Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014225
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Wesele

niedziela, 28 lipca 2013 17:02

 

   Właściwie powinnam zatytułować ten tekst „Moje wielkie hinduskie wesele”, ale ani ono nie było moje, ani naprawdę hinduskie.

   No może trochę „moje” było dlatego, że na nim byłam, a hinduskie, że Pan Młody jest pół Hindusem, angielskim zresztą.

Wesele natomiast było bardziej amerykańskie, czyli pod gołym niebem, na leśnej polanie, co poza niewątpliwym urokiem, miało też parę wad.

 

   Przede wszystkim piaszczysty sosnowy las był mało przyjazny dla cienkich obcasów. Panie (w tym ja) dzielnie szły na palcach, próbując nie zakopać się po osie w ściółce. Niektóre się w końcu poddały i po chwili stały na płask, inne balansowały jak baletnice na puentach. Mnie udało się przycupnąć na krześle, i było już z górki.

 

   W powietrzu trzymało się 31 stopni, więc komary dostawały zapaści w locie a makijaż topniał na twarzach dużo szybciej niż lodowce Grenlandii. Potem jednak niebo zachmurzyło się i znienacka zaczęło kropić. Organizatorzy przewidzieli taką ewentualność i przygotowali kilkadziesiąt dużych parasoli, białych jak Panna Młoda i pokrycia krzeseł,. W kilka sekund towarzystwo pokryło się bielą parasoli, co – gdyby obserwować nas z góry – przypominało zapewne wielką bezę.

 

 parasole.jpg

 

   Na szczęście na pokropieniu się skończyło, ktoś nawet uznał to za błogosławieństwo z góry, przy pomocy kropidła.

   I dobrze, bo urzędnik ściągnięty na tę okoliczność z pobliskiego USC chciał chyba w jakiś sposób dać z siebie więcej niż tylko odklepać zwyczajowe formułki i popłynął poetycko jak ksiądz na kazaniu. Tłumaczka  dwoiła się żeby wiernie oddać sens jego myśli, które chwilami wzbudzały poruszenie. Mówił np., że trzeba patrzeć na małżeństwo realnie (słuszna teza), bo w małżeństwie NIE MOŻE BYĆ ZAWSZE DOBRZE! (niesłuszna teza, po co od razu pozbawiać złudzeń?) itd..

 

   Kiedy zaczęło grzmieć pomyślałam, że za chwilę trzeba będzie z procedurą pognać na łeb na szyję, jak w pewnym filmie, gdzie złożenie przysięgi w pośpiechu wyglądało tak:

- Do you?

- I do!

   A tutaj wszystko zakończyło się szczęśliwie, Państwo Młodzi wycałowali się serdecznie i można było – nadal grzęznąc w piachu – składać im życzenia.

Moje najlepsze szpilki do tanga nadają się w tej chwili na złom, ale było pięknie…

 

   Jeszcze dwa słowa na temat mieszanego towarzystwa. Na wesele zjechało ok. 40 Anglików, w tym połowa to Hindusi, z matką Pana Młodego w pięknym sari włącznie.

Nieczęsto można zobaczyć takie sari nad Wisłą…

 

Sari.jpg

 

Otwartość tych ludzi nijak nie kojarzyła się z angielskością, z brytyjskim chłodem. Rzucali się do całowania z każdym, kto się przedstawił i człowiek miał wrażenie, że jest dla nich ważniejszy niż Her Majesty Queen of England. Widać też było ich ogromną więź ze sobą, każdy dla każdego jest u nich nie zwykłym przyjacielem ale od razu siostrą czy ciotką/wujkiem. Przemówienia, wygłaszane zresztą tylko przez mężczyzn, może trwały trochę przydługo, ale biła z nich ogromna serdeczność, nie bójmy się tego powiedzieć – miłość.

    Myślę, że to jest ich sposób na przetrwanie w tym zimnym kraju.

 

   Pozostaję mi tylko życzyć Młodym, żeby ta cała mieszanka kulturowa wydała piękne owoce i żeby mogli je czasem zobaczyć.  Bo ja już widzę te tabuny „ciotek” i „wujków” wyrywających sobie z rąk kolejnego członka stada.:) I fajnie…

 

 


Podziel się

komentarze (29) | dodaj komentarz

Nie wrzeszcz na konsultanta...

wtorek, 23 lipca 2013 20:06

   Serial pod tytułem „Orange” nie zakończył się z chwilą, kiedy aksamitnym głosem podziękowałam panu za przyjęcie reklamacji (zainteresowanych odsyłam do mojego wpisu http://helena-rotwand.bloog.pl/id,337407079,title,ORANGE-ORANGE-BER-ALLES,index.html)

   Chociaż według jego ostatnich słów od tej chwili miano nam przywrócić wszystko do stanu poprzedniego, i nawet zgłosił się „opiekun reklamacji”, jednak  potem zaczęły się korowody z astronomicznymi fakturami. Kolejne pół godziny krążenia po różnych numerach i próba dorwania żywej osoby, a nie tylko automatu. Znów strzelanie słuchawką, kolejny opiekun reklamacji, ­kolejna faktura – tym razem na 237 zł zamiast stu.

