Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844772
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Podróż służbowa

niedziela, 30 września 2012 15:45

 

   I planuj tu człowieku...

   We środę rozpętał się siwy dym u klienta na Śląsku. Reklamacja na dostawę, która miała zawierać metaliczny proszek, a zawierała błoto.

 

   We czwartek od 6.30 gnałam ile koni pod maską żeby osobiście zwizytować, pocieszyć i obiecać poprawę, choć to przecież nie ja zawiniłam, tylko nasza urocza Rosjanka, którą byłam poznałam dwa miesiące temu w Zurychu. Pisałam o tym 1.08.12. Piękna Maria wypięła swoje równie piękne 4 D na wieść o reklamacji i gdybym mogła w tym momencie spojrzeć jej w twarz, zapewne zobaczyłabym minę jak u śp. Kocia po zeżarciu dwóch befsztyków z talerza: JA??? TO NIE JA!

 

   W TAKIM RAZIE KTO???  Kto dolał wody do sproszkowanego metalu, skoro każdy worek waży tyle ile powinien, tylko zawiera 12 % wody?

Anyway, pojechałam. Na miejscu było ciekawie, tylko ze względu na charakter produkcji, bardzo czarno. Po godzinie zaglądania do worków, pobierania próbek i lansowania się do fotografii na tle bigbaga, na dowód, że naprawdę tam byłam, wyglądałam jak kominiarz, cała w czarnym pyle, łącznie z rękawami białej bluzki (no bo kto zakłada białą bluzkę na wizytację zakładu...?)

 

   Los reklamacji jest oczywiście nieznany, nie omieszkam poinformować, jak się rzecz cała zakończy.

Podróż kosztowała mnie 11 godzin w samochodzie, choć to tylko 340 km w jedną stronę. Pierwsze 5,5 jakoś przetrwałam, bo szosa Warszawa-Kraków coraz lepiej wygląda. Niestety, tuż przed Krakowem w Słomnikach utknęłam na godzinę. Przebudowa szosy, ruch wahadłowy, masakra. Godzina w plecy. Ostrzegam, żeby tamtędy chwilowo nie jechać.

 

   Z powrotem wracałam opłotkami przez Olkusz, żeby ominąć te cholerne Słomniki  i sam Kraków. Do domu dotarłam przed 20.00. Z nudów zaczęłam liczyć, ileż to kilokalorii przyjęłam przez cały dzień. Niektórzy może pamiętają mój tfuuu...stosunek do liczenia kalorii, a ta podróż tylko mnie w nim utwierdziła.

Otóż moje menu tego dnia składało się z:

-         Jednej chrupki z wędzonym indykiem na śniadanie – jakieś 40 kcal

-         dwóch kromek chleba z bardzo pełnego przemiału, takich co można nimi ściąć głowę jak się dobrze rzuci – max. 100 kcal. razem.

-         dwóch kotletów mielonych z kurczaka, bez bułki i jajka – też max.100 kcal.

-         5 śliwek węgierek, małych. Chyba ze 20 kcal.

-         wody i filiżanki kawy ze słodzikiem. 0 kcal.

 

   Razem 260 kcal!  Spędziłam w podróży 14 godzin bez uczucia głodu, a ja kiedy jestem głodna (a zdarza mi się to często) natychmiast muszę coś zjeść, inaczej dostaję trzęsionki jak cukrzyk.

Można? Można. Trzeba więc tyle żreć na co dzień, jak niektórzy? Nie trzeba.

 

   Ale wciąż było nudno... Po wysłuchaniu 46 razy wiadomości, a w nich tylko o trumnach i zamianie ciał, dokończyłam  słuchać audiobooka „Trociny” Krzysztofa Vargi. Pięknie napisane, miód na serce tych, co nienawidzą tego kraju i generalnie nienawidzą wszystkich. „Dzień Świra” w mocniejszej odsłonie. Polecam, choć ja akurat nie nienawidzę tego kraju...

   Potem złapałam na Trójce końcówkę Powtórki z rozrywki  i dziadka Poszepszyńskiego. A kiedy zaczęłam przysypiać – Bethoveen i jego ”Egmont Uverture” postawiła mnie na nogi. A co!

