Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014106
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Kochane PKP!

sobota, 30 lipca 2011 7:28

 

  Wróciłam z podróży. Oj tam, zaraz podróży! Pojechałam w te i nazad do Krakowa, bo musiałam spotkać się na chwilę z klientem. Wprawdzie przyjaciel złośliwie stwierdził, że pojechałam odwiedzić Lecha i żebym nie tłumiła tych emocji, ale ja nie…


   Podróż znów była burzliwa, już takie moje szczęście do pociągów… W tamtą stronę najbardziej podchodzący czasowo był pociąg TLK, czyli Tanich Linii Kolejowych jakby ktoś nie wiedział. Ponieważ bilet zamykał się w kwocie 60 paru zł, na wszelki wypadek kupiłam pierwszą klasę. Całe szczęście, bo miejscówki sprzedawali tylko do I klasy.


  Tłum czekający na peronie swobodnie wystarczyłby do zburzenia Bastylii. Pociąg też jakby ugiął się pod naporem, ale na szczęście ustał. Duży nie był -jeden wagon I klasy i cztery wagony II klasy, z czego dwa zamknięte dla kolonii.
   Łatwo przewidzieć, że kiedy pozostałe dwa wagony klasy drugiej szczelnie wypełniły się amatorami taniej jazdy, ludzka rzeka popłynęła do klasy pierwszej i tu zaległa na podłodze w korytarzu a także pod drzwiami śmierdzącej jak zwykle toalety. Ostatni raz taki obrazek widziałam za PRL-u. Duże przeżycie.


   Smaku dodawał fakt, iż młodzież zalegająca podłogi była angielskojęzyczna. Przez moment było mi ich żal, ale potem przypomniałam sobie, jak za mojej młodości jeździło się 11 godzin nad morze na deskach, bo siedziska były drewniane. A raz wrzucono mnie (zawsze byłam mała) na półkę bagażową, która składała się z siatki i poprzecznych prętów. Przynajmniej miałam więcej miejsca, niż pozostałe 9 osób w przedziale. A atakowanie pociągu na zajezdni w Olszynce Grochowskiej kto pamięta?


   No. Więc przestałam się nad nimi litować, zresztą wyglądali na rozbawionych. W końcu jeżdżą do Indii, Nepalu czy w Andy, to niech nie narzekają. Tu przynajmniej chłodniej było, niż w Indiach.


   Chłodniej, co nie znaczy chłodno. Na zewnątrz wprawdzie nawet wyszło słońce, ale temperatura nie przekraczała 20 st.C. Za to w środku nachuchane było niemiłosiernie, więc wysiadłam lekko podgotowana.


   Spotkanie było krótkie i już trzeba było wracać. Dworzec w Krakowie jest tak samo rozbabrany jak nasz, co dobrze wróży na przyszłość ale ma tragiczne skutki obecnie. Brakuje tablic informacyjnych, rozkładów jazdy, a zwłaszcza kierunkowskazów, więc najpierw dobiegłam do peronu dla szybkich tramwajów, potem na dworzec PKS, a pociągów ani śladu. Z trudem zdążyłam na właściwy peron.


  Wsiadłam. Tym razem przywitały mnie sterylne i puste po horyzont przestrzenie Intercity. Powiało polarnym chłodem. W przedziale było nas dwoje, a temperatura zbliżona do warunków hibernacji. Nie pomogło kręcenie gałkami - mróz trzymał. Za trzykrotnie wyższą kwotę niż rano miałam zapewniony 3-godzinny seans w komorze kriogenicznej. Wysiadając w Warszawie uważałam, żeby za bardzo nie chrzęścić i się nie wykruszyć. W samochodzie zostawionym pod dworcem podkręciłam temperaturę na 25 st.C. Wolniutko doturlałam się do domu...

 


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Rodzina na swoim

środa, 27 lipca 2011 15:27


  20-30 lat temu młodzi ludzie mieli szeroki wybór możliwości, gdzie mogą zamieszkać po ślubie (mieszkania razem przed ślubem raczej nie praktykowano):
mogli zamieszkać u JEJ rodziców, u JEGO rodziców, lub pod mostem. Osób, którym rodzice kupili mieszkanie lub młodo zmarła im babcia, było tak mało, że traktujemy je jako błąd statystyczny.
   Czwartym sposobem było wynajęcie czegoś, co przy pomocy rodziny dało się zapłacić. Przy czym ciężko było wynająć mieszkanie, za które nie chciano
by zapłaty w dolarach. Stąd wzięły się tak wdzięczne ogłoszenia w gazetach: "Powracającemu z zagranicy wynajmę"… 
   Po 15-18 latach "młode" małżeństwo dostawało wreszcie upragnione M, które czasem nawet udawało się przekształcić na własnościowe i można było odetchnąć z ulgą: jesteśmy na swoim.

