Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844742
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Domek na wsi

czwartek, 30 czerwca 2011 18:25

 

   Czy jestem "kobietą wiejską"? Taką refleksję po raz kolejny obudziła we mnie podróż do rodziców na Mazury. Czy domek na wsi to jest to, czego pragnę? Bo z jednej strony jest tam sielsko-anielsko, za domkiem ściana lasu, przed domkiem jezioro, trawy szumią, ptaszęta drą dzioby od świtu, cisza do zwariowania... Z drugiej strony nieznośny brak tych zalet mieszkania w dużym mieście, które stanowią jego esencję...


   Wyobraźmy sobie weekend osoby nie posiadającej domku na wsi, czyli Kobiety Miejskiej (nazwijmy ją w skrócie KM) i tej drugiej, regularnie odwiedzającej swoją posiadłość, oddaloną o 200 km od domu, czyli Kobiety Wiejskiej (KW, nie mylić z TW).


   KM pędzi w piątek po pracy do domu, nie robiąc nawet zakupów po drodze, aby jak najszybciej zacząć celebrować swój weekend. Nie gotuje, tylko wyciąga z lodówki coś przygotowane wczoraj, nalewa sobie kieliszek wina i wchodzi do wanny pełnej musujących tabletek. Czuje, jak odpuszczają wszystkie napięcia w mięśniach i w mózgu. Wieczorem jej mężczyzna otwiera butelkę wina i serwuje melona z szynką prosciutto.


   KW również pędzi po pracy do domu, ale objuczona siatami z prowiantem na wyjazd. Na obiad nie ma czasu, więc połyka w biegu kabanosa i wspólnie z towarzyszem zaczyna pakować pół domu, bo wszystko na wsi będzie potrzebne.


   Następnie tkwi 3-4 godzin w korkach, bo takich Kobiet Wiejskich, tudzież Mężczyzn, jest w Polsce parę milionów. Dojeżdża do swojego domku wieczorem, przez godzinę się rozpakowuje, na kolację podaje kanapki z serem, bo na nic więcej nie ma sił i pada. Tyle, że ze zmęczenia nie może zasnąć, łóżko jest inne niż w domu, a za ścianą coś skrobie, pewnie mysz.


   W sobotę rano KM przeciąga się leniwie, robi sobie kawę i przegląda "Co jest grane", żeby wybrać odpowiedni na dzisiaj film. Potem popedałuje godzinkę na stepperze, wszak dba o linię. Po śniadaniu biegnie do pobliskiego multiplexu na lekką komedię, albo ciężki dramat, w zależności od oferty. Na obiad nie ma nic, bo przecież wczoraj nie gotowała. Wyciąga więc męża na sushi, które uwielbia. Potem spacer po Starówce i można zamknąć dzień drinkiem w ulubionym barku.


   W sobotę KW budzą o 4.00 rano ptaki. Próbuje pospać do 6.00, wreszcie zwleka się na nogi, świadoma praw i obowiązków, jakie na nią czekają. Głównie obowiązków. Ale na początek robi sobie kawę, którą ma zamiar wypić romantycznie nad wodą. Niestety, od ostatniej bytności trawa wokół domu urosła po pas i bez maczety nie ma szans się przedrzeć. Wypija ją więc na schodach, dygocząc od porannej rosy.


    Po śniadaniu chłop bierze się za koszenie, a  KW ogląda stan swojego ogródka. Rośliny ozdobne, które pracowicie zasadziła ostatnio, spłynęły wraz z wiosenną burzą i teraz rosną, a właściwie leżą na ścieżce. Na pięknie wygładzonej skarpie porobiły się rowy wielkie jak okopy wojenne od spływającej z rynny wody. Tzn. nie z rynny, bo ta się zatkała spadającym igliwiem, więc woda leje się dokładnie tam, gdzie nie powinna.


