Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014137
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Pociąg do wulkanów

środa, 28 września 2011 8:53

 

   Ten koniec  świata może być bardziej prozaiczny, niż myślimy. Wystarczy, że wybuchnie superwulkan, np. w Yellowstone, jak to pokazano w filmie „2012”. Jest to mało prawdopodobne ale absolutnie niewykluczone.


   Wulkany w ogóle są fascynujące. Pierwszy, o który się otarłam w 2003 roku podczas wycieczki na Sycylię, był jak najbardziej „żywy”. Mieszkaliśmy wówczas w Fondachello, niedaleko Etny. Któregoś wieczoru usłyszeliśmy wesołe strzelanie, jak na wiwat. Pierwsze skojarzenie – niezła imprezka w okolicy. Strzelanie jednak trwało przez następne 4 godziny, w dodatku taras i parapety w naszym wypucowanym ośrodku pokryły się szarym pyłem.

   Kiedy ściemniło się, wyszliśmy zaczerpnąć świeżego powietrza i niechcący zauważyliśmy, że to jednak nie było strzelanie na wiwat, tylko regularna erupcja wulkanu. Z odległości 35 kilometrów znakomicie widoczna była lawa, spływająca po zboczu Etny. Najpierw jedna gruba rzeka, potem rozdzielająca się na szereg wąskich strumieni. Widok był powalający. Przyznaję, że szliśmy spać z mieszanymi uczuciami. Głupia to świadomość, że może obudzimy się przysypani warstwą lawy i popiołu i odkopią nas za 100 albo 1000 lat. To się nazywa: zatrzymać proces starzenia! Nie znam lepszego kremu przeciwzmarszczkowego.

 

 


   Rano lawy nie było, za to cały teren zasypany był grubą warstwą popiołu. Z Etny walił słup dymu, a ona sama złowrogo pomrukiwała.

 


   Podczas tego samego wyjazdu postanowiliśmy popłynąć na wyspy Eolskie, żeby min. obejrzeć regularne erupcje na wyspie Stromboli. Spóźniliśmy się jednak na statek, więc popłynęliśmy na Vulcano, na której – nomen omen, stoi wulkan. W dodatku też czynny, tzn. wybuchający średnio co 100 lat. A że ostatni raz wybuchł 98 lat temu, aż się prosiło...


    Nie zważając na potencjalne niebezpieczeństwo wdrapaliśmy się na koronę wulkanu. Na dnie głębokiego krateru ktoś napisał 3 litery: MER... Może chciał napisać MERDE!, ale nie zdążył.

    Ziemia upstrzona była plamami z żółciutkiej siarki, a wszędzie dymiło i śmierdziało dwutlenkiem siarki i zgniłymi jajami. Ciekawski małżonek poszedł dalej i zniknął mi z oczu. Po długiej chwili wreszcie wytoczył się z trujących oparów, całkiem zamroczony. Na szczęście przypomniał sobie, że lekarstwem na SO2 jest mokra szmata, więc owinął głowę własną przemoczoną koszulką. To mu uratowało życie.

 


 


 

 

No, to ten wulkan był średnio „żywy”.


    Trzeci wulkan, na jaki udało mi się wleźć był ogromny, pokryty częściowo lodowcem, więc z daleka wyglądał jak wielka łaciata panda. Taki sobie pagór, najwyższy w Afryce.

 

 

Wschód słońca nad Kili. Wysokość 4600 m.n.p.m.


   Ostatnia erupcja miała miejsce wiele tysięcy lat temu, zostały po niej szalone formy, wieże, pieczary i słupy powstałe z zastygłej lawy. Roślinności w tym miejscu nie uświadczysz. Spory jest, ma prawie 6.000 metrów wysokości, ale jest bardzo nieżywy, a z nieboszczykami kiepsko się gada... Zero emocji.

