Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014101
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Sukces oręża, czyli przewodniki też kłamią. Cz.4

poniedziałek, 22 maja 2017 18:15

 

   Nie tylko prymusom z historii mówi coś hasło „Szarża polskich szwoleżerów pod Samosierrą”.

Znamy ją choćby z obrazów takich jak Michałowskiego:

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szar%C5%BCa_w_w%C4%85wozie_Somosierra

 Grafika bez ustawionego tekstu alternatywnego: Szarża w wąwozie Somosierra

 

   Wyobrażamy sobie wąski przesmyk wykuty w wysokiej skale, w dodatku pnący się  ostro pod górę, przez który przeleciało jak burza 127 polskich żołnierzy, otwierając Napoleonowi drogę do Madrytu.

 

   Wiedziona niepoprawnym patriotyzmem tak ułożyłam trasę wycieczki, aby przez ów wąwóz przejechać i zajrzeć do kościoła we wsi, gdzie przechowuje się dokumenty i liczne pamiątki po tym wydarzeniu.

   W przewodniku Pascala nie było nic, co by sugerowało inny wygląd tego miejsca.

 

   No i  bardzo się zawiedliśmy. Nadłożyliśmy 100 km żeby wjechać na przełęcz Somosierra, która obecnie jest rozległym płaskowyżem, zaś przez jego środek biegnie prosta jak strzelił szosa. Nie ma śladu po skałach ani zakrętach wśród tychże skał. Cały teren jest  płaski jak naleśnik.

   Pod tym miejscem wykuto już zresztą dwa tunele (drogowy i kolejowy), ale o tym doczytałam później.

 

Tak czy siak - wąwozu nie ma.

 

   Kościół parafialny owszem, stoi, ale jak wiele kościołów w tym rejonie - zamknięty jest na głucho i nie ma żadnej informacji, czy ktoś ewentualnie otworzyłby drzwi i pozwolił zajrzeć do środka.

Tak więc gdyby nie tabliczka z nazwą miejscowości, moglibyśmy wręcz przeoczyć to miejsce.

 

   Mam żal do Pascala. Uważam, że takie informacje powinny się znajdować w przewodniku.

   Ja mogę zrozumieć, że ktoś opisuje np. huczący wodospad, a tu akurat nastała susza i wody nie ma. Ale doprawdy trudno nie zauważyć, że w miejscu gdzie kiedyś wąska dróżka wiła się wśród skał (4 zakręty), dziś jest ogromny płaski teren wielkości paru boisk futbolowych.

  Mam obawy, że piszący ten przewodnik nie zajrzeli tu od 1808 roku…

 

   Miejscem, które dla odmiany zachowało swój wygląd i kształt od 60 lat, jest grobowiec - mauzoleum generała Franco. Valle de los Caidos, czyli Dolina Poległych.

To jest dopiero popis megalomanii!

   Krzyż wysoki na 150 metrów widać z 50-ciu kilometrów. Jest największym pamiątkowym krzyżem  na świecie.

 

DSCF7608.jpg

 

   Ale najważniejsze jest pod krzyżem - wykuta w skale bazylika o długości 262 metry i wysoka na 6 pięter.

   Podobno sam Papież się wkurzył, gdyż przerastała ona nawet bazylikę św. Piotra w Rzymie. Dlatego skrócono nieco główną nawę montując ozdobną kratę.

 

DSCF7626.jpg

 

DSCF7615.jpg

 

DSCF7621.jpg

 

   W bazylice znajdują się monumentalne rzeźby, przypominające te z czasów Mussoliniego w Brescii. Sam grób Franco to skromna płyta za ołtarzem, na której zawsze leżą świeże kwiaty. Ponoć do dziś zbierają się tu jego wielbiciele. Umieszczono tu także prochy 40 tysięcy ofiar wojny domowej - poległych po obu stronach.

   Przy budowie owego pomnika pychy pracowało 20 tys. więźniów, głównie politycznych. Podobno zmniejszano im czas odbywania kary podwójnie za każdy przepracowany tu dzień. Wielu z nich zmarło, jak ci niewolnicy budujący piramidy.

   Chodząc po marmurowych posadzkach, trudno było o nich nie myśleć.

Ot, kolejna fanaberia ludzi o małym sercu.

