Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844728
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Marmolada to nie dżem. CZ.3 Dolomitów

sobota, 30 sierpnia 2014 17:42

 

Szczegóły bardziej techniczne, dotyczące szlaków i wspinaczek dostępne na moim „górskim” blogu:www.helenarotwand.bloog.pl  

 

    Dziś wstaliśmy nieco wcześniej,  bo chcieliśmy zrobić ferratę na Marmoladę. No co, nie ja tak głupio nazwałam najwyższy szczyt Dolomitów! 3343 metry. Ja z definicji miałam zostać na przełęczy i wrócić do kolejki, a potem przeskoczyć przez jedną górę pieszo i wrócić do domu. Jak się popatrzy na mapę, to Marmoladę z naszego miasteczka mamy w zasięgu ręki. A autem trzeba dmuchać ze 25 km po serpentynach.

 

    Na przełęcz Pian Fiacconi (2625) wjechaliśmy absurdalnymi koszykami, do których wskakuje się w pędzie i w pędzie wyskakuje. Nie wiem, jak dają sobie radę np. niemieccy emeryci, których jest tu zatrzęsienie. 

 

Marmol10.jpg

 

Marmol,7.jpg

 

  W schronisku wypożyczyliśmy raki i bez strudla ani grzańca na dzień dobry pognaliśmy na szlak. 

    Schronisko jest brzydkie i taka sama jest okolica. Na 2625 prawie nie ma życia, nawet muchy wyzdychały. Widocznie ktoś im powiedział, że tu jest mało tlenu. Wokół rozciąga się księżycowy krajobraz, tylko nad nami górują czapy śniegu, po których przyjdzie nam za chwilę iść.

 

Marmol..jpg

 

    Po ok. godzinie dochodzimy do miejsca, gdzie zaczyna się śnieg. Trzeba założyć raki, w których nigdy jeszcze nie chodziłam. Stopa wygląda jak chiński smok z kłami.

 

Marmol.5.jpg

 

  Idzie się w nich dziwnie, ale generalnie dobrze. Miękko wchodzą w śnieg, nie trzeba sobie wydeptywać miejsca butem przy każdym kroku. Przed nami szło trochę osób, więc mogliśmy dreptać po ich śladach. Mój mąż związał nas wszystkich liną, bo wciąż pamięta, jak kilka lat temu w tym miejscu wielebny zjechał kilkaset metrów na dupie i prawie złamał rękę.

 

Marmol 12.jpg

 

   Szliśmy  powoli, ale mimo to zadyszka towarzyszyła nam przez cały czas. To w końcu 2800 m. Jak by powiedział Kramer na Vabank 2: „A powietrza coraz mniej...”

 

Marmol 11.jpg

 

Tą ścieżką wydeptaną w śniegu podeszliśmy na prawo pod skałę.

 

Marmol6.jpg

 

 Po osiągnięciu celu wyprawy spokojnie schodzimy do schroniska.

  

Marmol.4.jpg

 

  Napiliśmy się białego wina, tymi kretyńskimi koszykami zjechaliśmy w dół do Fedai, a tam zasiedliśmy w knajpce na golonce (!). Była niebiańska, ani deka tłuszczu, mięso się rozpływało. Obsługiwała nas Polka.

 

CDN


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Dolomity cz.2, różności

czwartek, 28 sierpnia 2014 13:09

 

 Szczegóły bardziej techniczne, dotyczące szlaków i wspinaczek dostępne na moim „górskim” blogu:www.helenarotwand.bloog.pl   

 

Drugi dzień „rozchadzania” się był chyba łatwiejszy, niż pierwszy. Zgodnie ze starożytnym zwyczajem pojechaliśmy na przełęcz Gardena, skąd zwykle startujemy na łatwą i krótką ferratę Pittla Cir. Wysokość 2520 m, phiii...     

   Podejścia tylko 400 metrów w górę, phiii... Cała trasa zajmuje leniwym tempem jakieś 2,5 godziny w obie strony.

 

   Zajeżdżamy na parking a tam – niespodzianka. Od przełęczy po trawiastym zboczu puszczono nowy wyciąg. Żeby się cepry nie musiały trudzić i podchodzić tych marnych 40 minut do najbliższego schroniska (a tam  „schroniska” – knajpy po prostu!), to teraz mogą sobie wjechać.

   Myślałam że śnię, kiedy moje towarzystwo w ilości czterech głów zaordynowało, że my też pojedziemy! Święci Pańscy! Normalnie to harpagony lecą na tę Pittlę na deser, jak już zaliczą jakiegoś sąsiedniego Grand Cira, a tu ONI wjadą 150 m KOLEJKĄ!