   Więc w następnej kolejności mąż bierze się za udrażnianie rynien, a KW próbuje ratować kwiaty na grządkach. Kiedy już nie czuje pleców ani kolan, robi sobie drugą kawę i idzie na molo, żeby romantycznie... Tu najpierw zauważa nieduże drzewka, które zdążyły wyrosnąć na drewnianych schodach i powoli je rozsadzają, a następnie ze smutkiem konstatuje, iż molo już zaczyna próchnieć i trzeba je będzie wkrótce wymienić. A przecież niedawno było robione...


   Do wieczora oboje próbują doprowadzić teren do jakiegoś porządku, ciesząc się, że przynajmniej nie leje, bo jakby nie skosili dzisiaj, to za tydzień-dwa na teren działki w ogóle nie dałoby się wjechać. Przyroda jest bezwstydna...


    W niedzielę rano KM robi sobie manicure przy "Maglu towarzyskim", po czym biegnie na kawkę do Galerii, pogadać z przyjaciółką lub przyjacielem. Potem przebieżka po Łazienkach z mężem, na obiad pierożki Pani Zosi z zamrażalnika, żeby się nie zmęczyć, po czym można trochę popisać książkę, albo blog, tudzież poczytać, co inni mają do powiedzenia. Do poduszki nowa powieść Irvinga i...  można zacząć nowy tydzień z pieśnią na ustach.


    W niedzielę od rana KW próbuje jeszcze coś podłubać w ogródku. Trzeba też pomalować barierki Drewnochronem, bo gniją. Trochę popływa w jeziorze, ale długo nie wytrzymuje, bo temperatura właśnie spadła do 16 st.C. Na obiad odgrzewa gołąbki przywiezione z domu i zaczyna się pakować na powrót. A ponieważ razem z nią (nimi) wraca do domu parę milionów Polaków, więc wcześniej niż po 4 godzinach nie dotrą.


   Zmordowana stwierdza, że pier.... chrzani rozpakowywanie i idzie spać, szczęśliwa chociaż, że wreszcie we własnym łóżku. Tylko ukąszenia od komarów, których dotąd nie czuła, zaczynają swędzieć jak cholera. A rano trzeba przecież zacząć nowy tydzień.


   Wiem, że wiele osób się ze mną nie zgodzi. Wiem, że życie wiejskie ma mnóstwo uroków. Cóż, ja jestem Kobietą Miejską od paznokci u stóp po czubek głowy i nic tego nie zmieni. A moja piękna działka nad jeziorem jak stała niezabudowana, tak stoi... I chwilowo na zmianę się nie zanosi. 

 

BŁAGAM O UWAGĘ. Ponieważ z wpisów wnioskuję, że sporo osób mnie opacznie zrozumiało, chciałam jeszcze raz podkreslić: pisałam o kobiecie "wiejskiej" tylko w kontekście posiadania domku na wsi, na weekendy, a nie o kobietach stale mieszkających na wsi. Pozdrawiam serdecznie



Podziel się

komentarze (67) | dodaj komentarz

Bociany a kwestia moralności

poniedziałek, 27 czerwca 2011 12:10

  

   Nie dało rady się wykręcić - długi weekend wymusza niestety pewne obowiązki, takie jak np. odwiedzenie rodziców na Mazurach. Wykpiłam się na szczęście tylko dwoma dniami, więcej nie dałabym rady.

 

   Na Mazurach jak jest - każdy wie. O tej porze roku największą niewątpliwie atrakcją są wszechobecne, wystające z gniazd bocianie łebki. Bocianicha składa od 1-7 jaj, ale zwykle z gniazda sterczą 2 - 4 główki.

 

     O bocianach napisano tyle na wszystkich możliwych portalach wiosną, że nie ma sensu wracać do tematu szerzej. Piszę o nich tylko dlatego, że po raz pierwszy przyglądałam się bocianiemu potomstwu z innej perspektywy. Albowiem dopiero tej wiosny dowiedziałam się, jaki podły charakter prezentują nasze bocianki, które dotąd uważaliśmy za symbol wierności i miłości i uczciwości mał... Dooobra...

