Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 022 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014202
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Lekarze

piątek, 31 sierpnia 2012 7:51

http://aleseriale.pl/sid,29346,title,lekarze,serial.html?ticaid=5f0a1

 

   Dziś  zrobimy przerwę w Dolomitach, ponieważ od poniedziałku wchodzi na ekrany nowy serial, który ma szansę być lepszym od tej papki, serwowanej nam na ogół  przez telewizję. Mam silne podstawy, żeby tak sądzić, dlatego gorąco zachęcam, żeby dać mu szansę :))

Poniżej rozmowa z Andrzejem Staszczykiem, autorem scenariusza.


- Całkiem niedawno zostałam porażona wiadomością, że większość naszych telewizyjnych seriali to kalki z importu! I to nie z USA czy Europy, tylko z Ameryki Południowej. Powiedz mi, dlaczego polscy producenci tak często sięgają po scenariusze, które mnie osobiście wydają się gniotami? Brak u nas dobrych scenarzystów? 

 - Latynosi są mistrzami na swoim terenie. Dramaturgię mają w małym palcu – wszystko, co się dzieje na ekranie ma swoją przyczynę, postaci wiedzą, czego chcą, widzowie czekają w nieustannym napięciu, co zrobi ich ulubiona bohaterka, czy bohater. Autorzy doskonale zdają sobie sprawę po pierwsze z konwencji, w której się poruszają, po drugie z oczekiwań rodzimej, masowej widowni, po trzecie doskonale wiedzą, jak te oczekiwania spełnić.

   Jeśli chodzi o pytanie… prawdą jest, że polscy producenci sięgają po latynoamerykańskie produkcje – choć coraz rzadziej. Myślę, że po pierwsze wynika to z wiary, że jeśli serial miał gdzieś masową widownię, podobnie stanie się i w Polsce – tak było choćby z Brzydulą. Myślę, że to bardziej brak zaufania do siebie, niż do scenarzystów. Może trochę też lenistwo? W końcu i Ranczo, i M jak Miłość, i Barwy Szczęścia to produkcje od początku do końca polskie, komuś chciało się rozwinąć te projekty, doprowadzić do ich realizacji. Mam nadzieję, że z czasem będzie ich coraz więcej – wiem, że jest mnóstwo dobrych polskich projektów.

 

- Czy nie czujesz dyskomfortu, że zamiast pisać wyłącznie scenariusze autorskie, często przekładasz na nasze realia teksty z innych kontynentów? 

- Taka praca, i nie ma się co na nią obrażać :) A serio… mam dyskomfort, jeśli coś w żaden sposób nie przystaje do polskich realiów, a producent się upiera, żeby to wykorzystać. Pozostaje wtedy wiara, że polski widz „kupi” konwencję :) Przeważnie jednak adaptacja tak naprawdę oznacza pisanie serialu na nowo, więc… nie mam z tym problemu.

 

- Sam postanowiłeś napisać serial o lekarzach, czy takie dostałeś zamówienie?

- Dostałem propozycję od Doroty Chamczyk, producentki serialu. Wiem, że stacja przymierzała się do tego od kilku lat. Cieszę się, że znalazłem się w ekipie, która ten projekt doprowadziła do szczęśliwego finału.

 

- Jak się czułeś w tej bajce? Z tego co wiem, nie jesteś szczególnie związany z medycyną.

 -Każdy z nas jest w jakiś sposób związany z medycyną – nawet, jeśli sam nie chorował, to na pewno miał w szpitalu kogoś bliskiego. Myślę, że serial medyczny to wyzwanie dla każdego scenarzysty – i nie chodzi mi tylko o wiedzę, co chirurdzy mają w rękach podczas operacji, ale przede wszystkim o emocje. Opowiadamy o ludziach, którzy na co dzień ratują innym życie, czy może być coś wspanialszego? Z drugiej strony mają do czynienia z cierpieniem, ze śmiercią, i muszą sobie jakoś z tym radzić. To ekstremalne sytuacje, a więc i ekstremalne wyzwanie.

