Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014134
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Która ręka jest lewa, czyli Szkocji cz.3

wtorek, 26 lipca 2016 12:36

   Pewnie piszę truizmy, bo kto jak kto, ale Polacy przeważnie już w Anglii czy Szkocji byli.

Ale ilu z nich prowadziło tam samodzielnie samochód?

 

   Ruch lewostronny w oczach wyspiarzy jest naturalny, to reszta świata jeździ głupio. Podobno pochodzi to z czasów, kiedy rycerze zbliżając się do siebie ustawiali się prawym bokiem, wyciągali prawą rękę, zaś miecz, topór czy co tam jeszcze zwieszał się po lewej, aby nie zaczepić nadchodzącego.

   Niby można to sobie wyobrazić, jednak cała logika bierze w łeb, kiedy wsiadamy do samochodu po prawej stronie i mamy jechać lewą stroną drogi.

 

   To jednak nie jest wcale najgorsze. Mniej więcej po dwóch dniach człowiek ma już ten odruch, że dojeżdżając do ronda (a tam ronda są WSZĘDZIE, co kilkaset metrów) od razu skręca w lewo. Trudniej jest włączyć się do ruchu na zwykłym skrzyżowaniu w prawo, ale przecież ten sam szybki manewr musimy wykonywać u nas skręcając w lewo, więc to też daje się zrobić.

 

   Najgorsze jest pilnowanie lewego boku.

   Drogi szkockie są przeważnie bardzo wąskie. Pomijam skrajności, czyli drogi na szerokość naprawdę jednego samochodu, jak tu, gdzie można się minąć tylko na specjalnych mijankach:

 DSCF2576.JPG

 

DSCF2580.JPG

 

 

DSCF2582.JPG

 

w związku z czym średnia prędkość jazdy spada do 20-30 km/ha.

 

   Problemem są zwykłe drogi lokalne, przeważnie pozbawione poboczy, za to z murkiem, drzewami czy zaparkowanymi samochodami po lewej.

   Człowiek nawykły w Polsce do pilnowania swojego prawego boku, jadąc lewą stroną też koncentruje się na prawej linii. Skutkuje to szorowaniem gałęziami po lewych drzwiach w najlepszym razie. Poważniejszych uszkodzeń udało nam się uniknąć, ale to za sprawą drugiej osoby siedzącej po lewej stronie i wydającej ostrzegawcze okrzyki.

 

   Przez 7 dni przejechaliśmy ok.800 km i to się daje zrobić, choć psychicznie jest wyczerpujące.

 

    Drugą trudnością zwłaszcza na północy i zachodzie kraju jest język.

   Chociaż gaelickim mówi zaledwie kilka procent narodu, jest on jednak słyszalny i widzialny na szyldach, nazwach miast czy takich oznakowaniach. Tu schody do zamku:

 

 DSCF2397.JPG

 

Reprezentatywną próbkę niech stanowi ten napis:

Po angielsku

 

DSCF2643.JPG

 

I po gaelicku.

 

DSCF2644.JPG

 

Prawda, że podobne...

 

Pytanie, kto uparł się, żeby sobie tak utrudniać życie… Bez odpowiedzi.

 

   Miejscowych rozmawiających między sobą, nie da się zrozumieć ani w ząb.

Jak naszych Kaszubów.

    Można ich natomiast pomylić z Holendrami, bo ich język jest też taki chrapliwy, charczący. Kiedy próbują mówić po ludzku, nie każdemu się to udaje i czasem nawet zespół z 2,5 osób znających biegle angielski nie jest w stanie zrozumieć, o co chodzi.

   Ale generalnie Szkoci się starają, są bardzo uprzejmi, policjanci uśmiechają się do turysty sami z siebie. Na jezdni pełna kultura. Nawet wobec samochodu na szkockich numerach, co dopiero dla cudzoziemca. Nie są głupi, wiedzą jaki to stres dla przyjezdnego. Wymuszanie swoich praw może się bardzo źle skończyć.

   Z tego niestety powodu drogie jest wynajęcie samochodu, w porównaniu z innymi krajami Unii. Najdroższe jest ubezpieczenie – 170,00 funtów za tydzień, ale wtedy kierowca nie musi się martwić o najmniejsze zadrapanie.

   Przyznam, że to dobrze robi na psychikę, zwłaszcza w obliczu tych gałęzi szorujących po lewym boku.

