Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014240
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Trotyl, czyli niewiedza jednak szkodzi...

niedziela, 30 czerwca 2013 9:43

flammable.png

Obiecałam sobie, że nie będę pisać o Smoleńsku. No to nie będę, ale o trotylu muszę, no, po prostu muszę. Ale będzie krótko.

   Sławne TNT, czyli trinitrotoluen, czyli trotyl znaleziony rzekomo we wraku Tupolewa, zawiera w sobie niebezpiecznych kilka liter, od których samego dźwięku człowiekiem wstrząsa. Te magiczne litery to NITRO.  Przypomina się od razu „Cena strachu”, w którym transport nitrogliceryny trzymał widzów w skrajnym napięciu przez 2 godziny.  Ale znowuż Nitrogenium to przecież azot, którym oddychamy w 78 procentach, gdyby ktoś zapomniał.

    We wraku znaleziono różne rzeczy, np. kompletnie niewybuchową paranitrodifenyloaminę, ale na pewno nie nitroglicerynę, gdyż zapewne wybuchłaby ona przy wciskaniu bagażu do szafki. No, chyba że to była taka, co się wkłada pod język, jak człowieka dusi, ale ona raczej eksplozji nie wywołuje..

 

   Śmiech pusty ogarnia, kiedy widzę jak ludzie nie mający pojęcia o chemii, przypisują różnym substancjom dziwne właściwości. Ja też nie jestem specem w tej dziedzinie (miałam tróję w chemii), ale już wiem, że wystarczy zamoczyć bawełnę w kwasie azotowym, żeby uzyskać materiał wybuchowy. Po co się męczyć z trotylem?

   Wiem też że żelazocyjanek potasu to nie to samo co cyjanek potasu (wielce skuteczna trutka). To antyzbrylacz do soli drogowej. Wprawdzie jak zauważył mój przyjaciel:

- A nie mówiłem, żeby nie pić wody z kałuży!

– jednak ten produkt ma nawet swoją odmianę spożywczą :)

 

   Równie ciekawy jest tiomocznik, niewiele różniący się nazwą od zwykłego mocznika, który każdy nosi w sobie. Tyle że ten pierwszy jest silnie toksyczny i rakotwórczy.

environmental_hazard.png

     A mój ulubiony arszenik?  Może nie wszyscy wiedzą, że to co rozumiemy pod nazwą arszenik, to tylko i wyłącznie trójtlenek arsenu. Ale są inne tlenki arsenu, też nieprzyjemne, ale nie powodujące śmierci po połknięciu ilości jak ziarnko pszenicy. Wiem, bo zbadałam ten temat, kiedy zniknęło mi z radarów 14 ton TEGOŻ arszeniku. Płynął z Maroka, a było to świeżo po 11 września... W ramach dobijania się przeliczyłam, że ta ilość wystarczy na 1,3 miliarda ludzi... Na szczęście się znalazł.

 

toxic.png

   Co by tu jeszcze... Że cholesterol wchodzi w skład kosmetyków, to banał. Ale taki mądrze brzmiący ditlenek krzemu, zwany czasem krzemionką, choć najczęściej to zwykły piasek, bywa używany jako... antyzbrylacz do mielonej kawy. No co, i tak przeleci...! Nie poczujecie.

 

   Tak, tak... chemia ma wielką przyszłość. Trzeba tylko bardzo dokładnie czytać nazwy, a nie wybierać z nich pasujące fragmenty. Bo jeśli niedbale użyjemy wodorotlenku sodu zamiast chlorku sodu do posolenia zupy, to ta zupa na pewno nie będzie za słona... Tylko rozpuści nam przewód pokarmowy, jak na gangsterskich filmach, w których występuje „czyściciel”...


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Wszystkie ryśki to fajne chłopaki...

środa, 26 czerwca 2013 11:20

images.jpg

   Piątkowe popołudnie. Dzwonek do drzwi. Otwieram zawsze bez pytania, wierzę w swoje szczęście i w to, że za drzwiami nie stoi rabuś, albo chociaż gwałciciel ...

 

Nie stał. Stały za to dwie miłe dziewczyny. Od razu zastrzegły, że nie przyszły po pieniądze, chociaż w trakcie rozmowy wydało się, że jednak po pieniądze. Ale nie do ręki, tylko chcą dostać deklarację, że będę pomagać ... rysiom.

 

   Dziewczyna wiodąca miała gadane jak nie przymierzając – lider dużej partii. Młoda studentka, pewna siebie, ale bardzo grzeczna, swoją opowieścią przetrzymała nas dobre 25 minut i wyszła... z podpisaną deklaracją.

