Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844704
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Minimalizm

sobota, 28 lipca 2012 18:00

 

  Po okresie kiedy próbowaliśmy zmniejszać nasze przedmioty codziennego użytku, kiedy np. telefon komórkowy z przedmiotu o wielkości 1 tomu Encyklopedii Britannica  zmniejszył się do rozmiarów paczki papierosów, i to w wersji Slim, przyszła tendencja odwrotna. Telefony stały się przenośnym biurem, więc znów urosły. Damskie torebki ze zgrabnych kopertówek, przerodziły się w wory, w których można zmieścić nie tylko laptopa, ale i kilo kartofli.  A zamiast jeździć małymi, ekonomicznym samochodzikami typu Ford Ka, nagle wybuchła moda na jeżdżenie do pracy SUV-ami, czyli „miejską terenówką. 

 

   Na szczęście niektórzy nie ustają w próbach powrotu do małych i poręcznych rzeczy. Hasło „Małe jest piękne” znów nabiera głębszej treści choćby z punktu widzenia ekologii.

 

   Przykład : wczoraj teściowa wyszła z apteki uboższa o kilkaset złotych, jako że leki u nas tanie nie są, za to wzbogacona o garść gadżetów, z którymi kompletnie nie wiedziała co zrobić. Oddała więc te skarby mojemu mężowi, z którym wspólnie usiłowaliśmy dojść, o co tu biega.  Czy ktoś wie, co to jest? (długopis został dodany tylko dla pokazania rozmiaru).

 

 

   Na początek zaświtała mi w głowie informacja od mojej mamy, która kiedyś demonstrowała mi taki oto okrągły przedmiot, który nosi ze sobą zawsze królowa angielska. Przedmiot jest metalowy, dość solidny i „rozwija się” tworząc.. ., no co?

 

 

Ano uchwyt do torebki. Można ją na nim zawiesić na parapecie czy brzegu stołu. Ma filcową nakładkę, aby nie porysować gołej powierzchni.

 

  

 

Oczywiście, kto nosi taką torebusię na codzień? Chyba faktycznie tylko królowa angielska. Dla posiadaczek toreb opisanych wyżej (te kartofle) informacja uspokajająca – duże torby też wiszą.

 

 

Dalej wzięliśmy się za te białe pastylki. Nie jest to ani aspiryna, ani pastylka miętowa, tylko... ręcznik, który po zmoczeniu rozwija się tworząc całkiem sporą ściereczkę. Wystarczy do wytarcia rąk, tylko czym je umyć... 

 

 

I tu rozwiązaliśmy trzecią zagadkę: cienkie jak papier błękitne płatki po polaniu wodą zamieniają się w bardzo mocno pieniące się mydło! Aż ciężko je było spłukać, takie mocne!

 

 

Prawda, że to ciekawe?


   Kosmetyki w wersji mini zna każdy. Do dezodorantów i lakierów  wielkości małych sztyftów, doszedł tusz do rzęs długości 5 cm, zmywacz do makijażu w but. a 5 ml, czy atomizery do nalania maleńkiej ilości perfum. A teraz możemy mieć jeszcze własny „ręcznik” i mydło, jak dla dzieci. W zasadzie nie trzeba by już było targać tych wielkich toreb... No tak, ale w maleńkiej torebusi nie zmieści się jednak laptop, smartfon, portfel wypchany kartami kredytowymi, góra kluczy, puderniczka z lusterkiem, no i ... ta seksowna bielizna, co ją podobno 40 % kobiet nosi w torebce... Widocznie Casus Bridget Jones niejednej pani dał do myślenia:)

 

 Moja książka na zaczytani.pl. empik.pl. merlin.pl,


Podziel się

komentarze (38) | dodaj komentarz

Uciekinierzy

środa, 25 lipca 2012 10:05

 

   Ile warte jest życie uciekiniera?


   Mam na myśli – ile jest warte dla niego, bo dla innych to z pewnością różnie. W zależności od czynu, jedni wsadziliby go do paki, inni powiesili, a inni pogłaskali po główce. Ludzie pakują się w różne kłopoty, przez co czasem stają się uciekinierami. Jedni ukrywają się przed wojskiem (już nieaktualne, ale tak było), inni przed porzuconą narzeczoną, jeszcze inni przed wymiarem sprawiedliwości czy ludzkim osądem.

