Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 973 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3012605
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12667
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Whiskas i Snickers w jednym stali domu...

niedziela, 29 września 2013 7:12

 

   Czytanie etykiet na produktach spożywczych bywa bardzo pouczające. Pokazuje w całej okazałości jak nabija się w butelkę konsumentów, szermując hasłami typu: BIO!!!  EKO!!!   NIE ZAWIERA GMO!!!, i innymi bzdurami.

Człowiek łatwo daje się na to nabrać, bo

a)    druk na etykietkach chyba już nawet nie ma swojej numeracji, taki jest mały.  

b)    w sklepie zwykle się spieszymy, łapiemy co potrzeba i gnamy do kasy. Przeważnie też nie mamy akurat na nosie okularów do czytania, chociaż i okulary mogą nie pomóc, kiedy – patrz pkt.a).

Ale w domu możemy spokojnie wyciągnąć lupę i postudiować, co też zakupiliśmy.

Oto przykład z wczoraj.

 

   Zgrabna przezroczysta paczuszka, w niej sezam niełuskany, na niej spory jak na resztę tekstu napis okolony tęczą:

     Dr

ZDROWIE

Nazwa produktu i waga też czytelne. A dalej zaczynają się schody.

    Najpierw więc mamy jakby unijne gwiazdki, choć na zielonym tle. Pod spodem:

PL-EKO-01

ROLNICTWO UE

Jednostka certyfikująca

EKOGWARANCJA PTRE Sp.z o.o

EKO-Vital  Sp.z o.o.

Dalej adresy, oczywiście z eko w nazwie (zdjęcia nie załączam, bo nikt by nie odczytał tego maku)

Tylko brać i korzystać z wyrobów Doktora Zdrowie i zdrowieć do woli!

 

I jest tylko jedno ALE. Na odwrocie torebki naklejono małą białą karteczkę, a na niej 

Kraj pochodzenia: spoza UE.

Jak typujecie: Chiny, Indie, Bangladesz, Sri Lanka, Zambezi...?

„Rolnictwo UE”, piesa-krew!

 

Ale to jeszcze nic! Wyciągam ja dzisiaj paczkę z „Makaronem świeżym”. Fajne szerokie wstążki, żółciutkie jak u babci bywało. Tak mnie jednak coś tknęło i czytam na etykiecie:

Może zawierać śladowe ilości mięczaków!!!

 

Ania, do tablicy! Mówić mi tu zaraz, jakież to mięczaki mogły wpaść do makaronu w produkcji? Czy wołek zbożowy to też mięczak? Bo mysz to chyba już kręgowiec…(?)

 

makaron.jpg

 

   A potem się rozzuchwaliłam i zaczęłam czytać wszystko, co wypadło z szafki. I tak dowiedziałam się, że w słoneczniku może trafić się sezam, migdały i… seler! A w orzechach włoskich szukajmy siedmiu rodzajów innych orzechów, a także glutenu, mleka i soi! Niby wszędzie to mają być „śladowe ilości”, ale czy ja wiem, czy komuś uczulonemu ma pewno to nie zaszkodzi...?

 

orzechy.jpg

 

 

   Poza tym powstaje pytanie: Czy naprawdę w procesie przygotowywania orzechów do zapaczkowania muszą mieć one kontakt z mlekiem, czy soją? Nie wiem, co się robi z orzechami przed zafoliowaniem, ale mlekiem ich się chyba nie traktuje…?

 

   Strach mnie obleciał. Przypomniałam sobie jak odwiedziłam kiedyś zakłady Masterfoods w Kożuszkach i śmialiśmy się razem z pracownikiem tej firmy, że batoniki Mars i żarcie dla psów schodzą z jednej taśmy…

   Ale teraz mniej mi do śmiechu…  Niby oni tam już zbudowali drugą fabrykę, ale Mars Polska podaje, że zakłady w Kożuszkach produkują karmę dla zwierząt domowych i …napoje mleczne.

