Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844751
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Finanzieri nie znaczy kasa, czyli Dolomity 3

piątek, 30 sierpnia 2013 15:07

Nie do wiary… Siedzę na 2420 m w schronisku…, Gdzie tam w schronisku, to prawdziwy Restaurant jest!. I mam Wi-fi:)

 

No to opiszę, co było wczoraj, bo dużo się działo.

Przede wszystkim ranek przywitał nas ostrą lampą, niewidzianą od czterech dni. Spakowaliśmy więc manele i ruszyliśmy na dawno planowaną trasę, o wdzięcznej nazwie Ferrata dei Finanzieri.

Nazwa jest nieprzypadkowa, albowiem ufundowali ją przed laty finansiści pracujący w banku.

 

Dla osób, które nie znają Dolomitów krótka informacja – ferrata to szlak po skałach, ubezpieczony stalową liną, do której każdy wspinający się przypina się własną krótką liną, tzw. lonżą. Ryzyko spadnięcia dalej niż sięgnie lina – praktycznie zerowe. Lina rozciąga się na max. 1,5 metra.

 

Co nie znaczy, że nie można sobie zedrzeć facjaty o skałę, czy boleśnie obić kolan. Co na szczęście nam się jeszcze nie zdarzyło.

 

No to idziemy na tych „financjerów”. Start z kolejki na wysokości 2170 m. Szczyt góry Colac wypada na 2.715. Łatwo policzyć, trzeba zrobić ok. 540 metrów w pionie. Po ścieżce byłoby tego raptem 1,5 godziny, niestety, tu nie ma ścieżki…

 

I znów okazuje się, że zarówno opisy książkowe, jak wspomnienia tych co byli, całkowicie mijają się z prawdą. Miała być długa drabina i była. I na tym kończy się zgodność z opisem.

Bo po pierwsze drabina jest na pionowej skale, czasami odchylonej w złą stronę, czyli do nas, tzw. przewieszka...

Poza tym nie jest prawdziwą drabiną, tylko wbitymi w skałę stalowymi klamrami, mało przyjaznymi. Po trzecie ciągną się one i ciągną, najdłuższy odcinek ma chyba ze 20 pięter. W dół patrzeć – nie zaleca się.

    To czarne w dole, rozkraczone, to następny, rozsądny inaczej...

 

DSCN5847.JPG

 

Reszta to jedno wielkie drapanie po skale, która może i  jest chwytna, pozębiona i dobrze ubezpieczona, tylko kuźwa, wciąż pionowa… Zero wypłaszczenia, kawałka placu, żeby rozłożyć się relaksowo, zjeść kanapkę, ukoić stargane nerwy… Adrenalina kapie uszami, a tu wciąż tylko ta skała przed nosem…

  No dobrze, czasem trafi się całe pół metra pod butami i wtedy można się pogapić wkoło, porobić trochę zdjęć, skląć przewodnika, że znowu nakłamał i oszukał, i że to znów „nie tak miało być”…

 

A potem moment szczytowania, 15  minut relaksu (na Colacu jest parę metrów kwadratowych miejsca, poza sezonem nawet buty można zdjąć) i wypad na dół  rzeczone 540 metrów, tyle że już łagodniej.

Ale widoki...

 

DSCN5844.JPG

 

 

To białe w dole to stacja kolejki, do której musimy dojść...

 

DSCN5848.JPG

 

DSCN5860.JPG

 

A po paru godzinach kiedy napięcie odpuszcza, człowiek myśli, że w zasadzie fajna była ta trasa, tyle że zaskakująca. W przyszłości, jak Alzheimer zabierze mi pamięć, może pójdę na nią jeszcze raz. Tylko wezmę ze sobą notatki, żeby już nikt mi nie wmówił, że to taka relaksowa droga, tylko taką drabinkę ma…:)

 

A to jeszcze kozy z baranami w symbiozie... Im nic nie przeszkadza. Turysta obwieszony jak głupek sznurami i złomem z aparatem też... Ale co sobie o nas myślą..., tego można się tylko domyślać po ich minach...:)

 

DSCN5813.JPG

 

DSCN5811.JPG

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zmagania z przeciwnościami przyrody

środa, 28 sierpnia 2013 17:24

Jesteśmy tu już 4-ty dzień i jak na razie trudno mówić o satysfakcji.

