Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014146
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Kompleks Edypa

sobota, 30 czerwca 2012 11:51

 

    Pytanie które od dłuższego czasu nie dawało mi spokoju, brzmi: co ciągnie młodych mężczyzn w kierunku kobiet o 20-30 lat starszych? Co ich w nich fascynuje? Przecież z biologicznego punktu widzenia ten pociąg nie ma najmniejszego sensu, bo dzieci raczej z tego nie będzie. Pod względem atrakcyjności fizycznej nie mogą one konkurować z 25-latkami. Więc co?

 

   Najprościej byłoby zwalić wszystko na biednego Edypa i jego wieczny kompleks.  Krążą słuchy, iż najczęściej odwiedzane strony pornograficzne należą do grupy MILF, czyli seksu między młodymi mężczyznami a kobietami w wieku ich matek. Oczywiście - od czasu, kiedy 50-60-letnie panie potrafią tak wyglądać, że „z łóżka bym nie wyrzucił”, jak mówią niektórzy, sprawa przestała być aż tak szokująca, jednak wciąż zastanawia mnie zainteresowanie osobą starszą o 30 i więcej lat.

 

   Dowodem na to zainteresowanie jest fakt, iż gros osób piszących do kobiet po 50-tce na portalach randkowych, to prawdziwe szczawie, nawet 19-letnie. Mogłam się o tym przekonać w ramach pewnego socjologicznego eksperymentu, kiedy w żaden sposób nie szukając ani nie prowokując przygód, zostałam zasypana listami. Panowie proponujący randkę nie mieli żadnych kompleksów wynikających z różnicy wieku, natomiast zgodnie z zasadą, że każdy sądzi innych po sobie, uważali, że skoro oni mają ochotę wyłącznie na seks, to ja pewnie też.

 

   Próbowałam dowiedzieć się, co taką młodzież pociąga w kobietach dużo starszych, u których – nie oszukujmy się – cellulit rulez, a biust i podbródek przegrał z grawitacją już jakiś czas temu. Odpowiedzi mnie nie zadowoliły, albowiem panowie potrafili (na ogół) tylko obiecywać, że potrafią sprawić kobiecie rozkosz i spodziewają się tego samego. Obiecanki – cacanki, pomyślałam. Co ty, 25-latku z twarzą Ronaldo i kaloryferem pod koszulą możesz wiedzieć o dawaniu rozkoszy? To są lata praktyki, żmudne studia nad kobietami, w tym głównie psychologiczne, żeby wywołać u niej stan nirwany. Wasze doświadczenia utrwalane na firmowym biurku czy w toalecie w klubie, często po pijanemu można o kant d... potłuc kiedy staniecie oko w oko z dojrzałą kobietą.

 

    Po czterdziestej próbie wytłumaczenia tego prostego faktu, dałam sobie spokój i przestałam odpowiadać. Byłam głęboko rozczarowana. Spodziewałam się szczerych odpowiedzi typu: Że taka kobieta nie wyśmieje, kiedy coś pójdzie nie tak, więc nie grozi mu mentalna kastracja i impotencja. Że jest na ogół stabilna rodzinnie i uczuciowo, więc nie zażąda zaraz obrączki. Że nie trzeba się będzie martwić o jej utrzymanie, bo to raczej ona zasponsoruje jego. Tego nikt nie powiedział uczciwie, choć może pomyślał.

   Ale najbardziej brakowało mi tego, że od znacznie starszej kobiety można się dużo nauczyć. Że jej doświadczenie i mądrość życiowa mogą być przydatne na każdym gruncie. Że przy niej z nieopierzonego wiecznego chłopca może wyrosnąć mężczyzna... Nic!

 

   Moje rozczarowanie pchnęło mnie do stworzenia historii o „optymalnej” znajomości z internetu, jaką zapewne wiele kobiet w średnim wieku chciałoby przeżyć z młodszym mężczyzną. Nie Harlequin, nie szybki seks w hotelu, tylko  wyzwanie, flirt na wysokim poziomie, słowny boks, wreszcie dowartościowanie, które po 40-tce jest tak potrzebne kobietom... Mam nadzieję, że mężczyźni też mogą się z niej czegoś dowiedzieć.

