Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014215
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Restauracyjne tricki

czwartek, 30 maja 2013 12:03

   Kluby, kawiarnie, restauracje... rosną w dużych miastach jak przysłowiowe grzyby, a może i szybciej. Społeczeństwo nasze pozornie nie jest bardzo zamożne, jednak patrząc na to co się wyprawia np. w okresie komunijnym – nie jest z tym tak źle.

   To znaczy jest bardzo źle, kiedy zwykły człowiek postanawia wpaść na małe co-nie-co, po czym (jeśli w ogóle dostanie krzesło) 1,5 godziny czeka na zupę i 1,5 na drugie danie, bo - KOMUNIA! Nowa, chciałoby się powiedzieć – świecka tradycja, żeby maleństwa, czasem ledwo pełzające i całą bandę rodziny i przyjaciół zapraszać do lokalu!

   

   Jednak aby przetrwać resztę roku restauratorzy imają się różnych metod. Doceniam kreatywność tych, co próbują jakimś małym gestem wyrazić swoją wdzięczność gościom, za to że przyszli, a jednocześnie zachęcić ich do przyjścia ponownie. Najbardziej popularnym sposobem jest podanie na koniec, przy rachunku, małego kieliszeczka wiśniówki czy limoncello. Bywa że na początek w siarczysty mróz gość już w drzwiach dostaje szklaneczkę grzanego wina czy miodu na koszt firmy.

   Czasem lokal uraczy gości czekadełkiem, lub gratisowym kawałkiem ciasta z gabloty na koniec. Coraz częściej rozkłada się świeże gazety. Ot, drobne gesty, na pewno wkalkulowane w cenę, ale miłe. 

 

   Swego czasu restauracja hotelu Bristol – wtedy chyba najdroższa w Warszawie, miała zwyczaj darować gościom na odchodnym pięknie zapakowaną czekoladkę na miniaturowym talerzyku z porcelany (niektórym te talerzyki do dziś służą do odmierzania tabletek).

   Nie wiem jak jest teraz, bo omijam to miejsce szerokim łukiem od kiedy zachowali się niegodnie. Byłam tam służbowo kilka lat temu i przy płaceniu ktoś zauważył, że kelner pomylił się o - bagatela, 600 zł! Po prostu nie policzył alkoholu. Zażartowaliśmy sobie, że dziś Bristol stawia drinki. Kelnerzy wpadli w panikę, zaczęło się bieganie, szukanie winnego, korygowanie rachunku i..., no właśnie! Nic poza tym. Tym razem ani kieliszka wiśniówki, ani czekoladki. Zabrakło jakiegoś gestu, który nic tu nie kosztuje, a robi miłe wrażenie. Zabrakło po prostu klasy.

 

   Ale do diabła z nimi! W ramach szwendactwa po Starówce trafiliśmy kiedyś na głęboko ukryty w piwnicy pub, gdzie zamówiliśmy po piwie. Gorąco było jak w piekle, więc kelner dziarsko przybiegł w dwoma smukłymi kuflami z piwem. Postawił je na stole i zniknął. Złapaliśmy je równie dziarsko i..., no właśnie – NIC! Kufle ani drgnęły. To znaczy dały się przesuwać po stole, kiedy się przyłożyło potężną siłę, ale żeby tak je podnieść, jak kelner... mowy nie  było! Stały jak przyśrubowane. Zaczęła się burza mózgów –  na pewno są tu gdzieś potężne magnesy! Nic z tego, stół był drewniany. Ukryta kamera? Nigdzie ani śladu podejrzanych urządzeń, gładkie ściany bez otworów. Kelner oczywiście zapadł się pod ziemię, pewnie chichotał w kącie podglądając...

 

   Kiedy już się naśmiał, przyszedł i wyjaśnił. Kufle miały ołowiane dno. Każdy ważył ok. 9 kg, plus piwo. Jakim cudem on sobie z nimi tak lekko radził pozostanie tajemnicą, widocznie dużo ćwiczył. Mój mąż się zawziął i jakoś dźwigał swój, ja poprosiłam o słomkę. Prowadzaliśmy tam oczywiście każdego gościa, który zawitał do Warszawy, dopóki się im nie znudziło i kufle zniknęły z użycia. A może ów kelner złapał „łokieć tenisisty” i zrezygnował...? A szkoda.

   

Wiadomość z ostatniej chwili!