 

 CDN


Podziel się

komentarze (16) | dodaj komentarz

Nasi tu byli, czyli Szkocji cz. 2

piątek, 22 lipca 2016 17:04

  

   Polscy emigranci, którzy dotarli do Szkocji z ciągu ostatnich 25-stu lat, oczywiście nie byli pierwsi. Od zakończenia II wojny przebywali tam żołnierze walczący m.in. w brygadzie generała Maczka, którzy mieli nosa, żeby po wojnie nie wracać do kraju. Uniknęli śmierci.

 

   18 mil na południe od Edynburga osiedlił się m.in. kapral Jan Tomasik, któremu później poszczęściło się w cywilu na tyle, że stał się posiadaczem pałacu Barony Castle. Urządził w nim miły hotel, w którym zatrudniał swoich kolegów frontowych, w tym samego generała Maczka.

   Z wdzięczności za okazaną Polakom pomoc postanowił zrobić coś dla Szkocji. W 1974 roku po 4 miesiącach dłubania w betonie przy pomocy 2 kolegów kartografów na tyłach pałacu powstała największa na świecie trójwymiarowa makieta państwa. To była wierna mapa Szkocji wykonana w formacie 50x60 m.

Skala pozioma 1:10 000.

   Ponieważ wbrew naszym wyobrażeniom w tym kraju wzniesienia nie przekraczają  1200 m.n.p.m., to zachowując tę skalę najwyższe punkty miałyby zaledwie 13 cm wysokości, czyli mapa byłaby praktycznie płaska. Twórca projektu pozwolił więc sobie na nagięcie rzeczywistości i przemnożył wysokość razy 5.

 

   Kiedy autor mapy zmarł, ona sama popadła w zapomnienie. Przysypał ją piach i gnijące liście.

 

  Jednak w 2010 roku coś się zaczęło dziać. Powstała grupa Mapa Scotland. Pracę polskich weteranów docenił nawet szkocki parlament. Uruchomiono zbiórkę środków, ruszyły prace remontowe. Dziś tak zwana „THE GREAT POLISH MAP OF SCOTLAND” jest nie tylko wyremontowana i oblana wodą (jak to wyspa), ale i dobrze oznakowana, aby nie można jej było przegapić. Pozostało ją tylko pomalować.

 

DSCF2171.jpg

 

DSCF2153.jpg

 

DSCF2158.jpg

 

DSCF2160.jpg

 

DSCF2155.jpg

 

Nie wiem, co o tym myślicie. Ja tam jestem dumna jak cholera….

A to hotel Barony Castle, obecnie w sieci Mercury:

 

DSCF2163.jpg

 

   Drugi polski ślad znaleźliśmy w Edynburgu w ogrodach Princess Street. To okazały pomnik niedźwiedzia Wojtka (Voitek The Soldier), który kupiony przez polskich żołnierzy w 1941 roku w Iranie za konserwy, czekoladę i nóż oficerski, przeszedł z polską armią szlak bojowy aż do Monte Cassino. Wojtek, karmiony mlekiem z butelki po piwie, do tych butelek zachował upodobanie przez resztę życia. A przeżył 22 lata.

   Uwielbiał piwo, słodycze i zapasy z żołnierzami, które - nie wiedzieć czemu - zawsze wygrywał. Spał z żołnierzami w namiocie i jeździł na pace ciężarówką, czym wzbudzał sensację u miejscowych.

 

   Po demobilizacji zapadła smutna decyzja o umieszczeniu kaprala Wojtka w edynburskim ZOO. Weterani odwiedzali go często, przełażąc przez ogrodzenie wbrew krzykom ochrony. Nie udało się jednak sprowadzić go do Polski. Żelazna kurtyna zrobiła swoje. Miś zmarł w 1963 roku, a mieszkańcy miasta postawili mu pomnik.

 

DSCF2011.jpg

 

DSCF2010.jpg

 

   Zbieg okoliczności - właśnie  Tadeusz Słobodzianek wystawia w warszawskim Teatrze Dramatycznym sztukę „Niedźwiedź Wojtek”. Trochę się jej boję, jak całego Słobodzianka, ale może się wybiorę.

 

   Innych polskich śladów, typu www.tanipokoj.com  czy sklepów z polską żywnością widzieliśmy też trochę, ale nie sprawiły one, że poczuliśmy się jak w domu. W końcu nie po to tam pojechaliśmy.