   Znakiem dzisiejszych czasów stała się sytuacja odwrotna: młode małżeństwa, czy związki nieformalne nie muszą czekać latami na upragnione lokum, ponieważ wystarczy że mają stałą pracę i płacę w okolicach średniej krajowej, a bank udziela im kredytu hipotecznego. Różnica jest jednak taka, iż ci nabywcy nie staną się właścicielami swojego mieszkania przez najbliższe 30-40 a nawet 45 lat, bo w każdej chwili mogą wylecieć na bruk, jeśli ich sytuacja finansowa się pogorszy.


   Do tej niepewności dochodzi wysokość raty kredytowej, która za mieszkanie rozwojowe, powiedzmy 90 m kw., może wynieść nawet 2800 zł/mies., a za małe 2 pokojowe 55 m kw. - 1800 -2000 zł. Nierzadko pochłania ona całą pensję jednego z partnerów. I tak przez całe młode a potem dojrzałe życie…

   Pytanie, które mnie od dawna nurtuje, brzmi: po co upierać się przy własnym? Czy nie lepiej wynająć coś za mniejszą kwotę? Wprawdzie bez pewności, że będziemy tam mogli mieszkać dożywotnio, ale przynajmniej naszych pieniędzy nie będą pożerać odsetki bankowe, bo sam dług zmniejsza się przecież w żółwim tempie. I w zależności od naszej kondycji finansowej a także stanu naszej rodziny będziemy mogli zmieniać  lokum  na większe lub mniejsze. Bo kiedy dzieci "wyjdą z domu", po co nam te 90 m kw.?

   Na Zachodzie praktycznie nie kupuje się niczego na własność, bo mało kogo stać. Bierze się dom w kredycie, ale spłaca tylko odsetki, które pozwalają żyć. Kiedy zbiedniejemy, bank zabiera nam dom, wypłacając nadwyżkę, jaka urosła w międzyczasie gdyż nieruchomości z natury drożeją. Możemy wystąpić więc o następny kredyt, na coś mniejszego i analogicznie spłacać dalej tylko odsetki. Nikt nie robi dramatu z tego, że dom do niego nie należy. To tylko my mamy głęboko zakorzenioną potrzebę własności.

   Na co komu mieszkanie na własność w wieku 75 lat?  Zarzynając się przez 45 lat, żeby spłacać te cholerne raty, nierzadko ludzie muszą oszczędzać na wszystkim. Nie tylko będą żyć w takim stresie przez całe swoje życie zawodowe, ale jeszcze po przejściu na emeryturę, która nie musi być wielka, nadal będą płacić.  I kiedy w końcu nadejdzie ten radosny dzień, kiedy zapłacą bankowym hienom ostatnią ratę, stwierdzą, że są staruszkami, a prawdziwe życie w międzyczasie gdzieś uciekło.

  Na co im wtedy to mieszkanie? Żeby zostawić dzieciom? Z całym szacunkiem, ale życie się ma tylko jedno i nikt mnie nie przekona, że trzeba sobie przez prawie pół wieku odejmować od ust, żeby rodzina mogła  z radością podzielić nasz dobytek.


   A poza tym, czy nie lepiej nie zostawić po sobie niczego? Przecież spadkobiercy nigdy nie są zadowoleni. Zawsze ktoś czuje się pokrzywdzony i nawet wtedy, a zwłaszcza wtedy, kiedy sporządzimy testament, ktoś może nas znienawidzić. 
A jeśli nasz zgon wywoła w naszych bliskich prawdziwy smutek, tym bardziej nikt nie będzie patrzył, ile mu zostawiliśmy w spadku.

   Czy nie lepiej przehulać wszystko, co mamy, poszaleć choć trochę na emeryturze, wynająć małe mieszkanko, a za to, co zaoszczędzimy pojechać w podróż dookoła świata? Nie?



Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Ślepa Temida

poniedziałek, 25 lipca 2011 6:29


   Kara dla gwałcicieli powinna być jedna: należy im zrobić to co Azji T., czyli nadziać na pal. I nie przemawia przeze mnie solidarność jajników, bo wiem, że wielu mężczyzn uważa tak samo.
Warunkiem jednak jest udowodnienie, że oni ten gwałt popełnili.

  Daleka jestem od wygłaszania teorii, że kobieta napastowana albo zgwałcona powinna się szybko ogarnąć i lecieć na Policję, po czym rozchylać nogi przed jakimś obcym facetem, który pobierze dowody przestępstwa. Żeby wygłaszać takie teorie trzeba najpierw zostać zgwałconym i zobaczyć, jak to jest potem. Ja pamiętam tę noc, kiedy tylko porwano mi z ramienia torebkę z masą ważnych rzeczy. Czułam się jak obdarta ze skóry. Pół nocy leżałam gapiąc się w sufit, trzęsąc z bezsilnej złości, a przecież nie można tych przestępstw w ogóle porównywać.


   Nie dziwię się więc, że wiele z kobiet nie zgłasza się od razu na Policję, ale przez to tak trudne do udowodnienia są oskarżenia o gwałt, zwłaszcza kiedy ofiara zgłasza się dopiero po kilku latach. Mam na myśli panią Tristane Babon, która przy okazji sprawy z pokojówką przypomniała sobie, iż w 2003 roku Dominik Strauss-Kahn podobno ją też próbował zgwałcić

   Nie zamierzam natomiast pomawiać pokojówki oskarżającej DSK o konfabulację (choć człowiek ma prawo mieć wątpliwości), skoro zawiadomiła Policję natychmiast po zajściu. Sprawa koniecznie wymaga wyjaśnienia i myślę, że niezależnie od wyroku, duże wątpliwości pozostaną. Jak w każdej sprawie, gdzie słowo staje przeciwko słowu.


   Ale wyprowadzenie DSK w kajdankach podczas aresztowania wydaje mi się jednak sporym nadużyciem. Wprawdzie przyzwyczaił nas do takich praktyk minister Ziobro, za co teraz musi przepraszać, ale żeby w cywilizowanym świecie…? Rozumiem, gdyby sprawca został złapany na gorącym uczynku, stawiał czynny opór i groził ucieczką. Ale niech mi ktoś wytłumaczy, jaki cel przyświecał Policji w tym przypadku? Czy istniała obawa, że podejrzany prowadzony bez kajdanek zgwałci najbliżej stojącą policjantkę, a najlepiej dwie naraz?

   Czy może miała zadziałać prewencja ogólna, a więc wszyscy potencjalni gwałciciele mieli dostać jasny przekaz: Nie gwałćcie, bo was też wyprowadzimy w kajdankach! Parodia! Pisałam kiedyś pracę o prewencji ogólnej, i wiem, że nie działa. Weźmy przykład ubiegłorocznej głośnej sprawy zabójstwa policjanta, który próbował powstrzymać ulicznych wandali. Czy to uchroniło inną policjantkę przed atakiem ze strony podobnej hołoty kilka dni temu? Czy w mózgu takiego bandyty (jeśli jest tam w ogóle jakiś mózg)  powstaje jakakolwiek refleksja, przywołująca strach przed karą w chwili wybuchu agresji? Chyba nikt w to nie wierzy.

   Istnieją procedury, które wiążą sposób postępowania z wysokością potencjalnej kary. Dlatego aresztuje się podejrzanego w sprawach, w których grozi mu np. dożywocie, chociaż nie stanowi on żadnego zagrożenia dla otoczenia. Ale wyprowadzanie starego człowieka w kajdankach w takiej sytuacji jak powyżej  w moim odczuciu było pokazówką zorganizowaną ku uciesze tłumów, a dodatkowo przeczy zasadzie domniemania niewinności.

   W trakcie pisania tego tekstu spadła na nas wszystkich informacja o masakrze w Norwegii. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że świat stanął na głowie. Zabójcy co najmniej 97 osób grozi maksymalnie 21 lat więzienia. DSK, jeśli zapadnie wyrok skazujący, za usiłowanie gwałtu może trafić do paki na 25 lat.  Boże, ty widzisz i nie grzmisz?