   Może pamiętacie, że fotografując kobieciny szorujące ikony w rumuńskiej cerkwi, zostałam poproszona o przysłanie zdjęć. No i że je wysłałam, nie wiedząc nawet, czy dotrą. Ponieważ wysłałam je poleconym, po 2 tygodniach sprawdziłam na Poczcie Polskiej (online, hoho!) i dowiedziałam się, iż dotarły. Z przygodami (najpierw 10 dni krążyły po Polsce (?), potem zatrzymał je Urząd Celny Rumunii (szukali wąglika czy dolarów?), ale wreszcie dotarły do miejsca przeznaczenia.

 

   Wyobraźcie sobie, że już 5 dni od daty doręczenia dostałam na adres domowy list! Pisany ręcznie na kartce wyrwanej z kalendarza. Jakie to słodkie... Nie wiem co tam jest napisane, czekam na kogoś, kto mi to przetłumaczy, ale niniejszym załączam dowód. A proszę zwrócić uwagę, jaka ładna koperta.

 

Warto dotrzymywać obietnic wakacyjnych...

 

 


Podziel się

komentarze (43) | dodaj komentarz

Z bólem serca...

poniedziałek, 27 maja 2013 18:43

   Dziś będzie krótko, bo się wkurzyłam!

   W mojej prawie 2,5-letniej przygodzie z blogowaniem poznałam różne typy zachowań i różne podejścia do zobowiązań, jakie rodzi bycie popularnym blogerem. Mam tu na myśli takich blogerów, którzy dziennie zaliczają nie 3 odsłony, ale co najmniej kilkadziesiąt czy kilkaset.  

 

   Nie zgodzę się z tezą wygłoszoną przez mojego „ulubieńca” Kominka, iż blogów prowadzonych systematycznie i długo jest zaledwie 100-200, z tego 10 % jest wartościowych, reszta to śmiecie. Kominek znany jest z pogardliwego podejścia do mierzwy, za jaką uważa wszystkich innych, próbujących mu dorównać przynajmniej w jego mniemaniu, więc nie uda mu się wpędzić mnie w kompleksy. Jednak zgadzam się z tym, że

- ciekawych i inteligentnych blogów jest zdecydowana mniejszość,

- masa blogerów, nawet tych dobrych, bardzo szybko traci zapał i zanika, czasem na długie miesiące albo na zawsze.

 

   I to jest powód mojego wkurzenia i jednocześnie apel. Kiedy już uda mi się trafić na blog niebanalny, na który z zainteresowaniem zaglądam, i od miesięcy widzę tę samą treść i datę, szlag mnie trafia! Nie cierpię mieć syndromu odstawienia, kiedy coś mi się naprawdę spodoba!

   Ja nie oczekuję, że wszyscy będą pisać codziennie, jak Rodorek  http://rodorek.bloog.pl/ czy Adela 73 http://protestadeli.blogspot.com/. Zresztą, lepiej niech wszyscy tak nie piszą, bo zwykły pracujący człowiek nie miałby szansy tego na bieżąco czytać. Ale żeby nie pisać przez miesiąc??? Albo dwa???

   Dlatego podejmuję bolesną decyzję i wykasowuję z ulubionych wszystkie blogi, na których nie ma regularnych wpisów, chociaż co 2-3 tygodnie. Trudno, będę szukać nowych blogów, których przecież podobno na samej WP są jakieś setki tysięcy. Oczywiście 95 % z nich to blogi zawierające 1 czy 5 wpisów i na tym koniec, ale nie uwierzę, że nie ma więcej takich, co piszą regularnie i do tego piszą DOBRZE.

 

No. Trochę się rozładowałam. Pozdrawiam.

 


Podziel się

komentarze (42) | dodaj komentarz

Legnica, czyli okupacja w czasie pokoju

czwartek, 23 maja 2013 20:00

 

   Czasem moja praca daje mi do wiwatu. Bo ja generalnie nie narzekam, ale kiedy w jednym rzucie muszę odbyć trzy spotkania pokonując 900 km w ciągu 1,5 dnia, to nie powiem, która część ciała dobitnie mi o sobie przypomina.

   Na szczęście wbrew biadoleniom malkontentów W POLSCE SIĘ DUŻO BUDUJE, a nawet już zbudowało. Odcinek ok. 425 km z Warszawy do Legnicy składa się z:

- 130 km drogi szybkiego ruchu, omijającej centrum Warszawy, potem przechodzącej w przepiękną autostradę A2 do Łodzi, średnia 140 km/ha.