 

   Ile jest warte życie, kiedy każdy niepokojący odgłos o świcie może oznaczać, że po nas przyszli? Czy jest warte więcej, niż poddanie się karze i odpokutowanie?

 

   Miałam kiedyś kolegę w pracy – rewelacyjnego handlowca. Wiedzieliśmy o nim tyle, że w wieku ok. 30 lat ma już drugą rodzinę i że pochodzi chyba ze Śląska.

Pewnego dnia obwieścił, że musi zniknąć razem z żoną i dzieckiem, i tak też zrobił. Odezwały się upiory z przeszłości. Komórka przestała działać, adres stał się nieaktualny. Długo myślałam nad tym, co sobie nagrabił w „poprzednim” życiu i jak długo będzie tak uciekał? No i jak radzi sobie z tym jego rodzina?

 

    Taki  Roman Polański  – ile jeszcze lat po ucieczce ze Stanów szedł spać myśląc, czy nad ranem po niego nie przyjdą? Jak żyje się ze świadomością, że wydano za człowiekiem list gończy? A przecież wtedy przez wiele lat nie mógł być pewien, czy nagle nie zapadnie decyzja na wysokim szczeblu o jego deportacji. Wtedy byłby ugotowany. Dziś, chociaż wszyscy mu mówią, że jest bezpieczny i powinien wrócić do Stanów, nadal „ucieka”. Wszak Temida bywa ślepa, coś jej się może omsknąć w rachunkach i ktoś jednak zechce go skazać. A jak się ucieka od 35 lat, to głupio byłoby teraz pójść siedzieć. Tylko co to za życie?

 

    A jak dają sobie radę zbrodniarze wojenni, ukrywający się przez dziesiątki lat w Ameryce Południowej, czy (kiedyś) nazistowskiej Hiszpanii. Zmieniający twarze, nazwiska, narodowość.

   Znałam Holendra, który przed laty uciekł z Legii Cudzoziemskiej. Musiał całkowicie zmienić tożsamość i choć dziś ma 75 lat, nigdy nie poczuł się całkowicie bezpieczny.

   A ludzie pracujący niegdyś dla Stasi czy UB, o których jeszcze nikt nie doczytał w tajnych archiwach? Jak żyją ze świadomością, że w każdej chwili ich przeszłość może z hukiem wyjść na jaw? Na razie są uciekinierami tylko wobec swojego sumienia, ale to się w każdej chwili może zmienić. Świat jest bowiem zaskakująco mały, a ludzie pamiętliwi...

 

    Myślałam o tym, kiedy przez parę miesięcy o 5.45 słyszałam skrzypnięcie drzwi u sąsiadów. Jeden z członków rodziny o tej porze się ulatniał. Były z nim ogromne problemy w młodości, potem się wyprowadził, ale Policja nieraz o niego wypytywała. Wrócił do domu na jakiś czas, żył obok, tylko.. no właśnie, co to za życie? Do 5.45 rano? 

 

PS. Na miejscu Colina Farrella też bym się dobrowolnie poddała karze. Wszak całe Podhale ostrzy ciupagi za to, co zrobił naszej Bahledównie. Nie spałabym spokojnie, bo wizy dla Polaków kiedyś w końcu zostaną zniesione...

 


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Socha, jaka jest, każdy widzi...

niedziela, 22 lipca 2012 10:21

http://www.culture.pl/kalendarz-pelna-tresc/-/eo_event_asset_publisher/L6vx/content/edukacja-rity-macieja-wojtyszki-samograj-na-pare-aktorow


  Co to jest Małgorzata Socha? Nie pytam, KTO to jest, bo to chyba wie każdy Polak – Socha jest we wszystkich prawie serialach (w sumie gra lub grała w 30-stu), na billboardach reklamuje kosmetyki, w TVN jakieś akcje charytatywne. Krótko mówiąc – wyskakuje z lodówki po otwarciu.

 

   Ja się pytam, CO to jest? Skąd dziewczyna – bardzo zgrabna i ładna, choć o urodzie dość „plastikowej” – wzięła taką moc przekonywania, że obsadzają ją w niemal każdej nowej produkcji telewizyjnej, czasem też kinowej?

Odpowiedź zbyt oczywistą odrzucamy, jako że jesteśmy ponad takie niskie instynkty. Ładnych dziewczynek kończących szkoły teatralnej co roku jest zatrzęsienie. Szukamy jakiegoś głębszego uzasadnienia...