 

   Krótko mówiąc - patrzyłam sobie na te liczne gniazda i po raz pierwszy nie mogłam przestać myśleć, czyjeż to bocianiątka zajmują gniazdo? Ile tragedii wydarzyło się tej wiosny? Ile biednych bocianich żon zdyszanych po długiej podróży, dopadło wreszcie swojego gniazda, a tam - skobel. Zajęte! Inna, pewnie młodsza i silniejsza, doleciała pierwsza, a pan Gospodarz ani myśli ją przepędzić. Udaje, że nie poznał...? Że go oszukano? No tak, bociany w zasadzie są do siebie bardzo podobne,  każdy może się pomylić.

 

   Mamy tu odwrócenie sytuacji. Na ogół  to samiec gania jak idiota z jakimś piórkiem w d..., albo z całym wielkim ogonem, znosi ten cały majdan, buduje altanki itp., po to żeby samica właśnie jego wybrała na towarzysza. A u bocianów ewidentnie odwrotnie! Pan i władca spokojnie przygląda się, jak ta nowa wypędza poprzednią gospodynię, nie przebierając w środkach. Nawet mu powieka nie drgnie, kiedy matka jego dzieci z ubiegłego sezonu wylatuje na bruk! Nikt nie wie, co dzieje się z odtrąconą samicą, czy ktoś inny ją przygarnie? Sama sobie przecież gniazda nie zbuduje, ani jaj nie wyprodukuje. Więc pozostaje jej wywalić z gniazda jakąś inną, słabszą? Piękny przykład do naśladowania dla dzieci. I coś mi to przypomina...

 

    Ciekawe, czy tak samo zachowują się bociany w Andaluzji, których jest tam też zatrzęsienie. I muszą się ze sobą dzielić miejscem, luksusów nie ma. I jest to budownictwo ekstremalne, jak widać na załączonych obrazkach.

 

 

 

    Ale w zasadzie miałam pisać o czym innym, bo oprócz bocianów głównie w oczy rzucają się nazwy miejscowości, które szczególnie na Mazurach dają popalić cudzoziemcom. Niby tych Niemców ciągnie na swoje dawne włości, ale ciekawe jak bez GPS-ów znajdowali takie miejscowości jak Dźwierzuty, a zwłaszcza Dźwiersztyny. Lubię też  Kołodziejgrad. Przeździęk do nauki polskiego jest zdecydowanie lepszy od Szczebrzeszyna. A Górowo-Trząski, Pupkowizna albo Gawrzyjałki idealnie nadają się do zamieszkania przez Holendra. I kiedy już przejechaliśmy przez Kiersztanówko i Pietrzwald (tu bym wysłała Angola), nagle z ulgą wpadliśmy do... Ameryki koło Olsztynka. Dzięki ci Panie, wreszcie coś, od czego jęzor nie skołowacieje!

 

    A swoją drogą, to zastanawiające, skąd wzięło się upodobanie Mazurów do tworzenia tak trudnych nazw. Niemieckie odpowiedniki w większości są proste, Pasym to Passenheim, Olsztyn = Allenstein,  Szczytno = Ortelsburg. Ale jak mogły się nazywać przed wojną te nieszczęsne Dźwiersztyny? I skąd w ogóle taka nazwa? Żeby utrudnić Niemcom życie?

 

    Tak czy siak, nazwy miejscowości zwykle dają się wytłumaczyć historią danego miejsca, typowym dla niego zjawiskiem czy dominującym zawodem. Z tego powodu nie dziwi nazwa Bocianowo, Rudy Rysie czy Wyszyny Kościelne.

 

Ale kto wpadł na pomysł, żeby nazwać miejscowość Złe Mięso? To wprawdzie już Pomorze, ale szok. Wyobrażacie sobie Państwo mieszkać pod takim adresem? Pozdrawiam mieszkańców.