Gdybyśmy przyjechali tu na spacery i basen, to mielibyśmy pełen komfort, bo wprawdzie jest dość zimno – 12 -16 stopni max., jednak wystarczy ruszyć pod górę, żeby zacząć się rozbierać z ciepłych ciuchów.

 

ALE MY NIE PRZYJECHALIŚMY TU, ŻEBY SPACEROWAĆ!!!

 

A na wspinanie na razie pogody żadnej. W miasteczkach i dolinach jest ładnie, ale wystarczy podejść na 2000 m (no dobra, podjechać kolejką..), żeby znaleźć się w gęstej chmurze, z której zaczyna kapać. No i jak tak pokapi z 10 minut, to skała jest totalnie mokra i “śliska jak brzuch ryby” i dalsze drapanie się w górę, zwłaszcza z perspektywą schodzenia w dół, jest szaleństwem.

  

   Tak więc generalnie zwiedzamy schroniska, w których serwują strudla z bitą śmietaną i wino grzane, więc jeśli po powrocie w nic się nie zmieszczę, to nawet nie będę nikogo brać na litość.

 

  Z nudów przyglądam się różnym ściennym tablicom. Na jednej z nich znalazłam opis dróg wspinaczkowych na moją ulubioną górę ROTWAND. Przypominam, że w ladino nazywa się ona RODA DI VAEL. Jedna z tych dróg nosi wdzięczną nazwę MOULIN ROUGE, a zaraz następna po niej, Nr 8 nazywa się ZENTRALLFRIEDHOF, czyli Cmentarz Centralny. 

 

DSCN5776.JPG

 

No, nic nie poradzę, że mnie te cmentarze prześladują!

 

Mieli fantazję ci, co nazywają te szlaki, prawda?

–     Dokąd się dzisiaj wybierasz?

–     A, chyba skoczę na Cmentarz Centralny... Tam jest dobra płyta - tak może jeden alpinista mówić do drugiego...

 

A propos, cmentarz z taką nazwą znajduje się w Szczecinie i jest podobno drugi w Europie po Pere Lachaise..

 

A na pociechę przyroda zafundowała nam popis tęcz. Oto jedna z nich:

 

DSCN5795.JPG

 

CDN


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Arabba (Reba)

niedziela, 25 sierpnia 2013 19:30

 

  No to jestem w urokliwym dolomickim miasteczku o dźwięcznej nazwie Arabba. Na szczęście meczetów tu jeszcze nie pobudowali, jest jedynie maleńki, typowo alpejski, czytaj – tyrolski – kościółek, otoczony pojedynczym rzędem nagrobków. Może to nienormalne zaczynać wspomnienia z wakacji od cmentarza, ale sami wiecie – na tym punkcie mam pewną obsesję

 

   A poza tym, co tu robić kiedy w koło dość szaro i mokro...?

 

Albowiem Arabba przywitała nas deszczem, co się nam ostatnio nie zdarzało. Uznałam to nawet za jakiś niewielki palec boży, bo szczerze mówiąc, marzyłam o tym, żeby chociaż przez jeden dzień nic nie robić. Ostatnie tygodnie były wykańczające, a może się po prostu starzeję i sydrom ostatnich godzin przed urlopem staje się coraz bardziej dokuczliwy...?

 

  Chociaż przepraszam! Czy nie miałam prawa być wykończona, jeśli mój kochany bank dwa tygodnie temu podwyższył mojej firmie kredyt, ale na dzień przed moim wyjazdem papiery nie były przygotowane do podpisu??

 

   Kiedy przed 15.00 przyszła informacja, że mogę jechać i podpisywać, myślałam, że zajmie to chwilę i będę mogła wreszcie zacząć się pakować.

 

  Niestety, albo ja żyję w Matriksie albo czasy się tak zmieniły, że ludzie mówią rzeczy kompletnie bez pokrycia i nawet im nie drgnie powieka. Mnie drgnęła, kiedy po godzinie siedzenia w pokoju spotkań wyszły na jaw trudności nie do ominięcia, które w zasadzie uniemożliwiały podpisanie tej umowy..! Więc kto kazał mi przyjechać i po co???

 

   Po następnych 2 godzinach negocjowanie, jak by tu ominąć niemożliwe do ominięcia przeszkody (a pakowanie leżało na łopatkach i wachlowało się mapą Dolomitów), dostałam wreszcie do podpisu papiery. W domu byłam o 19.00, ale nie ciesząc się wcale, gdyż a) pan z banku musiał jeszcze przyjechać do nas do domu i pobrać podpis mojego męża), b) mój szef musi korespondencyjnie złożyć podpis na innych kwitach, o których wcześniej nikt nie pomyślał.