     I znów rozjuszenie małżonka, krzyki, strzelanie słuchawką…

 

    W takich chwilach zapominamy o jednej prostej rzeczy – osoby odbierające telefon po drugiej stronie – czy to będzie  Orange, UPC, Canal+ czy czort wie jeszcze kto –  nie ponoszą ani trochę odpowiedzialności za:

 

- perfidny system naciągania klientów, wprowadzony przez ich pracodawców

- niedorobiony system łączności z biurem, w wyniku czego tracimy nieskończoną ilość czasu na próbę dodzwonienia się do właściwego konsultanta. Podczas tych prób nasz poziom agresji jest tak wysoki, że kiedy wreszcie dopadniemy telefonicznie tę osobę, mamy ochotę włożyć jej na głowę wiadro ze śledziami, najlepiej zgniłymi. Zamiast rzeczowo i po kolei wyjaśnić swój problem, zalewamy ją potokiem oskarżeń. Spróbujcie się Państwo postawić na jej miejscu…

 

    A przecież wystarczy zrobić coś odwrotnego – grzecznie się przywitać, przedstawić  i – koniecznie aksamitnym głosem – po kolei przedstawić stan rzeczy i swoje pytania. Zrobiłam to dwa razy pod rząd i wierzcie mi – panowie konsultanci byli tak zszokowani, że nikt na nich nie wrzeszczy, że nie tylko natychmiast wszystko sprawdzili, ale też zaraz wyszukali  błędy w zastosowanej procedurze, zaproponowali od razu zmianę stawki na najniższą z możliwych, a przede wszystkim sami zajęli się oficjalną reklamacją, nie próbując zepchnąć sprawy na kogoś innego…

 

   Tak sobie myślę, że na koniec chyba przesadziłam, dziękując za fachową pomoc i życząc jednemu panu spokojnego wieczoru… Był tak wniebowzięty, że nie wiem jak sobie da radę przy następnym telefonie. Jakiejś terapii będzie potrzebował, czy coś…   


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Idźcie i rozmnażajcie się...

czwartek, 18 lipca 2013 19:40

    Na szczęście problem rodzenia i wychowywania dzieci mam już za sobą, więc pomądrzę się na ten temat niejako z boku, w dwóch różnych aspektach.

 

   Pierwszy to podejście do młodych lub przyszłych matek w zakładach pracy. To będzie apel do pracodawców. Sama jestem pracodawcą i „urodziliśmy” już w firmie kilkoro maluchów na przestrzeni ostatnich lat. Doskonale wiem, że obawa szefów przed kobietami w ciąży, które już w 10-tym tygodniu idą na zwolnienie, albo pracują na ćwierć gwizdka, jest często uzasadniona. Kobiety w dodatku patrzą na siebie i kiedy jedna wykorzystuje swój stan jak chorobę i trzeba się z nią obchodzić jak z jajkiem, druga myśli: A co ja się będę zabijać? Też idę na zwolnienie. Itd.

 

   Pracodawca ma prawo się wkurzać i rozpaczać, kiedy młode matki dezorganizują  pracę w firmie i bezlitośnie wykorzystują uprzywilejowaną sytuację, jaką stwarza im prawo. A jednak w takich chwilach powinniśmy zagryźć zęby i pomyśleć: Kurczę, przecież jej dziecko może choć w minimalnym stopniu zapracuje na moją emeryturę...? Wszyscy przecież wiemy, że nasze dzisiejsze składki idą na dzisiejszych emerytów. Dla nas nie odkłada się nic. Jedyną nadzieją, że nie umrzemy całkiem z głodu za te 20-30 lat jest to, że dzieci naszych pracownic może pójdą do pracy... I może nawet zapłacą składkę na fundusz emerytalny... Nasz fundusz.