   Tak powstało „Opętanie czyli zgubne skutki masażu stóp” – zob. link Opętanie. Jest już do kupienia. Nerwy mnie zżerają, jak zostanie przyjęta.



 

PS. Następne moje dzieło będzie nosić tytuł: „Jak wydać książkę i nikogo po drodze nie zabić”, ale o tym kiedy indziej:)

PPS.Autor najlepszego komentarza na temat tego felietonu dostanie ode mnie książkę w prezencie. czekam do 4.07.12:)))

 

 


Podziel się

komentarze (201) | dodaj komentarz

Nieskończoność

wtorek, 26 czerwca 2012 20:01

 

  Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej. 

Tak, tak... Albert Einstein generalnie wiedział co mówi. Choć nie do końca....

 

   Nieskończoność można obserwować w różnych sytuacjach, wystarczy uważnie patrzeć.

W oczach psiej matki można zobaczyć nieskończoną cierpliwość i łagodność, nawet kiedy dzieci podżerają jej łapę dla zabawy, o innych częściach ciała nie mówiąc. One same kiedy się zmęczą, układają się prawie w Yin i Yang. Czysty absolut...

 

 

 

  O nieskończenie brzydkich, łysych szczeniakach pisałam przy okazji podróży do Peru. Zawsze myślałam, że wszystko co małe jest śliczne, ale miałam na myśli takie normalne, puchate, kudłate pieski czy kotki. A TOooo? ET jak żywy!

 

  

 

      Nieskończenie wielkie mogą być kontrasty. Na przykład w Indiach. I nie mam tu na myśli tylko skrajnej nędzy i niezmierzonego bogactwa, ale również różnice w temperamencie – z jednej strony możliwość całkowitego wyciszenia, medytacji, oczyszczenia umysłu, która tak kusi bogatych białasów z całego świata...

 

 

...a z drugiej szaleństwo podczas Holi Festival, kiedy ludzkość obsypuje się proszkami lub oblewa kubłami farb. Biali są szczególną atrakcją i celem radosnych ataków. Możecie sobie wyobrazić, jak przetrwać takie święto? I jak ocalić aparat fotograficzny?


 

 


 

   Nieskończona może być radość z latania. Widok z góry na całe Tatry, cisza którą zakłóca tylko szum paralotni, poczucie bezkresnej wolności...matko! Nie da się z niczym porównać. Człowiek ma ochotę zawołać: Jestem Bogiem! W dodatku mając perspektywę, że nie musi dygać 1,5 godziny po stromym w dół, tylko sobie sfrunie i miękko usiądzie na łące... Motyl Emanuel po prostu...

 

To ja, przysięgam:)

 

   Jednak to wszystko nic wobec bezmiaru ludzkiej głupoty, i tu Papa Albert miał absolutną rację – ona jest nieskończona. Sami daliśmy jej próbkę włażąc w śniegu i deszczu na 5-tysięczny lodowiec w Peru. Oto nasze obuwie do wspinaczki: kalosze, trampki, adidasy. I folia na grzbiecie. Powtarzam: wejście na pięciotysięcznik. Stromo jak cholera, śnieg, ślisko, mokro i te adidasy... Ech.

 

 

Ale nikt i nic nie pobije tego:

 

  

 

  Tak, proszę Państwa, to jest pewna góra w szczycie sezonu! 4 godz. w palącym słońcu, bez jedzenia, picia i toalety, za to z dziećmi i psami – wszystko po to żeby zaliczyć krzyż na Giewoncie – czy ktoś jest w stanie to przebić?



Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

Rozczarowania

sobota, 23 czerwca 2012 22:04

 

    Kiedy ZUS przysłał mi papier, iż spodziewana emerytura w moim przypadku wyniesie 400,00 zł/mies. przyznaję że poczułam lekki niepokój. Na szczęście szybko przyszło wyjaśnienie od dobrych ludzi, że dlatego tak mało, gdyż-ponieważ nie miałam czasu zebrać potrzebnych papierzysk i wytłumaczyć ZUS-owi, na czym strawiłam poprzednie 20 lat mojego życia. Bo przecież mogłam trudnić się liczeniem chmur, malowaniem graffiti, albo nierządem, za co u nas jeszcze emerytura nie przysługuje...