   Ale cóż, mus to mus. Nie ukrywam, że łażenie po ceprostradzie  trasą jak do Morskiego Oka mnie też nie rajcowało,  więc pojechałam bez opierania się.

   A na górce, zamiast dziarsko ruszyć w drogę, towarzystwo uznało, że... pora na strudla! No, ja myślę, 10.00 rano to wymarzona pora na strudla!

 

I tak to zaczęliśmy nasz sezon.

Szlak zajął nam więc jedną 1 godzinę w górę i 45 minut w dół. Reszta dnia to łażenie po sklepach, przygotowywanie obiadu i odsypianie (wielebni) całonocnej podróży.

Ja zafasowałam daszek od słońca w kolorze tak zaj..., odblaskowo czerwonym,  że jak się zgubię w górach, to mnie satelita wypatrzy bez GPS-a.

 

daszek.jpg

 

Na trzeci dzień postanowiliśmy ruszyć się bardziej ambitnie. Panowie polecieli na dość trudną (mówi się „wymagającą”) ferratę Sandro Pertini, a ja obeszłam masyw od drugiej strony i wlazłam do schroniska Stevia na wys. 2312 m szlakiem.  A po drodze takie widoki...

 

Kapliczki w skale to norma.

SP8.jpg

 

pejzaĹź1.jpg

 

pejzaĹź2.jpg

 

   Po raz kolejny zaatakowały mnie owce. Czekałam na 2312 m w schronisku Stevia i kiedy mi się znudziło czytanie Newsweeka, wyszłam chłopakom naprzeciw. Ale poszłam w złą stronę, tam gdzie urzędowały barany z owcami. Tak brzydkie, z pyskami jak u bullterierów, że aż piękne.

   Zachwycona zrobiłam im parę sweet-foci, ale one nie potraktowały tego jako szansę na lans, tylko zaczęły na mnie warczeć. Potem ruszyły w moją stronę. Rogów wprawdzie nie zauważyłam, ale miny miały srogie.

No to udałam, że mnie nie interesują i poszłam,  a one wreszcie też zrezygnowały.

 

owce.jpg

 

owce2.jpg

 

Na płaskowyżu Forcella San Silvester (2280 m) stoi drewniany krzyż z bardzo smutnym Chrystusem. Wprawdzie panoramy stamtąd roztaczają się obłędne, ale samotność, zimno i wicher, ani nawet to, że jest bliżej nieba, chyba mu tego nie rekompensują...

 

krzyĹź.jpg

 

U podnóża w skale widać resztki XIII-wiecznego zamczyska Wolkenstein, zawieszonego jak orle gniazdo w ścianie Stevia na wys. 1600 m. Niestety lawina skalna która zeszła z gór zniszczyła niemal całą budowlę. Odbudowano go , ale potem znów popadł w ruinę. Została fasada i nieco środka. Dochodzi się tam z miasteczka Selva di Gardena.

 

Zamek3.jpg

 

zamek2.jpg

  

CDN


Podziel się

komentarze (7) | dodaj komentarz

Dolomity cz 1.

niedziela, 24 sierpnia 2014 20:48

 

   No to J-23 znowu nadaje.

Tym razem internet działa, wprawdzie z zacięciami, ale do zniesienia.

   Przylecieliśmy w sobotę do Mediolanu. Odprawa (zrobiona wcześniej przez internet – ach, ta technika!) poszła szybko. Potem kawa w Sharku, BEZ CROISSANTA, na którego może i miałam ochotę, ale nie dałam po sobie poznać.

    W samolocie małe winko za 10 zł (zamiast za 36 na lotnisku). No wiem, że na lotnisku była 7.00 rano, ale i tak uważam to za poświęcenie.

Kanapki z czarnego chleba wzięte z domu posłużyły lepiej niż batoniki czy tostowy badziew do kupienia..

     Wylądowaliśmy planowo ok. 10.00. Panienka zawiozła nas do biura rent a car, gdzie za paskarską cenę (od ubiegłego oku ceny skoczyły o 50 %, chyba kryzys się kończy, psiakrew!) pobraliśmy Forda C-max. Bardzo dobrze się sprawuje, płynie na autostradzie.

     Po drodze przystanek w Brescii, którą małżonek chciał nam koniecznie pokazać. Lało w drodze, więc pod parasolem obeszliśmy rynek, i najważniejsze obiekty. Dziwne pomieszanie stylów, monumentalizm (w końcu to było "miasto Mussoliniego")  z klasyką, i to począwszy od starożytnych Rzymian.