 

   Rysie są w Polsce na wymarciu. Jest ich wszystkiego ze 200 sztuk, w tym rysi „nizinnych” czyli mazurskich  40 - 60. Szkoda by ich było nie tylko dlatego, że są śliczne. To przecież oprócz żbika jedyne w Europie „duże” koty. Na Zachodzie nie ma ich już prawie wcale, gdyż brakuje tam dużych lasów, których nie przecinają autostrady. Ponieważ jest ich mało, zaczynają się krzyżować w obrębie najbliższej rodziny, przez co geny mają coraz słabsze. Małe rodzą się martwe, lub szybko umierają.

 

RYSIE.jpg

 

 

    W celu ratowania gatunku organizacja WWF (ta z pandą) sprowadziła już 4 rysie z Estonii (jeden niestety nie przeżył), gdzie na wolności biega ich nawet 900. Doszło do tego, że dopuszczony jest tam odstrzał rysiów, a to już granda! Relokacja, jak to się ładnie nazywa, łączy więc przyjemne z pożytecznym - ratuje im życie, oferując polskie panny na wydaniu. Widocznie klimat w Polsce im służy, bo urodziło się już 16 nieślubnych rysiów (nie pytam o liczbę partnerek). Wychowują się w volierach, z których małe mogą swobodnie wychodzić do lasu i wracać aż do momentu, kiedy znudzi im się karcąca łapa matki i wybiorą wolność. Maluchy łażą swobodnie, jeden nawet rozpoznał "brata" z poprzedniego miotu, który go odprowadza do ośrodka po wizycie:)))

 

rysie,1.jpg

 

    Cała operacja uzależnienia mnie od idei pomagania rysiom, przeprowadzona została po mistrzowsku. Pomoc ma się odbywać konsekwentnie, więc WWF nie czeka na dobrowolne składki, kiedy ktoś sobie przypomni. Podpisując deklarację, zgadzam się na polecenie zapłaty w moim banku. Kwota – niewygórowana – złotówka dziennie. 

 

   Kiedy już wszystkim formalnościom stało się zadość, dziewczyna wręczyła mi jeszcze ankietę, w której stały pytania typu, czy ankieter poinformował, że będzie polecenie zapłaty, czy ankieter przedstawił wszystkie swoje dane, wylegitymował się itp.

   Na koniec zostałam jeszcze raz jak uczeń odpytana z wszystkich najistotniejszych rzeczy

-         Jakiej organizacji zgodziłam się pomóc ( w popłochu spojrzałam na jej brzuch, na którym miała wielką pandę, i odpowiedziałam – WWF)

-         Jaką kwotę miesięcznie zadeklarowałam (Trzydzieści złotych? – wyszeptałam  niepewnie... Tak!)

-         Przez jaki czas zobowiązałam się pomagać rysiom? (Dożywotnio? – w gardle mi już zaschło z emocji..., BARDZO DOBRA ODPOWIEDŹ! – usłyszałam w nagrodę. W rzeczywistości w każdej chwili mogę się wycofać, kiedy z jakichkolwiek powodów odechce mi się pomagać rysiom).

 

   Myślicie, że to koniec? A gdzie tam. Teraz nastąpiło pouczenie, iż za ok. 7 dni otrzymam telefon z pytaniami na temat ankieterki. Będę musiała wystawić jej ocenę od 1-6, przy czym ocena 1 oznacza, iż przyjdzie do nas na utrzymanie, bo ją wyleją.

A potem dostanę „pakiet powitalny” z jakimiś zniżkami na wstępy do rezerwatów itp.

I tak dalej.

 

 

   Powiem tak: od tej młodej osóbki kupilibyście wszystko – i komplet cudownej pościeli, i nowy „produkt” banku, i maść na porost włosów. Nie dość że jest świetnym handlowcem, to jeszcze odwala kawał dobrej roboty. Bo rysie może nie są najważniejsze (Polska jest przecież najważniejsza) ale ja nie chcę, żeby wyginęły.  Na patyczaki bym się nie zrzucała. Ale na rysie...

 

 http://www.youtube.com/watch?v=RU9pYLwumjA

 

 I jeszcze jedno – rysie rozmnażane są we wsi Kadzidłowo niedaleko Pisza. Znajduje się tam PARK DZIKICH ZWIERZĄT, gdzie w warunkach półwolnościowych można zobaczyć wiele chronionych gatunków.

A kto chciałby się przyłączyć do rysiowej akcji, zapraszam na stronę http://www.rys.wwf.pl/?utm_source=strWWF&utm_medium=box&utm_campaign=rys

 

rysie.jpg

 http://www.ekologia.pogodzinach.net/rys.html

 

PS. Telefon już był. Podziękowano za deklarację i jeszcze raz upewniono się, że nie będę zaskoczona, kiedy z konta zniknie mi 30 zł. Nie będę.