Temida może i jest ślepa, ale jej ślepota przestaje być zaletą. Oznacza to bowiem, że strzela ona na oślep wyrokami, bez ładu i składu, bez żadnego klucza ani reguł. I nie chodzi tu o różnice 2-3 lat więzienia za te same przestępstwa, tylko o całe wieki.


Aż się prosi żeby krzyknąć:
- Słuchajcie no, seryjni mordercy! Jedźcie do Norwegii, bo tam jest fajnie. W Ameryce dostaniecie tyle kar dożywocia, ile osób zabijecie, a tu wlepią wam raptem po 3 miesiące od łebka!

Czy są jakieś granice nienormalności?

 


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Mentalna kastracja

sobota, 23 lipca 2011 9:10


   Kastracja mentalna może przebiegać na każdym poziomie i dotknąć każdej płci. Dosłownie. Można wykastrować chłopca, ale też dziewczynkę, dziewczynę, kobietę. Mam na myśli to, co nazywa się dość brutalnie obcięciem jaj (lub jajników) a w znaczeniu przenośnym oznacza psychiczne ubezwłasnowolnienie, tyle że bez orzeczenia sądowego.


    Dwa dni temu zetknęłam się z książkowym przykładem mentalnej kastracji kobiety, dziś dorosłej, bo 34-letniej. Zjawiła się u mnie niespodziewanie, skierowana z Urzędu Pracy w odpowiedzi na nasze ogłoszenie. Nie przysłała wcześniej CV, dzwoniła ale umówiła się na jutro, itd. Mimo to zgodziłam się ją przyjąć, bo generalnie nie lubię odsyłać ludzi z kwitkiem, nawet jeśli na to zasługują.


   Nie oceniam ludzi po wyglądzie, jednak  nieco zszokowała mnie jej postać - włosy obcięte prawie na łyso, mała głowa podkreślająca sporą nadwagę.
Ale jeszcze bardziej zszokowała mnie obecność drugiej kobiety, która z nią weszła. Przedstawiła się jako mama, która podwiozła córkę, bo "tu jest taki kiepski dojazd"
Na tyle mnie zamurowało, że nie zapytałam, dlaczego w takim razie nie poczekała w samochodzie.


   Poprosiłam żeby usiadły. Próbowałam szybko przebiec wzrokiem wręczone mi CV, ale było źle napisane, dane mieszały się i trudno było oddzielić rzeczy ważne od nieistotnych.
Żeby zyskać na czasie, zadawałam pytania dotyczące jej studiów, pracy, znajomości języka obcego.
Odpowiadała … mama.


   Po trzeciej takiej odpowiedzi, poniosło mnie i dość ostro zapytałam:
- Przepraszam, proszę mnie oświecić: Która z pań stara się o pracę, bo się zgubiłam!?
Trochę ją przytkało, skurczyła się w fotelu i już nie przeszkadzała. Tylko pod koniec szepnęła do córki: Powiedz jeszcze o Koperniku… Na co córka:
- Ach tak, bo ja jeszcze robię doktorat…

   Matko! Dawno się tak nie zmęczyłam podczas przesłuchania kandydatki do pracy.
Dziewczyna była beznadziejna w całej okazałości, niemrawa, bez siły przekonywania, nieumiejąca się "sprzedać". Poza tym nie miała żadnych kwalifikacji do naszej pracy, ale nie to było najważniejsze. Wciąż próbowałam wyobrazić sobie, kim byłaby dziś ta młoda kobieta, gdyby nie została przez swoją matkę skutecznie pozbawiona jakiejkolwiek samodzielności myślenia, własnego zdania, pomysłu na życie? I dlaczego  matki robią dzieciom taką krzywdę, w swoim przekonaniu - dla ich dobra?

Wychodząc mamusia wyszeptała:
- Na swoje usprawiedliwienie chciałam tylko powiedzieć, że cała rodzina szuka córce pracy…
- W takim razie robi jej Pani ogromną krzywdę, wywołując u pracodawcy wrażenie, że córka kompletnie sobie nie radzi sama - nie mogłam się powstrzymać od tego komentarza.

  Poszły. A ja zostałam z natrętną myślą, ile dziewczyn tkwi z takimi toksycznymi mamuśkami w domu, nie mogąc znaleźć sobie przyjaciół,  męża ani pracy. Ile z nich zostało dodatkowo zainfekowane nienawiścią do mężczyzn, jeśli matka została porzucona przez męża… Znam co najmniej 3 takie przypadki.