 

   Na szczęście ani batonów ani kociej karmy nie kupuję. Ale radziłabym Wam czytać etykiety. I nie zdziwcie się, jeśli na etykiecie Snickersa przeczytacie: „Może zawierać śladowe ilości wątróbki, szpiku kostnego i cebuli.”

 

A moja książka wciąż do kupienia w sieci.

Otwarta.jpg

http://ksiazki.wp.pl/bid,43715,tytul,Opetanie-czyli-zgubne-skutki-masazu-stop,ksiazka.html?ticaid=11163b&_ticrsn=3


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

"W imię..."

środa, 25 września 2013 6:36

 ksieza.jpg

 

   Znów powstał niezły polski film. Wprawdzie nie podzielam globalnych zachwytów nad Szumowską (która zawsze była Małgorzatą, a ostatnio przechrzciła się na „Małgośkę”. Czyżby kryzys wieku średniego?), ale ten film jej się udał.

 

   Co my tu mamy? Kolejny film o katolickim księdzu, który mimo żarliwej wiary i najlepszych chęci nie jest w stanie obronić się przed uczuciem do innego mężczyzny, właściwie chłopca. Kolejny, bo mam wrażenie, że już w ogóle nie kręci się filmów o księżach, którzy nie byliby uwikłani w wątek homoseksualny czy pedofilski. Przyznam, że zaczyna mnie to trochę wkurzać. Wiem, że ciekawszym motywem dla filmu jest ksiądz przeklęty, niż ksiądz poczciwy, taki jak w Ranczu czy U Pana Boga… Ale na litość – nomen omen – Boską! – chyba nie ma obowiązku obciążać wszystkich księży tym odium!

 

   Patrzę na to przez pryzmat swoich przyjaciół, których nazywam przekornie Wielebnymi, chociaż oni ani trochę do tego tytułu nie pretendują. Widzę ich uczciwość, zaangażowanie i … normalność, która sprawia, że zapomina się o ich zawodzie. I wydrapałabym oczy każdemu, kto rzuciłby na nich choćby cień podejrzenia o jakieś odstępstwa od kanonów kościoła katolickiego. Chociaż z wiarą bywam na bakier, a  z praktykowaniem to już prawdziwy kłopot, jednak nie zgadzam się na wrzucanie do jednego wora wszystkich księży.

 

    Od kiedy po raz pierwszy poruszono tak odważnie problem homoseksualizmu w filmie „Ksiądz” (1994), zniknęło tabu, ale zaraz nastąpiło przegięcie w drugą stronę. Ksiądz stał się atrakcyjnym tematem i teraz ze świecą szukać filmu, w którym głównym bohaterem byłby kapłan, ale taki zwyczajny, nie wywołujący skandalu obyczajowego. To pierwsza refleksja.

 

    A druga dotyczy sytuacji księży w realnym życiu. Film Szumowskiej to opowieść o ogromnej potrzebie bliskości, ciepła, głębszego uczucia czy dotyku. Trudno sobie wyobrazić jak ciężko musi być młodemu człowiekowi w sutannie żyć bez tej bliskości.    W dodatku jest bezustannie obserwowany i oceniany. Każdy nieostrożny ruch, choćby gest pocieszenia wobec skrzywdzonego chłopaka, przytulenie kogoś kto jest w rozpaczy, poświęcenie komuś zbyt dużo czasu, może natychmiast wywołać „brudne” skojarzenia, narazić na zarzut gejostwa czy pedofilii. Przy  nich to żona Cezara mogłaby spokojnie zostać ladacznicą...

 

   A co poradzić, jeśli ksiądz naprawdę jest gejem?

   Przeczytałam niedawno, że skoro osoby idące do seminarium i tak JAKĄŚ seksualność przejawiają (mało jest na świecie osób całkowicie aseksualnych), to z punktu widzenia ewentualnych komplikacji geje są „lepsi” dla kościoła. Nie będą chcieli się żenić ani mieć dzieci, ich związki łatwiej będzie ukryć przed światem zewnętrznym.  