     Mozolnie, z całkowitym brakiem motywacji, (zanim ja przejdę na emeryturę na  ZUS-ie pewnie wyrosną kwiatki), wzięłam się za zbieranie tych zaświadczeń. A nie było to łatwe, gdyż jako kobieta pracująca, żadnej pracy się nie bałam.

W końcu doszłam do momentu, kiedy do pełni szczęścia brakowało mi już tylko zaświadczenia z uczelni, że studiowałam. Sam odpis dyplomu ZUS-owi nie wystarcza.

 

    Uczelnia usytuowana jest w miejscu, dokąd samochodem się nie dojedzie, a już na pewno nie zaparkuje. Tak więc jak za dawnych dobrych czasów autobusem miejskim udałam się do dziekanatu mojego wydziału. Na ogromnym uniwersyteckim terenie musiałam pytać o drogę ludzi, gdyż zupełnie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzież ten dziekanat... Na miejscu po 20 minutach czekania okazało się, że akurat dzisiaj okienko czynne jest do 13.00, chociaż na stronie internetowej jak byk stoi 17.00. Była 13.30.  Powiało starym...

 

   Na szczęście nie do końca, bo nagle jakaś pani bez szemrania wzięła ode mnie indeks i mimo skandalicznie przekroczonej godziny urzędowania, usiadła do maszyny (sic!) i wypełniła nań malutkie zaświadczenie. Powiało nowym. Za moich czasów można było wbić zęby w blat okienka – żadnej z pań nawet nie drgnęła powieka, jeśli było po czasie.

 

    Zadowolona, choć wciąż obca w sterylnych wnętrzach postanowiłam wsadzić nos na mój wydział, żeby poczuć choć odrobinę z tamtych zapachów ... Weszłam, rozejrzałam się – nic! Marmury, komputery, zagubieni studenci, którzy już powinni być na wakacjach. Zero wspomnień.

 

   Podjęłam jeszcze jedną desperacką próbę i zeszłam do podziemi – słynnego baru „Szafot”, na wprost którego działał onegdaj pokoik Rady Wydziałowej. Tam zabijało się czas podczas przerw w zajęciach, tam ratowało się od śmierci głodowej. Tam zawiązywało się przyjaźnie i coś więcej, i tam pewien kolega zrobił mi wyjątkowe zdjęcie, które w wersji bladoróżowej mam do dziś (wersji było wiele, chociaż zdjęcie czarno-białe).

 

    Bar Szafot nie ma dziś nic z tamtego klimatu. Nowe jasne meble, bardzo dużo światła i nowoczesna lada, z niestety silnym zapachem garkuchni. Chciałam usiąść na chwilę, wypić kawę, coś przywołać..., ale nie poczułam absolutnie nic. Klub, który w moich wspomnieniach był dość zakapiorską ciemną jaskinią, z klimatem żywcem jak z Piwnicy pod Baranami, dziś wygląda jak MacDonald. Może lepiej się w nim czyta, bo widniej, ale na pewno nie ma atmosfery do wygłupów i flirtowania. A wszak był to nieodłączny element studenckiego żywota:)

 

    Tak, powroty do starych miejsc nie zawsze mają sens.


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Święto penisa, czyli nie rozumiem Japonii.

środa, 20 czerwca 2012 18:47

 

   Od wielu lat narastało we mnie niejasne przeczucie, że Japonia nie leży za siedmioma górami, za siedmioma lasami..., tylko na innej planecie. Poza tym, że oczywiście pagody i te kwitnące wiśnie piękne są..., reszta jest dla mnie niezrozumiałym fenomenem.

   To rozpruwanie sobie brzuchów z byle powodu, bo honor...

   Ci poważni biznesmeni studiujący w metrze komiksy dla dorosłych, gdzie bohaterkami ostrej pornografii są dziewczynki o buziach 12-latek z mangi.

   To odmładzanie 17-letnich dziewczyn poprzez króciuteńkie spódniczki w kratkę i białe podkolanówki, te misiaczki i słodkie różowe torebusie u całkiem dorosłych kobiet, bo tylko w takim wydaniu podobają się mężczyznom...

