Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014223
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Jak z Ex-terminatora stałam się miłośniczką srok

czwartek, 28 maja 2015 11:46

 

   O drzewie, które przez kilka tygodni próbowałam eksterminować ogniem i żelazem, tudzież solą i kwasem, pisałam już nieraz. Jak również o tym, iż drzewo wygrało tę walkę na całej linii. Nie tylko nie zakończyło żywota, ale wręcz przeciwnie, wzmocniło się ponad miarę, jak roślinność w Czernobylu.     

   Teraz pyszni się przed moimi oknami, zasłaniając cały świat, więc zmusza mnie do palenia światła od rana do wieczora, od wiosny do jesieni. 

No nic.

Przyjęłam swoją porażkę z godnością.

 

   Ale kiedy 10 dni temu zauważyłam dziwny ruch w gałęziach, przyszedł kryzys. Oto nie kto inny tylko sroki postanowiły uwić sobie gniazdo w "moim" drzewie.

Chyba za karę...

 

   Znacie sroki. One nie świergolą, nie śpiewają, nie ćwierkają. One skrzeczą, a właściwie szczekają, co zwłaszcza o 4.00 rano może człowieka doprowadzić do samobójstwa. Perspektywa, że już nie jednej, czy dwóch srok będę musiała słuchać, ale całej orkiestry na wiele dziobów, wywołała fizyczny ból.

 

   Ale kiedy okazało się, że gniazdo powstaje centralnie przed moim balkonem i mimo gęstych gałęzi jest dla mnie (i dla aparatu) widoczne w całej okazałości, pomyślałam - los tak chciał. Patrząc jak sroki uwijają się pracowicie, trzymając przy tym dzioby na kłódkę żeby nie kusić złego, poczułam coś na kształt sympatii.  

 

P1070539.jpg

 

Dziób umorusany błotem... Zaprawa jak się patrzy.

 

P1070549.jpg 

   Gniazdo rosło jak na drożdżach, podwajając swoją objętość co parę godzin. Po 3 dniach samica (albo samiec, kto by je rozróżnił?) zaczęła w nim spędzać długie godziny bez ruchu.

   Wywnioskowałam z tego, że moment poczęcia musiałam przegapić, bo oto w ekspresowym tempie narodziły się jaja. I z ptasiej pornografii nici. Musicie się zadowolić "Ptaśkiem" Whartona.

   Szkoda, że my kobiety nie możemy kwestii prokreacji załatwić równie szybko... Mam na myśli nie poczęcie, tylko donaszanie. Chociaż to pierwsze niektórym mężczyznom też nie zabiera więcej czasu.

 

P1070540.jpg

 

P1070547.jpg

 

P1070550.jpg

 

   Ależ sobie narobiłam apetytu na wspaniały reportaż. Oczyma duszy widziałam już swoje relacje z wykluwania się młodych, prób latania itp.

 

   Los chciał inaczej.

   Zabawa w ptasią mamę zakończyła się równie szybko jak się zaczęła.

Poprzedniej nocy przyszła wichura. Kiedy spojrzałam rano, jedna ze srok bezradnie próbowała ratować gniazdo, które zwisało z cienkich gałązek prostopadle do podłoża. Tak się złożyło, że gniazdo opadło w moją stronę, jakby chciało mi pokazać ogrom swojego nieszczęścia. W środku leżały - i wciąż tam leżą - samotne jaja.

 

P1070578.jpg

 

P1070589.jpg

 

   Sroka kręciła się bezradnie jeszcze przez godzinę. Potem odleciała i już nie wróciła. Jaja prawdopodobnie zmarzły na amen, akurat tej nocy temperatura spadła chyba do 6 st.C.

   W okolicy zrobiło się cicho jak makiem zasiał...

 

Kurczę, to nie tak miało być...

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Resortowe dzieci. Służby

czwartek, 21 maja 2015 8:48

   Wpadły mi w ręce rewelacje na temat nowego dzieła Kani, Targalskiego i Margosza, kontynuacji "Resortowych dzieci", tym razem z dopiskiem "Służby".

