Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 310 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844684
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Ciała obnażone

wtorek, 27 maja 2014 17:45

4.jpg

http://www.studiummedycznebp.pl/index.php/wystawa-bodies-revealed

 

   Od kilku tygodni jeżdżąc do pracy i z powrotem jesteśmy bombardowani plakatami i reklamą radiową zapraszającą na wystawę Bodies Revealed  (ciała odkryte) w Warszawie. Wystawa jest tu nie po raz pierwszy, ale tak jak przed laty, nadal się nie wybieram.

   Przyczyną nie jest cena biletów (50 zł/os.), tylko opory moralne.

 

   Wystawie towarzyszą szczytne hasła „podróż w głąb swojego ciała”, „cel edukacyjny” itp., a dla mnie to jest bezczeszczenie zwłok. Widzę tylko tych nieboszczyków, których nie tylko pozyskano z nieznanych źródeł (prawdopodobnie z chińskich więzień), ale w dodatku wystawiono na widok publiczny, upozowanych, jakby zatrzymanych w ruchu, albo poćwiartowanych czy wręcz poszatkowanych jak kapusta. Przypomniała mi się scena z Hannibala –  dokładnie tak oto ten uroczy psychopata potraktował agentkę FBI. Tylko że on przynajmniej nie mówił, że zrobił to w celach edukacyjnych…

 

   Osoby które miały okazję być w prosektorium wiedzą, że przebywający tam studenci np. prawa (medycynę pomijam) dzielą się na tych, co mają mdłości i tych, co się wydurniają żeby ukryć stres. Tyle że ich pobyt tam jest uzasadniony, gdyż być może przyjdzie im kiedyś oglądać zwłoki ofiary z wypadku czy samobójcy. W przypadku Bodies Revealed można się wygłupiać bezkarnie, skoro organizatorzy zachęcają do przyjścia z dziećmi (!!!) i przyjaciółmi. Ja to odbieram jako zachętę: Zróbmy sobie piknik, pogapimy się na golasów obdartych ze skóry, z wyszczerzonymi zębami, twarzą pozbawioną skóry i z genitaliami na wierzchu.

 

Bodies-Revealed-Gallery-3.jpg

 http://body.discoverlehighvalley.com/bodies-revealed/

 

    Istnieją przecież takie miejsca jak Centrum Kopernika, proszę bardzo. Tam też można się czegoś dowiedzieć o budowie ludzkiego ciała. A tu zadano sobie tyle trudu (jak opowiada przewodniczka), aby ludzkie szczątki nie tylko zabezpieczyć przed gniciem, ale jeszcze nafaszerować plastikiem by móc je kształtować jakby były z plasteliny, wyginać, wykręcać na wszystkie strony, robić z nich atletów itp.

Chyba taniej byłoby wykonać doskonałe modele z tworzywa.

 

   Ba, tylko wtedy pewnie nikt by nie przyszedł i organizator nie zarobiłby pieniędzy.

Bo zapewne więcej znajdzie się chętnych do pogapienia się na prawdziwe zwłoki, niż chcących naprawdę odbyć „podróż w głąb własnego ciała”…

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Wysyp kretynów

czwartek, 22 maja 2014 18:19

 

Dostałam list.

To było zaproszenie z teatru, do którego zwykle bilety kupuję przez internet. Zaproszenie nie było imienne, wręcz przeciwnie. Razem ze mną otrzymało je ok. 200 osób (mogę się mylić o +/- 10), których adresy mailowe znalazły się w kopii. W taki oto sposób znalazłam się w posiadaniu nazwisk i adresów osób pracujących np. w Policji, Gazecie Wyborczej i innych firmach.

   Z punktu widzenia ustawy o ochronie danych osobowych ktoś powinien za to wisieć i może tak się nawet stanie, bo teatr zauważył swój błąd i dwukrotnie się za to pokajał. Ale cóż, mleko się wylało...