 

PS. Z Mazur przywiozłam czule przytulonego do uda kleszcza, którego zresztą wypatrzyłam dopiero po 2 dniach. Ciekawe, jakie miał zamiary. W każdym razie jak przestanę pisać, to znaczy, że dostałam odkleszczowego zapalenia opon mózgowych i umarłam.

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Czym się różni emigracja od ewakuacji

czwartek, 23 czerwca 2011 7:12

   

   Skomplikowane zwroty i łamańce słowne są w stanie sprawić, iż pozornie prosty tekst staje się całkowicie niezrozumiały. Ale też daje się czasem ciekawie wykorzystać.


Ograniczę się do dwóch przykładów. Pierwszy, mój ulubiony,  pochodzi z czasów komuny, kiedy jakiś nadambitny twórca podręcznika do biologii w taki oto sposób dzieciom 13-letnim wytłumaczył problem ucieczek królików z hodowli:


"Jeżeli hodując króliki na ogrodzonym terytorium stwierdzisz znaczny spadek liczebności populacji, a do tego zauważysz dziurę w ogrodzeniu, masz poważne przesłanki do wysnucia hipotezy, iż przyczyną zmiany zagęszczenia populacji była emigracja jej części z zajmowanego terenu."


   Nawet mi się to spodobało. Teraz kiedy zaczniemy się dusić w domu i zechcemy pobyć sami, możemy zwrócić się do domowej trzody tak: Słuchajcie. Stawiam hipotezę, że populacja nam się nadwymiarowo zagęściła. Czy moglibyście gdzieś wyemigrować chociaż na parę godzin?

Nie powinni się obrazić.


   Drugie ładne zdanie przyniósł małżonek z ostrego dyżuru ortopedycznego, na który był trafił z powodu spuchniętego łokcia. Powód spuchnięcia jest nieznany, jako że bezurazowy. Pochodziwszy tak sobie przez 3 dni z łokciem, który razem z przedramieniem zaczął przypominać piłkę do rugby, mąż zmiękł i oddał się w ręce.


  Nie bez znaczenia był fakt, że ręce należały do młodej i ładnej pani doktor. W każdym razie dał sobie coś zrobić, po czym wrócił do domu z kartką:

"Pacjent z objawami zapalenia stawu łokciowego. Spunktowano ewakuując 1,5 ml treści surowiczej z okolicy stawu".


   Jakie ładne określenie! Teraz mogę powiedzieć, że moja św. pamięci Babunia, podbierając dziadkowi z portfela parę groszy na swoje wydatki, broń Boże ich nie kradła, tylko ewakuowała! Co za ulga!


   Wprawdzie wypadałoby wtedy zastosować ten sam zwrot do lizbońskich złodziei tramwajowych, którzy w ciągu zaledwie jednego dnia 3-krotnie próbowali nam ewakuować portfele z torebek i kieszeni, ale na to jednak poszukamy słowa bardziej adekwatnego.



Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Niespodzianki

wtorek, 21 czerwca 2011 6:26

 

   Życie gospodyni domowej to jedno pasmo niespodzianek. Wiem, bo mimo udawania pisarki (przecież nie literatki..) pozostaję jednak od 30-stu lat gospodynią domową i mimo tak długiego stażu wciąż mnie coś w domu zaskakuje. Zwłaszcza w kuchni.


   Oprócz wpadającej pod nogi Roomby, opisanej w poprzednim kawałku, zaskakuje mnie na przykład nieprzewidywalność naczyń. W dobie, kiedy naukowcy dali nam w prezencie talerze i szklanki, które po upadku na posadzkę odbijają się od niej i spokojnie turlają w bok nienaruszone, nieźle mnie zaskoczył solidny stalowy nóż, który upadając z tej samej wysokości, pękł, jakby był lodowym soplem.