   Dzieło owo liczące 920 stron, bynajmniej nie dotyczy pokojówek i lokajów. Autorzy rozprawiają się w nim z rodzinnymi koneksjami, jakie funkcjonują rzekomo w dzisiejszym świecie, a które mają swoje źródło w politycznej (czytaj komunistycznej) działalności przodków.

    Książka nie zatrzymałaby mojej uwagi nawet na trzy sekundy, gdyby nie padło  nazwisko osoby daleko związanej z moją rodziną. Osoba ta jest dziennikarką, zupełnie dobrą, zaś powodem umieszczenia jej w tej publikacji jest to, iż pochodzi z rodziny tzw. starej nomenklatury.

 

   Znając opinie na temat pierwszej części epopei, z dopiskiem "Media", nie wydałabym na nią ani grosza, a tym bardziej 60 złotych. Pobiegłam do księgarni tylko żeby zajrzeć. Wielka, żółta cegła, ciężka jak sumienie niektórych polityków, bardziej encyklopedia PWE niż I tom Millenium, rozpycha się na półkach. Po indeksie znalazłam nazwisko dziennikarki, a zaraz obok nazwiska jej ojca, brata, żony brata, całego łańcucha powinowatych i ... moje.

   Kiedy wyszłam z osłupienia, komórką sfotografowałam co ciekawsze fragmenty.

 

   Gdyby autorzy zatrzymali się na tej kobiecie i jej rodzicach, można by to było olać, machnąć ręką, zwalić na karb frustracji, jaką odczuwają niektórzy, że też nie są dobrymi dziennikarkami. W końcu nie takie bzdury człowiek czyta. Fakt, że ktoś osiągnął w życiu jakąś pozycję, MUSI wszak wynikać z brudnych układów, czy rodzinnych koneksji. Nigdy - w oczach pewnych osób - nie może wynikać z talentu i ciężkiej pracy...

 

   Autorzy poszli jednak duuuużo dalej. Zadali sobie trud (ktoś im za to zapłacił) zdobycia informacji o innych, także powinowatych, a więc CAŁEJ rodzinie żony brata, jego teściów, szwagra, babć, siostrzenicy itp!

   I tak oto moi drodzy, znalazłam się na liście "resortowych dzieci". Mogłam sobie przeczytać swój życiorys, w którym wynaleziono nawet trzymiesięczny staż w centrali handlowej w latach 80-tych, jednak zabrakło już wiedzy, iż od 23 lat pracuję w innej firmie.

    Nie pominięto także mojego męża, który w/g autorów ostatnio był nauczycielem. Tak się składa, że nauczycielem, i to tylko weekendowo, w technikum zaocznym, był jakieś 30 lat temu. Od tamtej pory zajmuje się zupełnie czym innym.

    Nie darowano naszej matce - skromnej nauczycielce z małego miasteczka, ani dziadkowi - leśniczemu z Wileńszczyzny. Skąd autorzy wytrzasnęli nazwisko rodowe MOJEJ BABCI??? Przecież to było pokolenie przedwojenne, masa dokumentów zaginęła. Zwłaszcza kiedy mówimy o repatriantach z Kresów.

   Mojemu ojcu babcia zmieniła nawet datę urodzenia z listopada na styczeń, żeby go o rok później wzięli do wojska. Aż dziw, że i ten fakt nie został odnotowany...

Za to opisano (z błędami) karierę męża siostry żony brata...

 

   Gdyby chociaż z powyższego szpiegostwa wynikały jakieś rewolucyjne wnioski - że na przykład ktoś pochodzący z reżimowej rodziny, uwłaszczył się na państwowym majątku, albo dostał posadę dyrektora NBP! Że na przykład mój "sukces" blogowy to też efekt wsparcia ciemnych mocy, itd.