 

    Poziom profesjonalizmu, a raczej jego brak, to zmora naszych czasów. To że pracownik banku, podpisujący ze mną umowę na duży firmowy kredyt, napisał „ważywo”  już trochę przestało mnie boleć – czas leczy rany.

    Ale na każdym kroku mamy do czynienia z leniami, dyslektykami, albo zwykłymi matołami. Przez głupi błąd człowiek nie może wykupić leku w aptece, bo ktoś zapomniał podstemplować lub wydał receptę na nieważnym druku. Przez mylną informację ktoś spóźni się na pociąg i ważna rozmowa o pracę przeleci mu koło nosa. Przez źle założoną baterię prysznicową licznik będzie się kręcił jak opętany i w ciągu kilku miesięcy nabije 600 zł ponad średnie zużycie. Wiem, bo sama przez to przeszłam, a wszyscy umyli ręce.

 

   Otaczają nas gadżety, które mają nam poprawić jakość życia. Niewątpliwie łatwiej jest przez komórkę poinformować, że się spóźnimy, niż postarać się być punktualnie.

Ekonomiczniej jest posadzić dziecko naprzeciw komputera i kazać dziadkowi gadać z nim przez Skype’a, niż samemu zorganizować czas, żeby wystarczyło na wszystko.

   Wygodniej jest włączyć gadułę w GPS, która wkurzająco aksamitnym głosem będzie nas informować, że „Zjechałeś z trasy. Zawróć”, niż z nosem w mapie tudzież  zaczepiając tubylców przez okno samemu znaleźć właściwą drogę.

Na marginesie – właśnie GPS jest ponoć głównym oskarżonym w procesie o nasze powszechne zgłupienie.

 

   Bo jest coś za coś. W 2010 r. na UW odbyła się ciekawa debata pod znamiennym tytułem: Dlaczego głupiejemy - czy rozwój cywilizacyjny ogranicza myślenie?

 Można ją w całości zobaczyć tu: http://www.uo.uw.edu.pl/debata/dlaczego_glupiejemy

 

    A problem narasta na każdym etapie. To co kiedyś zdobywaliśmy, ślęcząc w bibliotece, dziś znajdujemy klikając przez 30 sekund w odpowiednie wyszukiwarki. Kiedyś człowiek ambitny mający wątpliwości co do pisowni, zajrzał do słownika, zanim wysłał coś w świat. Dziś niemal każdy edytor tekstu ma wbudowany korektor, a mimo to większość matołów ignoruje jego podkreślenia. Kiedyś żeby zdobyć bilet na słynny spektakl trzeba było się nieźle napracować i albo użyć chodów, albo ustawić się w kolejce od 5.00 rano, w dniu otwarcia przedsprzedaży. Dziś bilety zdobywa się nie ruszając d.. z fotela.

 

   No, nie ma cudów – to musiało przynieść efekty. O poziomie mediów i dziennikarzy nie będę się tu rozwodzić. Pozwolę sobie zacytować mojego Mistrza metafor, czyli Andrzeja Poniedzielskiego: „Znacie Państwo tych współczesnych dziennikarzy – z drugiego tłoczenia. Taki dziennikarz składa się z mikrofonu i nosiciela mikrofonu. Wiedza o życiu i kompetencje zawodowe są mniej więcej takie same u obu z nich...”

 

Nic dodać.

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Bułgaria cz.6 i ostatnia.

niedziela, 18 maja 2014 15:39

 

   Dziś kończę nudzić o Bułgarii.

 

   Opuszczamy przyjazne miasteczko Smolian, gdzie wypadło nam świętować 33-stą rocznicę ślubu. Wiem, wiem, ludzie tyle nie żyją.

Zwłaszcza razem.

A jednak...

   Małżonek zerwał się podejrzanie wcześnie i gdzieś popędził, ale wrócił mocno rozczarowany. Kwiaciarnie otwierali o 10.00, nigdzie nie udało mu się znaleźć choćby gałązki bzu. Nawet mlecza na trawnikach nie znalazł, a urwać z gazonu jakoś się nie ośmielił...  Co za kraj!

