzystać. Trzeba było więc wysłać jeszcze więcej wojska, żeby pilnowało tych pierwszych i nie pozwoliło wywozić ze strefy śmiercionośnych pralek czy telewizorów. Stąd taki ogrom zniszczeń w budynkach, gdyż zrobiono co można, aby uczynić wszystkie te dobra całkowicie nieprzydatnymi szabrownikom.


    Podczas spaceru w pobliżu samego sarkofagu, a więc w odległości ok. 300 metrów od niego niespodzianka - w kanale transportującym wodę do elektrowni, , kłębią się nieźle upasione ryby. Śladów wędkarzy jednak nie stwierdzono. Ciekawe czemu...


    O skali nieszczęścia przypomina długa na kilkaset metrów aleja w samym Czernobylu, złożona z tabliczek z nazwami wszystkich wymarłych miejscowości, wraz z liczbą mieszkańców. W samym Czernobylu nie ma stałych obywateli. Przebywają tam czasowo robotnicy pracujący przy zabezpieczeniu sarkofagu, agencja rządowa prowadząca monitoring, naukowcy itp. Mogą tam mieszkać max. 1 miesiąc, potem muszą wyjechać. Natomiast nie musi wyjeżdżać np. kot tubylec, którego wszyscy głaszczą, chociaż nie wolno.



  

   Ludzie to w ogóle są przedziwne istoty. Trzeba ich poddawać dwukrotnej kontroli dozymetrycznej, żeby złapać tych co próbują wynieść z Zony jakiś przedmiot, albo chociaż grudkę ziemi, by móc się potem pochwalić znajomym. Jakby to była muszelka znad morza! Ja rozumiem, że można przywieźć z Kili parę kawałków wulkanicznej lawy, ale przy niej przynajmniej nie piszczą dozymetry. W Zonie bezpieczny jest tylko asfalt. Nie wolno chodzić po trawie, ani po glebie, wzbijać kurzu, podnosić niczego. No chyba że ktoś lubi sporty ekstremalne. W każdym razie ubrania, a zwłaszcza buty lepiej jednak zostawić na miejscu. W końcu licho nie śpi...

  


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Prawo do balkonu

poniedziałek, 30 maja 2011 18:28

 

   Po metodycznym zabiciu na śmierć mojego okazałego, 20-letniego winobluszczu, dewastacja balkonu idzie dalej. Oto dowiedzieliśmy się, iż oprócz elewacji,  remontowi zostaną poddane także balkony. Brzmi sympatycznie, gorzej kiedy przyjrzymy się, co autor miał na myśli. Otóż zgodnie z normami unijnymi (każdą bzdurę da się wytłumaczyć normą unijną, i tak nikt nie sprawdzi!) nasze balkony muszą zostać wyłożone od środka  grubą (10 cm) warstwą styropianu.


   Próbowaliśmy wytłumaczyć panom, że nasze mieszkanie jest bardzo ciepłe, że nawet zimą otwieramy nocą okna, że na stałe zakręcamy kaloryfery w co najmniej 2 pomieszczeniach - panowie byli nieugięci. Obiecaliśmy, że podpiszemy własną krwią oświadczenie, że za nic nie chcemy ocieplenia - NIC! Nie docierał do nich argument, że nie zmieści się nam obstalowana na wymiar ławka, że balkon wydatnie się zmniejszy itp... Powiedziano, że i tak powinnam się cieszyć, bo jedna pani miała balkonik szeroki na 80 cm, więc po obłożeniu jej ścian 14-cm warstwą, zostało jej 50 cm miejsca! I że to wszystko dla naszego dobra!


   Potem było jeszcze gorzej. Okazało się, że w celu zrobienia nam dobrze, panowie najpierw skują ze ścian glazurę, którą inny pan za niemałą kwotę położył na ścianach balkonu. I znów dyskusja, rozdzieranie szat, próby korupcji, w końcu groźby, bo w końcu do cholery, chyba mamy prawo urządzać sobie balkon po swojemu!

I tu okazało się, jak bardzo się mylimy! Balkon mianowicie nie należy do nas!I nie ma znaczenia, że mieszkanie jest własnościowe!