   Nic z tego. Żadnych wniosków. Podaje się bezprawnie do wiadomości publicznej nasze najbardziej osobiste dane, nawet nie próbując pokazać sensu tego działania. Przecież nikt z nas nie jest spokrewniony z ową dziennikarką, a tym bardziej z jej ojcem! Nie wiem, ile czasu autorzy spędzili w archiwach IPN czy cholera wie gdzie jeszcze, nie wiem ile na tym zarobili, ale efekt ich działań jest mniej więcej taki, jak bieganie z pustą taczką.

 

   Kogo może interesować nazwisko rodowe mojej babci? I kiedy byłam u rodziców za granicą? I kiedy ktoś skończył studia, a kiedy je rzucił? 

   Wiem, wiem, sama zawsze mówiłam, że jeśli człowiek nie ma nic na sumieniu, to niech mnie nawet te służby specjalne podsłuchują. Taka ich rola.

   Ale jakim prawem "cywilni" idioci z PiS-u, tak, nie bójmy się tego powiedzieć, grzebią w moim życiorysie i podają tzw. "dane wrażliwe" do powszechnej wiadomości? Przecież nawet bandytom zasłania się twarze, utajnia procesy, a nazwisko sprowadza się do pierwszej litery.

Chyba jest na to jakiś paragraf?

 

I czy to przypadek, że książka wychodzi tuż przed wyborami?

 

Czy ktoś z Was zetknął się z tym problemem?

 

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Serbia 4, czyli kiedyś trzeba skończyć...

czwartek, 14 maja 2015 22:28

 

   Niektórzy (nie wytykając palcami) kręcą nosem na moje monastyry i ogólnie mury:)

Nic na to nie poradzę, że Serbia, zwłaszcza południowa, nie jest jakoś szczególnie bogata w inne atrakcje, typu zamki, cudowne mosty czy wodospady.

Poza przyrodą, o której za chwilę, do zwiedzania mamy tu głównie klasztory.

 

    Oczywiście nie byłam w stanie przepatrzeć calusieńkiej Serbii, w końcu przez tydzień MOŻE dałoby się zwiedzić księstwo Monaco, ale każdy większy kraj wymaga jednak więcej czasu.

Zwłaszcza, że całkowicie potwierdziły się zeznania maps.google, iż średnia prędkość poruszania się po szosach to 30-40 km/h.

     Przyczyną nie jest nawet zły stan dróg -  gorzej to wyglądało w Bułgarii czy Rumunii. Nie ma tu nadmiernego ruchu, ani osobowego, ani ciężarowego.

   Przyczyną ślimaczenia się jest krętość dróg. Nasza trasa z zachodu na wschód biegła dolinami wzdłuż niezwykle malowniczej Driny,  potem Zachodniej, wreszcie Wielkiej Morawy, rzek w kolorze zielono-turkusowej farby olejnej. Myślałam, że taki kolor mają tylko rzeki alpejskie, a tu proszę…

 P1070283.jpg

 

P1070278.jpg

 

   Jazda po zboczach niewysokich (ok. 1000 m) gór dostarczała wrażeń estetycznych, ale wymagała od kierowcy maksymalnego skupienia. Stąd ilość ładnych miejsc do zwiedzenia dziennie sprowadzała się do 2-3.

 

   Najpiękniej było w okolicy Ovcar Banji, położonej między zboczem pasmem Ovcar i Kablar. To rejon tzw. Świętej góry, na której zboczach zbudowano 10 małych kościółków. Pisałam o nich w pierwszym wpisie. Niektóre stoją nietknięte od 400-300 lat, inne odbudowano z całkowitych ruin. Jednak największą atrakcją jest ich otoczenie, gdyż budowano je na stromych stokach, dokąd nawet dziś ciężko dotrzeć po wąskich dróżkach, nie zawsze asfaltowych.

    Oto jeden z nich, tylko proszę mnie nie pytać, jak się nazywa.. Przyjmijmy, że św. Jerzego:)

 P1070487.jpg

 

   Biesiadując nad samym brzegiem Zachodniej Morawy zobaczyłam coś na środku rzeki. Na zbliżeniu okazało się, że jest to domek-wyspa, na której przysiedli jacyś ludzie.