- 180 km marnej drogi mniej więcej do Sycowa (średnia 40-50), ale w tym ok. 20 km przez Łódź, samymi dwu-trzy-pasmówkami

- 150 km szerokiej obwodnicy Wrocławia i autostrady A4 do samej Legnicy i dalej (120-140km/ha)

 

   Może nie powinnam się przyznawać, ale pokonanie całej trasy zajęło mi 5.05 godz., co biorąc pod uwagę jednak wleczenie się za ciężarówkami na tym środkowym odcinku, nie jest chyba złym czasem.

 

   Ale nie o tym miałam pisać, tylko o Legnicy, która w latach 1945-93 (!!!) znalazła się pod okupacją Armii Czerwonej. Wojna już się dawno skończyła, okupacja nie.  Zacytuję tu za http://www.portal.legnica.eu/strona-22- nasze_miasto_sladami_malej_moskwy.html

   Wojska radzieckie do swojej wyłącznej dyspozycji zajęły ok. 1200 różnego rodzaju obiektów zlokalizowanych na terenie miasta. Stanowiło to ponad 30 proc. jego przedwojennej zabudowy. Najokazalsze obiekty użyteczności publicznej, szkoły, szpitale, sądy, urzędy i obiekty sportowe znalazły się we władaniu Rosjan. Tereny przez nie zajęte, zwane kompleksami, były miejscami wydzielonymi, niedostępnymi dla polskiej ludności. Wejścia do nich strzegli uzbrojeni wartownicy.

   Największy kompleks, liczący 39 ha, zwany Kwadratem, obejmował teren najbogatszej i najpiękniejszej  dzielnicy Legnicy (Tarninowa). Był otoczony dwumetrowym murem. W Kwadracie znajdował się budynek sztabowy i kwatery najwyższych rangą oficerów radzieckich. Generałowie zamieszkali w kilkudziesięciu willach i rezydencjach, wybudowanych na początku XX wieku przez legnickich fabrykantów, lekarzy, adwokatów. Kwadrat był samowystarczalny. Na jego terenie były banki, kina, kawiarnie, sieć dobrze zaopatrzonych sklepów i obiekty reprezentacyjne. Od 1946 r. przebywało w mieście stale kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy radzieckich.

 

   Piszę o tym, gdyż po raz kolejny miałam przyjemność nocować w jednym z odzyskanych i od podstaw wyremontowanych domostw-willi, przerobionych na hotel. Jest ich w Kwadracie kilka i wszystkie cieszą oko gustem i dokładnością wykończenia.

 

   Żeby docenić, jaką pracę trzeba było wykonać aby odrestaurować odzyskane przez miasto budowle, należy obejrzeć zdjęcia z tych początków. Zerwana klepka podłogowa, rozebrane kaflowe piece, wyrwane żyrandole i klamki... Wszystko co dało się wywieźć lub sprzedać na miejscu, zniknęło. W takim stanie Towarzysze zostawili Kwadrat. Do dziś wiele domów czeka na swoich zbawców i wciąż noszą ślady dawnej świetności.

Oto niektóre sieroty czekające na adopcję:

 

    

 

 

 

A tak wyglądają nowonarodzone:

 

 

 

 


 

To mój hotelik:

 

 

 

 

 

Powyżej na prawo mój balkon - w jednoosobowym pokoju.

 

A do tego jeszcze przepiękna legnicka Starówka z pyszną katedrą:

 

 

 

Łaaadne to miasto...


Podziel się

komentarze (67) | dodaj komentarz

Marsz Szmat kontra Marsz dla Jezusa

niedziela, 19 maja 2013 8:39

 

   Warszawa to jest dziwne miasto...

   W odległości ok. 2 km od siebie w tym samym dniu, o tej samej godzinie  wyruszyły dwa marsze. Jakby z dwóch różnych światów pochodzące.

   Pierwszy to Marsz Szmat (SlutWalk), który od kilku lat odbywa się w miastach na całym świecie.  To protest przeciwko powszechnemu  dość mniemaniu, iż zgwałcona kobieta jest sama sobie winna, bo po co się ubierała jak zdzira? Taki tekst padł kiedyś z ust kanadyjskiego policjanta i wywołał lawinę protestów.

 „Moja spódniczka dupy nie daje”, to motto marszu. Podobnie jak inne hasła na transparentach:

 

 

 

 

 

  „Czy gdybym się owinęła bekonem, mógłbyś mnie zjeść?” Logiczne.

 

    Marsz wyruszył spod pomnika Witosa i przeszedł Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, ku uciesze gapiów. Nie brakowało w nim osobników typu transseksualiści czy geje, ale dominowały jednak kobiety.