   Regularnie zaskakują mnie przyprawy, które często mają datę ważności sprzed roku, chociaż z całą pewnością "dopiero" je kupiłam. Przynajmniej tak mi się zawsze wydaje. To samo dotyczy sosów do pieczeni, marynat do mięsa czy sałatek czy kostek rosołowych. A przecież gotuję obiady dość regularnie, stale coś tam sypię, więc dokupuję nowe. A one chyba się złośliwie zamieniają miejscami w szafkach, bo kapitalny remanent robiony raz na parę miesięcy zawsze skutkuje wywaleniem sporej porcji całkowicie nieprzydatnych (przynajmniej teoretycznie) torebek. To samo przydarza się rybkom w puszce, tacosom, czy puszce groszku, bo przecież człowiek (czytaj: gospodyni domowa)  musi mieć takie rzeczy w ciągłym zapasie. A że nie zawsze ich od razu potrzebuje...


      Kuriozalne było ostatnio wygrzebanie z dolnej szafki  paru puszek piwa, którego nikt w domu nie pije, ale mąż pracowicie przynosi do domu na święta czy jakieś imprezy, bo "ktoś może będzie miał ochotę". Najstarsze było przeterminowane o 2,5 roku! Z ciekawości je otworzyliśmy, niczym nie różniło się od normalnego piwa.


    To by tłumaczyło popularność ruchu, który od jakiegoś czasu rozwija się w Ameryce i na Zachodzie. Zachęca on do żywienia się wyłącznie produktami ze śmietników, które ludzie lub sklepy wyrzucają z powodu przeterminowania. Takich produktów sklep nie może np. oddać za darmo biednym, musi je wyrzucić, choć 80 % z tego spokojnie nadaje się do konsumpcji.


     Anyway, jedynym racjonalnym wytłumaczeniem (chociaż zamienianie się miejscami nie jest jeszcze naukowo wykluczone) tego starzenia się żywności jest ponadprzeciętny galop czasu. Na takie tempo żadna z nas nie jest przygotowana. To między innymi po datach ważności można poznać, że uciekł nam rok, albo dwa.


    Przez jakiś czas w kuchni zaskakiwała mnie mysz, przyniesiona przez kota, o czym kiedyś pisałam.  A ostatnio zaskakują mnie... mole.

   Nie tym, że . Każda gospodyni wie, że to nie ma nic wspólnego z zaniedbaniem. My po prostu przynosimy je ze sklepów, w hermetycznie zamkniętych torebkach z kaszą,  orzeszkami czy czekoladkami, ale wpadają one także do nas bezkarnie przez otwarte okna, i nie ma na to rady.


    Oczywiście trzeba je zwalczać. Żeby nie panoszyły się po kuchni zupełnie bezczelnie, wklejam w każdej szafce kartonik nasączony molimi feromonami (!!!), do którego one ciągną jak pszczoły do miodu i się doń przyklejają. Wygląda to dość paskudnie po paru tygodniach, ale niczego skuteczniejszego nie znalazłam.    


   Te oklejone molami kartoniki stanowią znów powód zaskoczenia, gdyż ich , największe skupisko - paradoksalnie - nie jest w szafce z rzeczonymi przyprawami czy kaszą, tylko w szafce pełnej nieużywanych szklanek i kieliszków!


   Długo się głowiłam nad tym fenomenem, bo w szafce tej naprawdę nie ma niczego do spożycia. Dopiero po dłuższej analizie zrozumiałam: w szafce sąsiedniej leży torba pełna suszonych borowików. Zapach który od nich bije, jest odczuwalny nawet piętro niżej, między talerzami. Jest tak intensywny, że mole prawdopodobnie nie wytrzymują bezpośredniego kontaktu, w każdym razie ani w samych grzybach, ani na najbliższym kartoniku nigdy nie było ani jednego owada.