   Te poduszki z namalowanymi ciałami dziewcząt, z którymi „sypiają” Japończycy. One mają swoje imiona, a rekordzista ma podobno 500 różnych.

   Wreszcie te automaty z używanymi majtkami licealistek... błeee...

Itd.

 

   Z kulturą japońską mam jeszcze większy problem. Teatru kabuki w ogóle nie rozumiem. Filmy Kurosawy wywoływały u mnie nocne koszmary, a bardziej współczesne „Lalki” oglądałam tak osłupiała, jak gdyby na ekranie wylądowali kosmici. Nie mogłam uwierzyć, że można zrobić tak straszny film "o miłości", w którym znowu ten honor, wydumane zasady, bezsensowne poświęcenie uniemożliwiają ludziom bycie szczęśliwym...

 

   A teraz jeszcze to. Wiem, pewnie wszyscy już o tym wiedzą, tylko ja jakoś przespałam coroczne święto płodności (Kanamara Matsuri), czyli święto penisa (stalowego) w Kawasaki obok Tokio. Podejrzewam zresztą, że to święto jest ważniejsze dla Japończyków niż motocykle.      

   Odbywa się na wiosnę, zwykle w kwietniu i polega na oddawaniu hołdu fallusowi. W ten dzień można bezkarnie paradować z bezwstydnie wyrzeźbionymi lizakami w odpowiednim kształcie, a przodują w tym leciwe paniusie czy wręcz babcie. Przez miasto niesione są gigantyczne penisy, oczywiście stalowy, ale także różowy, eskortowany przez gejów, transwestytów i rzemieślników.

 

   Ten stalowy wywodzi się z legendy. Dawno dawno temu żyła sobie pewna dziewica, w której łonie zamieszkał demon. I kiedy dwóm kolejnym śmiałkom, co próbowali się dostać do tego miodu, obcięło to i owo, dziewica zwróciła się do snycerza, który wykonał penisa ze stali. Łatwo się domyślić, co się stało – demon połamał na nim zęby i uciekł, a młodzieniec poślubił dziewicę i żyli długo i szczęśliwie. A stalowy fallus stał się przedmiotem kultu i przynosi szczęście całej okolicy.

 

   Powiem tak: pruderyjna nie jestem, ale obrazki z tej imprezy są dość obsceniczne. Upodobanie z jakim starsze panie dosiadają gigantycznego drewnianego penisa w kształcie armaty, wyślizganego od ciągłego macania, z letka szokuje. Zwłaszcza w kraju w którym według stereotypu kobieta siedzi w domu i wychowuje dzieci, a mężczyzna śpi w szufladzie w hotelu blisko biura i zarabia pieniądze.

 

    Czekoladowe i cukrowe fallusy noszone są tu z równą uciechą, jak u nas gromnice na procesji! I ja się tylko pytam: skoro tu nawet wielka rzodkiew ma kształt penisa, to co z zakazem rozpowszechniania pornografii? Na ten jeden dzień w roku zrzucamy kulturowe okowy i hulaj dusza, piekła nie ma?

 

    No, widocznie tak. A niech im tam...

 

Poniżej parę zdjęć.

 

 

 


   http://www.weirdasianews.com/2010/04/18/japans-pink-penis-parade-aka-kanamara-matsuri-nsfw/

http://photoguide.jp/pix/displayimage.php?album=275&pid=6529#top_display_media

http://www.papilot.pl/lifestyle/8152/Japonskie-swieto-penisa-FOTORELACJA/5.html


A tu można popatrzeć na żywo:

http://www.youtube.com/watch?v=gL5VqXNd2w8


Podziel się

komentarze (99) | dodaj komentarz

Tęcza a sprawa gejowska

niedziela, 17 czerwca 2012 18:05

 

 

 
 Wszyscy wiedzą, co to jest tęcza. To zjawisko optyczne w postaci wielobarwnego łuku, widocznego gdy słońce oświetla krople wody w ziemskiej atmosferze.