 

 

 

 

      

Tu proszę zwrócić uwagę na prawy dolny róg.

Mnie też kusiło, żeby fotografować nie tylko transparenty:

 

 

 

 

 

 

 

Widać było, że niektóre osoby mają wyraźną przyjemność z pokazywania czegoś więcej, niż tylko poglądów. Niektórym jednakże Bozia za wiele do pokazania nie dała...

 

 

 

 

   Czy zmieni to coś w mentalności gwałcicieli – nie wiem. 80 % sprawców gwałtów było znanych ofiarom przemocy. Wielu z nich to mężowie, wymuszający seks w sypialni, wbrew woli partnerki. Nie ogarniam...

Zmartwiło mnie tylko to, że artykuł o marszu znalazł się w Gazecie Wyborczej tydzień temu, za to w piątkowej z 18.05 nie było o tym najmniejszego słówka..

   Nie przebrałam się w kabaretki, nie mogłam tego zrobić mamie. Padłaby trupem widząc mnie w wiadomościach :-)

 

   Wracając po 2 godzinach tą samą drogą natknęliśmy się na Marsz dla Jezusa. Tu też było głośno (na platformie jechała cała sekcja muzyczna) i czerwono-biało – strasznie patriotycznie. Dlaczego orzeł biały został wyeksponowany i na transparentach i na koszulkach... nie mam pojęcia. Mogę się tylko domyślać, że stoi za tym idea, że kto nie za Jezusem, ten nie Polak i patriota... I że "Polska dla Jezusa"...? A co dla mnie...?

 

 

 

 

 

 

Nie skomentuję. Chcę jeszcze pożyć w spokoju...


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

Halka rulez, czyli kobiety rządzą w operze

czwartek, 16 maja 2013 9:44

 

Nie lubię uwspółcześniania klasycznej opery.

 

    Zdjęcia z La Scali, na których  śpiewacy stoją na kompletnie gołej scenie, ubrani w cywilne ciuchy, stanowią gwałt na moim poczuciu piękna, na moich wyobrażeniach związanych z tą formą kultury. Gdybym znała się na operze tak dalece, że interesowałaby mnie sama muzyka i śpiew, to kupiłabym sobie najlepsze światowe wykonania na CD i słuchała ich z nogami na stole, sącząc australijskiego Malbeca...

Po to idę do opery, żeby dostać więcej, żeby chłonąć nie tylko uszami, ale i oczami, a nawet nosem.

 

   No. To po tym pokrętnym wstępie informuję, że widziałam ostatnią wersję - na wskroś współczesną "Halki" i........... podobała mi się.

 

   Idąc do opery nie przyszło mi do głowy sprawdzić, jakie to będzie wystawienie. Widziałam "Halkę" ponad 15 lat temu, było pięknie, wzniośle, klasycznie, a Ukrainka Tatiana Zacharczuk, śpiewająca główną rolę naprawdę wzruszała, chociaż oberwało się wtedy Marii Fołtyn za tę obsadę. Więc byłam pewna, że teraz będzie podobnie. W końcu kto odważy się podnieść rękę na monument, na polską epopeję, w której szumią jodły na gór szczycie itp...?

 

   Kiedy zobaczyłam scenę wypełnioną przez dwa gigantyczne kubiki obłożone białymi kaflami jak w łazience,  z wąskim przejściem pomiędzy, pomyślałam

- Nie jest dobrze... Za chwilę wyjdzie Halka w dżinsach i zacznie rapować.

Ale wtedy pojawił się jeden i drugi lokaj w klasycznym stroju, więc nieco odetchnęłam.

 

   "Halka" w reżyserii Natalii Korczakowskiej jest kompletnie inna, niż się spodziewałam. Niby muzyka ta sama, głosy bajeczne, nieco kostiumów z epoki (choć bez przesady), a jednak widz jest zaskakiwany na każdym poziomie.

Wymienię kilka przykładów:

 

 - hrabiowska narzeczona ma suknie prosto od Diora, damy dworu też wyglądają jak na czerwonym dywanie w Cannes.

- hrabia Janusz (Jaśko) po zderzeniu z Halką, zaczyna nerwowo wycierać ręce kolejnymi chusteczkami, które podaje w pudełku lokaj... Skojarzenie z detektywem Monkiem nieodparte.