 

PS. Jeszcze jedna uwaga na dziś, nie na temat. Taki pomnik wystawili Szkoci swojemu ulubionemu pisarzowi: Sir Walterowi Scottowi.

No dobra, napisał "Ivanhoe", ale BEZ PRZESADY...! :-))) 

 

DSCF2020.jpg

 

CDN 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Szkocja cz.1

wtorek, 19 lipca 2016 19:24

 

   Jaki jest sposób na udany pobyt w Szkocji?

 

    Wystarczy założyć, że przez cały czas będzie syfiasta pogoda, że będzie mżyć, padać albo lać, do tego urywać głowę, a słońce zobaczymy tylko na pocztówkach, i to z PhotoShopa.

I że będzie 13 stopni C.

   Wtedy każda godzina bez powyższych atrakcji, i każdy stopień powyżej 13 wyda wam się darem od Boga.

 

   Tak zrobiliśmy i zostaliśmy za to sowicie nagrodzeni.

Przez 5 dni mieliśmy pogodę zbliżoną do ideału. Wprawdzie upałów nie było, ale kiedy człowiek jest wyposażony w dobrą kurtkę i nieprzemakalne buty, to temperatura 16 czy 18 stopni bez deszczu wydaje mu się całkiem OK. A kiedy jeszcze pokaże się słońce... Można się nawet rozpiąć :))

 

   Padało tylko przez 1,5 dnia, ale z przerwami. I to niemal zawsze wtedy, kiedy pokonywaliśmy kolejny odcinek autem. Nasze sławetne szczęście do pogody znów dało znać o sobie. Inaczej mogło być ciężko, bo tu jak pada, to faktycznie pada...

 

   Jak by tu podsumować pobyt w kraju tak odmiennym od tego, czego oczekiwaliśmy…?

Co wybrać z 40 stron notatek?

 

   Spokojnie, daruję Wam większość. Jeśli ktoś będzie miał konkretne pytania, chętnie odpowiem.

 

   Zacznę może tak:

   Kobiety szukające partnera, JEDŹCIE DO SZKOCJI!

Facetów spragnionych miłych zgrabnych dziewczyn jest tam multum. W ciągu zaledwie paru dni spotkaliśmy trzech lub czterech, którzy osobiście, lub ich najbliżsi ożenili się z Polkami. Polkę spotkaliśmy tylko jedną - kelnereczkę w rosyjskiej kawiarni i na kilometr można było poznać, że ona nietutejsza.

Bo tutejsze…

 

Więc:

   Mężczyźni szukający partnerek - NIE JEDŹCIE DO SZKOCJI!

   Może i Szkotki są miłe, ale ładne i zgrabne to na pewno nie. O nienachalnej urodzie Brytyjek w ogólności wszyscy słyszeli. Szkotki nie są lepsze. Przeciwnie, do braku urody i gustu dochodzi tusza, która często przybiera tu monstrualne rozmiary. Kiedyś na widok toczącej się wieży z opon ala ludzik Michelina mówiło się: O, Amerykanka!. Teraz miejsce na podium zajęły z pewnością Szkotki.

   Otyłe nastolatki z lubością noszą bardzo krótkie spódniczki, eksponując uda. A Szkotki 30-40 letnie wzwyż to już ból. Nie idą, tylko z wysiłkiem się toczą, aż przykro patrzeć. Oczywiście nie wszystkie, ale dużo ich jest.

 

   Sprawdziłam w sieci, czy przesadzam, ale nie. Szkocja ma taki sam procent osób otyłych co USA, przy czym skrajna otyłość jest tu na porządku dziennym. nie czuje się tu presji żeby być pięknym i szczupłym, jaka panuje w USA. Tam oczywiście część osób tę presję olewa, ale większość jednak walczy. W Szkocji chyba nikt się tym nie przejmuje. Myślę że bardzo szkodzi tu podstawowy składnik żywienia, jakim jest owies.

   Sprawdziłam sobie Indeks glikemiczny tej zachwalanej przez niektórych OWSIANKI. Niestety, ma 60, a to już poziom ziemniaka i lodów. Kto jest taki chudy jak Spacja, może sobie pojadać. Ja nie mogę.