   Mówi się, że pierwsze pół życia mamy spieprzone przez rodziców, a drugie pół przez dzieci. Niektórzy zatrzymują się w tej pierwszej połówce i nigdy z niej się nie wydostaną. Cholera...
 
 


Podziel się

komentarze (2) | dodaj komentarz

Koniec pieśni...

czwartek, 21 lipca 2011 11:30

 

 

   Nie napisałam jeszcze, jak wyglądał mój pobyt w termach w warunkach koedukacyjnych.

 

   Pojechałam tam zaraz po otwarciu, licząc na znikome zainteresowanie ze strony panów. Niestety, okazało się, że takich nierobów, co już o 15.30 pławią się w basenach, jest sporo. Mimo to na bezczelnego założyłam kostium i przemknęłam się do jednej z saun, licząc że nikt mnie nie zauważy.

 

   Szybko zrozumiałam, że do d... taki odpoczynek. Wciąż tylko zastanawiałam się, kiedy ktoś przyjdzie i mnie pogoni, jak uprzedzała recepcjonistka. Wahania nie trwały długo, bo faktycznie przyleciał jakiś służbista i bardzo grzecznie acz stanowczo wytłumaczył mi, że a) kostium z tworzywa w saunie o temp. 95 st.C może wtopić się w skórę, b) jak wszystkie kostiumy zaczną w tej wilgoci i gorącu wydzielać swój zapaszek... Dobra, dobra! Już!

 

   Nie było tragicznie, bo niemal we wszystkich miejscach dało się siedzieć w ręczniku, problem powstawał tylko przy basenie i jacuzzi. Na szczęście światła w całym przybytku są bardzo przygaszone, więc nawet jeśli kątem oka widziałam jakieś postacie, na wszelki wypadek nie sprawdzałam płci, tylko szybko wskakiwałam do wody. Przyznaję, że można się do tego przyzwyczaić, ale tylko w takiej sytuacji. Natomiast siedzieć nago w saunie wśród tych waleni... co to, to nie!

 

   W kwestii jedzenia zaliczam wpadkę za wpadką. Coraz bardziej tęsknię za hotelem Marco i jego schabowym. Ponieważ w hotelowej restauracji nie ma dla mnie nic, weszłam w M1 na kebaba. Okazał się z mielonego mięsa, więc ten cały cyrk ze skrawaniem mogliby sobie darować. Ale prawdziwego pecha miałam dziś w....., nie powiem, bo to może jednorazowa wtopa. Zamówiłam makaron z polędwiczkami i borowikami. Polędwiczki były twarde, makaron sklejony ale najgorszy był wszechobecny piasek! Ja rozumiem, że w leśnym grzybie może się trafić parę ziarenek. Ale ja miałam na talerzu całą piaskownicę! Jakby kucharz sypnął łyżką od serca!

 

   I tu znów zrobiłam coś, czego nigdy nie robię ... złożyłam reklamację! Sama siebie nie poznawałam! Pan kelner bardzo się zdziwił, zabrał talerz do kuchni, ale widocznie nie był obrzydliwy i po prostu dziubnął trochę z mojego talerza, bo wrócił z informacją, że się ze mną zgadza! Nie policzył ani grosza, a ja wylądowałam w Pizza Hut, czego też nigdy... No wiem, że to już nudne. I tak się skończył 4-ty dzień mojej ucieczki.

 

    W zasadzie to już koniec. Jutro wracam do męża i przyjaciół. Podsumowując ten krótki wyjazd, okazałam się być zupełnie inną osobą, niż dotąd myślałam. Oto jestem:

 

bałaganiarą żywiącą się w fast-foodach, awanturnicą restauracyjną, ekshibicjonistką, w dodatku kompletnie pozbawioną kondycji ( i co mi daje ten stepper 4 razy w tygodniu?), wreszcie materiałem na wandala, zakłócającym spokój zmarłym, łażącym przez dziury w płocie.

 

Bo tylko miłość do cmentarzy została we mnie ta sama...

 

PS. Pozdrawiam serdecznie wszystkich, którzy duchem towarzyszyli mi podczas ucieczki:-) . Bardzo to było miłe.

 


Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 106