 

    Może ja się po prostu nie znam. Jest taka możliwość, dlatego proszę o wsparcie. Kto uważa, że MS ma prawdziwy talent aktorski – ręka w górę. Przecież nie każdy kto skończył z dyplomem szkołę aktorską taki talent posiada. Mnie chodzi o to COŚ, co ją wyróżnia z tłumu. Skoro Agata Kulesza – wybitna moim zdaniem dziewczyna, zaistniała w mediach dopiero po Tańcu z gwiazdami, bo wcześniej nikt jej nie doceniał, to znaczy że nie każda utalentowana młoda aktorka ma otwarte drzwi na salony. Co otworzyło te drzwi pani MS?

 

   Problem z Sochą jest taki, że z nią nie ma kontaktu wzrokowego. Ona gra sama ze sobą, jak określił mój przyjaciel. Wzrok lekko rozmaślony, ale bez kontaktu z partnerem, stwarza obce wrażenie. Mój idol wśród aktorów – Christopher Lambert – był obiektem uwielbienia między innymi z powodu swojego lekko zezującego, hipnotycznego spojrzenia. A on to kiedyś pięknie wytłumaczył: jest ślepy jak kret, więc grając bez okularów usilnie próbuje zobaczyć partnerkę, stąd ten  nietypowy look:) Nie wiem, czy tak jest z Sochą, ale to tylko początek problemu.

 

    Dlaczego w ogóle o niej piszę? Dlatego, że popełniła coś, czego nie mogę jej wybaczyć: położyła „Edukację Rity” w Teatrze 6-te Piętro Michała Żebrowskiego. Nie wiem, kto miał pomroczność jasną, kiedy dawał jej tę rolę? Pan Wojtyszko, czy sam Żebrowski?

   Sztuka jest bardzo wymagająca – przez 2,5 godziny (z 1 przerwą) dwoje aktorów jest sam na sam z widownią, która głupia nie jest i wyłapuje wszystkie błędy. Także momenty, kiedy zapomina się roli i zapada „niezręczne milczenie”. Ale pomijając te potknięcia – ona po prostu nie umie grać Rity.

 

   To jest historia jak z Pigmaliona – prosta jak drut fryzjerka chce studiować na Uniwersytecie Otwartym i nauczyć się... „wszystkiego”. Na początku klnie jak szewc, myli nazwiska pisarzy z rockmenami, ma elementarne braki w edukacji. Z czasem pod wpływem swojego profesora zaczyna nabierać wiedzy i ogłady i ... wymyka mu się z rąk. Piękny pojedynek dwóch osobowości, pomysł może nie oryginalny, ale świetnie napisany i zagrany – przed laty przez Jandę (no, nic na to nie poradzę, że najlepsze takie "solówki" od 30-stu lat tworzyła Janda) i Borowskiego , a teraz przez Piotra Fronczewskiego i ... Sochę...

 

   Różnica między Jandą a Sochą jest taka, jak między Stanami Zjednoczonymi , a  wsią Ameryka na Mazurach. Zagrać dziewczynę mówiącą slangiem, żywiołową, ale głupią do imentu, jest bardzo trudno. Nie wystarczy rzucać kurwami i siadać na papierach profesora, chodzić boso i dłubać w zębach. Widz powinien widzieć tę fryzjerkę, a nie inteligentną aktorkę, która próbuje ją udawać. 

Wiem, wiem..., znów się czepiam. Sorry, ale inaczej nie potrafię. Bo Rita to jest taka rola dla aktorki, jak Julia w „Romeo...”, czy Odetta w „Jeziorze łabędzim”. Zagrać Ritę po prostu trzeba UMIĆ! A to jest dar, dany tylko najlepszym.

 

 PS. W 1983 pod tym samym tytułem nakręcono film z Julie Walters i Machaelem Cainem. Bardzo dobre aktorstwo, ale z powodu bariery językowej dialogi tak nie śmieszą, jak w polskim tłumaczeniu. Niemniej warto obejrzeć;)

 

 Zaczytani.pl. empik.pl. Merlin.pl

 


Podziel się

komentarze (48) | dodaj komentarz

Faceci w kuchni

środa, 18 lipca 2012 20:31

   Kocham filmy o gotowaniu. Właściwie nie doszukuję się w nich sensu, napawam się samym widokiem kuchni wyglądających jak laboratoria i kuchcików w idealnie odprasowanych mundurkach. Chłonę te komendy: masło ma być nie sklarowane, odrobinę oliwy truflowej proszę, ocet orzechowy potrzebny, szczyptę szafranu dodaj, befsztyk potrzebuje jeszcze 20 sekund w oleju sezamowym... itd.