 

DSCF7613.jpg

 

CDN


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Oblicza szaleństwa czyli Don Kichot. Cz. 3

wtorek, 16 maja 2017 19:53

 

   Po korridzie i flamenco trzecim dobrem narodowym Hiszpanii jest zapewne Cervantes i jego Don Kichot. Podobno jest to druga po Biblii najczęściej kupowana książka, a na pewno przełożona na najwięcej języków.

   Ciekawe, że nie ma ona szczęścia do filmu, choć wydaje się wymarzonym scenariuszem, lepszym od Piratów z Karaibów. Znalazłam właściwie tylko jeden film z 2000 roku, ale nie ma go ani w Merlinie ani w Empiku. Zamówiłam używańca na Allegro i czekam.

   Łatwiej dostać książkę. Żeby stworzyć sobie prawidłową podbudowę przed wyjazdem, zaczęłam słuchać Don Kichota z audiobooka, w świetnej interpretacji Andrzeja Szczepkowskiego. Ale nie wiem, czy dociągnę do końca, bo jest tego chyba ze 40 godzin, a stopień irytacji jaką potrafi wywołać bohater, jest porównywalny tylko z oglądaniem naszego Sancho Pansy podczas miesięcznicy.

 

   Miejscem, które zawłaszczyło sobie Cervantesa z nogami, jest miasto Alcala de Henares, 40 km na płn-wschód od Madrytu.

Tam się urodził, tam przechowują jego akt chrztu z 1547 r. i tam wszystko nawiązuje do szalonego błędnego rycerza z Manczy.

   Na zdrowego psychicznie to on nie wygląda nawet jako statua…

 

DSCF7548.jpg

 

   Sam region La Mancha nie ma wiele do zaoferowania, jest płaski, niebogaty i nieciekawy. Na szczęście Cervantes używał w książce nazw faktycznie istniejących miejscowości, ze słynnym Toboso na czele. Dlatego wiele biur podróży specjalizuje się w wycieczkach pod nazwą „Don Quijote Route”, które wiodą przez znane i mniej znane miejsca opisane w powieści.

 

   Nam ze względu na ograniczony czas udało się odwiedzić właśnie Alcalę i owo cudowne wzgórze wiatraków, z którymi Don Kichot stoczył śmiertelną walkę. Śmiertelną dla wiatraków oczywiście..

 

   Wiatraki w Consuegrze i Campo de Criptana mają niekiedy po 500 lat. Nie przekraczają 7 metrów wysokości, ale rozpiętość skrzydeł sięga 8 metrów. W każdym (a ostało ich się po 10-11 w każdym z tych miejsc z dawnych 80-ciu) nadal działają sklepiki, bary, punkty informacji turystycznej, mini-muzea, zachowano też oryginalny mechanizm.

    Wśród płaskich po horyzont pól, wzgórze na którym stoją wiatraki wydaje się co najmniej Mont Blankiem.

   Najpiękniejsze ujęcia wychodzą o zachodzie słońca. Niestety, my musieliśmy na noc wrócić do Toledo, a to godzina jazdy. W dodatku o tej porze roku słońce zachodziło tu dopiero o 21.30, więc nie było szans.

   Pod bezchmurnym niebem wyglądało to tak:

 

 DSCF7458.jpg

 

DSCF7457.jpg

 

DSCF7456.jpg

 

DSCF7454.jpg

 

   Alcala jest miastem uniwersyteckim. Oprócz małej Starówki z pięknym placem Cervantesa, Uniwersytetem, muzeum Cervantesa, w zasadzie nie ma tu nic innego do zwiedzania. Podobno od XV wieku wciąż działa tu najmniejszy szpital świata - na 12 łóżek. Ale wpuszczono nas zaledwie do przedsionka, dalej nic nie można było zobaczyć (i naprawdę nie liczyłam na oglądanie chorych).