  Tyle że samym zainteresowanym nie jest przez to prościej. W razie nakrycia, zostaną głośno potępieni i przeniesieni gdzieś daleko, o cierpieniach moralnych, poczuciu winy i wstydzie nie wspominając. Co za hipokryzja!

 

   Bardzo ciekawi mnie, ilu księży, którzy pozwolili sobie na seksualny „występek”, popełniło go z miłości do kobiety czy mężczyzny? Myślę że Kościół ma takie dane, ale z pewnością nigdy ich nie udostępni. Poza tym wypadałoby najpierw wiedzieć, jaki procent mężczyzn idących do seminarium, przejawia homoseksualne skłonności. Wszak podejmując decyzję o wstąpieniu do stanu duchownego, liczą się oni z bezżeństwem i ograniczeniami w tej sferze. Na pewno nie są więc typowym wycinkiem społeczeństwa, jakąś średnią krajową. Pewnie nigdy się tego nie dowiemy.

 

   A tak poza wszystkim, pozostaje mieć nadzieję, że jednak kościół katolicki pójdzie w ślady protestantów i pozwoli księżom na normalne życie. Ciekawe jak wtedy wyglądałby podział na gejów i heteryków. Ilu normalnych, fajnych facetów zdecydowałoby się na zostanie duchownym, wiedząc że nie muszą rezygnować z tak ważnej sfery życia, jaką jest rodzina, miłość, czułość, seks…?

   Wciąż wspominam nieodżałowanego księdza Tischnera, który wracając do swoich górali po wędrówce w Tatrach mówił: Nie budzić mnie! No, chyba że zniosą celibat…:)

 

PS. Macie rację, o samym filmie napisałam mało, bo jakoś mnie zniosło... Chyra znakomity, Kościukiewicz z brodą i włosami ala Chrystus też świetny, bo mało mówi. Generalnie za nim nie przepadam, ma ma coś krzywego w twarzy, ale tu gra ciałem i wyglądem i jest ok. Piękne plenery i zdjęcia Englerta. Bardzo ciekawy pomysł z polem kukurydzy, ale nie będę zdradzać.

Zakończenie niestety całkowicie nierealne i to jedyny słaby punkt. W sumie - mocna czwórka, może z plusem.:)

 

Jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to moja książka wciąż jest do kupienia przez internet.

 Otwarta.jpg 

http://ksiazki.wp.pl/bid,43715,tytul,Opetanie-czyli-zgubne-skutki-masazu-stop,ksiazka.html?ticaid=11163a

 


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Windows 8 i ACER, czyli kurrr.... mać!

piątek, 20 września 2013 17:12

   Obiecałam Panu z serwisu ACERA, że obsmaruję jego firmę na blogu, więc nie mogę mu sprawić zawodu. On tam pewnie, biedaczek, doczekać się nie może…

 

    No to tak. Już się wcześniej przyznałam, że jako chyba jedyna osoba na świecie nie wiedziałam, że w świecie horroru pod nazwą Microsoft-Windows pojawiła się wersja jeszcze gorsza od poprzednich (choć to wydaje się niemożliwe), nosząca numer 8.

W dobrej wierze kupiłam sobie laptop z tym oprogramowaniem, mając złudzenia, że Media Markt zatroszczy się o mój komfort i poleci mi coś przyzwoitego. Nie miałam zamiaru inwestować w coś drogiego, ot, po prostu mój 8-letni staruszek zasłużył sobie już na emeryturę.

 

   Polecono mi laptop firmy ACER, dość lekki jak na duży ekran i stosunkowo niedrogi. A jednak nie udało się nam zaprzyjaźnić… Poza koszmarną grafiką i „kafelkami” jak dla debila o zerowym zmyśle estetycznym, miał on całe mnóstwo innych wad. Program, nie laptop. Za granicą nie połączył się z internetem ani razu, mimo wysiłków miejscowego informatyka. Ściągnięta legalnie z sieci wersja próbna Worda chodziła wolno jak dolomicka krowa na wysokościach. Zwykła „kartka” otwierała się z zegarkiem w ręku 40 sekund! Czterdzieści sekund! W 2013 roku!