 

   Fabuła w takich filmach jest w zasadzie nieistotna, tak jak w filmach o tańcu liczy się tylko taniec. Zresztą fabuła na ogół sprowadza się do dwóch wątków - albo nikomu nieznany geniusz kulinarny po licznych perypetiach zdobywa jednak zasłużoną pozycję w renomowanej restauracji, albo mamy konkurujących ze sobą wybitnych kucharzy, najlepiej kobietę i mężczyznę, wtedy mamy załatwiony za jednym zamachem wątek romansowy. Finał jest zawsze ten sam - happy end, bo czy kto widział złe zakończenie w filmie o gotowaniu?

 

   Chociaż... znam jeden wyjątek od tej reguły... To „Vatel” z G.Depardieu o kucharzu zakochanym w damie dworu, przeznaczonej na kochankę króla. Wielka, nieszczęśliwa miłość, której dowodem były bukiety z cukru, marcepana, czekolady, jak misterne dzieła sztuki. A na koniec śmierć z upokorzenia, kiedy z powodu sztormu zamówione owoce morza nie docierają na ucztę.  Ech, kto dziś tak się przejmuje swoją pracą...?

W każdym razie film zjawiskowy.

 

http://www.filmweb.pl/film/Vatel-2000-1389#

 

   Bo generalnie „życie od kuchni” zwykle bywa burzliwe ale zawsze prowadzi do szczęśliwego zakończenia. 

   Miałam przyjemność być na pokazie jeszcze ciepłego filmu „Faceci od kuchni”.  Sponsorem była Kuchnia.plus, a gościem honorowym Magda Gessler więc widzowie zostali dodatkowo ugoszczeni przekąskami. Przed ekranem ustawiono stoły i cały osprzęt do gotowania, a dwóch wesołych kucharzy na naszych oczach przyrządziło zupę z pora.

 

   Co prawda nie wiemy do końca, co im tam wyszło na tej scenie, bo my w tym czasie byliśmy już częstowani gotową zupą w małych kubeczkach. Przypomniały mi się czasy Adama Słodowego, który pokazywał puszkę po kawie, a za chwilę wyciągał z szuflady idealnie przycięty pasek blachy. Mnie nigdy nie udało się tak przyciąć puszki, więc w końcu zaczęłam go podejrzewać o oszustwo. Też tak mieliście?

 

   Nasi kucharze też wykonywali jakieś czary mary na scenie i trzeba im wierzyć, że ugotowali to samo, co nam podano. Pani Gessler której niepotrzebnie dano mikrofon, próbowała regularnie wtrącić coś od siebie z wrodzonym wdziękiem. Nikt jej niestety nie powiedział, że używanie słowa „zajebisty” na określenie zupy jest już niemodne, ale ona jest zbyt zapracowana żeby śledzić językowe trendy. W każdym razie w zupie ze zmiksowanych porów, cebuli i czosnku czuło się chili, a oryginalnym dodatkiem były czerwone porzeczki. Bardzo to było ciekawe połączenie i naprawdę smaczne.

 

   Na drugie danie nasi kucharze zaprezentowali grasicę cielęcą. To już kolejny raz, kiedy grasica w filmie pojawia się jako danie szczególne. Założę się, że większość ludzi nigdy nie słyszała, że jest taki kawałek w cielęciu, a zwłaszcza że można go jeść, za to w filmach - proszę bardzo. W takim „Ratatouille” na przykład, i oczywiście w dzisiejszym filmie.

   Pani Gessler znów musiała coś wtrącić więc zadała „fantastyczne pytanie” (to jej własne określenie) - jak po polsku nazywało się grasicę. No, nie wiedziałam, że animelką...

 

    Grasica na małych talerzykach też trafiła do widzów i uważam, że nie jest warta swojej ceny. W dodatku podano ją z puree z fioletowych ziemniaków w sosie z orzechami laskowymi i razem dało to niestety tragiczny efekt wizualny. Miało kolor ziemi, a smakowało... tak sobie. Pani Gessler nie omieszkała dorzucić od siebie, że danie „wygląda jak wygląda...”