 



Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Dom z duszą albo z duchami, czyli urok staroci.

niedziela, 25 września 2011 17:12

 

   Kiedy Melchior Wańkowicz przeprowadzał się do nowego domu, marzył o tym, żeby ten dom od razu był stary. Żeby na przykład jeden stopień w schodach zawsze skrzypiał, kiedy się na niego stąpnie, a jedna deseczka w podłodze była wiecznie obluzowana.


   Czy stary dom z duszą zawsze jest lepszy od nowocześnie wyposażonego, klimatyzowanego i sterylnego apartamentu? Oczywiście, rzecz gustu. Jak ze wszystkim, jeden woli persa, drugi dachowca. Jeden wybiera żonę, drugi mamusię.


   Pomyślałam o tym kiedy jechałam w delegację do Krakowa i musiałam zarezerwować hotel. Zazwyczaj wybierałam po prostu IBIS, ze względu na jego dobre położenie blisko Starówki, ale też klimatyzację, nowe łazienki i masywne drzwi do pokoju, zamykające się jak wrota olbrzymiej kasy pancernej, z wsysem prawie. Dzięki temu do środka nie dociera hałas z korytarza, a odgłosy Anglików balujących na Rynku, a także tego pana z trąbą zostają na zewnątrz, za szczelnymi oknami.


    Jednak któregoś razu z różnych powodów zaklepałam sobie miejsce w starym hotelu na ul. Szerokiej, czyli w sercu Kazimierza. Zapowiedź autentycznej żydowskiej kuchni, klezmerów grających na żywo i oddechu prawdziwej historii wprawiły mnie w stan niezdrowego podniecenia. Rzeczywistość jednak przyniosła szereg niespodzianek.

   Schody zaczęły się... na schodach. Oczywiście w hotelu nie ma windy, zaś mój pokój znajdował się na najwyższym, bodaj 3-cim piętrze. Ale co to były za piętra! Pokonanie każdego stopnia z ciężką walizą przypominało wchodzenie na taboret. Sufity były tak wysoko, że ginęły gdzieś w górze, jako że półmrok panujący na korytarzach był zupełnie XIX-wieczny. Jakby wciąż używano tu lamp naftowych...


    Czułam się jakbym już zdobyła Machu Picchu, kiedy wreszcie dotarłam na miejsce. Wańkowicz zapłakałby z radości. Podłoga skrzypiała przy każdym kroku a przez nieszczelne i wypaczone okna wciskał się nieludzki upał. Pokój wypełniał hałas ulicy, zwłaszcza dzwonki tramwajów. Do kompletu miałam jeszcze zapach starego strychu, naftaliny i myszy.


   Wszystko tu do siebie pasowało: ciężkie zakurzone zasłony, przepaściste szafy, spracowane materace na drewnianych łożach... Tylko ja nie pasowałam do tych wnętrz. Próbowałam sobie to racjonalizować, powtarzałam: rozkoszuj się tą autentycznością, jesteś w samym sercu starego Krakowa. Tu nie ma dywanów z Ikei, ani plastikowych okien, za to jest duch Chagalla i jego fruwających kóz.


 I nie mogłam. Przez pół nocy nie spałam, zastanawiając się, czy to chrobotanie co słyszę to mysz, czy Biała Dama. Do tego byłam głodna, bo żydowska kuchnia, jak się okazało, zupełnie mi nie podeszła.


   Niestety. Żadna siła nie przekona mnie, że „dom z duszą” jest wartością samą w sobie. Człowiek się za bardzo ucywilizował i pewne warunki są po prostu niezbędne do życia. Prawdziwej historii szukam w zamkach, kościołach i na cmentarzach, a do mieszkania muszę mieć jakieś minimum komfortu. Nic na to nie poradzę.


   Oczywiście, pokazuję tu dwie skrajności. Wiem, że istnieją stare domy, które mają i duszę i klimatyzację, XV-wieczne belki stropowe i hermetyczne okna (choć za to konserwator zabytków zapewne by zabił), szafy gdańskie i  wu-cet  ROCA. Ale jeśli mam wybierać między tymi skrajnościami, wybieram IBIS. Przynajmniej w nocy cicho, bez duchów i latających kóz...