 

   To samo działo się z każdym napisanym przeze mnie kawałkiem dziennika czy bloga. Ale to było zaledwie preludium. Już na tydzień przed upływem 30-stodniowej próby Word zaczął mi wysyłać ostrzeżenia, że mam natychmiast kupić sobie właściwy program, bo kończy mi się demo. Wtedy już jednak wiedziałam, że najpierw muszę wymienić Windowsa, a potem pomyślę o Wordzie, nie odwrotnie. A poza wszystkim – jak miałam sobie kupić nową wersję, skoro byłam odcięta od sieci? Postanowiłam przeczekać i wrócić do tematu w domu.

 

   Byłam jednak naiwna. Komputer  zaczął żyć własnym życiem, jakby słuchał czyichś rozkazów, choć przecież z internetem dalej się nie łączył. Przede wszystkim  zablokował mi wszelką możliwość pisania, nawet na pendrivie, który mu wtykałam. W dodatku uniemożliwił mi kopiowanie moich własnych tekstów, czyli mówiąc prościej – ukradł mi moją własność! Kawałki bloga, które miałam wcześniej przygotowane, musiałam przepisać na innym sprzęcie, gdyż te napisane przestały do mnie należeć. Oszczędzę Wam cytatów z moich monologów wygłaszanych pod adresem Microsofta i i Billa Gatesa razem wziętych, ale było kwieciście…

 

   Po powrocie do Warszawy wyczyściłam laptopa z wszystkiego, co wcześniej pracowicie na niego wgrałam (zdjęć na szczęście mi nie ukradł) i pognałam do Media Markt, gdzie poprosiłam o wywalenie tego g… i wgranie mi Windowsa 7. Na co usłyszałam, że nie ma takiej możliwości, bo oni biorą od producenta sprzęt wraz z oprogramowaniem i żadna siła nic tu nie pomoże. Dano mi jednak namiary na serwis firmy ACER.

 

    Na infolinię nie da się dodzwonić. Obojętne, który numerek naciśniemy żeby połączyć się z konsultantem, żaden się nie zgłasza, a po kilku minutach czekania linia się rozłącza. Napisałam więc maila z prośbą o pilną pomoc. Odpowiedź przyszła zaskakująco szybko – że mam spadać na drzewo, ponieważ – patrz odpowiedź z MM. Odpisałam, że przecież teraz rozmawiam z przedstawicielem producenta, a nie supermarketem, jednak kolejna odpowiedź była identyczna.

    Co mi pozostało? Musiałam oddać swój nowy nabytek dobrym ludziom i już za drobne 420 zł stałam się z powrotem posiadaczką laptopa, ale tym razem z działającym oprogramowaniem.

  

   Niech mi ktoś wytłumaczy, czy na tym polega postęp technologiczny, że najpierw płaci się za program „lepszy”, który następnie trzeba wywalić i dokupić program „gorszy”, czyli lepszy w użytkowaniu, ale starszy? Bo o tym że niemal każda zmiana, która pozornie ma nam poprawić jakość życia, a w gruncie rzeczy je utrudnia, to ja już od dawna myślę. I chyba w końcu o tym napiszę…


Podziel się

komentarze (55) | dodaj komentarz

Koniec wakacji

niedziela, 15 września 2013 13:52

Mży i zimno... Znaczy – jesień, czy co?

Znaczy – czas zapomnieć o wakacjach i wziąć się do roboty...

Właściwie narzekać, że lato już za nami, jest trochę niemoralne. Proszę sobie przypomnieć, jak przyjazną pogodę mieliśmy latoś. Mówię tu o średniej krajowej, bo niektórzy przeklinają to lato, jeśli np. zostali zasypani gradem wielkości piłek do tenisa, ale tak jest przecież co roku.

   Wprawdzie zima była długa i marudna ale lato wybuchło po niej z taką mocą, że naprawdę en block nie można się skarżyć. Przynajmniej w Warszawie dawno nie pamiętam tak świetnej pogody. Śladowe upały, niewiele burz czy deszczu, reszta dni z idealną temperaturą 23-25 stopni. Żyć nie umierać.