 

   No, ale przecież nie poszliśmy do kina żeby jeść (chociaż niektórzy jednak się nie powstrzymali i zabrali na salę kubeł popcornu). Sam film „Faceci od kuchni” jest  przesympatyczny, Jean Reno w dość nietypowej dla siebie roli szefa kuchni a nie gangstera nieco dziwił, ale ja go lubię w każdej odsłonie. Poezja na talerzach, bajeczne dekoracje dań, kpina z kuchni molekularnej (toć to ściema wszechczasów) i prawie walka na noże między młodym a starym kucharzem o to czy można dodać rozmarynu do tego akurat  rostbefu, czy nie... Ja to lubię...

 


http://www.filmweb.pl/film/Faceci+od+kuchni-2012-616947/cast

 

Można zapytać, czy w dobie kryzysu i bezrobocia jest miejsce dla takich filmów? A kiedy, jak nie teraz? Przecież kiedy nie ma kryzysu, to i tak większość społeczeństwa nie chodzi do drogich restauracji na grasicę cielęcą. A popatrzeć zawsze miło.

 

A tak w ogóle, to w moim rankingu filmów o kuchni jednak Ratatuille jest absolutnie the best. Zgodzicie się ze mną?

 

 Zaczytani.pl, empik.pl, Merlin.pl


Podziel się

komentarze (22) | dodaj komentarz

Vabank czyli wycieczka do Zurychu

niedziela, 15 lipca 2012 12:28

 

 

    Niespodziewanie okazało się, że muszę polecieć do Szwajcarii wspomóc szefa w rozmowach z Rosjanami. Zauważyliście jak to brzmi - rozmowy z Rosjanami w Szwajcarii...? A gdzie mają siedzieć Rosjanie - w Irkucku? Przecież fajniej jest urzędować w mieście Zug koło Zurychu,  znanym z największej ilości banków i instytucji finansowych na metr kwadratowy, gdzie dochód na głowę mieszkańca jest podobno 60 razy wyższy niż statystycznego Szwajcara! 


    Linie lotnicze Swiss Air się nie popisały. Nie są to przecież „tanie linie”, a w ramach 2-godzinnego lotu podano lody śmietankowe wielkości pudełka zapałek, zimne napoje (i nie był to niestety gin z tonikiem), a na deser - plasterek czekoladki. Sknery!

Głodna jak pies, ale doleciałam. 


   Lotnisko w Zurychu jest skromniejsze od naszego i rozczarowało mnie tym, że nikt nie zażądał ode mnie paszportu, który pracowicie dźwigałam. Może nie wszyscy pamiętają, ale Szwajcaria nie jest w Unii!

   Zupełnie sobie tam lekceważą przepisy bezpieczeństwa! Mogłam przecież być afgańską terrorystką, która jakimś cudem przedarła się do Polski, a teraz sobie po prostu pojechała do Szwajcarii kupić parę bombek... Zero czujności.

(Gwoli uzupełnienia, przy wylocie też nie chcieli paszportu).


    Sam Zug znów mnie rozczarował. Mówcie co chcecie, nazywajcie to zmanierowaniem, ale pierwsza lepsza wieś austriacka czy niemiecka lub opolska wygląda lepiej niż ten Zug. Być może pamiętacie moje zachwyty nad Czechami czy polskimi Radziejowicami. Nie jestem snobką, ale człowiek zwykle ma jakieś wyobrażenia o miejscu do którego jedzie. Po tak „bogatym” mieście spodziewałam się prawdziwego rozpasania w architekturze, wypieszczonych rezydencji i ogrodów, bogatych salonów mody na miarę Harrodsa czy Tiffany’ego. Czegoś w stylu Karlovych Varów. A zobaczyłam rzędy dość ponurych 3-4 piętrowych kamienic przypominających bunkier, czasem podniszczonych, kompletnie bez polotu i chęci zachwycenia postronnego widza, czytaj: turysty.  Nie znalazłam zresztą ani jednego sklepu z pocztówkami czy pamiątkami. Wzdłuż głównej ulicy  widzi się  wprawdzie raczej salony Maserati, Jaguara i Porsche niż warzywniaki, ale nawet one nie zachęcają żeby wejść.   Najzwyklejszy hotel zaczyna się od tu 400 zł/os., ale standard za tę cenę nie przekracza dwóch gwiazdek.