 

- Ile godzin spędziłeś na sali operacyjnej i na oddziale szpitalnym? Czy twórcy serialu starali się przestrzegać realiów? Przecież można było wyjść z założenia, że widz i tak się nie zna, więc uwierzy we wszystko?

- Nie liczyłem godzin… Dużo. Po pewnym czasie lekarze na Banacha zaczęli mnie traktować jak „swojego”, nie musiałem nawet pokazywać przepustki, żeby wejść na blok. Takie było założenie - chcemy pokazać, jak naprawdę wygląda szpital, oglądałem więc najtrudniejsze operacje – od wszywania protezy aortalnej po przeszczepienie nerki czy wątroby – żeby wiedzieć, jak naprawdę się to odbywa, jak zachowują się chirurdzy podczas zabiegu, kiedy są najbardziej newralgiczne momenty…

 

- Czym serial „Lekarze” różni się od „Na dobre i na złe”? A od „Doktora House’a”?

- Najlepiej ocenią to widzowie. Wydaje mi się, że „Na dobre i na złe” to serial, który dzieje się w szpitalu, choć tak naprawdę mógłby dziać się wszędzie. To opowieść o ludziach, ich relacjach - to, że są lekarzami, ma drugorzędne znaczenie Z kolei „Dr House” to fikcja - dopuszczamy możliwość, że w Stanach jest taki dziwak, wybaczamy mu wszystko, bo ratuje ludziom życie, ale czy uwierzylibyśmy, że ktoś go zatrudnił w Polsce? Myślę, że najbliżej nam do „Chirurgów” – w naszym szpitalu nie wszystko się udaje, lekarzom zdarza się przegrać walkę o pacjenta…

 

-  Czy to także będzie szpital marzeń, gdzie pacjenta otaczają wyłącznie uśmiechnięci doktorzy i pielęgniarki i na żadne badanie nie brakuje pieniędzy? Czy pokazywanie takiej służby zdrowia nie działa irytująco na polskiego pacjenta?

- Nasi lekarze są ludźmi, nie zawsze się uśmiechają – choć pewnie częściej, niż prawdziwi doktorzy, i nie ma w tym niczego złego. Z badań wynika, że świat, który chcą oglądać widzowie, powinien być odrobinę lepszy od tego, który mają za oknem. Zresztą, nie odbiegamy aż tak bardzo od realiów – nasze sale operacyjne wyglądają jak na Banacha, korytarze z kolei przypominają te w przeciętnym, nowym szpitalu w Radomsku, czy Bielsku Białej. Zresztą, cześć zdjęć mieliśmy w prawdziwym szpitalu, na Lindleya. Będzie można porównać :)

http://wyborcza.pl/leczyc/1,102641,9952681,Lekarze_ucza_sie_komunikacji_z_seriali.html

 

- Jak postrzegasz coś takiego jak „misję” serialu? Czy widz zobaczy scenki, które mogą być dla niego ostrzeżeniem? Wypicie przez pomyłkę wody z odkamieniaczem do czajników? Połknięcie kapsułki z główką tasiemca na odchudzanie? Użycie ostatnio bardzo modnego środka „na wszystko” czyli picie chlorynu sodu (MMS), itp.?

- Oczywiście wykorzystujemy takie przypadki, ale myślę, że ktoś, kto ma trochę oleju w głowie wie, że odkamieniacz do czajników to nie herbata. Jeśli dziewczyna naprawdę chce połknąć kapsułkę z  tasiemcem, to ją połknie, i żaden serial, żadne ostrzeżenie tego nie zmieni. Ludzie oglądają kryminały, wiedzą, co grozi za zabicie drugiego człowieka – a mimo to zabijają.

 

- Zdradź jakiś najbardziej „abstrakcyjny” wątek.