 

 

Brescia1.jpg

 

Brescia2.jpg

 

Brescia3.jpg

 

   Mieszkanie w Arabbie nie zmieniło się od ub. roku. Jest tak samo sterylnie czyste, czyli pozbawione wszystkiego, co przyjezdnemu może się przydać – soli, cukru, oleju, ścierki do naczyń czy MYDŁA! Wszystko sobie człowieku kup w ilości oczywiście znacznie przekraczającej twoje potrzeby! Co roku się wściekam na to samo, bo w Austrii to jest nie do pomyślenia. Jeśli człowiek wynajmuje mieszkanie, to nie musi niczego kupować z takich dupereli. Zawsze zostaje coś po poprzednich gościach i nie ma możliwości, żeby zaczynać pobyt od latania po sklepach, bo nie ma się czym umyć.

 

   No nic, jest jak jest. Widok z okna rekompensuje te dziwne zwyczaje. Pogoda dała nam pożyć, przynajmniej na początek.

 

   Następnego dnia postanawiamy się rozchodzić i zaaklimatyzować. Myślałam, że śpimy na 800 m, a tu jest 1600! Nic dziwnego, że dostaję zadyszki wchodząc na II piętro.

   Wjeżdżamy kolejką niemal spod domu na 1930 m. Tam zamierzaliśmy zrobić długi spacer granią, niestety szlak schodzi ostro w dół do następnego schroniska. No, naprawdę nie planowaliśmy tego, Wysoki Sądzie, ale skoro już tak wyszło, to trzeba było spełnić powitalne bombardino. Czemu ono jest takie dobre i kaloryczne, i na ciepło, z bitą śmietaną...? 

 

bombardino.jpg

 

   Potem stwierdziliśmy, że naprawdę wstyd byłoby zakończyć proces aklimatyzacji na 20-minutowym spacerze, więc ruszyliśmy pod górę, do schroniska Keiser Huette na 2076 ( a nie 2160 jak podają mapy). Szło się nieźle, bo było ciepło, ale nie upalnie. Droga na pewnym odcinku była w przebudowie, ale przedarliśmy się przez błoto i po 50 min. byliśmy na górze. Widoki obłędne, na większości szczytów niestety leży śnieg, choć to jeszcze sierpień. Dziwne to lato, latoś...

   Co to oznacza dla nas na przyszłość – nie mam pojęcia. Okaże się jak podejdziemy pod szlaki. Może trzeba będzie raki wypożyczać..?

 Gdyby nam się chciało, za następne 1,5 godziny wleźlibyśmy na To na górze. tam jest Kostner (schronisko), do którego zazwyczaj wjeżdżamy kolejką, objeżdżając kawał Dolomitów naokoło.

 

Kostner.jpg

 

Ale nam się nie chciało. Woleliśmy się pogapić na inne pasma.

 

Alpy.jpg

 

    Marmolada przysypana jeszcze bardziej niż zawsze. Pewnie odpadnie jedna z tras, bo można tam teraz pobłądzić. A co tam, mam 39 innych na liście...

 

Marmolada.jpg

 

CDN


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Znikam na chwilę..

czwartek, 21 sierpnia 2014 11:19

 

  Moich miłych czytelników przepraszam i żegnam na 2 tygodnie.

To znaczy, jeśli tym razem komputer nie odmówi współpracy, będę starała się umieszczać jakieś relacje i zdjęcia sukcesywnie, ale po zeszłorocznych doświadczeniach niczego nie można być pewnym.

 

   Jadę – tradycyjnie o tej porze roku – w Dolomity. Liczymy na przyzwoitą pogodę, bo jak leje, czy chociaż siąpi, to kiepsko się wisi na tych stalowych linach, czyli via ferratach. Jeśli ktoś chciałby mnie wypatrzyć w Google Earth wiszącą, to niestety, nie jestem w stanie określić miejsca operowania. Albowiem na liście mam opracowanych ok. 40 tras, rozrzuconych po całych Dolomitach, A ONE SĄ, KURNA, DUŻE...

 

  Liczę na piękne zdjęcia, bo czymże byłyby te wyprawy, gdyby nie można było potem poszpanować przed Wami i rodziną? :-) Liczę na takie mrożące krew w żyłach ujęcia jak to:

 DSCN5990.JPG

 

choć akurat to miejsce w realu można było uznać za  relaksowy spacer.

 

Znów pewnie będę przeżywać stres, że jestem za gruba, skoro nie mogę się zmieścić w kominie:

 

 DSCN6049.JPG

 

Liczę na bajeczne widoki, w końcu przecież nie na darmo Dolomity zostały zaliczone do Dziedzictwa Światowego UNESCO.