   Ale w szafce obok, wśród tych szklanek - kartonik jest aż włochaty! Więc to musi wyglądać tak: mole, przytulone jednym uchem do ścianki działowej, z bezpiecznej odległości narkotyzują się boskim zapachem grzybów jak w palarni opium... Upalone do nieprzytomności, włażą na zdradziecki kartonik... i nawet nie próbują z nim walczyć. Piękna śmierć na takim haju, nieprawdaż...?

 

A Was, co zaskakuje w kuchni?



Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Mój przyjaciel robot.

sobota, 18 czerwca 2011 17:46

   

    Zastanowiła mnie ostatnio kwestia naszego stosunku do przedmiotów użytkowych, które pełnią w naszym życiu określone, chociaż mechaniczne role. Bo przecież nie wymyślę koła stwierdzając, że trudno jest zachować kompletną obojętność wobec czegoś, co się porusza, gada, pracuje dla nas. Choć to wydaje się dziecinne, osobiście nie mogę uniknąć pewnych podświadomych skojarzeń, że ten sprzęt coś "czuje".


    Bo przecież stale, chociaż bezwiednie personifikujemy różne przedmioty. A to ciskając słuchawką na widełki, kiedy po raz setny słyszymy "Wybrany numer jest nieosiągalny", jakbyśmy chcieli ukarać automat, który to mówi. A ile razy strzelamy klapą od Bogu ducha winnego laptopa, kiedy Windows nam się zawiesza i nic nie możemy z tym zrobić? Nie możemy strzelić w ucho Billa Gatesa, to wyżywamy się na komputerze. A przecież obok samochodu właśnie on jest tym, któremu najbardziej zależy na naszej czułości i dobrym słowie. Bo jak on się kiedyś wkurzy na poważnie...


       Z GPS-em też zawsze mam problem. Kiedy aksamitny głos każe mi skręcać w prawo, a ja jadę prosto, słyszę wręcz to rozczarowanie i przyganę: Zjechałeś z trasy! Zawróć. A ja dalej prosto. No to ona coraz bardziej zniecierpliwiona : Zawróć. A ja nic. Po którymś razie musiałam ja wyłączyć, wyrzuty sumienia mnie zżerały.

   Mój szef kiedyś poszedł dalej – kiedy panienka z okienka zaczęła nas prowadzić na jakieś absolutne bezdroża, stwierdził: A co się dziwisz? Zobacz która jest godzina. Jeszcze się nie obudziła. Weźmiemy ją na kawę?


     A propos jazdy. Każdy wie, że nie warto kopać w oponę samochodu, który odmówi posłuszeństwa. Obrzucenie go grubym słowem też lepiej sobie darować, jeśli nie chcemy mieć jeszcze więcej kłopotów. O wiele skuteczniejsze jest porozmawianie z nim, próba perswazji, negocjacje... Czasem pomaga pogłaskanie, jakiś komplement, typu: No, stary, nie bądź taki... Nigdy mnie dotąd nie zawiodłeś. Przecież jesteśmy drużyną. itp.

   W czasach, kiedy samochód był synonimem absolutnego luksusu, ileż to osób nadawało mu imię i twierdziło, że łączy je z nimi jakaś więź? Że to nie przypadek, iż auto rozkraczyło się na amen 300 metrów od domu, chociaż mogło wczoraj, kiedy wracaliśmy w niedzielny wieczór przez słowacki interior, a na dworze było minus 20 st. Sama taką sytuację przeżyłam, to wiem.


   O tym, że sprzęty mechaniczne posiadają duszę, wiedzą chyba wszyscy. Oczywiście, nie podejrzewamy o nią robota kuchennego, czy wiertarki, ale one niczego nie wykonują same. Sprawa się komplikuje w przypadku sprzętów idących już w stronę robotów, jak np. taki samobieżny mini odkurzacz Roomba. Śmieszne to jest zjawisko. Przypomina latający spodek, samo sunie po pokoju i wydaje z siebie dźwięki, jak Wall-E i bawiące się samochodzikiem dziecko razem wzięte, jakieś takie „brummm, brummm...”


