Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 020 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 3014145
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 12668
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2442 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Baranek

sobota, 27 września 2014 13:37

  Ostatnio przyjaciel zapytał, czy czytuję Biblię wieczorami. Na moim stoliku leżało opasłe tomiszcze w żywym, czerwonym kolorze.

Skojarzenie okazało się niedalekie od prawdy, gdyż książka nazywa się Baranek i zawiera historię chłopca o imieniu Joszua, opowiedzianą przez jego przyjaciela Biffa, zwanego Lewim. Autor – Christopher Moore.

  Książka wyszła  w 2002 roku, więc pewnie wiele osób ją już zna, ale że ubawiłam się przy niej nieźle, to chciałabym się tym podzielić. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż dwa tygodnie w roku spędzam w bezpośredniej bliskości dwóch  wielebnych i chociaż tematy religijne stanowią jakieś 3 % naszych rozmów, ale odpowiedni klimat jest.

 

   Baranek to prześmiewcza opowieść o dzieciństwie i dorosłości Joszuy vel Jezusa, trochę przypominająca Żywot Briana Monty Pythona (przypadkiem właśnie wczoraj Canal+ nadał Żywot Briana) Nie można jej zarzucić obrazy uczuć religijnych, choć ci co bardziej zachowawczy pewnie nie byliby zachwyceni takim przedstawieniem życiorysu Syna Bożego. Mnie tam się podobało, jak autor bawi się słowem, tylko delikatnie ocierając się o obrazoburczość (jest takie słowo?)

 

  Bo generalnie to jest historia chłopca, który z jakiegoś powodu miał moc uzdrawiania i czynienia cudów. Taki cytat:

" Na rany Chrystusa, piszę przecież o sześciolatku! Był całkiem normalnym dzieciakiem, na ogół. Owszem, robił tę sztuczkę z jaszczurką, a raz znalazł martwego skowronka i przywrócił go do życia. No i kiedyś (..) uleczył pękniętą czaszkę swojego brata Judy, kiedy zabawa w kamienowanie cudzołożnicy wymknęła się spod kontroli (Juda nie mógł załapać, o co chodzi w byciu cudzołożnicą. Stał sztywno jak żona Lota. Tak nie można! Cudzołożnica musi być chytra i chyżostopa)."

 

   Albo ten fragment, kiedy Joszua przytargał do domu kobrę, i wszyscy chcieli mu ją odebrać. Także jego przyszywany ojciec, cieśla Józef, który...

 "...zdążył się już opanować. Najwyraźniej, kiedy człowiek już uznał, że jego żona spała z Bogiem, niezwykłe wydarzenia stają się dość pospolite.

- Proszę cię odprowadź Sarę (kobrę) tam, gdzie ją znalazłeś. (...) Postaraj się, żeby nikt cię nie widział. Nie zrozumieją.

Miał rację oczywiście. Po drodze natrafiliśmy na bandę starszych chłopaków, prowadzonych przez Akana, syna faryzeusza. Nie zrozumieli..."

   

   Osobny rozdział, to próba zrozumienia na czym polega seks. Joszua nie mógł z niego korzystać, ale rozsadzała go ciekawość, jak to jest. Biff zwany Lewim - najpierw sam przerażony, potem mniej - poświęcił się dla dobra ogółu i wynajął profesjonalistkę sprzed oberży.

 

   "Miała idealną budowę jawnogrzesznicy - szeroka gdzie jawnogrzesznica powinna być szeroka, wąska, gdzie jawnogrzesznica powinna być wąska, z delikatnymi kostkami i szyją, twardym sumieniem, śmiała i skupiona na celu, kiedy już dostała pieniądze.(...) Nasza sytuacja wymagała większej kreatywności, niż Set była przyzwyczajona, ale westchnęła tylko ciężko i mruknęła coś, jak  "Jak pieprzysz Żyda, zrób w łóżku miejsce dla poczucia winy", po czym wciągnęła mnie do zagrody i zamknęła bramkę. (Tak, to były zagrody dla zwierząt. W tej naprzeciwko Josha stał osioł)"

 

   Piękna jest historia z uratowaniem cudzołożnicy przed ukamienowaniem (Kto jest bez winy, niech pierwszy... i tak dalej), ona dziękuje, Joszua mówi:

- Nie ma sprawy, idź i nie grzesz więcej.