 

 


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Sucha Bez Kicka

piątek, 21 czerwca 2013 6:23

Duża ta Polska, psiakość...!

 

   Teraz dla odmiany rzuciło mnie na południe, a konkretnie do Suchej Beskidzkiej.

Sucha to nieduże miasto niedaleko Wadowic i Andrychowa, znane niektórym z Karczmy „Rzym”, tej od Twardowskiego. Tyle że karczma wprawdzie stoi od XVIII w., ale jej nazwa pojawiła się dopiero po II wojnie św., a wtedy Mickiewicz już raczej nie pisał o Pani Twardowskiej... Tak czy siak, Sucha chlubi się starą drewnianą chałupą na 180 krzeseł, co parę lat pieczołowicie odnawianą pod okiem konserwatora zabytków.

 

   Inni znają Suchą z zamku Suskiego, który powstał w XVI w. jako warowny dwór, a potem rozbudowano go w stylu renesansowym. Z tego powodu zamek nazywany jest małym Wawelem, choć osobiście uważam to określenie za mocno przesadzone.

Boczne skrzydło zamku przeznaczono na hotel i w nim przyszło mi nocować.

   Hotel „Kasper Suski” to parterowy budynek z kilkoma wejściami. Nie wiem, czy były tam kiedyś pomieszczenia dla służby, obecnie wyglądają nieźle, ale mają tyle samo wad co i zalet.

 

   Wadą są grube mury, w których gromadzi się wilgoć. Cały zamek ma problem z grzybem, choć dzielnie z nim walczy. W starych drewnianych meblach i pościeli czuć niestety ten charakterystyczny zapaszek, typowy dla starych domostw.

 

   Za to zaletą tegoż obiektu są....... grube mury. Przed wyjazdem z przerażeniem śledziłam prognozę pogody dla tego regonu, która przewidywała 32 st. na plusie. I tyle ich było, tych stopni.

   Ale w pokojach hotelowych panowało max. 18 stopni! Sama sobie nie wierzyłam, kiedy purpurowa jak piwonia i ociekająca potem z upału weszłam do pokoju i po pięciu minutach założyłam sweter... I tak już zostałam w tym swetrze przez cały wieczór, a potem zakopałam się pod ciepłą kołdrą po czubek nosa... To się nazywa naturalna klimatyzacja...

 

   Sądząc po ciszy w obiekcie i jednym samotnym nakryciu na śniadaniu, nocowałam w zamku SAMA... Nawet gdybym chciała odziać prześcieradło i pohukać na zamkowych korytarzach, nie było kogo straszyć...

 

I próbuj tu człowieku pielęgnować legendy...

 

Sucha B2.jpg 

Sucha B1.jpg 

Sucha B3.jpg 

 


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Mazury - cud natury

poniedziałek, 17 czerwca 2013 18:33

 

„Hej, Mazury, jakie cudne...” śpiewało się onegdaj na obozach przy ognisku... Nie wiem, czy dzisiejsza młodzież śpiewa takie rzeczy, myślę, że wątpię. Ale i bez tego Mazury mają się dobrze, na całej linii...

 

   Przede wszystkim dobrze się mają bociany. Wbrew hiobowym wieściom, że wyzdychają z głodu, bo ciężko się szuka żab stojąc po kolana w śniegu – nie spotkałam ani jednego pustego gniazda. Przeciwnie – z każdego 2 albo 3 łebki wystawały. Więc póki co – żaby, miejcie się na baczności!

 

   W ogóle ptactwo mazurskie ma się dobrze, poza jednym wyjątkiem. Udało mi się „zdjąć” (z dużej odległości i z najwyższej sosny – przepraszam za jakość) samicę błotniaka stawowego – drapieżnika z gatunku jastrzębiowatych, która jest sporo WIĘKSZA od samca. Ptak był piękny, ale dopiero po powiększeniu zdjęć na komputerze stwierdziłam, że ma jedno oczko bardziej niż drugie. Coś było nie tak z tym prawym okiem i powtarzało się to na wszystkich ujęciach. Czyżby zupa była za słona...?

 

Ptak1.jpg

 

ptak.jpg

 

    Dobrze się też mają mazurskie jeziora. Woda, choć bezzębna, czyni spustoszenia w świeżo wybudowanych molach i pomostach. Woda nie ogląda reklam i nie słyszała o cudownych impregnatach do drewna, co to zabezpieczą nasze pomosty niemal dożywotnio. Dlatego kiedy patrzę na cudze konstrukcje, nadgryzione solidnie mimo stosowania najlepszych środków – już wiem, że nigdy nie będę mieć domu na Mazurach. Niech się inni męczą...