- Nie mogę :)

 

- Czy serial 13-odcinkowy, pokazywany raz w tygodniu, ma szansę być bardziej dopracowany, niż ten nadawany codziennie przez 180 dni? Serial ma dobrą obsadę, ale jak radzi sobie np. Paweł Małaszyński, którego osobiście nie znoszę?

- Paweł jest świetnym aktorem. Dostał szansę pokazać się z zupełnie innej strony, niż do tej pory, i w pełni ją wykorzystał, podobnie, jak jego koleżanki i koledzy.    Oczywiście, że nad serialem cotygodniowym pracuje się zupełnie inaczej, niż nad serialem codziennym – aktorzy dostają tekst dużo wcześniej, są próby, w których uczestniczą reżyserzy i scenarzyści, podczas których omawiamy wątki, postacie – jest szansa, żeby pogadać, wyjaśnić, ewentualnie coś zmienić jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć.

 

-   Myślisz, że „Lekarze” są w stanie przebić sukces „Rancza”?

- To zupełnie inne seriale, nadawane w różnych stacjach – nie da się ich w żaden sposób porównać. Ale bardzo bym chciał i mocno w to wierzę. ;)))

 

- No to czekamy Przekonamy się 3 września o 21.30. I jeszcze przez 12 następnych poniedziałków:) Trzymam kciuki.

 

PS. Kto nie będzie mógł obejrzeć tego odcinka w TV, (ja na przykład), może go zobaczyć w necie.

http://lekarze-tvn.blogspot.it/2012/08/lekarze-odcinek-1-ogladaj-online.html

 


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Dolomity 4

czwartek, 30 sierpnia 2012 17:48

 

   Od dzisiaj miało właściwie padać, ale kto by wierzył prognozom? Dobrześmy uczynili, bo udało się zrobić kolejną trasę po grani szczytu La Mesola (2727 m), czyli przedłużenie ferraty  Trincee, na której chłopcy wcześniej uczyli się zjeżdżać. Oczywiście odmówiłam drapania się na tę najgorszą część, a dalej miała być bułka z masłem...

Pochwalcie mnie chociaż raz... Na ten mostek nie dałam się zabrać, zrobiłam mu zdjęcie z dołu. Jest dość długi, drewniany i się buja...:

 

 


   Wracając do trudności - jak to w Dolomitach bywa, nie można wierzyć nikomu, nawet wielebnym. Sami tu nie byli, ale zawierzyli włoskiemu przewodnikowi. Miała być relaksowa dwójka.

   Na początku nawet nie zakładaliśmy uprzęży ani kasków. Kiedy pojawiły się wściekłe stromizny i pionowo schodzące w dół stalowe liny, już wiedziałam, że o żadnej bułce mowy nie będzie. Ani o bułce z masłem, ani nawet o czarnym chlebie. Co najwyżej o sucharach, takich do połamania zębów.

   W dodatku zaczęły nałazić mgły i w pewnym momencie normalnie pogubiliśmy drogę. Nie tu, tutaj lina prowadzi. Proszę zobaczyć jak dużo mam miejsca na stopy i nie narzekać...:))

 

 

   Na szczęście na grani szybko złapaliśmy prawidłowy kurs. Owce gapiące się na nas z łączki (wciąż jesteśmy na 2700 m) nie raczyły odpowiadać na pytania, czy dobrze idziemy. A mamuśka z małymi wręcz zaczęła nam grozić. Pierwszy raz słyszałam żeby owca (nie baran) ryczała jak wściekły byk.

 

 


 

 

   Grań La Mesola kryje w sobie ciekawostki z pierwszej wojny, resztki bunkrów, stanowisk artyleryjskich i tuneli, którymi do dziś można przechodzić (jeden ma 50 m). Aż trudno uwierzyć, że na tej wysokości, przy temperaturach dużo poniżej zera prowadzone były normalne działania wojenne! Na grani która chwilami ma szerokość metra, przez wiele miesięcy kotłowały się wojska austriackie i włoskie. Walczyło tu zresztą wielu Polaków, wcielonych do armii austriackiej siłą z Galicji. Ich liczne groby znajdują się w Monte Grappa.