Na co Biff zrywa się ochoczo, żeby ją odprowadzić, ale

"Joszua przytrzymał mnie za tunikę.

- "Nie grzesz więcej", przeoczyłeś tę część mojej instrukcji?

- Przecież i tak cudzołożyłem z nią w sercu moim, zatem czemu nie mieć z tego trochę przyjemności?

- Nie!

- Moim zdaniem marnujemy całkiem dobrą cudzołożnicę...

 

   Na koniec scena z układania słynnych Ośmiu Błogosławieństw, które Jezus wygłosił podczas Kazania Na Górze. Kto chce sobie przypomnieć, jak brzmiały w oryginale, to tu:

   http://pl.wikipedia.org/wiki/Osiem_b%C5%82ogos%C5%82awie%C5%84stw

 

A w Baranku leciało to tak:

" Potrzebna mi pomoc w pisaniu tego kazania. Jak nam idą Błogosławieństwa?

- Słucham?

- No, ci którzy są błogosławieni...

- Mamy tak: Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości; błogosławieni ubodzy duchem; czystego serca; jęczący, cisi...

- Czekaj, a co dajemy cichym?

- Błogosławieni cisi, do nich bowiem powiemy: Brawo, chłopcy!

- Trochę słabe...

- Fakt.

- To pozwólmy cichym posiąść ziemię?

- A nie możesz oddać ziemi jęczącym?

- Wiesz co, wytnij jęczących i oddajmy ziemię cichym.

- No dobra, ziemia dla cichych. (...)

- Ile tego jest?

- Siedem

- Nie wystarczy. Potrzebujemy jeszcze jednego. Co powiesz na przygłupów?

- Nie, Josh, przygłupy nie! Dość już uczyniłeś dla przygłupów. Nataniel, Tomasz (...)

   Słuchaj, czemu nie możemy mieć po swojej stronie żadnych ważnych gości? Czemu to muszą być cisi, ubodzy, dręczeni i ogólnie olewani? Czemu chociaż raz nie możemy błogosławić wielkich, potężnych, bogatych facetów z mieczami?"

 

No właśnie, czemu?

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 

 

 


Podziel się

komentarze (26) | dodaj komentarz

Wrzesień czyli pora kłucia

sobota, 20 września 2014 18:54

2065691-strzykawka-szczepionka-643-482.jpg

http://zdrowie.dziennik.pl/grypa/galeria/438694,1,uniwersalna-szczepionka-na-grype-kiedy-powstanie.html

  

  Jesień-wrzesień, wrzesień-jesień... ciekawe dlaczego wcześniej nie zauważyłam, że to się rymuje...?

   Wszystkich ogarnia melancholia, jakiś spleen, jeden dzień popadało i od razu depresja!

A tu się nie ma co użalać, taki mamy klimat! Jak ktoś chce wiecznego lata, to niech się przeniesie do Somalii. Tam życie tańsze niż u nas, a słońce świeci na okrągło.

 

   Skąd wiadomo, że już jesień? Ano stąd, że kiedy jadę o 7.00 do pracy (od 20-stu lat o tej samej porze), to jeszcze niedawno słońce już było wysoko i mieściło się za tym, no, parawanem, co wyrasta z podsufitki. A teraz się nie mieści i oślepia mnie spod niego tak, że to się kiedyś źle skończy. NIC nie widzę, no, absolutnie nic, a ludzie wyłażą na jezdnię jak oczadziali i nie pomyślą, że w starciu z moim autem są bez szans

 

  A skąd jeszcze wiadomo, że jesień? No bo ramówka TVN wróciła do normy, a w niej Lekarze.

   I jeszcze po tym, że znów trzeba wykonać najgłupszą robotę roku, czyli wyciągnąć z szafy zimowe ciuchy i schować te letnie, bo w biurze po rękach ciągnie...

  I  śliwki węgierki się wreszcie pokazały, te najsłodsze, pomarszczone jak rodzynki. Dziw, że Unia ich nie zakazała, przecież to jawnie wybrakowany towar jest...