 P1070275.jpg

 

P1070276.jpg

 

   Ale prawdziwe sekrety odkryło dopiero powiększenie na ekranie komputera. W oknie domku najpierw zobaczyłam jedną białą damę, a potem obok niej drugą.

Wyobraźnia ruszyła…

 P1070277.jpg

 

    Zapadnia Morava tworzy w okolicach Świętej Góry bajeczne meandry, które najlepiej ogląda się z góry. Trzeba wtaszczyć korpus na wysokość ok. 1000 m, a potem jeszcze podleźć po drewnianych schodkach pod drzwi klasztoru. Wysiłek będzie nagrodzony zapierającymi dech widokami.

 

P1070486.jpg

 P1070483.jpg

 

   W okolicach Bajinej Bašty spotykamy inną ciekawostkę. Przewodnik wspomina o "ciekawym wodospadzie na rzece Vrelo". Wodospad, owszem, słychać, bo woda spada do Moravy z ogłuszającym hukiem. W tym miejscu ktoś wpadł na ciekawy pomysł i "rozlał" rzeczkę szeroko, nad nią zbudował pomosty i platformy, a na nich ustawił kawiarniane stoliki.

 P1070285.jpg

 

   Wygląda to imponująco, jest tylko jeden szkopuł - huk wody skutecznie zagłusza wszelkie inne dźwięki. Chińczycy mogliby tu sobie mlaskać i siorbać do woli, gorzej z intelektualną, lub romantyczną konwersacją.

Coś dla mruków, idealne.

 

   Przewodnik zapomniał wymienić najciekawszą cechę Vrelo. Jest to najkrótsza rzeka Europy, bo choć pędzi z siłą wodospadu, ma zaledwie 365 metrów długości. Można zobaczyć, skąd wypływa. Tamten wodospad jest znacznie bardziej malowniczy, ale przewodnik o nim nie pisze..

 I ledwo się zdąży rozpędzić, już wpada do Moravy i koniec pieśni...

P1070289.jpg 

 P1070294.jpg

 

   Poza tym wyszukałam w Serbii dwie jaskinie, ale tylko jedna jest dobrze oznakowana, do drugiej nie ma szans trafić, choć podobno jest dużą atrakcją. Zero informacji przy szosie. Nawet wydruk mapy z Google nie pomógł.

   Za to druga - Resavska Pecara w okolicach Krusevac to już inna bajka. Leży na terenach rekreacyjnych, gdzie mieszkańcy urządzają sobie piknik i grilują.  Trasa ma 800 metrów długości i prowadzi dwoma poziomami. 3/4 jest jeszcze nie udostępnione do zwiedzania, ale to co widać, naprawdę zachwyca. Mogę pochwalić się tylko dwoma zdjęciami, bo po nich mój aparat definitywnie powiedział DOŚĆ! Padła bateria, a ja nieszczęsna nie przewidziałam, że takie rzeczy się zdarzają.

 

    Mogłam więc wreszcie kontemplować do woli i nie rozpraszać się robieniem zdjęć...

 

P1070524.jpg

 

P1070523.jpg 

 

I to by chyba było na tyle. Cieszę się, że mogłam Was zabrać w tę podróż.

 

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Serbia3, czyli o ludziach, którzy jeżdżą koleją...

niedziela, 10 maja 2015 8:09

 

  Już wcześniej zapowiadałam, że mam zamiar podążać śladami Kusturicy i jego filmu "Życie jest cudem". Jeśli ktoś go nie widział, gorąco zachęcam.

   W tym filmie Kusturica  wykorzystał zbudowaną w 1925 r. kolej wąskotorową,  nieczynną od 1974 r., która za jego sprawą została znów uruchomiona. Zbudował także osobną stację o nazwie Golubici, na której toczy się akcja filmu.

    Dzięki niemu powstała cała wieś o nazwie Drvengrad, ale o tym później.