Takich grani jest w Dolomitach kilka.


A oto kawałek fortyfikacji. W dole Lago di Fedaia

 


 

 


Podziel się

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dolomity 3

środa, 29 sierpnia 2012 9:42

Dzień czwarty 28.08

 

   Jeśli jeszcze raz wspomnę, że chcę iść  na ferratę Piz da Lech, to niech ktoś mnie kopnie w dupę grubo podkutym butem...!

   Jak stwierdził przyjaciel: jaka nazwa, taka ferrata. Żeby nie wpaść w zakres treści powyżej 18 lat, podam nazwę fonetyczną : „Pic da Lek”.

 

   Czy ja mam już Alzheimera? Czy po 4 latach można zapomnieć najgorszą traumę w życiu, czyli trasę, która miała być spokojną trójką, a okazała się złośliwą, morderczą, pełną niespodzianek cztery plus? Chyba mam.

 

    W dodatku sama ją dziś zaproponowałam! Chcieliśmy zrobić coś spokojnego, nie za długiego, ot, w sam raz na większe rozchodzenie. No, to się rozchodziliśmy!

   Nie po to Pan Bóg stworzył ziemię płaską jak stół, żeby nagle wyrastały na drodze nie tylko pionowe ściany, ale jeszcze w bulami odstającymi od pionu, czyli tzw. przewieszkami. W dodatku ze znikomą ilością klamer i innych ubezpieczeń.

Najgorsze jest to, że ja to już kiedyś przeżyłam, a ilość słów uznanych za obelżywe, które wówczas usłyszał mój małżonek, naprawdę była imponująca. A mimo to sama zaproponowałam...

 

   Krótko mówiąc – do ferraty podjeżdża się wyciągiem  na wys. 2500. Stamtąd piechotą jakieś pół godziny pod ścianę. Drabiny, gładkie skały, w które nie da się wczepić, trawersy pokonywane wisząc na rękach, bo na nogi nic nie było... Karramba.

 

  

 

To ja na tej drabinie. Z góry mąż podaje mi taśmę, bo sama bym chyba nie przelazła.


   

 

2 godziny przekleństw i złorzeczeń. I już jesteśmy na szczycie Piz da Lech, czyli 2900 m n.p.m.

Głodni jak psy, z zakwasami od paznokci stóp do powiek, dotarliśmy na szczyt, a potem zleźliśmy na dół. Mimo wszystko coś na kształt satysfakcji... może, może...

 

A to zdjęcie, które wielebny zaliczył do tych z grupy: "Nigdy nie pokazuj swojej mamie." Najpierw z perspektywy, potem zbliżenie na innych tak samo walniętych jak my...


Tam wisieliśmy 2 godziny wcześniej.

 

 

Dzień piąty 29.09


   Wstałam ze znieruchomiałym karkiem. No i dobrze. Zamiast lecieć na czwórkową ferratę Finanzieri, zaległam przy komputerze. Mam zamiar potem pobuszować po sklepach, upichcić grzanki z kurkami i rokpolem i wydobrzeć.

    Niestety, według prognoz od jutra ma się zrobić marnie, więc odpoczynek może się okazać dłuższy niż potrzeba, ale gdybym dziś poszła na tę drogę, resztę pobytu spędziłabym na rehabilitacji. Albowiem Finanzieri to trasa czwórkowa, zawierająca między innymi drabinę o długości ok. 60 metrów (20 pięter - dodam dla ułatwienia) w absolutnym pionie i inne atrakcje.