 

   Dawno nie przesiedziałam tylu popołudni na balkonie, na którym winobluszcz zbudował mi gęsty i całkiem nowy parawan, oddzielający od ulicy. Może pamiętacie jak w zeszłym roku rzucałam grubym słowem na bezmyślnych urzędników, którzy pod pretekstem remontu elewacji kazali zerwać 20-letni bluszcz idący do trzeciego piętra. Ba, żeby tylko zerwali... Oni go wykopali z ziemi do metra w głąb.

Została ohydna czarna krata balkonowa, przez którą każdy z ulicy mógł liczyć suszące się majtki i pończochy...

   Ale nie ze mną te numery. Moje majtki! Moje pończochy! Przytargałam parę zdrewniałych patyków od koleżanki, wykopałam dołek, położyłam je na płask i.. czekałam. A po roku mam tak:

Przyroda jest bezwstydna...

 

P1010853.jpg

 

Drzewo, które przez pół roku próbowałam eksterminować roztworem bielinki, soli kamiennej i Kreta, ma się równie dobrze. Nadal zasłania mi całe światło w pokoju, więc jedyne miejsce do czytania to właśnie balkon.

 

    Na koniec jeszcze parę refleksji z dolomickich wakacji. Otóż proszę Państwa – kryzys się kończy! W ostatnich latach na każdym kroku straszyły tam rozgrzebane budowy, porzucone palety z cegłami, rdzewiejące dźwigi. W tym roku niemal w 100 % na tych budowach ruszyła praca.  Ludzie uwijają się nawet w niedzielę. I nie mówię tu o budynkach pierwszej potrzeby, tylko o inwestycjach „luksusowych” – nowych stacjach kolejek, całkiem nowych wyciągach, hotelach.

 

   A druga refleksja  – w restauracjach, nawet tych eleganckich, hotelach, lotnisku – wszędzie pracują Hindusi. To jakaś przedziwna tendencja. Nie Arabowie, których przecież tylu tu najechało podczas Arabskiej Wiosny... Notabene, gdzie oni wszyscy się podziali? Nie Turcy czy Polacy. Owszem, zdarzają się wyjątki – w naszym hotelu w Margherze głównodowodzącym był Albańczyk a kelnerem Rosjanin, ale nie jest to reguła. Hindusi rządzą. Ale może dzięki temu ruszyły te budowy...?

 

   Trzecia refleksja z górskich ścieżek. Tej pani brakuje tylko nart, albowiem idzie po  śniegu. To na 2685 m. Spodobało mi się to zestawienie, bo jej strój... jakby nieadekwatny:)

 

�nieg.jpg

 

Za to na tej samej wysokości mamy również zwierzynę.

Na przełęczy naliczyłam w jednym momencie 5 psów, dużych i małych. Niech ktoś mi to wytłumaczy...

 

pies.jpg

 

   I jeszcze jedno. Ostatnio mam szczęście do towarzystwa w podróży. Tym razem wracaliśmy z Wenecji wraz z grupą polskich celebrytów, uczestników Festiwalu Filmowego. Brakowało tylko Wajdy, była pani Torbicka, pan Głowacki z Oleną Leonenko i paru innych, których nie znam z nazwisk. Jeden zwłaszcza dał nam się we znaki, bo siedział dokładnie za mną i brylował na całe gardło wśród zachwyconych panienek. Jakoś mało mnie urzekł swoimi opowieściami ze światka filmowego, bo jak rozdarłam dziób....

   Aż mi się głupio zrobiło. Ale kiedy po jakimś czasie ruszyłam do toalety, pan wstał i grzecznie przeprosił za swoje zachowanie. Czyli jednak można i trzeba czasem rozedrzeć dziób... Nawet jeśli ten pan to być może kandydat do Złotej Palmy albo nawet Oskara...