 

   I wszystko byłoby pięknie, tylko jest jedna zła wiadomość – za moment znowu będzie Sylwester!!!

 

   Wrzesień jeszcze o jednej rzeczy przypomina, mianowicie że trzeba się na grypę zaszczepić, co robię od 15-stu lat i wszystkim polecam. No więc i tym razem chciałam spełnić obywatelski obowiązek i w ramach wolnego dnia udałam się do najbliższej przychodni Luxmedu. Wiedziałam, że niezbędna będzie tzw. konsultacja, czyli zaznaczenie przez lekarza właściwych odpowiedzi na dwóch stronach pytań, co spokojnie moglibyśmy zrobić sami w poczekalni, ale NO WAY!

   Tu dowiedziałam się, że pierwszy wolny termin konsultacji mam za 5,5 godziny, ale jak się sprężę, to na 11:07 mogę mieć termin w przychodni w samym centrum. 

Jęknęłam na myśl o parkowaniu za Mariottem, ale chciałam mieć to z głowy. Pojechałam.

   W przychodni odstałam w kolejce do rejestracji, po czym skierowano mnie do pokoju 407, który jednak był zamknięty. W prywatnych przychodniach jest zakaz wsadzania głowy do gabinetu. To lekarz zaprasza, więc czekałam.

 

   Po 25 minutach zaryzykowałam, wsadziłam głowę do gabinetu i usłyszałam, że wcale nie ma mnie na liście u TEJ pani doktor. Jestem, ale w 406, u innego pana doktora. 

   Stłumiłam żądzę zemsty z obawy, że a nuż nie zdam i nie dostanę kartki na zastrzyk. Lekarz wypełnił rubryki, przez biurko poświecił mi w paszczę latarką, i wypuścił na wolność. Nie zmierzył temperatury ani ciśnienia, nie osłuchał na okoliczność zapalenia płuc, ani zakażenia ebolą czy świńską grypą. Po co więc ten cyrk?

  No nic, grunt że już po 45 minutach miałam papier, że mogę się szczepić. I się zaszczepiłam.

 

   Na koniec wpadłam zobaczyć rodziców. Zafasowałam dwie pary majtek i 10 jaj wiejskich. Zbieżność przypadkowa.

  

A potem już dzień jak co dzień.

 

Makaron z ręcznie robionym pesto. Coś z nim nie tak...

 

Za dużo cytryny...?

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Miejsce kobiet jest na szczycie - motto himalaistek

poniedziałek, 15 września 2014 17:42

 

   Pisuję listy do Wysokich Obcasów i czasem spotyka mnie miła niespodzianka, kiedy list zostaje opublikowany, a nawet zostaje „Listem Tygodnia”. W ślad za tym idą nagrody i teraz mam zagwozdkę – czy TEN prezent to dzieło przypadku, czy też panie z WO zajrzały na mój blog i przeczytały, iż właśnie siedzę w Dolomitach i wiążę liny.

 

  Tak czy owak prezent jest trafiony w dziesiątkę, bo oprócz kremów Eris jest to książka „Annapurna – góra kobiet” Arlene Blum, która w 1978 r. poprowadziła pierwszą kobiecą ekspedycję na Annapurnę. Opisuje w niej wszystkie schody, jakie musiały przejść jako kobiety, żeby uzyskać potrzebne zezwolenia, zebrać fundusze (80 tys.USD w tamtych czasach wydaje się sumą gigantyczną), wreszcie pokonać własne słabości i cholerną naturę tej góry, żeby dwie z trzynastu osiągnęły szczyt.

 

   Autorka była liderką grupy, co okazywało się dla niej chwilami nie do zniesienia. 13 indywidualistek, o różnym charakterze i przekonaniach, musiało współpracować i godzić się na różne kompromisy, co nie zawsze się udawało. Nie tylko mróz, wicher, śnieżyce, brud, wystawianie pupy na śnieg za potrzebą przy –30 st.C, ale także życie w permanentnym strachu, czy kolejna lawina nie zmiecie ich z powierzchni góry, do tego nieludzki wysiłek podczas dźwigania stert klamotów do kolejnego obozu – to wszystko nie sprzyjało wesołości i dobremu samopoczuciu.

