Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 973 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3012626
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12667
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Koniec

środa, 31 sierpnia 2011 14:14

 

                                                  

Koniec.                                                     

Sześć liter, a ile treści...To ostatnie godziny przed urlopem, pierwszym porządnym od równo roku.   Przecież te 3 dni w Będzinie trudno nazwać urlopem. 


    Taki znowu bardzo porządny to ten urlop nie będzie, raptem 11 dni, z tego trzy pełne na podróż, a jeden na rozpakowywanie i pranie ciuchów ociekających potem i strachem. Mam zamiar się wspinać w Dolomitach, a z tym wiążą się emocje, nie zawsze tylko przyjemne. Zostaje siedem dni.


    Dziś koniec. Ostatnie tygodnie to był koszmar, jak zawsze przed urlopem. Też znacie syndrom „ciężkich nóg”? Człowiek snuje się po domu i po biurze jakby miał ołowiane podeszwy. A przede wszystkim ta świadomość, że ani godziny dłużej! Nie ma takich pieniędzy, za które odwołalibyśmy urlop i zostali w pracy. Mózg sobie pewne sprawy ustawił i nie dopuszcza żadnych negocjacji.


   Dziś śniło mi się, że odwiedziła mnie jakaś para obcych ludzi, którzy przyszli kupić ode mnie.......... moją stopę! Na dowód, że potrzebuje, pani odsłoniła nogę i pokazała ucięty, a wręcz urwany kikut. Za stopę proponowano mi 20 tysięcy dolarów, co jak przeliczyłam szybko na złotówki, absolutnie nie wydało mi się ofertą interesującą. Żeby dodać dramaturgii dodam, że owa pani była ... Murzynką. Dlaczego postanowiła kupić sobie białą stopę do czarnej nogi, nie mam pojęcia. Obudziłam się z krzykiem.

   No, czy ja nie powinnam iść na urlop???


   Póki co nalałam sobie wannę ciepłej wody i wrzuciłam musujące tabletki. Poczułam jak powolutku odpuszcza napięcie a ciało zaczyna się przestawiać na inny tryb. Mózg nacisnął guzik „Zwolnij”.


   Teraz to najgorsze – pakowanie. Czy na tydzień urlopu zawsze trzeba zabierać pół domu? Trzeba! Wszystko będzie niezbędne, przydatne, albo chociaż umilające życie. Taka filiżanka do kawy na przykład z japońskiej porcelany. Toż to artykuł pierwszej potrzeby w kraju, w którym na kwaterze do dyspozycji są tylko małe jak kozie bobki naczynka do espresso lub grube gliniane kubki! Takim kubkiem to ja nawet kwiatów nie podlewam, a co dopiero pić kawę! Bez filiżanki ani rusz!

 



   Albo toster. Fanaberia? Niekoniecznie.. Za granicę zabieramy także ten dobry, żytni chleb, naprawdę nie z oszczędności. Z takim chlebem można dużo dłużej wędrować po górach, cukier nie spada zaraz jak po białej bułeczce. Ale bez tostera z takim chlebem ciężko.


   Co tam jeszcze – krem z blokerem +50. Niezbędny. Przecież nie wolno zapominać, że powyżej 2000 mnpm ultrafiolet operuje niezależnie od pogody. Raz w życiu dałam się podejść, i to w Tatrach, gdzie po całodziennej trasie w mgle i deszczu wyglądałam jak ogniopiór! Kompletne zaćmienie umysłu, nie pomyślałam o posmarowaniu. Leczyłam poparzenia przez miesiąc, jako że mam uczulenie na słońce.


   A zegarek do pomiaru wysokości? Koniecznie! Soczewki kontaktowe też (nie noszę na co dzień, nie na moje nerwy), bo głupio będzie wisieć na linie w gustownych binoklach. Podkładki z lekkiej pianki pod d..., żeby wilka nie złapać, jak człowiek się z wyczerpania osunie na glebę. Itd., itd.

 

 

Na to liczę...


   Spróbuję się oczywiście dorwać do netu przez te dni, chociaż rok temu na całkiem spore turystyczne miasteczko sieć działała tylko w dwóch hotelach. Mobilnego internetu zaś nie posiadam. Ze skąpstwa. Jeśli ktoś chciałby poczytać o moich zeszłorocznych zmaganiach z Dolomitami, to serdecznie zapraszam na

helenarotwand.bloog.pl .


Pozdrawiam wszystkich. Do poczytania wkrótce.