 

A dolomicka pogoda jest niestety nieobliczalna, ale co zrobić...? 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Dolomity 2

wtorek, 28 sierpnia 2012 7:56
 

 

Dzień drugi. 26.08

Wstaliśmy nie z kurami, bo i po co się było spieszyć? Na rozchodzenie zaplanowaliśmy Pittlę Cir, która oznacza najpierw podejście pod ścianę ok.1 godziny, a samo wchodzenie ferratą to raptem 35 minut. Następne 40 min. to schodzenie na przełęcz Gardena.

 

Uzupełniam dla tych, co nie mieli do czynienia z ferratami - to słowo oznacza "drogę żelazną", czyli szlak po skałach wytyczony stalową liną, do której turyści przypinają się dwiema krótkimi linami (lonżami). Trzeba mieć więc swoją uprząż, a do tego kask, żeby nie dostać w głowę kamieniem.


    Od rana mieliśmy załamanie pogody. Co chwila nałaziły czarne chmury i lało jak z cebra.

Na szczęście mamy już doświadczenie  w temacie pogody dolomickiej, więc nie daliśmy się zniechęcić. Kiedy zaliczyliśmy Pittlę, zaczęło się zagęszczać. Zdążyliśmy zejść do schroniska kiedy sypnęło gradem, a potem sążniście lunęło.

   Na parkingu dopadła nas dziarska starsza pani, na oko 70+, która idealną niemczyzną zaczęła się dopytywać, czy byśmy jej nie zabrali do Korvarry. Nasza droga do domu wiodła przez Korvarrę, więc w sumie, czemu nie? Wprawdzie jeden z przyjaciół napomknął coś o reparacjach wojennych, ale nie pociągnął tematu:))

 

   Pani okazała się Niemką wysiedloną z Czech pod koniec wojny. Sportsmenka jeżdżąca na nartach i wspinająca się w górach (w tym wieku!), do tego zakochana w Dolomitach tak samo jak my. Z dużym przejęciem opowiadała o tym, jak zostali wyrzuceni z własnych domów pod koniec wojny, a w Niemczech do wszystkiego musieli dochodzić od zera. Na koniec prawie się popłakała kiedy zadeklarowaliśmy, że podwieziemy ją do hotelu, odległego o 2 km od szosy. Na zewnątrz wciąż lało strumieniami, a ona chciała dygać pod parasolem. Odpuściliśmy rewizjonistyczne zapędy i podwieźliśmy panią pod dom. Nie posiadała się z wdzięczności. A, niech idzie w świat informacja o szlachetności Polaków:))))

 

Dzień trzeci 27.08.

 

Wielebni dojechali w środku nocy i nawieźli znów przemysłowe ilości jedzenia. Mieli 13 godzin jazdy za sobą, ale od rana wszystkich ciągnęło w góry... Zwłaszcza, że dzień wstał cudny, lampa waliła po oczach, i chociaż temperatura nie przekraczała 12 stopni już wiadomo było, że idzie wyż.

 

   Nie można było zmarnować takiej pogody. Po jajecznicy złożonej z dziewięciu składników (jeden z wielebnych jest szczególnym hedonistą) wyruszyliśmy piechotą pod stację kolejki na Porto Vescovo. Wjechaliśmy na wysokość 2500 m i ruszyliśmy pod ścianę ferraty Trincee. Ta ferrata jest do zabicia, więc nie ma mowy żeby normalni wspinacze (tacy jak ja) się tam pchali. W 5-stopniowej skali trudności Trincee jest piątką.

 

   Ale moi towarzysze chcieli wypróbować zjazdy na linie i do tego ścianka początkowa na Trincee jest bardzo dobra. Chłopcy więc się wdrapali, pomagając sobie zębami i paznokciami, na półkę 10 metrów wyżej i zaczęli się szkolić ze zjazdów.