 

A poza tym już jesień...

 

 



Podziel się

komentarze (20) | dodaj komentarz

Plan Urbana

środa, 26 września 2012 19:55

 

   Jerzy Urban, którego generalnie uważam za cholernie inteligentnego sk...syna, świetnego publicystę, który w pewnym momencie haniebnie sprzedał się reżmowi, znów mnie zaskoczył.

  W wywiadzie dla TOK FM z dn.7.09 powiedział, jak radzić sobie z kryzysem, szczególnie z bezrobociem  młodych.

- Mam pomysł, co trzeba zrobić, szczególnie z masą debiutantów na rynku pracy. Tylko to jest pomysł, na który oburzą się wszystkie partie - że państwo powinno organizować i wspomagać emigrację - zaznaczył.

    I wyjaśnił: - Nie ma sposobu w kryzysie, żeby tak gospodarzyć, aby wzrastała liczba miejsc pracy. Natomiast są na świecie miejsca chłonne. W końcu państwo nie jest od tego, żeby państwu było dobrze, tylko od tego, aby jego obywatelom było dobrze i jeśli młodzi ludzie są bez żadnych szans, to co? Mają zdychać z głodu? Przecież nie da im się zasiłków dla bezrobotnych, bo tak się zrujnuje budżet. W związku z tym można szkolić według zapotrzebowania na siłę roboczą w Australii, Nowej Zelandii, Afryce... Tam, gdzie są możliwości rozwoju gospodarczego, a nie ma kadr. Trzeba wspomagać emigrację zarobkową. Część wróci, część nie wróci.

 

   W pierwszym momencie pomyślałam: Kurde, on ma rację! W sumie dlaczego nie? Jeśli nie ma tu pracy dla tysięcy absolwentów wyższych uczelni, dlaczego nie pomóc im znaleźć pracy? Ale nie w przeżartej kryzysem Europie, tylko na antypodach.

   Przecież w czasie szalejącej komuny właśnie do Australii można było legalnie wyjechać. Sama stanęłam wobec takiej alternatywy, kiedy mając już męża i dziecko zrozumiałam, że oto teraz poczekamy sobie 18 lat na mieszkanie, gnieżdżąc się w pięć osób na 48 metrach kw.. Bez samochodu, paszportu i perspektyw za przyszłość. Zaczęła narastać panika.

   Po namyśle wzięliśmy nawet formularze z australijskiej ambasady i po zliczeniu wszystkich punktów (za zawód, język, wiek, dziecko itd) wyszło nam, że w podskokach dostajemy wizę, bilet i legalne zatrudnienie.

   Tam. 20 tysięcy kilometrów stąd. Może 18. A może 22, jakie to ma znaczenie...? Popatrzyłam na globus i... serce mi stanęło w poprzek. Jak to tak? Przecież to jest z tyłu kuli ziemskiej! W dodatku z dołu! Kiedy tu będzie się dekorowało choinkę, tam dzieci pojadą na wakacje. A kiedy znów zobaczę Jandę w Białej Bluzce? A biały ser, kiszone ogórki, oscypek... Skąd to tam wezmę?

 

   Nie wyjechaliśmy. Komuna upadła a ja ... nie ma dnia żebym nie cieszyła się, że zostaliśmy. Znam ludzi, którzy wyjechali, i wtedy i całkiem niedawno. Nikt nie jest do końca szczęśliwy, niektórzy nie dają rady i wracają, mimo lepiej zorganizowanego państwa, wyższych zasiłków na dzieci itp.

 

   Ale ja nie tylko o tym myślę. Jeśli zaczniemy wspierać emigrację, to kto zostanie? Mało nam było stalinizmu i wypędzenia lub eksterminacji  polskiej arystokracji, inteligencji, ludzi kultury i sztuki? Przecież ostały się tylko niedobitki, reszta to niestety postchłopskie społeczeństwo, które z mozołem próbuje odbudować swoją klasę średnią. Jeśli teraz znów ci bardziej przedsiębiorczy i mądrzy wyemigrują, cofniemy się do lat 60-tych i będziemy zaczynać od nowa?