 

   Uniwersytet od 40-stu lat przyznaje nagrodę im. Cervantesa pisarzom tworzącym po hiszpańsku. Wśród nazwisk laureatów wyrytych na ścianie wielkiej auli, są nazwiska zaledwie TRZECH KOBIET, a jedną z nich jest Elena Poniatowska. Wprawdzie pochodzi ona z Meksyku, ale zawsze miło…

 

To pomnik Cervantesa:

 

DSCF7506.jpg

 

To fragment kaplicy uniwersyteckiej:

 

DSCF7533.jpg

 

    Chciałoby się napisać, że Hiszpania ma jeszcze jedno dobro - bociany. Ale jak słusznie zauważyła Spacja pod poprzednim wpisem - są to niegodni swojej sławy zdrajcy i w dodatku lenie. Pod pretekstem latania na zimę do Afryki zimują sobie bezpiecznie w ciepłej Hiszpanii. Nie wiem, czy to są NASZE bociany, w każdym razie jest ich tu zatrzęsienie. Można organizować konkursy, kto wyliczy więcej gniazd na jednej wieży:

 

DSCF7824.jpg

 

DSCF7508.jpg

 

A tu szczyt bezczelności: gniazdo zaczyna przerastać krzyż na wieży.

 

DSCF7518.jpg

 

 CDN.


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Flamenco, czyli dobro narodowe. Cz.2

środa, 10 maja 2017 9:20

 

   Oprócz okrutnych i zasługujących na wytępienie walk byków (Katalonia zakazała już 5 lat temu), Hiszpania ma w swoim dziedzictwie narodowym także flamenco.

 

   Nota bene, flamenco znalazło się także na liście ŚWIATOWEGO dziedzictwa UNESCO.

 

   Nie takie stare jak korrida (popularność zdobyło dopiero pod koniec XIX w.), jest pięknym efektem mieszania się kultur całego świata. W ruchach tancerek widać elementy tańca hinduskiego, cygańskiego i arabskiego. I każdego innego.

    Dotąd jakoś nie dotarliśmy na pokaz flamenco, aż nagle trafiliśmy na to:

 

DSCF7155.jpg

 

To są azulejos, czyli kafle, nie malunek na ścianie:

 

DSCF7158.jpg

 

DSCF7160.jpg

 

   Mając jeden wolny wieczór w Madrycie, postanowiliśmy spróbować. Nie będę opisywać perypetii, jakie  musieliśmy przejść żeby zarezerwować stolik przez stronę, bo miałam już nie narzekać.

   Dość, że się…  nie udało.

Ale udało się to zrobić osobiście, dostaliśmy ostatni stolik, na godzinę 22.30.

 

   Wnętrze lokalu robi jeszcze większe wrażenie niż fasada. Sala działa od 1911 roku, choć pod zmienionym szyldem. Zdobienia sufitów wzorowane na Alhambrze i przepięknie malowane na płytkach ceramicznych sceny, pokrywające większość ścian, tworzą baśniowy klimat. Uważa się ją za najlepsze miejsce pokazów flamenco w Madrycie, a może i w Hiszpanii.

    Nie wiem, nie mam porównania.

 

DSCF7262.jpg

 

DSCF7263.jpg

 

DSCF7268.jpg

 

   Dość powiedzieć, że przez godzinę siedzieliśmy jak zaczadziali, nie myśląc ani o jedzeniu, ani o winie, które dodano nam do biletu. Pięcioro wykonawców - genialny gitarzysta, stary śpiewak, zawodzący nieco, ale to należy wszak do charakteru, młoda szczupła tancerka i starsza grubsza tancerka, wreszcie atrakcyjny torrero, stworzyło niezwykły spektakl.

 

DSCF7275.jpg

 

   Młoda miała półtorametrowy tren z falban, który zarzucała sobie jednym kopniakiem na ramię, kiedy chciała pokazać zgrabne łydki. Miała też chustę z półmetrowymi frędzlami, które w jej rękach zamieniały się w coś żywego, za czym ludzkie oko nie nadążało. Była na przemian rozpaczą, czułą miłością albo samą furią.

 

DSCF7279.jpg

 

DSCF7280.jpg

 

   Starsza pani miała z kolei głos jak dzwon, a i tupała tak, że ściany jęczały.

 

DSCF7284.jpg

 

   Młody piękny zachowywał się jak rasowy macho i wszystkie kobiety na sali od razu były jego…

   Zasługiwał na zachwyt. Tempo wystukiwania rytmu obcasami, wirowanie z niewiarygodną prędkością i te miny torreadora, czekającego na szarżującego byka… A o jego tempie niech świadczy fakt, że żadne zdjęcie z jego udziałem nie nadaje się do prezentacji.

 

To było po prostu bajeczne.

 

   Zdjęcia jak widać, zupełnie nie wyszły, aparat głupiał przez ruchliwość tancerzy i brak światła. Ale próbowałam. Kiedy na zdjęciu widać tylko kolorową mgłę, to właśnie jest jedno z nich.