 

   A my dalej w drogę.  Dziś w planie znów mosty, tym razem „Cudowne”(Czudni, pisane z angielska Chudni Mostove). I znów droga pełna niewiadomych, czy uda nam się ją w ogóle znaleźć, czy nie urwiemy kół w dziurach, o których pisano w sieci. Nie ma jej na mapach ani w przewodnikach.

   Zainteresowanych uspokoję – jest dobrze. Jadąc ze Smoliana na północ po ok. 27 km mijamy wioskę Czepelare. Tam już stoi brązowa tablica informacyjna. Trzeba jechać dalej, a po ok. 15 km rozglądać się. Po lewej stronie będzie tablica kierująca na mosty. Tą drogą (krętą jak diabli ale znacznie poprawioną) wznosimy się ok. 800 metrów w górę na odcinku 16 km. Na końcu czeka nagroda.

 

   Cudowne "Mosty" to nic innego jak gigantyczne dziury, które rzeka wyżłobiła w dwóch blisko siebie stojących skałach. Skutkiem tego nad rzeką  powstały dwa naturalne pomosty, którymi teraz można spacerować, gdyż zadbano o solidne barierki i schodki. Jeśli komuś jeden z tych mostów kojarzy się z waginą, to potwierdzam, tak faktycznie to wygląda.

 

P1040821.jpg

 

P1040831.jpg

 

P1040830.jpg

 

   Pomiędzy mostami rozpięto linę i ziuuuu....., można w pełnej uprzęży tyrolką zjechać z jednego mostu pod drugi. Sama bym zjechała, ale czas gonił.

 

P1040811.jpg

 

P1040835.jpg

 

   Następny przystanek to Monastyr Baczkowski, drugi po Rilskim pod względem wielkości. Z niego też trzeba było mnie wyprowadzać siłą, bo oczy można było zgubić wśród ozdób i świec. Z boku stała długaśna kolejka do całowania ikony Świętej Panienki. Jedna panienka (zupełnie nie święta) z dzieckiem chyba się jednak trochę zapomniała w kwestii stroju. Z bliska wyglądała tak:

 

P1040864.jpg

 

P1040863.jpg

 

   A potem już Asenowgrad, w którym wleźliśmy wprawdzie do twierdzy na wysokiej skale (a raczej do tego, co z niej zostało), ale nadciągnęła burza i robiliśmy za naturalny piorunochron. No to się szybko ewakuowaliśmy i po 19 km byliśmy już w Płowdiw.

 

   Płowdiw jest zupełnie inną bajką niż Sofia, chociaż to też duże miasto. Tu wprawdzie również nie uświadczy się podjazdu dla wózków, a starówka wybrukowana jest wypukłymi kamieniami, na których można skręcić nogę, ale piękna stara zabudowa, dobrze utrzymane zabytkowe domostwa, bajeczne cerkwie i rzymski teatr z II wieku n.e. rekompensują te niewygody. Wprawdzie nie lubię ruin, ale te są nieźle zachowane, można po nich biegać, albo grzać się w słońcu na kamiennych ławkach.

 

P1040911.jpg

 

P1040929.jpg

 

P1040932.jpg

 

P1040934.jpg

 

     Żałuję, że mieliśmy znów za mało czasu, żeby wsadzić nos w każdy kąt. Udało nam się tylko odszukać cerkiew Konstantina i Heleny ( a jakże!) i prześliczną cerkiew Marina. Widzieliście kiedyś taki zielony kościół?

 P1050013.jpg

 

    Na koniec udało nam się wreszcie spróbować tutejszych narodowych potraw, bo jak dotąd było z tym cieniutko. O kuchni bułgarskiej radzę poczytać w takim felietonie: http://facetznozem.blogspot.com/2012/06/gjuwecz-co-ty-wiesz-o-bugarii.html

   W każdym razie zjedliśmy tego gjuwecza z ozorka, kurczaka i warzyw, które z dumą zaserwowała nam pewna pańcia.