Ale pięknie to tam jest...

jezioro.jpg

 

     Świetnie się miewa roślinność mazurska, której wciąż mało zachwytów, więc teraz udaje...wodę... Tak, tak, to są niebieskie chwasty, ale nie chabry, bardziej przypominają niezapominajki, ale woda to to na pewno nie jest...

 

kwiaty blue.jpg

 

    Dobrze się też ma miasto Pasym, które choć ma tylko 2500 mieszkańców, na jednej ulicy mieści kościół katolicki, ewangelicki i zbór świadków jehowy. Miasto zresztą jest urokliwe, ma odnowiony ratusz z 1855 roku, stuletnią wieżę ciśnień i ewangelicki kościół z zabytkowymi organami z XV w. Kto oglądał znakomity film „Cudownie ocalony” Janusza Zaorskiego  mógł podziwiać piękną panoramę Pasymia widzianą zza jeziora. O, dokładnie z tego miejsca.

 

pasym.jpg

 

ratusz.jpg

 

organy.jpg

 

   I na koniec – bardzo dobrze się ma kościół katolicki w Pasymiu. Do mszy usługiwało 12 (dwunastu!) ministrantów, czterech niedużych i ośmiu całkiem dużych. Panowała serdeczna atmosfera, księża osobiście i odręcznie witali dawno niewidzianych gości – letników, a w ramach ogłoszeń parafialnych, proboszcz zaprosił wszystkie panie na ... mammografię, organizowaną w pobliskim mieście. Wreszcie kościół zajął się damskimi piersiami prawidłowo, od przodu, a nie od d... strony, nie traktując już jej jako źródła wszelkiego zła i rozpusty...

Ech, Mazury...


Podziel się

komentarze (31) | dodaj komentarz

Romantycy na piątym piętrze.

czwartek, 13 czerwca 2013 11:01

romantycy202.jpg

   Starość to się Panu Bogu nie udała... Tak chyba należy podsumować sztukę Hanocha Levina, którą wystawił Teatr Dramatyczny na Małej Scenie. Wprawdzie po kilku bardzo słabych przedstawieniach obiecywałam sobie, że więcej do Dramatycznego nie pójdę, ale skusiła mnie obsada i opis. 

   „A gdyby jednak starości wyjść naprzeciw? W kapciach, ze zgagą w gardle i czopkiem w tyłku. I nawet mimo obrzęku cewki moczowej poczuć się nie jak próchno tylko jak młody żigolak?”

   To z grubsza leitmotiv tej niewielkiej, kameralnej sztuki. Jej siłą niewątpliwie jest aktorstwo. Chociaż bohaterowie są tu po 70-tce, w rzeczywistości dzieli ich 11 lat. Małgorzata Niemirska – niedoceniona przez całe życie Lidka z „Czterech pancernych” to „zaledwie” 66-latka, w świetnej formie zresztą. Władysław Kowalski, ach, urokliwy "Kolumb" – to dziś pan 77-letni.

 

W�adys�aw Kowalski.jpg

 

A pomiędzy nimi Zdzisław Wardejn – chyba naprawdę schorowany, chodzący z trudem o lasce, nawet do oklasków.

 

   Ta trójka to dawni kochankowie, dziś zrzędzący, obolali, starzy ludzie, których największą rozrywką jest swoista licytacja, kto jest bardziej chory, ile jakich piguł bierze i które z ich schorzeń stoi w hierarchii wyżej od innych. W swoich ułomnościach są zabawni, czasem groteskowi, ale ciepli. A konkluzja z tego ich zrzędzenia jest chyba taka, że ze starością da się żyć, jeśli tylko ma się obok siebie życzliwe osoby. Że najważniejsze na świecie jest, żeby nie zostać samemu, a wszystko inne da się oswoić. Bo dyskutowanie tylko ze swoimi nogami, która z nich miała zakażenie pierwotne, a która wtórne, na dłuższą metę nie przynosi pocieszenia...

 

   Może pamiętacie moje utyskiwania na Ignacego Gogolewskiego, który powinien już wycofać się z grania, jeśli nie potrafi powtórzyć bezbłędnie tekstu. Tu chylę czoła przed Kowalskim, który – niewiele od tamtego młodszy – gra znacznie trudniejszą i bardziej wymagającą pamięci rolę. I ani jednym słowem się nie myli, podobnie jak pozostali.

To była duża przyjemność, widzieć ich razem.

 

   Jeszcze jedna uwaga techniczna. Mała Scena Teatru Dramatycznego powinna się nazywać „PIĄTE PIĘTRO”. Mieści się bowiem na V piętrze, a Pałac Kultury piętra ma wysokie. Wiezie do niego jedna winda, a że widzów było sporo, pani bileterka wdzięcznie prosiła, żeby kto może, dmuchał na górę piechotą, bo nie zdążymy... No to dmuchaliśmy...  Ufff.


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 240