 

Nie podoba mi się ten pomysł...

 

   A z innej beczki - muszę się pochwalić, choć do dziś nie rozumiem, jak to się stało, - zostałam prelegentką:) Mam gadać o związku książki z blogiem i o trudach związnych z jej wydaniem. Nie wiem, jak to przeżyję, bo w moim wieku takie wzruszenia mogą być niebezpieczne:)) Będę meldować z frontu, a front przetoczy się w dn.13-14.10. Trzymajcie kciuki

 

 

  A tak a propos  moja książka wciąż do kupienia...


Podziel się

komentarze (23) | dodaj komentarz

Adopcja, czyli moje, nie moje...

niedziela, 23 września 2012 13:44

 

   Wizyta ciotki z prowincji. Ciotka zawsze była bardzo inteligentna, lekko szurnięta, wesoła, uwielbiała teatr i operę. Na starość stała się dewotką, ale ja nie o tym...

 

   W ramach opowiadania o tym i owym zaczęły się skargi na córki, z których jedna wprawdzie wyszła za mąż, ale mieszka z ciotką i jest okropna, wszystko robi nie tak, popija i nie chce iść do pracy, chociaż dzieci już podrosły. Druga zaś okazała się lesbijką, szwendała się za robotą po Niemczech, była nawet motorniczą tramwaju, nie założyła rodziny, a kiedy przyjeżdża z wizytą do rodzinnego domu, odgłosy kłótni powodują, że nawet okoliczne psy przestają ujadać.

 

    Ciekawostki są dwie. Pierwsza, to że siostry są bliźniaczkami. Druga, że obie zostały adoptowane. Wprawdzie zostały zabrane z domu dziecka w wieku 2 lat z pełnoobjawową chorobą sierocą, ale nowi rodzice je uwielbiali, więc szybko wróciły do równowagi psychicznej. Dlaczego więc tak dziwnie potoczyły się ich losy...?

 

   Sprawa adopcji daje mi często do myślenia, kiedy rozmawiamy o wybrykach dzieci adoptowanych przez naszych znajomych. W sumie znam czworo. Właściwie cztery, bo to wszystko dziewczynki. Wszystkie już dorosły, i wszystkie dały lub nadal dają nieźle popalić swoim adopcyjnym rodzicom. Dwie wiedziały, że są adoptowane, dwie nie. Jak pokazała praktyka, nie miało to żadnego znaczenia.

 

   Pytanie podstawowe brzmi: co było pierwotne? Czy dzieci z adopcji zawsze mają jakiś feler, czy może jednak „rodzice” nie umieją z nimi postępować? Czy świadomość, że to „nie moje”, na tyle zmienia ich zachowanie, zmniejsza wytrzymałość nerwową i sprawia, że w złości są w stanie wykrzyczeć: Po co ja cię zabierałam z tego domu dziecka?

   Ale przecież nie wszyscy tak krzyczą...

 

   A może to dzieci oddane do adopcji mają z definicji skazę wyniesioną z łona matki, bo od początku były niechciane? Dzieci podobno wszystko czują, a matki przecież  przeżywają podczas niechcianej ciąży lęk, może wściekłość, strach co dalej..., więc czy to jest przyczyna?

   Ale ja znam bardzo spokojną biologiczną matkę, która niemal od razu znalazła rodzinę zastępczą dla swojej córki. Nowa matka prawie czekała pod porodówką, żeby zabrać małą do siebie. Kobieta podczas ciąży nie miała więc powodu czuć strachu czy złości,  a jednak dziewczynka wyrosła na wcielonego czorta.

 

   Więc może jednak to wina rodziców, którzy rodzonemu dziecku wybaczą więcej, mają więcej cierpliwości i miłości, niż wobec w końcu – zupełnie obcej genetycznie istoty?