Podziel się

komentarze (33) | dodaj komentarz

Moja Wenecja

wtorek, 10 września 2013 19:35

 

   Tych których interesują zmagania ze skałą i własnymi słabościami zapraszam na mój blog dolomicki: helenarotwand.bloog.pl

Pozostałych już męczyć nie będę. Podzielę się tylko wrażeniami z podróży powrotnej, albowiem była ona niebanalna:)

 

   Jak wcześniej wspominałam, zamiast jechać 2,5 doby w dwie strony samochodem wykupiliśmy bilety w tanich włoskich liniach AIR ONE, które za niedużą kwotę. przewiozły nas bezpośrednio z Okęcia na lotnisko Marco Polo w Wenecji i z powrotem. Dzięki temu mogliśmy tak zorganizować wyjazd, żeby ostatnią noc urlopu spędzić właśnie tam.

 

   Wenecja jaka jest – każdy z grubsza wie. Jedni narzekają na śmierdzące kanały, inni na drożyznę i tłumy. Dla mnie to miejsce pozostanie magiczne, tylko trzeba wiedzieć jak je zwiedzać. Za każdym razem jest ono nieco inne i teraz też nie brakowało niespodzianek.

    Wenecja, oprócz Placu św. Marka i Pałacu Dożów ma setki, tysiące obłędnych obiektów, (głównie kościołów, ale nie tylko), które należy zwiedzać niespiesznie, podziwiając takie detale, jak mauretańskie okna, oryginalne ołtarze i sufity, czy bogate freski na fasadach najdroższych domów przy Canal Grande.

 

P1010765.jpg

 

P1010769.jpg

 

To ołtarz, jakby się kto pytał... Ta umięśniona nóżka...

 

P10108211.jpg

 

P1010836.jpg

 

Tutaj przed laty wynalazłam te słynne „ślimakowe” schody w Palazzo Contarini del Bavolo, do których chyba nikt nie trafia, bo są schowane głęboko w podwórku i za każdym razem sami błądzimy. Już je kiedyś pokazywałam, ale teraz całe Palazzo jest wyremontowane, więc wygląda jeszcze lepiej.

 

 P1010826.jpg

  Jednak to czego kiedyś nie było, to nieludzki tłok na kanałach. Może ktoś słyszał niedawno o tragicznym wypadku, kiedy vaporetto (wodny tramwaj) staranował gondolę. Dziwne, że tak mało jest tych wypadków, jeśli kanały w tej chwili wyglądają tak. Pomijając, że cały romantyzm szlag trafia...

 

 P1010804.jpg

 

 P1010780.jpg

   Drogo niestety jest. Bilet jednorazowy na Vaporetto to 7,- EUR/os, naprawdę paskarska cena. Na szczęście mając wygodne buty można całe miasto przemierzyć wzdłuż i wszerz na piechotę, bez łaski. Przeciskając się przez uliczki o szerokości czasem jednego metra widać więcej. Suszące się gacie na sznurkach rozpiętych między oknami cudnej urody, miliony kiczowatych masek, z którymi potem w domu kompletnie nie wiadomo co robić, przeżarte gołębie na placu św. Marka, które o tej porze roku już się ledwo toczą, podpierając skrzydełkiem i bekają na widok kolejnego gościa z kukurydzą... Szkło z Murano i koronki z Burano, buty za 1,5 tys. euro i gondolierów nawołujących Japończyków do swoich łodzi.

 

P1010794.jpg

 

P10108121.jpg

 

I oczywiście takie sobie domeczki:

 

P1010829.jpg

 

P1010824.jpg

 

 I takie detale z czarnego i białego marmuruSanta Maria Gloriosa dei Frari

 

Murzyni.jpg

 

 

   Widać też niestety powolne umieranie tego miasta, którego żadne pieniądze świata nie mogą uratować, bo to co wyremontowano rok temu, dziś już niszczeje od wilgoci.

 

Lećcie do Wenecji, póki jest. Przy odrobinie cierpliwości można znaleźć lot za 200,- zł w dwie strony. Warto.


Podziel się

komentarze (32) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 012 605