 

DSCF7293.jpg

 

   Jeśli będziecie kiedyś w Madrycie, skuście się na ten spektakl. Lokal nazywa się Villa Rosa, jest w samym centrum.

35,00 Euro za osobę to  naprawdę dobrze wydane pieniądze.

 

CDN


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Życie jak w Madrycie, czyli przysłowia też kłamią. Cz.1

niedziela, 07 maja 2017 18:08

 

   Na początek ponarzekam, potem już będę tylko chwalić.


   Ostatni tydzień spędziłam w okolicach Madrytu. Zależało mi na zobaczeniu czegoś innego niż muzeum Prado czy Eskurial, dlatego sporządziłam plan wycieczki po swojemu.
   Ale o tym później, na początek ponarzekam.

   Jeśli komuś się nie podoba PKP, niech jedzie do Madrytu i spróbuje dostać się pociągiem do leżącego 40 km dalej Aranjuez. Jest to miejscowość znana ze wspaniałej letniej rezydencji królewskiej, jak również ogrodów, którymi inspirował się Joaquin Rodrigo, tworząc swoje gitarowe Concierto de Aranjuez.

   Specjalny 100-letni „truskawkowy” pociąg, w którym serwują truskawki, miejscowy specjał, uciekł nam niestety w sobotę, więc w niedzielę wybraliśmy się na dworzec ATOCHA, aby pojechać czymś normalnym.

   Do kasy dostaliśmy numerek 207, a na wyświetlaczu pokazał się 118 (!). Pozostawał automat.

   Wg automatu pierwszy pociąg do Aranjuez miał odjechać za 1,5 godziny, w dodatku z innego dworca! Kupiliśmy bilety nie mając wyboru, bo z automatem nie pogadasz.
   Coś mi się tu jednak nie zgadzało, bo właśnie zapowiadano pociąg do Aranjuez, tyle że podmiejski. W informacji  jednak potwierdzono - tak, za 1,5 godziny, z innego dworca.

   Udaliśmy się metrem na dworzec Chamartin, skąd znów właśnie odjeżdżał jakiś kolejny pociąg do Aranjuez, oczywiście nie nasz. Inne linie, inne bilety.

   Wkurzeni na maksa doczekaliśmy naszego pociągu, który po 10 minutach jazdy dostojnie wturlał się na … dworzec ATOCHA, z którego godzinę temu wyjechaliśmy!  Fuck!

   Ale to był dopiero początek. W Aranjuez na pustym dworcu stoją bramki, gdzie trzeba włożyć bilet jak do metra. Ale my, oraz 15 innych osób mieliśmy wielkie wydruki biletowe, których nie dało się wepchnąć w żadną dziurkę, ani sczytać elektronicznie.
   Za szybą 3 pracowników gadało beztrosko, a my miotaliśmy się bezradnie próbując WYJŚĆ!
   Wreszcie ktoś łaskawie otworzył jedną bramkę i byliśmy wolni.

   Powrót wydawał się łatwiejszy, bo odkryliśmy, że do sali dworcowej przylega bar, przez który swobodnie można wejść na perony. Dumni ze swojego sprytu próbowaliśmy tylko znaleźć informację, na którym peronie mamy czekać. Nic.

   Wreszcie kiedy nadeszła godzina naszego odjazdu, na sąsiedni peron wjechał pociąg, czort wiedział jaki.
Na żadnej tablicy nie było komunikatu, ale rzuciliśmy się do tunelu na czuja.
   Słusznie. To był NASZ pociąg, stał na peronie 10 sekund. Gdybyśmy wolniej biegali, mielibyśmy w plecy kolejną godzinę.

Oszczędzę wam dalszych przygód, bo nie był to koniec.

   Ale dla uspokojenia nerwów powiem, że dawno nie widziałam tak pięknego dworca jak ATOCHA. Działa od 1851 r, ale obecny kształt uzyskał dzięki współpracownikowi Gustava Eiffela. To widać.

   W środku urządzono oranżerię a w sadzawkach moczą się setki żółwi. Na takim dworcu przyjemniej czekać, choć wszystko jednak ma swoje granice...


DSCF7228.jpg

 

DSCF7169.jpg

 

DSCF7172.jpg

 

DSCF7221.jpg

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 101