 

   Kolejka znana jako Szargańska Ósemka (Osmica) wyrusza ze stacji Mokra Góra, na której w jakże eleganckich zabudowaniach funkcjonuje porządny i niedrogi hotel.

Pojęcie "spać na dworcu" w tym kontekście nabiera jakby całkiem nowego znaczenia.

 P1070311.jpg

 

P1070319.jpg

 

   Największą atrakcją tego miejsca, leżącego niemal na bośniackiej granicy, jest oczywiście przejażdżka rzeczonym pociągiem. Oto on, stareńki, zaparkowany pod naszymi oknami, gotowy do odjazdu. Lokomotywa na noc jest odczepiana i dostaje osobną miejscówkę pod dachem. To tak na wypadek, gdyby komuś strzeliło do głowy przejechać się pociągiem poza rozkładem.

 P1070312.jpg

 

P1070323.jpg

 

   Droga do Šargan Vitaši trwa 35 minut i prowadzi przez 22 tunele i 5 mostów. Plan torów widziany z góry faktycznie układa się w ósemkę i inne zygzaki, wykute w skałach. Pełen szacun dla budowniczych, którzy potrafili ją wytyczyć w 1921 roku.

   Niezapomniane przeżycia. Wiatr we włosach i pęd ok. 30 km/ha:)) Niemal przez całą drogę tkwiliśmy na małych platformach między wagonami, stamtąd był najlepszy widok. Trzeba było tylko uważać, żeby wychylając się z aparatem nie dać sobie ściąć głowy przez skały. Zupełnie jak w Peru...

 P1070375.jpg

 

P1070364.jpg

 

P1070352.jpg

 

P1070337.jpg

 

P1070327.jpg

 

   Na stacji końcowej, oddalonej raptem o 15 km od Mokrej Góry można podziwiać zabytkowe wagony i lokomotywy.

P1070387.jpg

 

   Poza nimi nic tam nie ma, więc  po dwudziestu minutach pakujemy się z powrotem do wagonów i ruszamy w drogę powrotną. Teraz jest jeszcze przyjemniej. Co kilka kilometrów pociąg staje na stacyjkach, skąd roztaczają się najciekawsze widoki. 

To nasza trasa. W lewym dolnym rogu można dostrzec jeszcze jeden tunel, którym właśnie jechaliśmy lub za chwilę będziemy...

 

P1070394.jpg

 

A to cerkiewka, którą upolowałam z dużej wysokości, bardzo nisko w dole przy szynach, którymi my niestety nie pojechaliśmy... Dopiero w domu powiększając zdjęcia zobaczyłam, jaka jest śliczna.

P1070428.jpg

 

    Co parę kilometrów wysiadka! Można do woli fotografować, napić się wina a także posiedzieć w zabytkowym Peugeocie, który zagrał w filmie Kusturicy (poruszał się po szynach, jak drezyna). Chociaż stoi pod wiatą, deszcz i wiatr zrobiły swoje. Samochód zżera rdza, a tapicerka jest w strzępach. Zwłaszcza, kiedy każdy chce w nim posadzić dupsko (ze mną włącznie... Przepraszam).

 Peugeot.jpg

 

A na tej platformie bohaterowie filmu biesiadowali:

Golubici.jpg

 

  Pociąg kursuje do trzech razy dziennie i zabiera ok. 150 osób. Może nawet na siebie zarabia, bilet w dwie strony kosztuje ok. 20 zł, a to tutaj niemało. Jeśli będziecie na Bałkanach, koniecznie wybierzcie się w ten rejs.

 

   Ostatnim punktem dnia jest Drvengrad - drewniana wieś, która w filmie składa się tylko z kilku drewnianych, byle jak zbitych szałasów, a obecnie stanowi swoisty skansen, z cerkiewką św.Sawy (Sawa to ON), porządnymi chałupami krytymi gontem, galeriami i kinem. Jest tu nawet elegancki hotel (nie widać go, bo pokoje ukryte są w drewnianych chatach) z basenem 

 

P1070445.jpg

 

P1070448.jpg

 

i fajne ludowe restauracje, gdzie podano nam największe danie w życiu - 1 kg mięsa w różnych postaciach, z pieczonymi ziemniakami i pysznymi podpłomykami. We troje nie daliśmy rady...