 

 

   Postaliśmy trochę dla towarzystwa, robiąc im zdjęcia. Spokój zakłócał tylko debil - tatuś, który usiłował zmusić do wejścia na TĘ ferratę dwoje ok. 11 letnich dzieci. Najpierw popłakał się chłopiec, więc mimo warczenia ojca, zszedł na dół. Potem to samo stało się z dziewczynką. Kiedy mamusia kręcąca to wszystko z dołu dostała w kamerę kamieniem, mieliśmy nadzieję, że wreszcie coś zrozumieją i sobie pójdą. Nic z tego. Zanim odeszliśmy tatuś zdołał jednak przekonać chłopca i wepchnął go na ścianę. Panie, ty widzisz i nie grzmisz!

 

Czas umilały nam za to świstaki, które w Dolomitach osiągają nieprzyzwoite rozmiary - wyglądają jak zające i buszują w odległości 15 metrów od hałasujących ludzi.

 

Kiedy zesztywniały nam już karki od gapienia się w górę, razem z przyjacielem ruszyliśmy w drugą stronę, granią nad Lago di Fedaia, z widokiem na ośnieżoną Marmoladę.

 

 

Czy kojarzycie film z Cherlize Theron i Edwardem Nortonem "Włoska robota"? Grupa włamywaczy kradnie z czyjegoś sejfu ładunek złota, a następnie jeden z nich (Norton) to złoto przejmuje, zabijając (na szczęście nie wszystkich) swoich towarzyszy. Ta scena rozegrała się właśnie na nasypie na Lago di Fedaia. Na zdjęciu to jest ten biały pasek z prawej strony jeziora.


   Na dole zjedliśmy pizzę, bo od 14.30 oczywiście kucharz poszedł na sjestę i tylko pizza była dostępna. Potem ja do komputera, chłopcy na zakupy, kolacja. I dużo wina:))

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Dolomity 1

niedziela, 26 sierpnia 2012 17:45

 

No i dojechałam. Właściwie  -liśmy, jako że jest nas pięcioro.

   Droga jak zawsze pełna niespodzianek i refleksji, chociaż pokonujemy ją piąty albo szósty raz... Poprzednio jeździliśmy przez przełęcz Brenner, która chociaż jest piękna, zapchana bywa do zabicia, zwłaszcza w soboty. A niestety nie da się jechać inaczej jak w sobotę, bo w soboty w całych Alpach odbywa się masowa MIGRACJA! Przypomina to „epokę lodowcową” – pół Europy pakuje klamoty i jedzie do, lub z ślicznych miejscowości alpejskich. Stoją po horyzont wszystkie szosy, bez względu na to, ile mają pasów. Zawsze mówiłam, że autostrady są przereklamowane...:)

 

   Więc i my wyruszamy w piątek, nocujemy gdzieś za Wiedniem, po to żeby w sobotę skoro świt karnie ustawić się w ogonku do Alp. Konkretnie – do Dolomitów.

Po drodze mamy ogromną przyjemność zjeść ostatniego sznycla w austriackim Gasthauzie i porozkoszować się zestawem surówek, których teraz przez dwa tygodnie nie uświadczymy. Austriacy mają tę przypadłość, że od ich bufetu sałatkowego nie sposób się oderwać i sznycel w zasadzie może iść się czesać. Nie wiem, jak oni to robią. Może to po prostu obfitość dodatków i sosów sprawia, że ze zwykłych bulw i bylin można skomponować orgiastyczną radość, niemal mistyczne przeżycie. Każdy mięsożerca wymięknie przy tak podanym zielonym.

 

    W drodze zawsze musi się coś wydarzyć. Jak nie zwykły 50-kilometrowy korek przed Brennerem, to chociaż lokalny wyścig kolarski w miejscowości, której nazwy nikt nie słyszał i nigdy nie usłyszy. Ponieważ jedziemy przez góry, droga jest jedna. A skoro jest jedna, to gustownie odziani Karabinieri są w stanie ją zablokować jednym podniesieniem lizaka, i godzina stania niewyjęta. Gorzej, że kiedy z góry już jadą auta i ambulans, czyli że wyścig się zakończył, nasi karabinieri rozpaczliwie usiłują się dogadać ze zwierzchnikami przez komórkę, a my... stoimy. Jak ten kraj ma się podźwignąć z kryzysu przy takiej organizacji...?