 


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Kocio

poniedziałek, 29 sierpnia 2011 6:01

 

   Wytrzymam! Jeszcze tylko trzy dni! We czwartek o jakiejś pogańskiej godzinie, czyli ok. 5.00 rano jedziemy na urlop. Trzeba będzie – bagatela – pokonać 1240 km, żeby napić się wina z Południowego Tyrolu i zjeść genialnej parmeńskiej szynki, kiedy wylądujemy na pograniczu Austrii i Włoch.

 

     Podróż w góry zawsze przypomina mi czasy kiedy na urlop jeszcze jeździliśmy z Kociem. Oto on, świeć Panie nad jego duszą... Złożona z samych mięśni i futra stalowa sprężyna. Niech Was nie zwiedzie ta niewinna minka. To był Szatan, nie Kot.


 

 

    Kocio nienawidził podróży, albowiem jazda samochodem kojarzyła mu się wyłącznie z kłuciem w dupę. Jako tzw. Kot Zewnętrzny nie dopuszczał żadnego przymusu bezpośredniego, czyli brania na ręce, ciągania po lekarzach itp. Niestety, właśnie jako Kot Zewnętrzny nie miał nic do gadania w temacie corocznych szczepień, bo nie mieliśmy zamiaru zejść na wściekliznę, nosówkę czy inny koci tyfus.

 

Tak więc regularnie raz w roku musiał się odbywać rytuał w postaci

a) dorwania Kocia,

b) założenia mu szelek, ale tak ciasno, że mu prawie oczy wychodziły z orbit,

c) doniesienia do samochodu zwierza, który w stanie rozciągniętym miał metr długości i ważył ok. 8 kg,  

d) wytrwania w poczekalni u weterynarza, mimo odgłosów, jakie wydobywały mu się z trzewi

e) utrzymania kota podczas robienia zastrzyku, a potem oderwania jego pazurów od mojego dekoltu.

f) wyjścia na dwór i rozpięcia szelek. Wtedy już mógł pognać w cholerę! I tak do domu zawsze trafił, jak już się odgniewał!

 

   Ad.pkt. b) - obrońców zwierząt informuję, że mój kot wyniesiony na dwór tracił układ kostny. Zamieniał się w coś jak płynny metal na „Terminatorze” i po prostu wylewał się z szelek. Trzeba było naprawdę użyć dybów, żeby go te pięć metrów  przenieść.

 

   Było z niego niezłe ziółko. Bez kozery powiem, że był postrachem całej dzielnicy, żaden pies mu nie podskoczył. Jak na kastrata, radził sobie znakomicie, aż chwilami zaczynaliśmy powątpiewać, czy lekarz aby na pewno wykonał zabieg prawidłowo. Przy tym był skończonym romantykiem. Kochał się w Kitce ze środkowej klatki i często ją odwiedzał, co wzburzało jej pana, bo w/g niego „ona była niepełnoletnia pod każdym względem” :). Do historii bloku przeszła taka scenka: Pan Kity wchodzi po cichu do pokoju chłopców, na biurku słodko śpi Ona, a nad nią, czuwając nad jej spokojnym snem, siedzi On, nasz Kocio...

 

   Podróży więc Kocio nienawidził. W dodatku miał cholerną intuicję i w dniu wyjazdu nigdy nie było go na miejscu. Zawsze wyczuł, kiedy mamy zamiar jechać, i krył się po okolicznych chaszczach. No a w samochodzie, kiedy udało się go tam wreszcie wepchnąć, zaczynał się koncert. Kocio wył przez pierwsze 2 godziny, zupełnie jakbyśmy go wieźli do Auschwitz, albo do chińskiej jatki. Potem wreszcie się nieco uspokajał, ale zamykał japę tylko kiedy jechaliśmy powyżej 110 km/ha. Gdy trzeba było zwolnić, albo stanąć, lament rozlegał się na nowo.


   Po 7-dmiu godzinach zbiorowej udręki dopadaliśmy naszych górali w Kościelisku, a wtedy kot pryskał w świat. Nie baliśmy się o niego. Wiadomo było, że musi się nacieszyć świeżym powietrzem, polnymi myszami i szczypawkami, ale za 3 dni wróci. Zawsze wracał.

 

    Tak, to ten sam Kocio przyniósł mi w prezencie mysz, która pomieszkała z nami we czwórkę przez  4 miesiące. Pisałam o tym 28.03.

I to ten, który mając lat ledwie 13, jak zwykle wieczorem wyszedł z domu i... dotychczas nie powrócił.

 

Rudy teściowej na gościnnych występach u nas. Kocio jego jednego tolerował.