 

  Pan przyjechał, a jakże, ale wyszedł zostawiając papiery na stole. Biegłam za nim w kapciach.

Godzinę później zadzwonił z pytaniem, czy nie wala nam się pod nogami czarna teczka. Walała się. Mogły w niej być ważne papiery, a on ją po prostu “zgubił”. Nie chciałabym, żeby ten pan był moim adwokatem, lekarzem czy doradcą finansowym. Mam jednak dziwne przeczucie, że za chwilę będą nas otaczali tylko tacy geniusze...

 

  Kiedy więc pan wyszedł ostatecznie, powiedziałam brzydkie słowo na “p”, na określenie co myślę teraz o pakowaniu. Wzięłam się za to na godzinę przed wyjazdem.

 

   Na szczęście podróż zleciała dobrze. Samolot do Wenecji, stamtąd auto, i po 2 godzinach zamiast po 1,5 doby byliśmy na miejscu. Koszt dla 3 osób – dokładnie identyczny, co 1400 km samochodem.

 

 Nie zmieniło to jednak faktu, że byłam wykończona i kiedy od rana pogoda uniemożliwiła jakąkolwiek wyprawę w góry, odetchnęłam z ulgą. Potrzebuję aklimatyzacji. Jesteśmy na 1600 m npm i wejście na 2 piętro powoduje sporą zadyszkę. No, to na to konto zwiedziłam cmentarz, który wydał mi się niemal równie pogodny, co rumuński Marry Cementary. Albowiem ma on jedną nietypową cechę – zdjęcia zmarłych (obowiązkowo na każdym nagrobku) zupełnie nie przypominają tu smutnych cmentarnych portretów, tylko obrazują zmarłych tak, jak ich pewnie zapamiętali bliscy. Począwszy od takich wesołych babuń

 

 image.jpg

 

image.jpg

 

image.jpg

 

a skończywszy na alpinistach w strojach “roboczych”.

 image.jpg

 

I to by było na tyle. Mój komputer z najnowszym Windowsem 8 nie reaguje na próby połączenia go z Wi-fi. Wszyscy się łączą, tylko ja nie! Muszę się dosiadać do cudzych laptopów.

 

Niech szlag trafi Windowsa, zwłaszcza jego najnowsze dziecko oraz Bila Gatesa. Amen.

  

CDN.


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Good bye...

sobota, 24 sierpnia 2013 10:14

Od tygodni z cichą satysfakcją odnotowywałam Wasze wyjazdy na urlop i za każdym razem myślałam: Oni już po, a to dopiero przede mną!

 

   Ale nastał TEN dzień i teraz ja pryskam.

Kierunek banalny, jeśli ktoś coś już o mnie wie - Dolomity.  Postaram się relacjonować ciekawsze wydarzenia na blogu "górskim", który nie bez powodu nazywa się "Za jakie grzechy...?" 

Adres podobny tylko bez kreski:

helenarotwand.bloog.pl.

 

Mam zamiar albo się drapać w górę (bez narażania życia) jak tu:

 

Dana1.jpg

 

 ...albo kontemplować widoki...

 

mgla.jpg

 

No to zaglądajcie do mnie czasem i nie gniewajcie się, jeśli zaniedbam przez chwilę Wasze blogi. JA WRÓCĘ!!!


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Ściana czyli Mur

środa, 21 sierpnia 2013 20:24

 images.jpg

 

Ach, ach...

   Przyznam się od razu – zaszalałam i kupiłam bilety na The Wall.

I wczoraj byłam na Narodowym, dokąd zwieziono kilkanaście TIR-ów sprzętu i gdzie przez 2 godziny grał ON.

   Roger Waters to przecież muzyka mojej młodości. Wychowywaliśmy się na Pink Floydzie, a The Wall z 1979 to była prawdziwa orgia. W filmie Alana Parkera z 82  r. wyobraźnia reżysera i grafików, którzy stworzyli do niego animację, przekroczyła wszelkie bariery. I TO BEZ KOMPUTERÓW!!! Oglądaliśmy to na szmuglowanych z Zachodu kasetach wideo, tak zjechanych, że czasem trudno było zobaczyć szczegóły. Ale już wtedy powalało na ziemię, zwłaszcza w kontekście naszej sytuacji w pół-komunistycznym kraju.