 P1070450.jpg

 

A jak przystało na wioskę "filmową", ulice noszą tu odpowiednie nazwy. W razie gdyby ktoś zapomniał cyrylicy, to jest ulica "Brusa Lija" i "Federika Felinija:

 

 P1070456.jpg

 

P1070447.jpg

 

P1070439.jpg

 

i taki okaz...

 

P1070436.jpg

 

Ech, piękny to był dzień...

CDN

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Serbia cz.2, czyli dlaczego ci ludzie są tacy spokojni?

wtorek, 05 maja 2015 20:35

 

   Teraz trochę o ludziach będzie.

   Przyznam, że o Serbach nie miałam zbyt dobrego zdania. Przed laty biznesowo zetknęliśmy się z paroma, przy których strach było poruszyć temat polityki czy wojny. Mieliśmy wrażenie, że zaraz wyciągną zza pasa giwerę i zaczną strzelać.

   Tymczasem teraz pierwsze (i drugie, i trzecie...) wrażenie było zaskakująco inne.

 

   Przede wszystkim są to przystojni ludzie. Młodzież (zwłaszcza w mieście) jest po prostu ładna, ma inteligentny wygląd i zachowuje się nadzwyczaj kulturalnie. Raz w restauracji zaskoczyła nas nieprzyjemna wrzawa, kilkanaście podpitych osób darło dzioby i przeszkadzało innym. Po wsłuchaniu się wyszło na to, że to Rosjanie, którzy są fanami jednego z klubów piłkarskich Belgradu. Zapowiadał się bowiem mecz, dla Serbów ważniejszy niż walka o Mundial.

   Młodzi Serbowie z zażenowaniem znosili tę sytuację, aż przyjechała Policja i spacyfikowała Rosjan. Ależ to była frajda!

 

A przed pałacem Prezydenta wartę pełnią kobiety...

P1070094.jpg

 

    Na ulicach nie ma śladu agresji. Może raz przez ten tydzień ktoś na kogoś zatrąbił. Nie było "paluszków" i zajeżdżania drogi. Nie ma też mowy, żeby człowiek stał przy pasach i nie mógł przejść - samochody natychmiast się zatrzymują. Myślałam, że tylko w Niemczech czy Austrii panuje taka kultura...

 

   Na wsi ludzie są znacznie biedniejsi, więc i wyglądem się różnią, ale nigdzie nie spotkaliśmy tak brudnych i zaniedbanych pastuchów, jak w Bułgarii. Tu nawet poganiacz owiec na szosie jest czysty.

   Niestety, ludność ubogiego południa zmniejsza się dramatycznie. Z powodu biedy wielu ich emigruje. Jeśli my narzekamy na 2 miliony polskich emigrantów, to Serbia ma ich 7, ale ludność kraju liczy sobie też zaledwie siedem.

 

   Serdeczność i uprzejmość..., tak, pozazdrościć. Nie tylko wzorowo traktują gości, ale daleko wykraczają poza obowiązki właściciela hotelu, czy kelnera.   

  Wynajęliśmy sobie przewodnika na zwiedzenie Nowego Sadu i monastyrów na północy. W uzgodnionym rozkładzie dnia stało kilka pozycji, ale on zaczął nadprogramowo od pokazania nam kulis Teatru Narodowego, gdzie nigdy nie weszlibyśmy sami. Mogłam sobie np. posiedzieć w saloniku w fotelu towarzysza Tito, w którym przyjmował on m.in. Richarda Burtona, kiedy ten odtwarzał jego postać w filmie Sutjeska (1972).

To wnętrze teatru:

 

P1070118.jpg

 

A to dowód na to, że warto robić zdjęcia. Z dołu ten sufit był tylko ciemną plamą. Po lekkim doświetleniu (jakim cudem światło lampy doleciało tak wysoko?) odsłonił się piękny plafon...