 

 

Lenin w październiku a Kocio w garnkach.

 


Wiadomość dnia: z powodu ocieplenia klimatu koty się już nie marcują tylko lutują.


Ten tekst dedykuję Ciotce Pleciudze, która ma tyle serca dla  kotów, swoich i bezpańskich.

 


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Czynności pomyłkowe

piątek, 26 sierpnia 2011 19:08

  Dziś rano zamiast wodą termalną spryskałam sobie twarz dezodorantem. Męskim. Dobrze, że oczy zamknęłam. Boże! Czy TO się tak zaczyna? Starcza demencja, otępienie , Alzheimer? Tylko patrzeć, jak zmywacza do paznokci użyję do demakijażu oczu! Oba są różowe!

  A może to tylko jedna z tych czynności, które wykonujemy bezwiednie, bo mózg robi sobie z nas jaja?


   Prosty przykład. Podjeżdżam pod biuro z dwiema torbami sprawunków, bo zakupy robię przed pracą. Jeśli upał, to wrzucam wszystko do biura, jeśli chłód, zostawiam w bagażniku. Był chłód.

    Gdzieś ok. 12.00 podrywam się rażona jak piorunem myślą, że wśród zakupów znajdowały się 2 paczki cennych mrożonek. Cennych, bo to nie mrożony groszek, tylko krewetki tygrysie. Rzucam się do samochodu, wysypuję wszystko z toreb,  szukając cieknących i pośmierdujących na pewno zwłok. Nie ma!  Sprawdzam jeszcze raz, no nic!


   Tknięta nagłym przypuszczeniem wracam i zaglądam do firmowego zamrażalnika – są, a jakże! Zamrożone na kość! Mój mózg wydał polecenie, aby je zabezpieczyć, poczym natychmiast wymazał tę czynność, jako zbędną i niepotrzebnie obciążającą pamięć. Totalny reset! No tak, ale to akurat dało się szybko zweryfikować. A ileż to razy zawracamy 20 km z drogi, bo wydaje nam się, że żelazko nie zostało wyłączone, garnek stoi na ogniu, a nie zakręcona woda za chwilę przeleje się do sąsiadów? No ile?


   Dlaczego nasz mózg nas oszukuje? Dlaczego rozpala w nas wątpliwości bez powodu, każe wracać do domu i sprawdzić zamki, choć wcześniej dopilnował, żebyśmy dobrze zamknęli drzwi? Może ktoś wie, bo ja nie wiem.


   A czynności pomyłkowe to już prawdziwe żarty z człowieka. Przyznaję się, że w pośpiechu zdarza mi się wystukiwać cyfry - zamiast na kalkulatorze - na klawiaturze telefonu. Leżą obok siebie, można się pomylić... A włożenie kluczy czy telefonu do lodówki, razem z zakupami... ludziom się przytrafia. Założenie dwóch różnych butów albo skarpetek.. oj, dobra, nie bądźmy drobiazgowi!


   Ale wszystko bije moja przyjaciółka, która miała nakarmić jakąś papką niemowlę, trzymane na kolanach przez babcię. W ferworze ogłupiających zajęć, bo tu kipi, tu żelazko, tu stygnie, zawiązała śliniak... babci.


   Czy można się jakoś z mózgiem porozumieć, żeby przestał się wygłupiać? Hallo, jest tam kto?



Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Jak oszukać męża?

środa, 24 sierpnia 2011 8:18

 

   Nie, no spokojnie. Dziś będzie o tym, jak oszukać podniebienie męża, lub innego partnera życiowego, któremu w łaskawości swojej gotujemy paszę. O tym innym będzie kiedy indziej. ;-)Wszystkich Panów uprzejmie teraz proszę o przejście na inny blog lub wyjście z psem na spacer.

 

   Chodzi o to, że większość mężczyzn jest zwykle przyzwyczajona do maminego podkarmiania i lubi jeść dużo i tłusto. Jak do tego dodamy piwko, to utrzymanie linii już po 30-stce zaczyna być kłopotem. A przecież nie chcemy żyć z kimś postury walenia...

 

  Sposobów na to, żeby nakarmić faceta daniami obrzydliwie zdrowymi i dietetycznymi, jest cała masa. Chodzi o to, żeby oszukać jego wzrok i podniebienie  w sposób doskonały. Żeby nie przyszedł mu do głowy zamiar poszukania lepszej knajpy, a jednocześnie jego obwód w brzuchu pozostał pod kontrolą. Bo podawanie mu sałatek z liści babki i naparu z pokrzywy na dłuższą metę się nie sprawdza.