 

 P1040948a.jpg

 

   Do tego szopską sałatkę, którą jedliśmy tu codziennie. Przez tydzień zjadłam więcej pomidorów i ogórków niż przez rok, ale były pyszne. Ser którym są posypane, różni się od fety z naszych sklepów, do tego bardzo dobra oliwa i winny ocet. Jakoś się przez tydzień nie znudziło.

 

   I wreszcie ostatnia ciekawostka w naszej podróży. W 1981 roku komuniści bułgarscy sfinansowali budowę czegoś, co złośliwi nazywają latającym spodkiem rodem ze Spielberga, a idealiści pomnikiem wielkiej idei.

   Tuż za przełęczą Szipka, w miejscu o nazwie Bezluzha (Buzluża, Buzłudża) w środkowej Bułgarii powstał obiekt mający służyć za miejsce specjalnych obchodów, uroczystości i spotkań towarzyszy. Ma toto 42 m średnicy, przebogatą mozaikę na suficie o powierzchni 500 m2 i dwie wieże wysokie na 70 m. Rubinowe gwiazdy na szczycie są trzy razy większe od gwiazdy na Kremlu (mają po 12 metrów).

 

P1040984.jpg

 

P1040991.jpg

 

P1040999.jpg

 

   Po upadku komuny państwo zabrało obiekt partii, ale że nie wiedziało co z nim robić, oddało go z powrotem. Tyle że ani starzy, ani młodzieżówka komunistyczna nie ma 10 mln EUR, jakich potrzeba na odremontowanie obiektu. Budynek popada w ruinę, zamknięto go dla bezpieczeństwa przygodnych osób. Rubinowa gwiazda, na którą szybko znaleźli się chętni, okazała się zwykłym szkłem.

 

Bardzo chciałam tam wleźć przez dziurę w ścianie, ale moi towarzysze odmówili współudziału, czy choćby zezwolenia. Teraz żałują, ale TERAZ to oni sobie mogą...

 

   I tak kończy się moja opowieść o Bułgarii. Nigdy przedtem nie miałam tylu wątpliwości i mieszanych uczuć, co tutaj. Myślę, że każdy musi to zobaczyć sam i sam odpowiedzieć, czy więcej rzeczy go tu zachwyca, czy wkurza. Bo i jedno i drugie uczucie towarzyszy nam od pierwszej do ostatniej chwili pobytu.   

    Na pewno kraj ma bardzo dużo do pokazania i jest dość tani. A reszta..., cóż, to nie są szwajcarskie Alpy, ale kto powiedział, że gdzie indziej nie można dobrze wypocząć?.


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Bułgaria cz.5, czyli skały i kamienie

środa, 14 maja 2014 8:32

 

 Jesteśmy w Smolianie, miasteczku oddalonym od Bańska jakieś 174 km na wschód. Powinno się to przejechać w 2 godziny, ale nie tutaj. Drogi są nawet niezłe, tylko poprowadzone malowniczo dolinami, w wykutych w skale wąwozach tak krętych, że powyżej 50 km/ha się nie podskoczy. Na szczęście ruch jest tutaj zaskakująco mały, bo wyprzedzanie jakiegoś zawalidrogi czasem zajmuje wiele kilometrów. Po prostu zero  widoczności.

 

   Ze Smoliana wyruszamy dalej na wschód, w stronę Kardżali, albo Kyrdżali. Nikt nie wie, jak to poprawnie pisać łaciną, bo między K i R jest w oryginale tylko twardy znak. Raz słyszy się go jako Y, innym razem raczej A, ale zawsze stłumione, ściśnięte w gardle.