   Wyszło na to, że korzystamy bezkarnie z czegoś, co nie jest naszą własnością!!! Mówiąc inaczej, jeśli spółdzielnia postanowi zainstalować nam na balkonie bocianie gniazdo, to teoretycznie ma prawo. A jeśli zechce go pomalować na jadowitą żółć w połączeniu z amarantem, to też nic nie możemy zrobić. Więc ja się pytam, czy wychodząc na balkon na papierosa, nie powinnam najpierw napisać podania do spółdzielni? A wieszając na nim uprane gacie, nie powinnam najpierw zapytać o zgodę panią decydentkę. I czy ja w ogóle mam prawo wysiadywać bezkarnie w fotelu, obserwując całą moją balkonową menażerię?


   A propos menażerii... Zaprzyjaźnione pająki i ślimaki, pozbawione bluszczu przeniosły się na... rusztowania. Stamtąd obserwują proces postępującej dewastacji swojego dotychczasowego domu. Nie wiem, czy im się spodoba ten sterylny klimacik, nagie stalowe balustrady, zamiast wijących się konarów i liści. Czy zechcą wrócić na dziewiczo otynkowane ściany, pachnące farbą?


   Za to z balkonu mam teraz widok na mocno schorowane drzewo. Liście rachityczne, zwisające, zero przyrostów... A w domu - światło!



Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Co to jest?

sobota, 28 maja 2011 8:30

 

Pytanie za 100 punktów: Co to jest? I gdzie?


Oczekuję propozycji.


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Placek po zbójnicku

piątek, 27 maja 2011 9:08

 

   Jednym z moich hobby, uprawianym od jakichś 30-stu lat z mniejszym lub większym zaangażowaniem, jest odchudzanie. Wywołuje ono czasem stany lekko histeryczne, kiedy nagle najdzie mnie ochota na zjedzenie czegoś absolutnie zabronionego, karanego przez dietetyków śmiercią, a przynajmniej galerami.

 

   Takim występkiem, nie mieszczącym się w żadnej diecie jest placek po zbójnicku...! Wszystko inne da się jakoś obronić. Tłuste dojrzewające sery - proszę bardzo, to przecież Montignac! Jaja na boczku - Atkins vel Kwaśniewski. Biały ser i dużo mięcha - Dukan! Wszystko da się do czegoś podczepić, ale placka po zbójnicku nie. Dość! Basta! Dostałam ślinotoku. Umrę wskutek udławienia się własną śliną na wspomnienie... No, to by się już nadawało do Listy Darwina!

 

   A wracając do placka... Zawsze podczas urlopu w Tatrach pozwalałam sobie raz na taką rozpustę. Ostatnio jednak miałam pecha i wyczekany placek okazał się rozmoczoną w sosie, pół surową breją, która zapewne miała być plackiem, ale się z nim minęła gdzieś w drodze między fajerką a zmywakiem. W każdym razie nie dojadłam nawet połowy, tylko z czystym sumieniem spróbowałam następnego dnia w innym miejscu. I znów pudło! Jedna wielka katastrofa! Jakby się umówili!

 

   Rozzuchwalona brakiem kary za złamanie swojej żelaznej reguły, mając zresztą sumienie białe jak śnieg, zamówiłam rzeczonego placka po raz trzeci. Tym razem łaska pańska spłynęła z nieba i placek był po prostu perfekcyjny! Chrupiący, wysmażony tak akurat, a gulasz do niego podany był osobno, z nabożeństwem, w miseczce... W takiej sytuacji uznałam, że kelner który tak znakomicie odczytał moje marzenie zasługuje na to, żeby go odwiedzić jeszcze raz, co z rozkoszą uczyniliśmy. Cztery placki zbójnickie w ciągu jednego tygodnia! Panie, ty widzisz i nie grzmisz!!!

 

  A przypomniało mi się to tak przy okazji kolekcjonowania... nazw nieadekwatnych. No bo skąd wzięła się nazwa mojego ulubionego dania? Trudno sobie przecież wyobrazić, że pichci je Janosik w jaskini! Jest pracochłonne, wymaga co najmniej 10-ciu różnych składników, w tym gulaszu, który jak wiadomo dusi się ze 2 godziny nawet na kuchni indukcyjnej, a co dopiero w kociołku zawieszonym nad ogniskiem.