 

   Narodowym daniem jest haggis, czyli owczy żołądek, w którym upycha się owies z siekanymi podrobami. Podaje się to z ziemniaczanym puree i papką z gotowanej marchwi. Wszystkie trzy pozycje łapią się na bardzo wysokie IG.

   Można takie danie zjeść raz dla spróbowania (wbrew opisowi wcale nie jest niesmaczne, haggis przypomina naszą kaszankę), ale codziennie…?

Oto danie standard.

 

DSCF2766.jpg 

   Ogólnie kuchnia szkocka bardzo pozytywnie nas zaskoczyła. Oprócz haggisa najczęściej serwuje się „fish and chips”, czyli panierowanego dorsza z frytkami i MAŁĄ SAŁATKĄ. Dorsz jest zawsze bardzo świeży i pachnący, a panierka chrupiąca i pyszna. Uczta dla podniebienia, dramat dla linii.

Czasem zamiast sałatki jest puree z groszku.

 

DSCF2233.jpg

 

   Na śniadanie w barach je się głównie bułki zapieczone z serem i szynką, jaja w różnych postaciach albo „kiełbasę”, która czasem ma kształt parówek, a czasem plastra mielonego mięsa, jakby ukrojonego z bloku.

   Na obiad można dostać grilowanego łososia (w panierce lub bez), łupacza w panierce, albo ogromny plaster szynki z warzywami. Do wszystkiego góra frytek.

 

Jak tu nie tyć?

 

To na dzisiaj tyle. Poniżej parę migawek z ulicy. Wybrałam te szczupłe (pewnie przyjezdne)...

 

DSCF2014.jpg

 

DSCF2752.jpg

 

DSCF2095.jpg

 

DSCF2081.jpg

 

Lewitujący brat Gandalfa?

 

DSCF2097.jpg

 

 A to widok na Edynburg z zamku.

 

DSCF2046.jpg

 

CDN.

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska   http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza  http://www.centrumosteopatyczne.pl/

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Zgubione owieczki...

środa, 06 lipca 2016 14:23

Dnia Środa, 29 Czerwca 2016 09:13 Helena <helenarotwand@wp.pl> napisał(a)

 

 

 

 

   Jedna z naszych koleżanek blogerek złożyła właśnie akt apostazji. Inaczej mówiąc, wypisała się oficjalnie z Kościoła katolickiego. Nie podaję, która. Jak będzie chciała, to się sama ujawni:))

 

   Od lat Kościół traci wiernych. Na msze chodzi 30-40 % osób uznanych za wierzących, choć Kościół deklaruje stan posiadania w okolicach 96%. Od lutego 2016 roku procedura apostazji została znacznie uproszczona. Dlaczego więc nie robi się tego masowo?

   A może robi, tylko Kościół nie chwali się ilością straconych bezpowrotnie owieczek?

Straconych urzędowo, oficjalnie, a nie tylko leniwych, nie uczestniczących w mszy i sakramentach

   Mówi się o kilkuset osobach rocznie, choć strony udzielające porad i oferujące gotowe formularze dla aktu apostazji, liczą odwiedzających w tysiącach miesięcznie.

 

   Ile osób chciałoby więc to zrobić, ale nie robi, z różnych powodów? Z jakich?

 

   Myślę, że powód najważniejszy to wzgląd na rodzinę i przyjaciół. Jak im wytłumaczyć, że nie możemy być rodzicem chrzestnym dla bliskiego malucha? Że nie chodzimy ze święconką w Wielkanoc? Że nasze dziecko nie pójdzie do Komunii razem z klasą? Co powiemy babci, kiedy będą chować dziadka, a my nie możemy uczestniczyć w katolickim pochówku? Począwszy od tego, że skoro nie wolno nas pochować w poświęconej ziemi, fundujemy rodzinie kłopot już tu, na tym łez padole. Bo nie zawsze w okolicy jest cmentarz komunalny.Itd. Itd.

 

   Drugi powód, bardziej przyziemny, to chyba jakaś asekuracja, w myśl zasady „Panu Bogu świeczkę, a diabłu…? Bo kto to wie, czy naprawdę Boga nie ma? A jeśli jest, to jako osoba praktycznie ekskomunikowana z definicji lądujemy w piekle? Gorąco się robi...