 

    Przez 34 lata (nie licząc koncertów promujących płytę zaraz po jej powstaniu) The Wall był wykonany bodaj tylko raz na koncercie w Berlinie, po upadku muru. To dopiero była symbolika! A potem znów zapadła cisza. Dwa lata temu koncert odbył się na łódzkiej Arenie, a teraz podróżuje po Europie. Był w Amsterdamie (sprzedano tylko połowę biletów, słabo), a z Polski wybiera się m.in. do Budapesztu, na Wembley i do Paryża.

 

Tu mur prawie zbudowany do końca...

DSCN5687.jpg

 

   Co mogę powiedzieć...?  Klatka piersiowa robiła za pudło rezonansowe... Basy dawały tak popalić, że dekolt mam jak obity bejsbolem. Dziwne, że nie widać siniaków. Torebka na kolanach dostała wibracji, więc wciąż miałam wrażenie, że ktoś próbuje się do mnie dodzwonić. Ogólnie wgniatało i już.

 

   Wrażenia wizualne – rewelacja, ale... leciutki niedosyt. Po zachęcających wypowiedziach Watersa, że dopiero dzisiejsza technika pozwala mu zrobić ten spektakl tak, jak na to zasługuje, apetyt był ogromny. Tymczasem potwierdziło się, że film Parkera sprzed 31 lat pokazał wszystko, co na temat tego utworu dało się powiedzieć. Lęki, cierpienie naszego  bohatera, a także ci wszyscy ludzie, chcący go zniewolić i zniszczyć... tego nie dało się lepiej przedstawić...

    Dzięki Bogu Waters też o tym wiedział, bo zachował większość najlepszych fragmentów, które wyświetlono na mozolnie wznoszonym murze. Współcześnie wyprodukowane sekwencje filmowe były też znakomite, ale choćby po “Katedrze” Bagińskiego  nie wpadamy już w taki bałwochwalczy zachwyt na widok komputerowych produkcji. 

   Jak lepiej można było pokazać zaborczą i władczą kochankę, która pochłania biednego mężczyznę jak modliszka...? Notabene wersja filmowa jest tak erotyczna, że ociera się niemal o pornografię. 

 

DSCN5680.jpg

 

   Rolę nauczyciela czy matki grały gigantyczne dmuchane manekiny. Wyglądały znów, jakby wyskoczyły z filmu Parkera.

 

DSCN5654.jpg

 

DSCN5668.jpg

 

   Za to Waters który zajął miejsce Boba Geldofa w roli charyzmatycznego przywódcy tłumu, był niesamowity. Świetna stylizacja na dyktatora, siła bijąca z ruchów tego 70-letniego faceta, naprawdę imponowała.

 

DSCN5712.jpg

 

Ale cała sekwencja “wojenna” znów oparła się na fragmentach filmu Parkera, bo tego nie dało się lepiej pokazać.

 

DSCN5701.jpg

DSCN5716.jpg

 

DSCN5723.jpg

 

DSCN5726.jpg

 

DSCN5676.jpg 

   Wciąż zastanawiamy się, czy to możliwe żeby Waters w tym wieku był w stanie wyśpiewać prawie dwugodzinny spektakl bez cienia zadyszki, nawet biegając po scenie. Wygląda wprawdzie porażająco zdrowo, ale nie chce się wierzyć, że głos nie zmienił się przez 34 lata. A brzmi tu identycznie jak na płycie...

Ale mówiąc szczerze, jest mi to obojętne. Za to co stworzył przed laty, wybaczam mu nawet jeśli śpiewał z playbacku.

 

DSCN5673.jpg

 

I chyba nie tylko ja. Na Narodowym sala była wypełniona po sufit.  Myślę że jakieś 50 tysięcy ludzi najechało. Organizatorzy woleli nie ryzykować kolejnej wpadki i zawczasu zamknięto dach. I całe szczęście. Kiedy o 22.30 wracaliśmy do domu, samochody ociekały deszczem...

 

Przepraszam za jakość zdjęć ale nie wolno było wnosić na stadion lepszego sprzętu, poza tym w imieniu Watersa poproszono, żeby nie korzystać z lampy błyskowej. To zawęziło niestety opcje.


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 751