 

   Nie mogłam się oprzeć wspomnieniom... Moja największa w „karierze” wspinacza góra, to Kilimandżaro – niecałe 6 tysięcy (bez 105 m). Wydawałoby się, że to już niewielka różnica w stosunku do Himalajów, a jednak przepaść...

   Poszłam na Kili dlatego, że stoi prawie na równiku, a więc mimo wysokości ilość śniegu jest tak mała, że przez 90 % drogi nie ma go pod stopami. Oznacza to, że nie ma też zagrożenia lawinowego, ani innych niedogodności (wystawiania pupy na śnieg), a temperatura podczas marszu w dzień zwykle nie spada poniżej +20 st.C (w dobrym sezonie). Noce są tu oczywiście zimne, powyżej 4.000 m zamarzała woda w butelce, ale wystarczyło założyć na siebie 9 warstw odzieży (w tym rękawice narciarskie) plus śpiwór z „granicą komfortu  –9 st. C” i można było spać w miarę spokojnie.

 

Tyle było tego śniegu, o... :

 

F1050018.jpg

 

Tu wschód słońca nad Kili widoczny z obozu na 3600 m. 

 

 F1030023.jpg

 

Bystre oko wypatrzy za mną w tle sławojkę. Wprawdzie nie posiadała drzwi, ale była. W porównaniu z Himalajami to szczyt luksusu.

 

F1030011.jpg 

Dla tych widoków warto było się drapać. W tle Mount Meru (4570 m)

 

F1050013.jpg 

A tu już wydaje się na wyciągnięcie ręki – lodowiec na Kilimandżaro.

 

F1050006.jpg 

    Druga zasadnicza różnica to czas. Arlene z koleżankami przez tydzień wchodziły do bazy, a potem przez równo 3 miesiące zdobywały szczyt. Tyle trwało wniesienie tony sprzętu do kolejnych obozów i aklimatyzacja do tej wysokości.

    Nam niecały tydzień zajęło wejście i zejście na górę.

 

   Czas miał ogromne znaczenie dla utrzymania atmosfery w zespole. O ile można znieść różne niedogodności przez tydzień-dwa, o tyle trzy miesiące życia w tak ekstremalnych warunkach każdego by wykończyły. Stąd w książce Arlene Blum bez przerwy pojawia się walka o zachowanie jedności zespołu, rozwiązywanie konfliktów, tonowanie typowo babskich humorów i ambicji. Rozdzielanie obowiązków tak, żeby żadna nie poczuła się gorsza, forsowanie pewnych decyzji wbrew woli części kobiet, wreszcie najbardziej dramatyczna decyzja – KTO ma szturmować szczyt.

    Bo nie ma tak, żeby 10 na 10 wspinaczy weszło. Zwykle jest to wybrana dwójka czy trójka, reszta jest albo zbyt wyczerpana, albo zwyczajnie brakuje dla nich tlenu czy sprzętu, albo Szerpów. Zawsze jakaś część poczuje się urażona i będzie miała za złe. Wszystkie harowały tak samo, zbierając pieniądze i dźwigając sprzęt do obozów. Dlaczego więc tylko jeden zespół ma szanse szczytować?

 

   W tej ekspedycji wprawdzie uformowano drugi zespół, ale te 2 kobiety zdecydowały się wejść tylko na pośredni wierzchołek Annapurny. Były same, gdyż Szerpowie definitywnie odmówili. Nie mając wsparcia ani sprzętu miały małe szanse. 300 m przed ostatnim obozem coś się wydarzyło - jedna z nich mogła się poślizgnąć, pociągnąć drugą, albo zmiotła je lawina. Z daleka widziano tylko czerwoną kurtkę Alison Chadwick-Onyszkiewicz, żony Janusza Onyszkiewicza. Ich ciał nie udało się pochować podczas tej wyprawy. Nie wiem, czy udało się to innym ekspedycjom, minęło już 46 lat...

    Jakby nie dość dramatu – była to druga żona Onyszkiewicza. Pierwsza również zginęła, przy wycofywaniu się z jaskini w Gruzji. Co za fatum!