 

    A drugi aspekt nasunął mi się podczas słuchania wywiadu z mądrą socjolożką (nazwiska nie zapisałam), która podawała dane na temat dzietności i wieku kobiet podczas pierwszej ciąży. Bo wokół tylko słychać lament, że Polki rodzą coraz później, ale

czy poganianie kobiet do rodzenia bardzo wcześnie w imię a) tradycji), b) zdrowia dziecka tak naprawdę ma sens?

   Jeśli popatrzeć na możliwości diagnostyczne służby zdrowia,  to czy kobieta rodzi po 20-stym czy po 30-stym roku życia nie ma już większego znaczenia. Większość schorzeń płodu daje się wychwycić na wczesnym etapie, nawet słynny kiedyś konflikt serologiczny, jest już w tej chwili pod pełną kontrolą. Ryzyko wystąpienia wad genetycznych u kobiet trzydziestoletniej nie jest wyższe niż u 20-latki. Nie jestem za tym, aby czekać z dzieckiem do 40-stych urodzin, ale do 30-34 – jak najbardziej.

 

   Jak wiadomo pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł, only. W przypadku zachodzenia w ciążę przez bardzo młode kobiety (mam na myśli planowane, na wpadkowe nie ma rady) istnieje tylko jeden plus (teoretycznie zdrowsze dziecko bo młodsza komórka jajowa) i cały tłum minusów.

   Przede wszystkim i najczęściej – brak wykształcenia czyli stabilizacji zawodowej. Młoda matka na ogół nie zdążyła jeszcze nawet skończyć studiów czy w inny sposób zdobyć zawodu. Tego bardzo często już nigdy nie nadrobi. Jak wpadnie w pieluchy, to przez następne 10-15 lat się z nich nie ruszy, a kto ją potem zagoni do nauki? Brak wykształcenia powoduje, że kiedy się jako tako „obrobi” w domu i zechce wrócić do pracy, jej wartość rynkowa będzie minimalna.

Ergo 1 – zero szansy na to, że będzie dobrze zarabiać, czyli że SAMA SOBIE ODŁOŻY NA PRZYZWOITĄ EMERYTURĘ.

Ergo 2 – zasili kiedyś armię emerytek otrzymujących 1000 zł miesięcznie, i to nie na pewno.

 

   20-letnia matka będzie skazana na bycie „przy mężu”, który notabene czasem znika, a wtedy ona może pożegnać się z jakąkolwiek karierą zawodową. Bo nie każda dziewczyna może liczyć na kochającą rodzinę, która ją wesprze.

Młoda matka, czy młodzi rodzice na ogół nie mają mieszkania, ale raczej nie dostaną kredytu, skoro jedno z nich nie pracuje. Oznacza to wieloletnie tułanie się po rodzicach lub wynajętych kawalerkach.

 

   Dlatego zgłaszam taki wniosek, żeby przestać biadolić nad coraz starszymi „pierwiastkami”, tylko wręcz namawiać do rodzenia dzieci po 30-stce. Nie widzę nic złego w tym, że ludzie chcą najpierw zdobyć dobry zawód i mieszkanie, a dopiero potem myśleć o dzieciach. Brutalnie to zabrzmi, ale jaką przyszłość zapewni sobie i dzieciom dziewczyna po szkole średniej, jeśli nie ma potężnego zaplecza w postaci rodziny? 

   A poza tym... stres u matki udziela się dziecku, a coś mi się wydaje, że u dwudziestodwulatki bez zawodu, mieszkania i oszczędności ten poziom jest zdecydowanie wyższy... Nie wydaje się Wam?

 

   macierzynstwo1_hemera2.jpg

http://dzieci.pl/title,Polki-rodza-coraz-pozniej,wid,12608977,wiadomosc.html


Podziel się

komentarze (28) | dodaj komentarz

Kaszrut, czyli jak teoria rozmija się z praktyką

sobota, 13 lipca 2013 8:27

    Kto dłużej czytuje mój blog chyba się ze mną zgodzi, że wszystko można mi zarzucić, tylko nie antysemityzm. Wielokrotnie wyrażałam swój podziw dla inteligencji Żydów, ich umiejętności przetrwania w najcięższych czasach i dźwigania się z kolan po największych pogromach. 

 

   Dlatego kompletnie nie pasował mi do tego wizerunku wymóg uprawiania skrajnego barbarzyństwa, zwanego eufemistycznie ubojem rytualnym. Zadawałam sobie pytanie, jakim cudem pobożni Żydzi mogą jeść mięso z ubojni, gdzie rozgrywają się takie sceny, że telewizja nie może ich pokazać w wiadomościach o 19.00 z powodu drastyczności?  Przecież nie da się obronić faktu, że krowie podrzyna się gardło nawet 60 razy, a ona wciąż żyje i czuje...