 DSCN5848.JPG

 

DSCN5814.JPG

 

   A przede wszystkim przez dwa tygodnie nie będę oglądać wiadomości. Co w połączeniu z oddechem od pracy powinno mi dać siły do dalszej walki ze światem.

 

   Albowiem Straż Miejska nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa...


Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Defilada czyli cud nad Wisłą

piątek, 15 sierpnia 2014 18:15

 

   Nie znam się na wojsku nic a nic. Chociaż pochodzę z oficerskiego domu, armia nigdy nie była obiektem mojego zainteresowania. Swoją militarną edukację zakończyłam na strzelaniu z procy, ewentualnie z łuku. I chociaż w domu zawsze była broń, nigdy nie odważyłam się jej użyć.

   Pamiętam jak dawno temu przebywając z rodzicami w letniskowym domku miałam odebrać z PKS-u mojego małżonka. To wymagało jednak przejechania w absolutnych ciemnościach ok. 8 km gęstym lasem. Przed wyjazdem mój tata wręczył mi zgrabnego colta (nie śmiać się, to nie western) i poinstruował: „Jeśli ktoś lub coś zagrodzi ci drogę, odkręcasz szybę na 2 cm, wystawiasz lufę i pytasz, o co chodzi”.

Na szczęście udało mi się dojechać i wrócić bez konieczności sprawdzania swoich nerwów.

   Albowiem: JEŚLI NOSISZ BROŃ, TO MUSISZ BYĆ GOTÓW JEJ UŻYĆ.

 

  Ale ja nie o tym...

  No więc na armii się nie znam, i niespecjalnie chciało mi się jechać na defiladę z okazji Dnia Wojska Polskiego 15 sierpnia. Ale małżonek napierał, no to pojechaliśmy. 

   Wskutek kompletnej dezinformacji w prasie zaczęliśmy  od d... strony, czyli kilometr za miejscem w którym kończył się cały konwój. Żeby więc zobaczyć kwiat polskiej armii wraz z przyległościami,  gnaliśmy przepychając się brutalnie przez gęstniejący tłum w stronę pomnika Piłsudskiego, pod którym miał przemawiać Prezydent. Tam zaczynała się też cała procesja.

 

   Kiedy zziajani doczołgaliśmy się wreszcie do punktu startu, Prezydent kończył przemawiać, a nad głową zrobiło się głośno. Pogoda pozwoliła wykonać pierwszy punkt programu, czyli powietrzną paradę naszych najlepszych obiektów latających.

Pochwalcie mnie za refleks, bo sprzęty owe pojawiały się nad moją głową na ułamek sekundy w dziurze między drzewami i leciały dosyć szybko.

 

P1050497.jpg

 

P1050496.jpg

 

P1050493.jpg

 

P1050492.jpg

 

P1050488.jpg

 

P1050480.jpg

 

   A potem ruszyły formacje piesze, konne i zmechanizowane. Było co podziwiać. Zobaczyłam wreszcie te legendarne czołgi Leopard, których nie był w stanie udźwignąć żaden most na Wiśle, dopóki nie zbudowali Mostu Północnego. Masa bojowa – 62 tony. Teraz już przynajmniej jest którędy ruszać na Moskali!

 

P1050476.jpg

 

P1050586.jpg

 

   Większość tego sprzętu obejrzałam sobie dopiero w domu na zdjęciach, które mój mąż zrobił wyciągając się w górę i strzelając na oślep. Z powodu nieprzebranych tłumów nie mieliśmy żadnych szans zobaczyć tego wszystkiego na żywo. Ja miałam centralnie przed oczami pupę jakiegoś 3-latka, siedzącego na ramionach u ojca. Miałam nadzieję, że nie puści bąka...

 

Widzieliście kiedy taką lufę???

 

P1050603.jpg

 

A to reszta do lufy;

 

P1050611.jpg

 

P1050542.jpg

 

P1050521.jpg

 

P1050478.jpg

 

   I cóż, człowiek czuje jednak jakąś dumę, że mamy tak pięknie uzbrojoną armię. Nie dziwię się, że mali chłopcy chcą być żołnierzami. Jak patrzę na ten cały osprzęt, to czuję atmosferę jak w amerykańskim wysokobudżetowym filmie, jakimś Universal Soldier, czy coś. Nie wiem, co skrywa się pod tą maską, ale to z pewnością muszą być jacyś piękni mężczyźni... :-)

 

P1050470.jpg

 

P1050471.jpg

 

P1050472.jpg

 

P1050467.jpg

 

 I drony.

 P1050617.jpg

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 728