 

     Po drodze pierwszy przystanek. Trafiłam na to cudo przypadkiem w necie, bo nie ma o nim wzmianki w książkowych przewodnikach Wiedzy i Życia ani Pascala i sporo mnie kosztowało znalezienie szczegółów dojazdu.

   Nazywa się to Diabelskim Mostem (Diavolski Most) a startuje się do niego z miejscowości Ardino (ok.53 km od Smoliana na wschód). Kiedyś trzeba tam było szukać jakichkolwiek wskazówek na przegniłych tablicach, a potem urywać koła na odcinku 9 km potwornie wąskiej i dziurawej, a do tego spadzistej dróżki (Google podaje czas 26 minut!)

   Na szczęście zrządzeniem losu akurat w ubiegłym roku znalazły się unijne pieniądze na wyremontowanie mostu i tejże drogi. Pojawiły się brązowe tablice informacyjne, drogę znacznie poszerzono, wyrównano i choć chodzą po niej głównie krowy, daje się jechać nawet całkiem szybko. Niestety nie mogło być tak pięknie przez całą drogę, więc nagle wpadliśmy w ostatnie 2 km, które z niewiadomych przyczyn wyglądają tak jak przed remontem! Tylko dla orłów. Ze śmiercią w oczach udało nam się przejechać bez ślizgu w dół czy urwania zawieszenia. Jakie to bułgarskie...

 

   A propos krów, to  nie jest to przyjemny widok, bo są nieludzko wychudzone i obsrane z przeproszeniem, że nie do opisania. Nie wiem jak trzeba głodzić krowy w zimie, żeby one w maju, kiedy od dawna  jest już zielono, tak wyglądały.

 

krowy.jpg

 

No nic, wracajmy do mostu.

 

   Most na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżnia. Przed wiekami szedł tędy ważny szlak handlowy, dziś nie ma tam żywego ducha (poza nami:)

 

P1040728.jpg

 

P1040747.jpg

 

   Gdybym nie wyczytała w sieci o co chodzi z tą „diabelskością” nigdy by mi nie przyszło do głowy odwrócić zdjęcie o 90 stopni. Teraz przyjrzyjcie się temu co widać w środkowej części, pionowo wzdłuż linii wody. Zwłaszcza tak w 1/3 od dołu.

 

P1040749a.jpg 

   Niestety, remont nie został przeprowadzony tak, żeby zachować wszystkie elementy diabelskiego pyska, bo kiedyś ten diabeł (właściwie dwa diabły) były „tłustsze”. Prawdopodobnie podczas stawiania rusztowań czy innych prac ukruszono część kamiennego podłoża, więc diabeł „schudł”. No cóż, kryzys dotyka wszystkich.

Tak go uwiecznili inni, przed remontem. Te jesienne kolory jeszcze dodają grozy:

 

diavolski-most.jpg

 

   Dojeżdżamy do Kyrdżali i szukamy tutejszych słynnych formacji skalnych. Na szczęście i tu przyszło nowe, bo w mieście stoją tablice informacyjne. Najbliżej, bo ok. 5 km od miasta jest Kamienne Wesele (Kamienna Swatba). 

   Legenda mówi, że orszak weselny został zamieniony w kamień przez bogów za karę, gdyż matka Pana Młodego pozazdrościła synowej urody... Dość to pokrętne tłumaczenie, bo co winni goście, że teściowa wredna? Rzeczywiście cały kompleks wygląda jak zastygłe w bezruchu postacie, w niektórych można zobaczyć jeszcze przed chwilą roztrajkotane kumoszki.

   Nie ma co gadać, lepiej popatrzeć.