   Kto miał w domu „typowego” nastolatka, wie, jaki to krzyż. Wiem, wiem, są wyjątki, ale osobiście mało wierzę w bezkonfliktowe dojrzewanie. Młody człowiek rzadko wtedy postępuje zgodnie z naszymi oczekiwaniami, mało komu udaje się uniknąć spięć. A w stresie, podczas awantury łatwiej zwalić winę na cudzą krew, obce geny, niż zastanowić się, co spieprzyliśmy w procesie wychowania. Łatwiej jest żałować, że się przygarnęło cudze, być może „felerne” dziecko, niż przyznać, że daliśmy plamę jako rodzice...

 

   Dlatego bardzo znamienna jest scenka z filmu, którą już kiedyś opisywałam, ale co tam...

Rozwydrzony synek znów żąda od ojca pieniędzy. Ojciec na to:

-         Same z tobą kłopoty! Od kiedy przynieśliśmy cię z sierocińca...

-         Tato, jestem przecież waszym synem...

-         Mógłbyś nie pozbawiać mnie złudzeń?!

 

Pozdrawiam

 

Polecam moją książkę na Allegro i w innych sklepach internetowych:)

 


Podziel się

komentarze (44) | dodaj komentarz

Z ostatniej chwili..

wtorek, 18 września 2012 22:34

 

Dziś nie będzie żadnego mądrzenia się ani filozofowania.

    Dziś chciałam przedstawić Wam dzieła osoby, którą poznałam poprzez Facebooka, co jest dowodem, że w internecie tkwi także  dobry potencjał, a nie wyłącznie szatan.

 

   Dziewczyna znalazła sobie sposób na  dorobienie, a jednocześnie wyżywa się twórczo. Powiedziałabym nawet - baaardzo twórcze jest to co robi. Po godzinach pracy dzierga jedyną w swoim rodzaju biżuterię, techniką, która nazywa się sutasz. Nie miałam o tym pojęcia, dopóki jej nie spotkałam.

 

   Jak się okazało, naprawdę jestem zapóźniona, bo nawet mój syn doskonale zna tę nazwę - jego koleżanki też chodzą na jakieś kursy i próbują sił w tej technice. Myślę jednak, że do tego nie wystarczy kurs, trzeba mieć też talent, nieludzką cierpliwość i artystyczną duszę.

 

Oczywiście nie oparłam się i nabyłam to szare cudo na rękę i na uszy. Na razie szpanuję w biurze:)

   U DZ można złożyć zamówienie, jeśli ma się potrzebę nosić coś oryginalnego. Coś czego nie kupi się w sieciowych sklepach z błyskotkami, zwłaszcza że ceny tych błyskotek często są porównywalne. Dla przykładu - takie długie kolczyki z perłami i kryształkami Swarovskiego za 70-80 zł, to chyba nie jest cena wygórowana.

   Dziewczyna robi biżuterię na specjalne zamówienie, można sobie zażyczyć czegoś w konkretnym kolorze i stylu, np. do sukni na wesele. Ale uprzedzam - to nie piekarnia! Da Vinci też nie namalował Mona Lizy w tydzień. 


Podaję jej adres na FB:

http://www.facebook.com/DzBizuteriaAutorska,

a póki co proszę spojrzeć:


 

 

 

 

   Z innych wydarzeń z ostatniej chwili uprzejmie donoszę, że śliczna kotka imieniem Zośka, która się była zaposiadła rok temu u mojego syna, okazała się ...kocurem! Teraz to już nikomu nie można wierzyć! Naprawdę! I co teraz mają mówić ci, co zwracali szczególną uwagę na jej "kobiece" rysy...?

   Mam ochotę zawołać jak na Tootsi - "Dziwka!"


 

   Na koniec rozmowa z Tatą, który do niedawna nie pamiętał, że przed wypadkiem, jeszcze rok temu był myśliwym. Nie pamiętał nawet, że zawinął się na tym nieszczęsnym drzewie właśnie w drodze na polowanie.

 

Ostatnio jednak jakby coś drgnęło w labiryncie jego pamięci, jakieś wspomnienia zaczynają się przebijać na światło. Wynikiem tego taka rozmówka:


- Tatku, byliście dzisiaj z Mamą w sklepie?