PS. W Dolomitach też czasem budują tak:

 

 

Albo tak:

 


 

Tyle że tam jakby łatwiej znaleźć coś do mieszkania pomiędzy tymi stylami.

 

PPS. Wróciłam z weekendu w lesie, gdzie było zatrzęsienie grzybów. Zwłaszcza jedne były takiej urody, że nie mogłam się im oprzeć. Lecę zrobić mężowi w śmietanie. Niech poje biedaczek.

 

    



Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Już naprawdę kończę z Dolomitami

środa, 21 września 2011 21:48

 

   Sama kiedyś napisałam, że nie ma gorszej rzeczy niż zostać posadzonym w fotelu i zmuszonym do oglądania zdjęć z czyichś wakacji. Zwłaszcza, jak ktoś ma ich 500. Albo 5000. A tymczasem wciąż męczę Was migawkami z tego cudnego miejsca, gdzie wszystko jest na opak.

   Owce wyglądają jak bulteriery, krowy mają futro w uszach, a kozy... sami zobaczcie jak pozują na wysokości 2200 m. Nie tylko niczego się nie boją, odwrotnie niż kozy tatrzańskie, ale są wręcz bezczelne. Jedna próbowała mi zjeść obrączkę, druga futerał od aparatu. Żebrzą też bez skrępowania.


 

 

 

 

    Język też jest tu postawiony na głowie. Sued Tirol, czyli Południowy Tyrol posługuje się głównie niemieckim, lub wyuczonym włoskim. Ale językiem najczęściej używanym jest ladino, czyli miejscowy dialekt, w dodatku inny w każdej dolinie. Nikt nie może powiedzieć o sobie, że zna ladino. Musi dodać, z której doliny.


   Nawet dziś w erze pięknych szos, poprowadzonych serpentynami na przełęcze na wysokość naszych Rysów, przejazd z jednej doliny do drugiej zajmuje godzinę. 33 tornanti (czyli zakręty w kształcie agrafki) w górę i tyleż w dół. Jak więc ludzkość miała się komunikować w dawnych czasach, bez szybkich samochodów i utwardzonych dróg? Języki rozwijały się swobodnie nie zważając na reguły obowiązujące za najbliższą górą. Skutkiem tego są takie cuda jak „Cesa de pompieres”, albo „Stu da feck”, albo „Vigili del fuoco”. Wszystko oznacza to samo: Straż pożarna.

A kto odczyta, co oznacza ten cytat ze św. Jana? Takie rzeźby wiszą na skałach jak u nas Droga Krzyżowa.



 

   Albo takie oznakowanie przełęczy, która w ladino nazywa się JU DE FRARA, po niemiecku Groedner Joch, a po włosku Passo Gardena. A wszystko w jednym państwie, ba, w jednej dolinie! Można dostać lekkiej schizofrenii, naprawdę.

 

 

 

   W Dolomitach wszystko jest możliwe. Można na chwilę zostać duchem. Wystarczy wejść do tunelu wykutego w skale podczas I wojny św. i być kreatywnym.

No dobra, pomachać trochę głową z założoną na kask czołówką...Ja to ta z prawej.



 

I to by było na tyle. Sami jesteście sobie winni;-)



Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Punkt widzenia

niedziela, 18 września 2011 10:07

  

   Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia - Teza banalna do bólu, ale mało jest równie trafnych porzekadeł. Przykłady można mnożyć bez końca, np. poglądy zmieniają się w zależności od siodełka - czy jest rowerowe czy samochodowe, czy się jest kierowcą, czy pieszym,  pracodawcą, czy pracownikiem itp.

 

   Ja odczułam to dobitnie kiedy któregoś dnia o godz. 8.05 przyszłam grzecznie na wizytę do endokrynologa, do którego zapisałam się parę tygodni wcześniej. Niestety prywatnie, na państwowe szans nie było.