Zawsze zaczyna się od koloru czerwonego na zewnętrznej, a kończy na fiolecie, po wewnętrznej.

 

   Jest zbyt piękna, żeby ludzie nie próbowali jej używać do swoich partykularnych interesów. Nie da się policzyć, w jakim kontekście już ją  wykorzystywano. Była sposobem żeby wyrazić przymierze między Bogiem z człowiekiem (Biblia), wspólnotę, obietnicę, że ziemi nie nawiedzi już wielka powódź. Była drogą łączącą Niebo z Ziemią (mit. grecka). Była mostem, miejscem ukrycia skarbu (Irlandia), którego nie sposób znaleźć, bo tęcza nie ma ściśle określonego początku ani końca (zależy on wszak od miejsca osoby patrzącej) itd.

    W mitologii skandynawskiej tęcza to pomost łączący Ziemię (symbol kobiecego sromu) z niebem (symbolem penisa Wielkiego Ojca). Natomiast w żydowskiej kabale tęcza miała symbolizować seksualny obrządek – jej łuk był męskim boskim prąciem schodzącym do łona królowej, bogini. 

 

Głowa boli...

 

   Ale to nie koniec. "Tęczowe zloty" organizowali np. hippisi. Międzynarodowy Zakon Tęczy dla Dziewcząt miał masońskie korzenie. Itd.,itd.

Jej kolory ale w postaci małych kwadratów tworzą flagi andyjskie, czyli WIPHALE.

 

   

http://www.katari.org/wiphala/wiphala.htm


Wiphala cała jest kwadratowa, więc różni się od typowych flag.

 

Za to flaga inkaska, a konkretnie z Cuzco, wygląda już jak normalny sztandar.



http://en.wikipedia.org/wiki/Flag_of_Cuzco


Przy okazji – w Cuzco można też podziwiać prawdziwą tęczę:



 http://www.swieckowski.pl/peru/target3.html

 

   Inkaska flaga ma 7 pasów, a to ważny szczegół, gdyż w zależności od fantazji tęcza może mieć różnie. 

 

   W momencie zagarnięcia tęczy przez ruch gejów i lesbijek w 1978 roku miała ona 8 pasów. Zaraz potem 7. A od 1979 już tylko 6. Szyć im się nie chciało, czy co?

    Tęczową flagę niesiono po raz pierwszy na Gay Pride w San Francisco.  Miała symbolizować różnorodność środowiska, dumę i ruch na rzecz równouprawnienia.

   Obecnie używana jest również przez ruch Chrześcijan LGBT "Wiary i Tęczy", co dla naszego konserwatywnego kościoła musi być równym szokiem, jak gdyby sam Lucyfer przystąpił do pierwszej Komunii. Ale są, spotykają się, i działają.

 


http://www.innastrona.pl/newsy/5322/nasza-wiara-jest-jak-tecza/

 

   Impulsem do napisania tego tekst był news, iż na warszawskim Pl.Zbawiciela stanęła tęcza ułożona z 16 tys. sztucznych kwiatów, autorstwa Julitty Wójcik. Pomysł wziął się z  rozruchów na pl. Konstytucji 11 listopada 2011 r. „Bo tam ujawnił się brutalnie podział Polski”- mówi autorka. „A ponieważ znałam wpływ tęczy na ludzi, pomyślałam, że to jest taki obiekt, który mimo oczywistych skojarzeń - z LGBT, z jedną ze stron - połączy i pogodzi te dwie opcje.” Gdy tęcza powstawała, to najczęściej słyszało się na ulicy: "Pewnie pedały to stawiają". Autorka odpowiada: „Ja jestem przeciwko jakiemukolwiek zawłaszczaniu tęczy i tworzenia z niej jednowymiarowego symbolu”.

 

Ja też.

 


http://www.rp.pl/galeria/9149,1,887958.html

 

   A my, zwykli obywatele, możemy sobie tylko podziwiać tęczę po deszczu nad własnym dachem, albo w takich urokliwych miejscach, jak wąwóz Vintgar w Słowenii, gdzie rozpryskująca się o skały woda w każdy słoneczny dzień gwarantuje niezapomniane wrażenia.


 

 


Podziel się

komentarze (18) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 146