    Podczas pracy Roomba zachowuje się skandalicznie, bo pcha się gdzie chce, często wpada pod nogi i nigdy nie mówi przepraszam. Wciska się w każdy kąt, zdąży połknąć chusteczkę do nosa, albo skarpetkę, zanim dobiegnę, po czym ucieka z miejsca przestępstwa z prędkością światła. Uwielbia też wkręcić na swoją szczotkę jakiś wystający sznurek, np. z lekko nadprutej wykładziny, i jeśli nie zauważymy w porę, wypruje ją całą jak sweter. Jest nieobliczalna.


    Trudno więc chyba się dziwić, że nie tylko latam za nią jak za niesfornym dzieckiem, ale w jakimś automatycznym odruchu na przykład zapalam jej światło, żeby miała widno, chociaż sama za chwilę pukam się mocno w czoło. Ustawiam jej też elektrycznego pastucha, czyli coś emitującego promień który ją zatrzymuje przed przekroczeniem pewnej linii. Zawraca wtedy, mruczy wściekle i za chwilę znów próbuje, a ja ze złośliwą satysfakcją obserwuję to usiłowanie nieudolne. No, jak dziecko... O sobie mówię...


    Kiedyś przylazła za mną do kuchni, a mnie w tym momencie wypadła z rąk szklanka. Gruchnęła z hukiem o posadzkę, a ja – uwierzcie mi – w pierwszym odruchu rzuciłam się sprawdzić... czy jej się nic nie stało, czy się nie przestraszyłaJ Naprawdę paranoja.


   Technika strasznie sunie do przodu. Robotów w domach jeszcze za wiele nie mamy, ale to kwestia czasu. Na razie mamy pieski AIBO (w Polsce podobno 4). Z założenia piesek ma wyglądać jak żywy (choć nie rozumiem, dlaczego nie obszyli go futrem) i wzbudzać te same uczucia. I pewnie wzbudza, skoro nie tylko już potrafi bawić się piłeczką, ziewać, przeciągać się leniwie, ale także rozpoznawać twarze, budzić na czas, a nawet gadać, co już uważam za przesadę. Pomysł był szczytny, żeby dzieci które absolutnie nie mogą mieć żywego psa, przynajmniej mogły się kimś (czymś) opiekować. Jest tylko drobny szkopuł, iż ten piesek, tak jak kot (co za ironia!) ma wiele żyć, stąd leniwe dziecko, które nie dopełni obowiązków, nie zostanie za to ukarane, bo to w końcu tylko kupa elektroniki i piesek znów ożyje, nawet jak się go zagłodzi na śmierć. Osobiście uważam, że przydałoby się jednak trochę więcej konsekwencji w zabawkach edukacyjnych..


http://www.youtube.com/watch?v=QIraWI3ZM8Y


    Wiemy z filmów science fiction, co się będzie działo kiedy komputery przejmą dowodzenie. Te dyskusje z ekranem, próba przywołania ich do  porządku i wymuszenia posłuszeństwa to wypisz wymaluj kwintesencja powiedzonka: Gadał dziad do obrazu. Zwykła strata czasu. Za chwilę roboty będą produkować roboty i będziemy mogli im nagwizdać.


    Niedługo roboty przypominające ludzi jak na „AI- sztuczna inteligencja” zamieszkają w naszych domach. Roomba to dopiero przedskoczek. Mnie ciekawi jedno – czy będziemy do nich mówić więcej i mądrzej, niż dzisiaj do ludzi? I czy one będą umiały interesująco odpowiadać? I przede wszystkim czy nam w ogóle zależy na odpowiedziach?


PS. Ulubionym zajęciem Roomby jest wpadanie między puste butelki przygotowane do wyniesienia.


 

 

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 742