 

P1040755.jpg

 

P1040767.jpg

 

 A to Para Młoda z bliska:

 P1040768.jpg

 

   Dalej już jest trochę trudniej. Chcemy zobaczyć Kamienne Grzyby (Kamenni Gybi). Trzeba szukać w Kyrdżali tablic kierujących do Perperikonu, ruin starej twierdzy na wysokiej skale, ok. 19 km od miasta. Wiek – ok. 8 tysięcy lat. Kto lubi ruiny, zapraszam. Teren jest pięknie zagospodarowany, ale trzeba się ostro drapać pod górę, a na samym wierzchu są... ruiny. Na mnie osobiście sam wiek kamieni nie robi wrażenia. Wciąż powtarzam, że Forum Romanum to kupa gruzu i nikt mi nie wmówi, że jest piękne.

 

P1040773.jpg

 

   Jeśli ktoś jednak nie jest tym zainteresowany, to trzeba jechać dalej główną drogę ok.14 km. Tam za wsią Beli Plast po lewej stronie od szosy (uwaga, żeby nie przegapić!) stoją GRZYBY!:

 

P1040783.jpg

 

P1040778.jpg 

Mają po 2-2,5 m wysokości a ich śliczne ubarwienie bierze się z tlenków manganu, żelaza i innych.

 

P1040790.jpg

 

   Ok 30 km na południe od Kyrdżali jest jeszcze Kamienny Las, ale my już mieliśmy dość krążenia wąską szosą i wróciliśmy do Smoliana na noc. Dość wrażeń jak na jeden dzień.

 


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Bułgaria cz.4 czyli ludzie są podli, na szczęście nie wszyscy.

niedziela, 11 maja 2014 8:36

 

   Dziś będzie o misiach. Ale nie tych, co ich się czepiam, kiedy ktoś pisze „Mi się wydaje...”. Będzie o prawdziwych niedźwiedziach, które źli ludzie (głównie Cyganie) zmuszali do cyrkowych sztuczek. Stąd wzięło się pojęcie „tańczących niedźwiedzi”, czyli tych, które stawiano na rozpalonej płycie i puszczano jakąś muzykę. Biedne miśki przestępowały z łapy na łapę, żeby sobie ulżyć. Potem robiły to samo już bez żaru. Wystarczyła muzyka.

 

P1040697.jpg

 

  W 2000 organizacja Cztery łapy (VIER PFOTEN) i fundacja Brigitte Bardot rozpoczęła wykupywanie tych miśków z niewoli i przewożenie ich do specjalnego rezerwatu, gdzie spokojnie  mogą dożyć końca swoich dni. Taki rezerwat powstał w miejscowości Belica, ok. 20 km od Banska.

   Dojazd do tego miejsca najtwardszych miłośników zwierząt może skutecznie zniechęcić. Odcinek 11 km pokonuje się autem około 45 minut, urywając koła w dziurach i koleinach. To znów jest Bułgaria. Żeby nie wysypać choćby tłuczniem tej drogi, trzeba naprawdę nie mieć za grosz serca ani rozumu. A przecież przy tej drodze żyją ludzie, w tym dzieci. Chłopak na oko 13-letni,  brudny jak nieboskie stworzenie, gonił konia, który mu nawiał. Nasunęło się pytanie – dlaczego on nie jest w szkole? I odpowiedź: A kto go do tej szkoły dowiezie, TAKĄ drogą?

 

   Ale trud się „opłacił”. Po pierwsze obiekt był otwarty, a to już sukces!

   37 hektarów do dyspozycji miśków i zwiedzających, to teren wystarczający, żeby dostać solidnej zadyszki. Trzeba się bowiem ostro piąć w górę, a potem zsuwać w dół. Miśki to lubią. Nie wiem czy wiecie, ale jeśli zacznie was np. w Tatrach gonić niedźwiedź, to nigdy nie uciekajcie pod górę – nie macie z nim żadnych szans, tylko w dół.

    W Rezerwacie Tańczących Niedźwiedzi dominują dwa uczucia. Pierwsze to nieodparte skojarzenie z „Jurassic Park”. Po obu stronach alejek dla odwiedzających ciągną się wysokie ogrodzenia pod prądem. Idziemy w kompletnej ciszy i aż się prosi, aby nagle rozległ się ryk jakiegoś miśka, który postanowił wziąć odwet za swoje zasrane życie.