 

   Jadąc serpentynami z zawrotną prędkością 30-40 km/ha nagle tuż przed wykutym w skale tunelikiem, zastygliśmy w bezruchu. Małżonek pobiegł sprawdzić, co jest, i okazało się, że jeden z szalonych motocyklistów właśnie nadział się na sporego kampera. Tamten musiał wziąć większy łuk, żeby zmieścić się na zakręcie, a motocyklista grzał ile mu fabryka dała pod górę. Na szczęście skończyło się na nieszkodliwym upadku. Nikt nie ucierpiał, ale motor podnosiło trzech ludzi. To naprawdę śmiercionośne narzędzia, a tu na górskich drogach to już prawdziwe rydwany ognia, które przyprawiają kierowców samochodów o migotanie komór.

W tym tunelu miało miejsce to zdarzenie.

 


Chwalić Boga, po 15 minutach ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

    Potem już poszło gładko. Zameldowaliśmy się w biurze turystycznym, tam wręczono nam klucze do mieszkania, które będzie naszym domem przez najbliższe 2 tygodnie. Jak na tutejsze zwyczaje, mieszkanie jest wyjątkowo bogato wyposażone. W łazienkach stoi np. ze 6 rolek papieru toaletowego, czego dotąd nigdy nie uświadczyliśmy, więc zawsze zanim się zrobiło pierwsze zakupy na miejscu, był problem. Z balkonu mamy piękny widok na Dolomity, a wszystko to za 13 EUR od osoby za dzień. Chyba nie ma tańszego hotelu w Europie.

 

        Mieszkanie ma też wadę – zgodnie z eko-trendami wymusza na gościu segregację śmieci. Ale żeby tam rozdział butelek szklanych od plastikowych i papieru, to byłoby oczywiste...! Nie ma tak dobrze! Np. pojemniki plastikowe po jogurcie najpierw trzeba UMYĆ, żeby wrzucić do plastiku. Do pojemnika BIO można wrzucać filtry z kawą, ale kości kurczaka już nie. Papier tłusty i woskowany już do papieru nie należy, ląduje więc w koszu na inne odpady. Ba, zwyczajnie BRUDNY papier też nie zasługuje na miano papieru. Plastikowe talerze i sztućce nie są plastikiem, są nim za to plast. tubki, np. po paście do zębów. Chciałabym tylko wiedzieć, czy mogę je tam wyrzucić, skoro nie mogę ich umyć w środku! A włosy zebrane z grzebienia??  Do którego kubła? Itd...

 

   To naprawdę jest jakieś szaleństwo. W domu jest 8 (słownie osiem) pojemników na śmieci, a podejrzewam że i tak wszystko będzie lądowało w „pozostałych odpadach”. Nie zaryzykuję, że ktoś znajdzie w kuble na plastik moje pudełko po Masmiksie, w którym jest aluminiowa owiewka, w dodatku nie wymyta. Bo nikt mnie nie zmusi, żebym na urlopie szorowała puste opakowania po maśle czy twarożku tylko po to, żeby je umieścić w odpowiednim koszu! Mają tłumy bezrobotnych – to niech ICH posadzą do szorowania!

 

   Ostatnia przygoda z dzisiaj – widzieliście kiedyś bombaż na nowym słoiku z kawą rozpuszczalną? A zdarzyło się Wam nieostrożnie przekłuć tę folię na wysokości 1600 m n.p.m.? A mnie się zdarzyło... Pół kuchni, moje ubranie i podłoga pokryły się brunatnych pyłem... Chciałam urlopu – no to zaczęłam go od sprzątania:)) Ale poza tym jest cudnie:))

 

CDN :-)


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 202