P1070122.jpg

 

P1070125.jpg

 

   Potem zawiózł nas do starej żydowsko-tureckiej dzielnicy Zemun (też poza rozkładem), gdzie mogliśmy się pozachwycać maleńkimi, stromo biegnącymi ze zbocza uliczkami. A potem kupił nam w prezencie miejscowy smakołyk - ciasto typu szarlotka. Mogliśmy je zjeść w spokoju nad brzegiem Dunaju.

 

P1070139.jpg

 

P1070162.jpg

 

   Dopiero potem ruszyliśmy we właściwą trasę. Zaczęliśmy od winnicy, gdzie my raczyliśmy się winami i rakiją z miodu (sic!), a on siedząc o suchym pysku tylko powtarzał, żebyśmy nie patrzyli na zegarki, bo nie wolno się stresować, bo mamy mnóstwo czasu. Widzieliście kiedyś takiego przewodnika?

 

   Na koniec po zwiedzeniu trzech monastyrów z Doliny Królów w okolicy Fruškej Gory - tu wnętrze Krušedol

 Krusedol.jpg

 

..i Welika Remeta:

 

Welika Remeta.jpg

 

... wtaszczeniu nas na taras widokowy, skąd można podziwiać panoramę Sremskich Karlovci,

 

Sremskie.jpg

 

 i obwiezieniu po Novim Sadzie w dzień, a zwłaszcza w nocy,

Novi Sad.jpg

 

Novi Sad2.jpg 

 ...zawiózł nas do restauracji w twierdzy z obłędnym widokiem na Dunaj, gdzie zjadłam taką kaczkę...

 

   ...taką kaczkę, że wszystkie Gesslery i Pascale mogą się zakopać pod jabłonką...

 

   Wprawdzie przez moment poczułam się jak koń..., ale co tam.

 

P1070225.jpg

 

   Pan tam dyskretnie się ulotnił, dał nam czas, a potem wiózł nas do domu po nocy, upojonych wrażeniami i winem, nie bacząc na to, że dawno przekroczyliśmy ustalony limit.

 

   Inne przemiłe zderzenie z tutejszą gościnnością miało miejsce w jednym z maleńkich monastyrów (Uspenje - Zaśnięcia Bogurodzicy) w okolicach Ovcar Banji. Sam kościółek należał niestety do grupy tych odbudowanych współcześnie. Nie było tam nic ciekawego, ale siostrzyczka, która do nas wybiegła, na początek zasypała nas gradem informacji (po serbsku jakby ciężko nam szła rozmowa, ale ona nic sobie z tego nie robiła), a potem zapytała czy kawy, czy herbaty?    

   Protestowaliśmy, więc na wszelki wypadek zrobiła i to i to, usadzając nas w urokliwej altance, osłoniętej od wiatru. A potem zniknęła i nie można jej było wcisnąć datku na kościół. Zostawiliśmy pieniądze pod filiżanką.

 

   A w  synagodze w Novim Sadzie, próbowałam cichcem zza framugi drzwi zrobić zdjęcie bożnicy. Akurat miał się tu zacząć koncert, więc ludzie wchodzili z biletami. Sprawdzający bilety po prostu nakazał mi wejść do środka i robić zdjęcia porządnie, a nie zza węgła. Jakoś się nie bał, że mu w tłumie ucieknę.

    I tak na każdym kroku...

 

 synagoga.jpg

 

   Chociaż Serbia jest biednym krajem (PKB cztery razy niższe niż u nas), kompletnie nie widać tu smutku, nerwowości czy agresji.

Skąd się bierze ten ich spokój? Z rezygnacji, poczucia, że nie mają już na nic wpływu? Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że naród który jeszcze 16 lat temu był zdolny do masowych rzezi w Kosowie, nagle tak złagodniał, zatracił swój południowy temperament...

 

Nie wiem. Ale nie zaprzeczę, dobrze się tu czuliśmy.

CDN

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 223