- Tak, wiesz, trzeba było obejrzeć tę broń...

- Jaką broń? To Tatko poluje?

- No tak, ostatnio polowałem...

- A na jaką zwierzynę? (ja ucieszona, że pamięć wraca)

- Oj, na zwierzynę to niee...

- A na kogo? :))


Tu rozmowa została przerwana... A szkoda, bo miałam nadzieję  dowiedzieć się np., że Tata był płatnym zabójcą na usługach rządu..., a tu nic.:))

Pozdrawiam wszystkich

 

Polecam moją książkę na Allegro i w innych sklepach internetowych:)

 


Podziel się

komentarze (39) | dodaj komentarz

Botoks czyli mój coming out

sobota, 15 września 2012 18:13

 

 

Dzisiaj będzie tekst tylko dla kobiet. Panom dziękujemy.

 

   Chociaż botulina (botox, jad kiełbasiany) pojawiła się na świecie wiele lat temu, potoczna wiedza na jej temat jest często żenująca. Wystarczy wklepać w Guglu zwrot „napompowana botoksem” i uzyskamy tysiące wyników. Nawet dziennikarzom zdarzają się takie wpadki, co uważam już za szczyt niechlujstwa. My to wiemy: Botox niczego nie wypełnia, nie pompuje, a jedynie paraliżuje mięśnie na danym obszarze, uniemożliwiając ich skurcz. Kiedy nie można się marszczyć, skóra wygładza się, prasuje na okres 3-6 miesięcy. Wszystko.

 

   Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Bo w dobie walki o zatrzymanie czasu, umiejętnie zastosowany botox jest w stanie ogromnie poprawić wygląd, bez efektu plastikowej maski. Powtarzam – umiejętnie zastosowany. Botox nie wypełnia zmarszczek, ale może spowodować, że twarz uzyskuje bardzo pogodny, a przez to młodszy wygląd. Pod warunkiem, że nie wstrzykniemy go sobie w okolice oczu. Osoba po 40-stce bez kurzych łapek, czyli "zmarszczek śmiechu", jest jak 70-latek z turkusowymi tęczówkami. Spróbujcie palcami zablokować okolice oczu, aby skóra tam pozostała napięta. Teraz uśmiechnijcie się szeroko paszczą. Komiczny efekt, prawda?

 

   Internet huczy od śmiechu kiedy kolejna gwiazda tłumaczy swoją gładką twarz „dobrymi genami”. Więc może to nikogo nie zainteresuje, ale ja się przyznaję – raz na rok daję sobie wstrzyknąć ten jad w dwie pionowe zmarszczki na czole, tzw. „lwa”. Zrobiłam to po raz pierwszy kiedy przechodząc obok lustra nagle zobaczyłam w nim groźnie zmarszczoną megierę. Nie byłam wcale wściekła, tylko zamyślona, ale efekt był straszny. Pomyślałam, jak muszą się bać moi pracownicy wzywani w jakiejś błahej sprawie, widząc taką minę :-))

 

   8 wkłuć. Efekt piorunujący. Po 5 dniach czoło wygładziło się a cała twarz nabrała pogodnego, „wypoczętego” wyglądu. Nie mogłam uwierzyć, że to takie proste!

Moje kurze łapki i inne ślady sędziwego wieku pozostały nienaruszone, ale z twarzy zeszło ze 7 lat. Od tamtej pory powtórzyłam zabieg kilka razy. Efekt, przynajmniej u mnie, utrzymuje się nawet 10 miesięcy. Zmarszczki nadal są lekko widoczne, ale z latami czoło odzwyczaiło się od marszczenia, więc są one płytsze.

   Czy odbije mi i zacznę się kłuć gdzie indziej – nie sądzę. Mam dystans do swojego wieku i upływu czasu, nie zamierzam wyglądać na 35 kiedy będę mieć 60. No ale troszkę korekty nie zaszkodzi...

 

 Bo poza wszystkim – mam bardzo dobre geny  :-):-):-)

 

Polecam moją książkę na Allegro i w innych sklepach internetowych:)


Podziel się

komentarze (35) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 772