 

Idziemy i idziemy...

 

P1040657.jpg

 

P1040655.jpg 

 

   Wreszcie JEST!. Pierwsza żywa istota. Tablice na płocie informują, skąd miś się wziął i co mu jest. Marinka jest ponoć najinteligentniejszym stworzeniem w tym parku (myślę, że z obsługą włącznie), ale jest samotnicą. Nigdy nie je z innymi, może nie znosi mlaskania?

 

 P1040662.jpg

 

P1040659.jpg

 

     Marinka ma chyba chorobę sierocą, albo raczej syndrom więźnia, który właśnie wyszedł spod celi. Mając do dyspozycji 1-2 hektary powierzchni, chodzi jakby była uwiązana w te i wewte  po odcinku ok. 3 metrowej długości. Chodziła tak, kiedy wchodziliśmy pod górę, i tak samo kiedy schodziliśmy w dół.

    I tu właśnie pojawia się to drugie uczucie: wstyd za ludzki gatunek, który jest zdolny do takiego bestialstwa Co złego musieli jej zrobić ludzie...?

 

   Idziemy dalej. Na ogromnych leśnych połaciach leżą, chodzą lub jedzą marchewki niedźwiedzie. Stefka, Violeta, Kalinka, Stefan... Są w różnej formie fizycznej i psychicznej.

 

P1040667.jpg

 

P1040671.jpg

 

P1040695.jpg 

 Ten na przykład ma problemy oddechowe, nie może oddychać przez nos, tylko pyszczkiem, więc męczy się podczas ruchu. Dlatego przeważnie siedzi.

 

P1040678.jpg

 

Temu nie wiem, co się stało, ale obrażenia na karku i głowie przywodzą na myśl najgorsze scenariusze.

 

P1040687.jpg

 

A tu grób Lety, która przeżyła w parku 6 lat.

 

P1040656.jpg "Żywia w parka ot 2004 do 2010"

 

   Ktoś może się czepić, że przecież to takie samo ZOO jak inne, bo zwierzęta żyją tu w klatkach, a ludzie się na nie gapią. A jednak nie do końca. To nie ZOO, to coś jak dom weterana, a raczej hospicjum. Nie wiem, jak jest z odpłatnością, my weszliśmy od strony, gdzie nie było żadnych budek czy kas. Na pewno nie jest to miejsce, gdzie walą tłumy. Trzeba mieć wóz terenowy, żeby tam dotrzeć i teraz zaczynam podejrzewać, że może tragiczny stan tej drogi jest zamierzony. Tam nie przyjadą rozwrzeszczane wycieczki szkolne, ani rodziny na niedzielny spacer.

 

    Te zwierzęta muszą gdzieś dożyć swoich dni a to miejsce jest idealne. Wszędzie leżą pomarańcze i marchewki, są też brodziki i „zabawki”. Nad wszystkim czuwają ludzie z górującej nad całym terenem strażnicy w kształcie okrętu. Mam wrażenie, że tu naprawdę misiom nie dzieje się krzywda. A jednak wychodzimy stamtąd w ciszy, z ciężkim sercem. Coś się zacisnęło w gardle i nie chciało odpuścić przez kolejne dwa dni.

 

P1040688.jpg

 

Widok ze strażnicy

 

P1040677.jpg

 

PS. Organizacja ratująca niedźwiedzie zdaje sobie sprawę, że ludzie żyjący z ich występów nie znają innego sposobu na życie. Dlatego nie jest to zwykłe odbieranie zwierząt, tylko stworzenie warunków do zarabiania w inny sposób. Oferuje się im pomoc w znalezieniu mieszkania i pracy i daje realne pieniądze. Jak to wykorzystają – trudno powiedzieć.

 

CDN

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska http://terapia1967.nazwa.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 

 


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 684