 

   Myślę, że do przemyślenia jest też powód trzeci. Kiedy spadają nam na głowę nieszczęścia (małe czy duże), większość ludzi szuka wsparcia (choćby iluzorycznego) w jakiejś mocy nadprzyrodzonej, żeby nie czuć bezsilności.

   Kiedy człowiek zaciska kciuki i szepcze w duchu: Boże pomóż …, spraw żeby…, ocal to dziecko…, nie czuje takiej całkowitej bezradności, czegoś próbuje się czepić.

   Kiedy wyczerpało się inne środki, kiedy nic już nie można zrobić realnie, chcemy wierzyć, że ktoś te prośby jednak słyszy, że a nuż…

 

   Przed laty stałam w Czarnogórze w długiej kolejce do Monastyru Ostrog, żeby go tylko zwiedzić. Ale większość osób przyszła tam, żeby sobie coś wymodlić. Niektórzy przynosili na plecach osoby bardzo chore, straszliwe zdeformowane, bez kończyn, z twarzą wykrzywioną jak Hawking.

   Stałam i myślałam: co oni tu robią? Przecież od pocałowania szklanej trumny ze szczątkami świętego tym chorym nie odrosną nogi, nie ustąpi SM czy mongolizm. A jednak przyszli, bo mieli poczucie, że COŚ robią. Że nie siedzą bezczynnie w domu.

 

   Nie wiem, ilu z nich robiło to na pokaz dla sąsiadów, dla czystego sumienia, a ilu autentycznie miało nadzieję.

   Wiem, że dla ludzi dotkniętych starością, samotnością, albo chorobą możliwość  takiego pozornego dialogu z Bogiem jest niezbędna. Widzę to po swoich rodzicach, zwłaszcza od wypadku taty. Nigdy nie będę potępiać wiary jako takiej, o ile nie prowadzi do wyzysku, wojny czy innych nieszczęść. To nie wiara każe oddawać emerytom ostatni grosz na tacę, tylko raczej księża. To nie Pan Bóg kazał przepisywać świadectwa udziałowe Stoczni na kościół, tylko Rydzyk. Sama wiara nie jest tu winna.

 

Ale…

 

   Znów miałam okazję wysłuchać sympatycznej mszy w mazurskiej gminie Pasym. O tym kościele pisałam już kiedyś tu: http://helena-rotwand.bloog.pl/id,349165044,title,Mila-odmiana,index.html

 

Wszystko było w porządku, 35 minut, zero głupiej indokrynacji.

 

   Tylko Ewangelia i związane z nią kazanie (5 minut) było niestety od czapy. Kościół zdecydowanie powinien zwrócić uwagę na to, co się czyta na mszy. Nie tylko dlatego, że większość zgromadzonych za diabła (pardon!) nie rozumie, o co chodzi. Ci inni którzy rozumieją (nie chwaląc się), łapią się za głowę.

   Oto ten co go Bóg wezwie, a on akurat prowadzi woła i chce się chociaż pożegnać z rodziną, nie trafi do Królestwa Niebieskiego (!?) Upraszczam. Chodzi o to, że jeśli Bóg skinie na ciebie palcem i każe podążać za sobą, to ty masz nie zadawać głupich pytań, NIE OGLĄDAĆ SIĘ ZA SIEBIE, tylko ślepo posłusznie ruszyć w drogę.

   Ja wymiękam.

 

   A gdzie czwarte przykazanie „Czcij Ojca swego i Matkę swoją…”?

   A gdzie zadbanie o to, żeby bliskim nie stała się krzywda? Wręcz przeciwnie: wg tego czytania wezwany zabił jeszcze woła, na drewnianym jarzmie go upiekł i dupa w troki! Pooooszedł!

   Pozbawił więc rodzinę woła, narzędzia pracy i do tego nawet się nie pożegnał!

   Panie, ty widzisz i nie grzmisz???

 

   Jeśli Kościół nie zrozumie, że czytanie archaicznych, niezrozumiałych i nudnych tekstów nie przystaje do dzisiejszego świata, pewnie coraz więcej osób wypisze się z tej instytucji. Nawet jeśli nieformalnie. Wkrótce zapewne kościoły zaczną świecić pustkami, bo jeśli się knebluje takich ciekawych księży jak Lemański czy Boniecki, to po co tam chodzić? Przespać się albo pomedytować wygodniej w domu.

 

    Przynajmniej buty nie piją.


Podziel się

komentarze (35) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 134