      Niektóre z biurowców pochodzą z lat 80-tych i lata świetności mają ewidentnie za sobą. Domy mieszkalne w ogóle nie zachwycają. Wg szefa, żaden biznesmen z zarejestrowanych tam firm nie mieszka w Zug, tylko posiada rezydencje w znacznie ciekawszych krajobrazowo rejonach. W takim Gstadt na przykład (tam gdzie Polański). To by wiele tłumaczyło...

 

   Z Zug przenieśliśmy się do Zurychu. To największe miasto Szwajcarii też nie jest już dla mnie synonimem elegancji i bogactwa. Stare Miasto rozciąga się wzdłuż brzegów rzeki i oprócz stromo wznoszących się, krętych uliczek obejmuje ze 4 kościoły, dość surowy w formie ratusz, parę ładnych kamienic i... tyle. Całe można przejść w kilka minut spacerowym krokiem. Poza tym - nudy.  


   Ale myli się też ten, komu Szwajcaria kojarzy się z idealnym porządkiem, pełnym bezpieczeństwem, stabilizacją. W latach 90-tych Zurych stał się mekką dla handlarzy narkotyków, gdyż - zwłaszcza te twarde - osiągały tu ceny najwyższe w Europie. Zaś liberalny system bankowy umożliwił pranie pieniędzy z narkobiznesu na wielką skalę.         

    Spowodowało to niesłychany wzrost przestępczości związanej z narkotykami, jak również wzrost ilości zgonów wynikających z przedawkowania. Pod tym względem Szwajcaria zajmowała jeszcze niedawno niechlubne pierwsze miejsce w Europie. W 92 roku w samym mieście Zurych w kartotekach policyjnych zarejestrowanych było 7,5 tys. handlarzy i ciężko uzależnionych od narkotyków. 

 

  Władze w różny sposób próbowały z tym walczyć. Ostatnio poszły na całkowitą liberalizację przepisów. Jako bogaty kraj mogą sobie obecnie pozwolić na bezpłatne rozdawanie heroiny, nawet 3 razy dziennie i robią to od lat. Twierdzą, że to się opłaca bardziej niż ściganie narkomanów czy przymusowe leczenie. Zainteresowanych odsyłam do artykułu

http://wyborcza.pl/narkopolacy/1,100609,6858853,Szwajcarska_heroina.html?as=1&startsz=x

 

    Reasumując – mogę jednym tchem wymienić 20 miejsc w Europie znacznie piękniejszych. W porównaniu na przykład z Karlovymi Varami region Zurychu i Zug wypada naprawdę słabo. Mam na myśli także podejście do turystów. Nie chcę, żeby zabrzmiało to rasistowsko, ale obsługa w kafejkach czy restauracjach jest niemal wyłącznie ciemna, jak gdyby rodowici mieszkańcy nie mieli najmniejszej ochoty pracować w usługach. Trudno mi określić pochodzenie tych osób, nie są to Murzyni, raczej Indie, Bangladesz, ale to nie ma znaczenia. Ważne, że człowiek ma  wciąż wrażenie że jest intruzem. Z tak lekceważącym podejściem nie spotkaliśmy się ani w innych krajach niemieckojęzycznych ani w Czechach. Może tylko w Paryżu...


   Myślę, że dobrobyt na dłuższą metę powoduje jakieś zmiany w mózgach, w każdym razie upadł mit Szwajcarii jako synonimu Eldorado czy ziemi obiecanej. Została  co najwyżej Wólka Węglowa, która może i posiada ślady dawnej świetności, ale powinna czym prędzej zatrudnić konserwatora zabytków, jeśli turyści mają tam jeszcze przyjeżdżać. Bo sam Matterhorn w Alpach może nie wystarczyć przy cenach o 50 % wyższych niż w innych krajach Europy. A może im po prostu nie zależy... Może jak za czasów  świetności Kadafiego w Libii nikt nie jest tu zainteresowany rozwojem turystyki?

 Oby się nie zdziwili...


Parę zdjęć z tych nielicznych ładnych miejsc.

 

  

 

 

 

 

To właśnie ratusz. Prawda, że nic ciekawego?

 

 A tak rzucały się na resztki mojego ciasta wróble z Zug. Widocznie nie karmią ich tam szczególnie. Mówiłam że to sknery!:)

 

 


Podziel się

komentarze (30) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 704