 

 Odpowiedź na to pytanie znalazłam na stronie http://www.the614thcs.com/27.67.0.0.1.0.phtml

gdzie zobaczyłam, jak to teoria kompletnie mija się z praktyką. Bowiem zasady koszerności (kaszrut) wymyślone przed wiekami – jak wszystko u Żydów – miały swoje głębokie uzasadnienie. Niestety zostały w dramatyczny sposób wypaczone i efektem tego jest dzisiejszy spór. Cytuję najważniejsze:

 

•    Każde zwierzę i ptak muszą być zabite według zasad żydowskiego prawa uboju (szechita). Głównym celem szechity jest uśmiercanie zwierzęcia tak, aby maksymalnie ograniczyć jego cierpienie.  Kaszrut zabrania spożywać zwierzę, które cierpiało przed śmiercią. Zabijający (szochet) musi być fachowcem, pobożnym i wykształconym w swojej dziedzinie, dorosłym mężczyzną, w pełni władz umysłowych i fizycznych, musi posiadać znajomość prawa religijnego dotyczącego zwierząt. Jego nóż rzeźnicki musi być maksymalnie, chirurgicznie wręcz ostry, aby jednym ruchem można było pozbawić zwierzę życia. Dodatkowo, z tego samego powodu, długość noża musi być co najmniej dwukrotnie większa od grubości szyi zwierzęcia. Jest to metoda bezbolesna i powoduje utratę świadomości w przeciągu kilku sekund, w efekcie nagłego obniżenia ciśnienia krwi w mózgu. Zwierzę ranne, zwierzę zabite w sposób niefachowy – jest niekoszerne, uznane za padłe.”!!!!

 

    Nie rozumiem, dlaczego nikt do tej pory nie zwrócił na to uwagi!

    Wyobrażacie sobie Państwo w naszych rzeźniach tych „pobożnych i wykształconych fachowców”? Zwłaszcza ta „pełnia władz umysłowych” jest oczywistą oczywistością... A co z tym chirurgicznym, długim nożem? A ten zakaz jedzenia zwierząt które cierpiały przed śmiercią lub zostały zabite w sposób „niefachowy” -  przecież teoretycznie wystarczyłoby pokazać Żydom parę migawek z tej masakry, żeby ani kilogram takiego mięsa nie został zaimportowany do Izraela. Więc dlaczego importują...? Przecież nie mogą tego nie wiedzieć. TO jest dla mnie pytanie kluczowe.

 

   A cała otoczka wokół uboju rytualnego to jedna wielka gra, gdzie bzdura goni bzdurę. Wprowadzenie zakazu w styczniu 2013 r. biznes mięsny uznał za „atak na wolność religijną w Polsce”. Dobre sobie! Wszyscy wiedzą, że w kraju gdzie antysemita siedzi na antysemicie, wolność religijna Żydów a tym bardziej Arabów mało kogo obchodzi. Chodzi natomiast o gigantyczne pieniądze, nawet do 1,5 mld zł za mięso które głównie idzie na eksport. Spotkałam się wręcz z tezą, że rzeźnie chętnie starały się o prawo do wykonywania rytualnego uboju wyłącznie po to, żeby pod płaszczykiem zaoszczędzić... na kosztach ogłuszania zwierząt.

 

   Uwagi posła Burego z PSL, że przecież na wsi regularnie odbywa się „ubój rytualny” kury na niedzielny obiad i nikt nie krzyczy, należy potraktować jako cyniczne i w dodatku głupie. Kto jak kto, ale chłop z pochodzenia powinien umieć pozbawić głowy kurczaka jednym ciosem siekiery, co jednak nie da się porównać z powolnym (czasem do 30 minut) konaniem zwierzęcia, znajdującego się na wyższym szczeblu rozwoju niż kura czy karp.

 

   O materialnej stronie zagadnienia mówił też poseł PSL w rozmowie z dziennikarzami, kiedy to na przykład zarzucił rządowi nieodpowiedzialny zakaz tuczu gęsi na otłuszczone wątroby. W/g niego „humanitarna i współczująca” Polska straciła przez ten zakaz olbrzymie dochody, podczas kiedy nieludzka i prymitywna (sarkazm oczywiście) Francja i parę innych krajów Europy zarabiają krocie na tych wątrobach... Osobiście wpakowałabym temu panu rurę prosto do żołądka i wsypała tam z pięć kilo ziarna, to zacząłby może inaczej gadać... Bo o ile bogatsza część świata nie może się obejść bez mięsa, zwłaszcza wołowego, o tyle foie gras nie znajduje w/g mnie żadnego uzasadnienia.