 

   Ale na tym nie koniec. "Ziemniaki po polsku" - jeszcze jedna dziwna nazwa. To plasterki kartofli smażone z cebulą i kiełbasą, aż do zrumienienia. Uwielbiają je serwować Niemcy na festynach ludowych i smakują wyśmienicie, (tylko się potem trzeba wyspowiadać z rozpusty), ale dlaczego się nazywają "po polsku"? Może w jakimś zakątku Polski rzeczywiście są one daniem regionalnym? Chętnie się dowiem, bo sama nigdy się z tym u nas nie spotkałam.

 

   To, że Rosjanie o "ruskich pierogach" nie słyszeli, to wie już każde dziecko. Ale od czego pochodzi "kotlet pożarski"? Czy od pożaru, do jakiego pognał konsument kotleta, czy może od pożarcia go przez wawelskiego smoka?

 

   Osobiście przepadam za wyrafinowanymi nazwami dań, ale pod warunkiem, że pod nazwą znajdziemy wytłumaczenie, co to ma być. Bo skąd zwykły nieobyty literacko gość ma wiedzieć, że "Las na Venus" to pięknie ułożone na talerzu zielone szparagi? A już zupełnie mnie osłabiła taka pozycja w karcie: " Ślimaki ponaddźwiękowe". Zobaczyłam oczyma duszy te ślimaki, poruszające się z prędkością "ponaddźwiękową" i nie mogłam już jeść ze śmiechu.

 

   Zresztą, temat nazw nieadekwatnych jest szeroki. Kiedyś zastanawiały mnie „kopytka”, ale jak się dobrze przyjrzeć, to faktycznie można w nim zobaczyć czarcią raciczkę. Ale dlaczego po dodaniu białego sera to samo kopytko zmienia się w „leniwego”? I to „pieroga”? No proszę Państwa...

 

   A wracając do mojego ukochanego placka... W Krakowie na rynku serwują coś co się nazywa Raraka. To nic innego, jak tylko ogromny (na cały talerz), ale bardzo cienki placek z grubo utartych ziemniaków, które usmażone w głębokim tłuszczu zastygają w cieniuteńki ażur. Na nim układa się różności, wędzonego łososia, łyżkę gęstej śmietany, cytrynę... Niby ten sam placek, ale jakiś taki arystokratyczny...

 

   W temacie kuchennych nazw nieadekwatnych jedno mnie irytuje: "Góralskie" zajazdy przy przelotowych trasach, 200 km albo więcej od jakichkolwiek gór. Kiedyś naliczyłam cztery na odcinku 50 km! Wokół, jak okiem sięgnąć, płasko kurdę jak w Holandii! Wypadałoby usypać tam jakieś mini Tatry, bo bez gór zajazd "góralski" brzmi równie głupio jak "Zajazd Mazurski" na Podkarpaciu, albo Wenecja na Mazowszu.

 

    Choć z drugiej strony... skoro w Wałczu, czy Tłuszczu można spotkać "Chiński pałac", to może podciągnąć te "góralskie" knajpy pod importowane, tylko z innego regionu? Tylko skąd mieć pewność, że chociaż gotują tam prawdziwi górale...?

 


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Nie ma jak u mamy... Czyżby?

środa, 25 maja 2011 8:15

   

   Jutro Dzień Matki. Jak co roku wszystkie gazety, telewizje, stacje radiowe, portale internetowe, perfumerie itp. będą na okrągło głosić hymny na cześć wszystkich Mam, Matek Polek, bo przecież wszystkie matki nasze są...! Dzieci w przedszkolach będą wyplatać laurki, sklepy wciskać pięknie opakowane prezenty Dla Mamy, a kwiaty zdrożeją dwukrotnie.


Znów będziemy na każdym rogu słyszeć Młynarskiego "Nie ma jak u Mamy", bo też nie ma lepszej ilustracji dla tak ważnego Dnia. Nawet Violetta Villas ze swoją "Mamą" tego nie przebije...


    I jak zawsze przy tego typu okazjach, po kraju będzie się błąkać sporo osób, którymi szarpać będą zgoła odmienne uczucia. To osoby krzywdzone przez swoje toksyczne matki, kastrowane mentalnie w dzieciństwie, lub dręczone w wieku dojrzałym, jak np. autorka listu z ostatnich "Wysokich Obcasów". Osoby latami molestowane przez ojca, przy milczącym przyzwoleniu matki. Osoby, które swojej matki nigdy nie poznały, bo zostały odrzucone w zarodku. Dzieci alkoholiczek i przestępczyń. Ale też osoby, które same są matkami, ale w ten dzień nie mogą marzyć o kwiatku, czy choćby o jednym czułym słowie ze strony swojego dziecka. Albo takie, które mimo wielokrotnych prób traciły swoje dzieci i nigdy nie zostały matkami... Z nich naprawdę uzbierałaby się niezła armia.