 Wizytę miałam mieć o 8.15, ale pod drzwiami już czekały 4 panie! Okazało się, że część ma zamiar wejść "między pacjentami", bo im "doktor kazał przyjść". Ponieważ przychodząc rano i tak zarywałam kawałek dnia pracy i na więcej nie mogłam sobie pozwolić, zapałałam świętym oburzeniem. Mimo to ze dwie pacjentki zdołały się przede mną wcisnąć. Trzeciej nie oddałam pola, tylko z pełną determinacją wparowałam do gabinetu, złorzecząc pod nosem tym, co to bez kolejki...

 

    Miły pan doktor zalecił badania USG i zapytał, kiedy chcę przyjechać, może jutro? Szczęśliwa, że tak sprawnie to tutaj idzie, potwierdziłam że i owszem, z przyjemnością, na 15.00 zdążę.

 

    Następnego dnia już w rejestracji zrozumiałam, że teraz to ja jestem nielegalna, ponieważ do doktora na USG oficjalnych terminów nie ma przez następne parę tygodni. Tak więc usiadłam pod gabinetem cicho jak myszka wśród innych 4-ch pań, modląc się, żeby nie zaczęły sprawdzać, kto na jaką godzinę jest zapisany. Całe szczęście, że doktor jest mistrzem szybkości, więc w planowanym czasie zdąża przebadać dwa razy tyle pacjentek niż ma zapisanych. Ale często nie jest tak różowo, powstają duże opóźnienia i wtedy człowiek klnie na dziadowską obsługę za prywatne pieniądze, kiedy musi czekać mimo oficjalnie wyznaczonej wizyty.

 

No, chyba że sam przyszedł "między pacjentami"...

 

 PS.  A tak na marginesie, wizyta u tegoż pana z pełnym badaniem trwała krócej, niż zaparkowanie samochodu i wypisanie kwitu nań. Tyle samo trwało wykonanie dwóch USG. Trzecia wizyta była równie krótka a zawierała pobranie materiału do cytologii i wystawienie recepty... To jest dopiero Struś Pędziwiatr! Gdyby wszyscy pracowali w tym tempie, problem służby zdrowia dawno by się rozwiązał.

 


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Jeszcze ponudzę o kolorach

środa, 14 września 2011 22:01

 

   Krajobrazy z Dolomitów można sobie obejrzeć w Internecie do woli. Ale czasem trafia się na perełki zupełnie nie z tego świata. W zeszłym roku zwiedziliśmy w Ritten "Piramidy Ziemi", które wyglądają jak zabawki Guliwera. To efekt postępującej erozji gleby, w wyniku czego następuje oddzielanie się takich ziemnych igiełek od zbocza. Proces ten trwa tak długo, jak długo trzyma się kamień na czubku, robiący za czapkę. Kiedy spadnie, piramida zostaje rozmyta przez deszcz i umiera.

 

 


Ostatnio pisałam, że skały w Dolomitach są szaro-czarne. To prawda, ale są wyjątki. Na spokojnej ubezpieczonej ścieżce Sentiero Olivierii napotkaliśmy takie oto ślady erozji gleby we wszystkich kolorach tęczy. Całkowity obłęd.

 

 

Zauważcie linę ferratową, do niej się właśnie przypinamy.

 

 

 

No, czy tak wygląda Ziemia rodzicielka? Ktoś sobie jaja robi w tych Dolomitach?

 

Na koniec moja ulubienica, którą spotkaliśmy na szlaku w zeszłym roku. Stuprocentowa Europejka. Czysta i zaczipowana. Zwróćcie uwagę na kępkę włosów na czubku, jak u Mańka z Epoki Lodowcowej.

Zauważyliście, że każda krowa pcha się do obiektywu, jakby chciała go polizać?

 

Pozdrawiam.

 


Podziel się

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 137