- mistrz ceremonii Dziemba wciąż wykonuje dziwne nieskoordynowane ruchy ciałem, jakby go coś gryzło w plecy,

- w trzecim akcie, kiedy "wieś tańczy i śpiewa" w pewnej chwili do góralek w długich spódnicach dołącza chuda jak katowski gwóźdź dziewczyna w miniówce i wywija razem z nimi ten sam układ taneczny, opętańczo i z przytupem. Najciekawsze jest to, że ten taniec pasuje zarówno do ich stylizacji, jak i do niej, skąpo ubranej i szalejącej jak na dyskotece. Zakopiańskie „misie”  i pseudo-zbójnicy dopełniają tego cepeliowskiego obrazka.

- w drugiej połowie obowiązkowo muszą wystąpić Tatry, to nieodłączny element dekoracji. Jak mówi w rozmowie reżyserka: zrobienie kolejnej makiety Tatr byłoby "nieprzyzwoite". Wykorzystała więc motyw śpiących rycerzy tatrzańskich, co akurat nieszczególnie jej wyszło. Na wysoko podwieszonej platformie widać kilka postaci, z czego 2 lub 3 to rycerskie zbroje, słabo widoczne. Gdybym nie przeczytała programu, nie wpadłabym na tę symbolikę, ale może jestem mało rozgarnięta.

    Resztę "Tatr" symbolizują stalowe płyty, wypełniające scenę, wznoszące się po bokach ku górze. Kto jeździł na łyżworolkach wie, jak wygląda half pipe. Notabene dwoje rolkarzy kłusuje po scenie od niechcenia.  Po co – Bóg raczy wiedzieć.

- ognisty mazur, z genialną choreografią zresztą, odtańczony przez eleganckie towarzystwo w I akcie nie byłby niczym szczególnym, gdyby nie to, że w pewnym momencie panicze zaczynają tańczyć z ...lokajami. No, jakby to powiedzieć...? Faceci tańczący ze sobą w parach, a potem w trójkątach, to nie jest jednak częsty widok w klasycznej operze.

Itd. Itd.

 

  Ale to wszystko jakoś nie gryzło się z Moniuszką, który - wielkim kompozytorem był. To jest po prostu piękna opera, więc nie można jej było zepsuć nawet tymi rolkami. Choć oberwało się reżyserce od niejednego recenzenta, mnie się podobało. Taki zysk, kiedy się jest niewykształconym w temacie laikiem.

   Halka (Wioletta Chodowicz) to pulchna, duża dziewczyna z ogromnym temperamentem. Kiedy wpada na scenę w podartym kożuchu z rozwianymi czarnymi lokami, wygląda wypisz wymaluj jak Horpyna w Ogniem i Mieczem. Aktorka z niej pierwszorzędna, przekazuje masę emocji, że aż ściska w dołku. A od jej śpiewu dostałam bólu gardła, bo ona wyciąga zupełnie niemożliwe dźwięki. Dobry jest Jontek (http://www.rafalbartminski.pl), na szczęście to młody i dość przystojny chłopak, a nie 50-60 letni amant typu Paprocki i inni, którzy w przeszłości wylewali swoje żale (Oj Halino, oj jedyna...!) do równie dojrzałych Halek.

 

     Przyznaję, że nie kupuję tej wizji Tatr jak wyżej, ani tej chudej pląsającej. Ale jedna scena mnie powaliła i za to kłaniam się w pas scenografowi.

   Wyobraźcie sobie że świat wokół Was eksploduje. W powietrze lecą fragmenty kościoła, fruwają belki, kosze, ambona, kawałki dachu czy krzyż. Teraz zróbcie stop-klatkę, zatrzymajcie ten film. Wszystko zawisa nieruchomo, także ołtarz złożony z kawałków i anioł nad ołtarzem. No. To tak właśnie wygląda ta scena w operze. Tyle że to nie jest film z projektora, te belki, kosze i krzyż naprawdę zastygły nad sceną. Świat Halki wszak rozleciał się na okruchy.

 

   Reżyserka poszła dalej w swobodnej interpretacji libretta. Tutaj Halka jeszcze nie ma dziecka, dopiero jest w ciąży, którą traci. A umiera nie rzucając się w odmęty jak Ofelia, tylko zasypia cicho po pocałunku Anioła, który sfruwa do niej z nieba.

  Akurat ta wizja śmierci chyba by mi pasowała bardziej, niż wskakiwanie do lodowatego potoku. Przypominam, że woda w górskich rzekach ma jakieś 4 stopnie na plusie. Brrrr...

 

 


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 215