   Jakie to musi być dla nich bolesne... Te wielkie pieśni, że matka jest tylko jedna, że czcij ojca swego i matkę swoją... I znów "Nie ma jak u mamy..." i na okrągło...

 

    Może ktoś choć raz w tym dniu pochyliłby się nad tymi drugimi "matkami" i "córkami". Zauważyłby, że tak jak w Boże Narodzenie wielu singli dostaje odruchu wymiotnego na widok kolejnej wizji "rodzinnych Świąt", tak i Dzień Matki nie dla wszystkich jest okazją do radości. Oczywiście, nie jest powiedziane, że ten dzień wszyscy muszą świętować. Nie każdy przecież musi obchodzić Dzień Nauczyciela czy Dzień Wojska, tylko zainteresowani. Ale pragnę zwrócić uwagę, że akurat w tym przypadku nie da się od tego uciec, bo ... każdy z nas się kiedyś urodził. I na pewno nie został przyniesiony na ten świat przez bociana ani mężczyznę, przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Ludzkość dzieli się na matki i ich dzieci (nawet jeśli podstarzałe) i nie ma od tego ucieczki. Więc skala zjawiska jest większa, niż nam się wydaje, a przez to złożoność problemu - gigantyczna.


    Pomijając skrajne przypadki odrzucenia dziecka, są też matki które w swoim przekonaniu zrobiły wszystko co w ludzkiej mocy, żeby zapewnić dziecku raj na ziemi. I tym boleśniejsza jest dla nich sytuacja, kiedy ich ono zaczyna wymykać się spod kontroli, wchodzić na tzw. złą drogę. Zaczynają się dramatyczne nieporozumienia, walka w rodzinie, czasem tragicznie zakończona. Próba znalezienia przyczyn nieraz kończy się oskarżeniami pod adresem matki, obciążania jej winą za wszystkie niepowodzenia.


    Te kobiety próbują latami dojść, co zrobiły źle, czym zasłużyły na bezwzględną krytykę. Na ogół nigdy tego nie wychwycą. Tylko dobry terapeuta pomoże im zrozumieć, że mimo najszczerszych chęci nie mogły dać swemu dziecku tego, czego on najbardziej potrzebowało. Nie dały, bo same tego nie otrzymały od swoich matek.   

 

   Klątwa pokoleniowa wlecze się za kolejnym nowym człowiekiem i nieważny status materialny czy poświęcony czas.. Bo ilość godzin spędzana z dzieckiem nie ma tak naprawdę żadnego znaczenia. Jeśli kobieta ma w sobie tę wewnętrzną wiedzę, czego jej dziecku potrzeba najbardziej, to zaspokoi jego potrzeby nawet godzinę przed snem, albo w weekend. Ale skąd ma to brać, jeśli nie miała we własnej matce wsparcia, nie miał jej kto przygotować się do walki ze światem?


    Kobiety, które mają poczucie bezsilności, kiedy widzą swoją porażkę wychowawczą, niech spróbują przypomnieć sobie swoje dzieciństwo pod tym kątem: ile było matki w ich matce? Czy była to tylko osoba wydająca posiłki, sprawdzająca odrobione lekcje, rozliczająca z ocen...? Czy odwrotnie - ta wspierająca, zawsze stojąca murem, serdeczna, która potrafiła zrozumieć dramaty dojrzewającej "nastki" , mądra, a nie tylko pobłażliwa itp.?


     Tak, tak... "Rodzice w procesie wychowawczym zawsze zostają skazani na dożywocie, a wszystko co zrobili zostanie wykorzystane przeciwko nim". Na szczęście jednak nie wszyscy...

Wszystkiego najlepszego, Mamuśki!  I te dobre, i te złe. I te niedoszłe, i te spełnione. Wszystkiego najlepszego, choć nie zawsze jest tak, że "nie ma jak u mamy"...



Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 226