 

   Nie ogarniam tego. Nie jestem wegetarianką, ale są granice okrucieństwa wobec naszych braci mniejszych.

Miało dziś nie być zdjęć, ale nie mogę się powstrzymać. Niech każdy zwolennik rytualnego uboju popatrzy w te oczy...   

 

Europejka.jpg


Podziel się

komentarze (41) | dodaj komentarz

Adele

wtorek, 09 lipca 2013 6:27

  O ile się nie mylę, gwiazdom muzyki pop nie poświęciłam jeszcze ani jednego wpisu. I chociaż mam swoich ulubieńców od Stinga począwszy na Florence and the Machine  skończywszy, jednak preferuję mimo wszystko Vollenweidera, Vangelisa czy Oldfielda.

    Ale nagle zafascynowało mnie jedno nazwisko, a właściwie imię, którego fenomen nie daje się w prosty sposób wytłumaczyć. To Adele.

 

   Dziewczyna z londyńskich  slumsów, konkretnie z biednego Tottenham, córka nastoletniej samotnej matki. Chodzący argument dla przeciwników aborcji. Zaprzeczenie kanonu piękna współczesnych gwiazdek pop, z tuszą którą mogłaby obdzielić 2 Shakiry, z wytapirowanymi lokami ala amerykańska gospodyni domowa z lat 50-tych, w dodatku źle ubrana.

 

Adele.jpg

 

   W wieku 18 lat podpisała pierwszy kontrakt z wytwórnią i dostała prawdziwego agenta. 2 lata później jej album „19” (od wieku, w którym zaczęła go tworzyć)  wkroczył na listy przebojów, a potem było już tylko lepiej.

   Mając tylko 23 lata dostąpiła zaszczytu zaśpiewania piosenki „Skyfall” do nowego Bonda i oczywiście dostała za nią Oskara! Bodaj najmłodszy wśród laureatów Oskara w tej kategorii EMINEM miał w chwili triumfu 30 lat.  Na taki zaszczyt Tina Turner czekała 56 lat i mimo znakomitej piosenki Golden Eye Oskara nie dostała...

 

    Co sprawiło, że ta dziewczyna znikąd trafiła nagle na wszystkie listy przebojów, nie mając poparcia wśród prominentnych tuzów piosenki rozrywkowej...?

   Ano nie wiem. Nie dlatego nie wiem że Adele nie ma głosu, czy nie umie pisać dobrych piosenek. Umie, a jej zmysłowa „kawowa chrypka” i mocna barwa urzekają. Tyle że dziewczyn śpiewających tak jak ona lub lepiej, i próbujących zaistnieć na scenach w Anglii czy USA są legiony. Co zdecydowało, że akurat ona stała się objawieniem na światowych scenach?  W ciągu 2009-2011 dostała 17 nominacji do najbardziej prestiżowych nagród (Grammy, Brit Awards, MTV), w tym 4 nagrody.

   W następnych dwóch latach nominacji też było 17, tyle że zwycięstw –  aż 14, w tym Oskar.

 

    Obejrzałam w skupieniu nagranie z jej koncertu w (przepraszam, cytuję za Adele) – Royal Albert fucking Hall z 2011 roku. http://www.youtube.com/watch?v=UbSCOLjcWDQ

 

   Poza niewątpliwie znakomitym repertuarem, potrafi także zabawiać publiczność jak niezły showman. Niestety mówi cockneyem, który dla człowieka nauczonego angielskiego w polskiej szkole jest w dużej części niezrozumiały. Śmieje się jak stara Murzynka, siorbie kawę z kubka, ale przy tym wciąż gada, a publiczność reaguje żywiołowo i śpiewa razem z nią jej piosenki.

 

    Rozumiem, że wybrała sobie pewien styl, w którym fryzura i reszta odróżniają ją od  Madonny czy Dody. Nie przeszkadza mi jej „puszystość”, jakże inna od drapaków typu Rihanna. Akceptuję wylakierowane na sztywno loki, na których brakuje już tylko apaszki w grochy.

   Ale skazałabym na galery kogoś, kto jej zaprojektował tę sukienkę!!! Kto zrobił taką krzywdę jej piersiom? Nie ma na to jakiegoś paragrafu???

 

Adele1.jpg

 

Proszę nie regulować odbiorników! Ona naprawdę jest taka wszerz...


Podziel się

komentarze (63) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 225