 

   Jakie są największe zagrożenia w menu – biała mąka (kluski, pierogi, naleśniki), białe pieczywo, wieprzowina i kartofle. Reszta to ich pochodne takie jak zasmażka w zupie, placki, chipsy, chleb tostowy i wszechobecna bułka tarta zrumieniona na maśle, oraz schabowy.  Wszystko to da się zastąpić i przy odrobinie samozaparcia z naszej strony chłop się nie pozna.

 

  To po kolei:

- Chleb. Każdy kocha chrupiące bułeczki. Ciemny chleb nigdy taki nie będzie, bo od nowości smakuje jak czerstwy. Mówię tu o prawdziwym chlebie z pełnego przemiału, a nie o tym barwionym karmelem, puszystym jak cukrowa wata i tyleż samo przynoszącym korzyści. Mówię o chlebie, którym jak dobrze rzucić kromką, można komuś ściąć głowę. Taki chleb naprawdę daje się kupić.

   Jaki jest na niego sposób? Za niewielkie pieniądze kupujemy toster (jeśli nie mamy). Ciemny prawdziwy chleb kroimy na kromki i zamrażamy. Po wyjęciu z tostera będą chrupiące z zewnątrz a miękkie w środku. Smakują lepiej niż świeże, i nigdy nie ma problemu z brakiem albo nadmiarem pieczywa w domu. No i na długo daje uczucie sytości, a o to chodzi.

 

- Mąka. Najłatwiej jest zastąpić zasmażkę w zupie czymś, co w niej normalnie pływa. Zmiksowany brokuł, kalafior, pomidory, gotowane suszone grzyby z podsmażonymi pieczarkami, utarte kiszone ogórki dadzą efekt gęstości i sytości. Do tego sporo   pokrojonych, ugotowanych udek kurzęcych i łyżka gęstej śmietany. Żadnych złych węglowodanów, zdrowo i pożywnie. Talerz takiej zupy swobodnie wystarczy za obiad, bez klusek i ryżu. Niestety, wyrzucamy z zupy marchewkę, pietruchę i seler, bo to czysta tucząca skrobia. Nic na to nie poradzę. W ten sam sposób zagęszczamy sos do mięsa, np. grzybowy.

 

- Placki. Zwyczajowo są z mąki albo z kartofli, a na ogół z jednego i drugiego.

Kartofle i mąka są be, więc trzemy na grubej tarze cukinię, solimy i odciskamy z wody, aż zostaną wióry. Do tego trzemy marchew, seler (teraz wolno), wrzucamy 2-3 jaja, usmażoną na złoto cebulę, posiekany duży ząbek czosnku i ... łyżkę sezamu. To wszystko szybko mieszamy i smażymy na rozgrzanym oleju małe placki. Powinny się zupełnie dobrze ściąć bez żadnego kleju, czyli mąki. Na te placki możemy, już na talerzu, położyć dowolne produkty – usmażone grzyby, wędzoną rybę (łososia najlepiej), plaster szynki. Do tego dekoracyjnie układamy na środku łyżkę gęstej śmietany, ósemkę cytryny, koperek. Do placków można dać gulasz z wczoraj, dodatkowo posypany odrobiną żółtego sera, który ładnie się rozpuści. Dzięki takim plackom wyeliminujemy kartofle, ale żaden chłop nawet nie miauknie, gwarantuję!

 

- Schabowe. Najlepiej wychodzą z kurzęcych luzowanych udek. Wymagają nieco dłuższego podduszenia, ale smakują dużo lepiej niż biust. Kurzęcy ma się rozumieć, nie każdy. Takie lekko rozbite plastry z udek dosmaczamy czymś ostrym i panierujemy w – uwaga – jaju z łyżką sezamu i łyżką parmezanu (Może być podróbka, jest tego pełno w supermarketach). Kotlet wychodzi rewelacyjny, o niebo lżejszy i zdrowszy niż świnia (z całym szacunkiem dla świni).

 

- Tarta bułka. Zawsze możemy ją zastąpić parmezanem i sezamem. Sezam dodatkowo świetnie robi za wypełniacz i pysznie smakuje. Fasolkę, szparagi, brokuł można tylko polać (najlepiej klarowanym) masłem i posypać jak wyżej.

 

Takich patentów jest mnóstwo. Karmcie drogie Panie takim jedzeniem zarówno Waszych chłopców, jak i dzieci, bo plaga otyłości wśród małych niedługo przestanie być cechą wyłącznie Amerykanów.



Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Genialna intuicja, czyli Przeminęło z wiatrem

poniedziałek, 22 sierpnia 2011 6:21

 

   Jest rok 1939. Hollywoodzki producent David Selznick rozjuszony marnymi efektami rozpoczętych zdjęć do „Przeminęło z wiatrem” wyrzuca część ekipy i szantażem, groźbą i prośbą doprowadza do tego, iż najlepsi z najlepszych, scenarzysta Ben Hecht i reżyser Victor Flemming zgadzają się w ciągu tygodnia stworzyć nowy kształt filmu. Bazą ma być powieść, którą w międzyczasie kupiło na świecie 1,5 miliona ludzi.


   Największym oponentem jest Hecht, który wprawdzie słynie z tego że potrafi stworzyć kompletny scenariusz w ciągu 2-3 tygodni, ale jako „jedyny na ziemi” wg producenta, nie przeczytał powieści (!!!).

   Jego podstawowy argument to: „Żaden film o wojnie secesyjnej nigdy nie zarobił ani centa. I nie zarobi”. Próba opowiedzenia mu, o czym jest książka, tylko pogłębia jego niechęć. Czyta z notatek: „ Scarlett chce Asleya, Asley chce Melanii, Rhett chce Scarlett, Scarlett wyjeżdża z Atlanty, Scarlett wraca do Atlanty, Rhett przyjeżdża do Atlanty..,kto się w tym połapie?” A jednak w końcu siada do maszyny i pisze.


   Co do Flemminga, ten po prostu robi co mu każą. A że na planie Czarnoksiężnika z Krainy Oz ma do czynienia z setką pijanych karłów i właśnie przyłożył Judy Garland, bo nie wytrzymał ("ale tylko raz..."), stąd za sowitą opłatą zgadza się zostać w gabinecie Selznicka przez następne 5 dni i wspólnie z producentem pomóc scenarzyście pokonać opór i napisać ten scenariusz.

   Za pożywienie mają im służyć wyłącznie banany i orzeszki, bo od czego innego „mózg robi się ociężały i gnuśny”. Jak łatwo sobie wyobrazić w atmosferze przymusowego zamknięcia i śmiertelnego wyczerpania poziom stresu przekracza wszystkie granice i tylko cud ratuje bohaterów przed zbiorowym mordem.


    Taką wizję miał Ron Hutchison tworząc w 2004 roku „Księżyc i magnolie”. Sztukę która pięknie pokazuje, jak można się pomylić prorokując o sukcesie bądź porażce dzieła artystycznego. Trzeba podziwiać intuicję Selznicka, który już w miesiąc po wydaniu książki ”Przeminęło z wiatrem” kupił do niej prawa. Przez następne 3 lata śnił o niej, zamawiając scenariusz i wybierając aktorów. NIKT oprócz niego NIE WIERZYŁ, że zrealizowana ogromnym kosztem 4-godzinna epopeja zrobi taką furorę na świecie, zdobędzie 13 nominacji i 8 Oskarów, i przejdzie do historii jako najbardziej kasowy (uwzględniając inflację) film wszechczasów. Tylko on. A stawiał na szali całą swoją reputację i pieniądze. Przecież nawet Gary Cooper odmówił grania roli Rhetta Butlera, przekonany, że będzie to katastrofa. Musiał sobie potem nieźle pluć na buty...


    Nie wiadomo, ile prawdy jest w sztuce Hutchisona. Jedno jest pewne, że Ben Hecht był ostatecznie twórcą tylko części scenariusza i nie został nawet wymieniony na afiszach. Że Victor Flemming wprawdzie figuruje  w czołówce, ale wyreżyserował tylko 45 % filmu i zrezygnował z powodów zdrowotnych.


  Kto oglądał film „Nine” Boba Marshalla, ten zobaczy analogię. I tu i tam rozpoczynają się zdjęcia do filmu, który nie ma scenariusza! Aktorzy podpisują kontrakty, szyją się kostiumy, budują dekoracje, a scenariusza nadal nie ma. Na szczęście w przeciwieństwie do fabuły „Nine” tutaj udało się film wyprodukować, a potem przez lata zgarniał on większość światowych nagród, łącznie z zaszczytnym I miejscem w kategorii „Wyciskacz łez wszechczasów”. Tego chyba nawet sam Selznick nie przewidział.

 

Polecam gorąco spektakl w Teatrze Współczesnym w Warszawie „Księżyc i magnolie”. Tempo, inteligentny dowcip i genialne aktorstwo.



Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 012 626