 

    Nasze wyprawy różniło także nastawienie do nas miejscowych tragarzy. Ekspedycja Arlene Blum to ciągłe pasmo kłótni z Szerpami. Łobuzy wciąż stawiają nowe żądania, chcą ubrań, puchowych śpiworów, pieniędzy, wreszcie w ogóle odmawiają pójścia, choć mają zapłacone.

   W Afryce to było nie do pomyślenia. Nasi tragarze nie tylko nieśli cały nasz dobytek na plecach, żebyśmy mogli iść maksymalnie komfortowo, gotowali gary jedzenia, których i tak powyżej 4 tys. m mój żołądek nie przyswajał, ale i troszczyli się o nas jak o swoje dzieci. Kiedy poczułam się źle i pobiegłam między głazy, zaraz ktoś Z INNEJ EKIPY przykłusował i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy.

 

Nasi tragarze i przewodnicy:

F1070013.jpg 

 F1000008.jpg

 

   Kiedy wycofałam się z drogi 500 m przed szczytem, a mój mąż jeszcze później, nie cieszyli się, że mają mniej pracy, tylko próbowali nas mobilizować do dalszej drogi. Na szczęście nie musimy zdobywać każdej góry :) Uznaliśmy, że zdrowie i samopoczucie ważniejsze od bicia rekordów, i wróciliśmy do bazy, oczywiście pod czujną opieką przewodników. Ani przez chwilę tego nie żałowałam.

  

   Nie wyobrażam sobie, żebym w tak trudnych warunkach musiała się jeszcze denerwować, czy cała ekspedycja nie wywali się z powodu buntu Szerpów, którzy zażądają wyższej zapłaty.

   Dlatego też nigdy nie pójdę w Himalaje. Stopień zagrożenia, jaki przecież nie zmniejszył się od tamtego czasu, skutecznie pozbawia mnie motywacji. Nie rozumiem ludzi, którzy płacą 30 tys. USD za wejście na Mount Everest i... wchodzą, albo i nie. Przecież żadne pieniądze nie powstrzymają lawin ani powstawania gigantycznych szczelin w lodowcu. Na Evereście zginęło już ponad 250 osób. Na Annapurnie na 100 ekspedycji (do 2005 r) zginęły 53 osoby. Po co mnie się tam pchać?

 

  A to nasz przewodnik Alfred, mozolnie wypełniający kartę uczestnika i informację, kto jak daleko zaszedł. Ech, fajnie było...

 

 F1070036.jpg 

 

Polecam też wywiad http://wyborcza.pl/magazyn/1,136824,15706696,Lodowi_wojownicy_boja_sie_kobiet.html


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Że też się ludziom kiedyś chciało tak wyklejać...

czwartek, 11 września 2014 10:21

 

   Ostatni dzień urlopu postanowiliśmy spędzić w Ravennie. To miasto 90 km na południe od Ferrary, morski port, ale znany głównie ze swoich fantastycznych mozaik.

   Ravenna powstała – uwaga – w XIV w. przed naszą erą!!!  Gdzie my z naszym Biskupinem? Tu już w V w.n.e. rezydowali cesarze zachodniorzymscy i arcybiskupi?!

    Wtedy też rozwinięto do perfekcji sztukę wyklejania sklepień i ścian kolorowymi szkiełkami, tworząc z nich sceny biblijne, motywy zwierząt roślin.

 

    Na nocleg wybraliśmy miły hotel Diana, 2 minuty drogi od katedry. Razem z nami rezydowała tu drużyna kajakarek seniorek z Kanady, które za 2 dni miały startować w zawodach. Panie o bardzo różnym wieku i tuszy dźwigały swoje wiosła lecąc na trening, a wieczorem rozrabiały w barze, popijając grappę. Brakowało mi tu tylko Jadwigi...

 

    Z okna pokoju rozciągał się widok na bazylikę Giovanni Batista, w której – ku mojemu zdumieniu – na zwiedzających czeka ogromna bożonarodzeniowa szopka, z akcentami napoleońskimi. Nie brakuje w niej żebraków, Ku-Klux-Klanu, diabłów, aniołów ani innych dziwnych stworzeń. Po drugiej strony od ołtarza leży sobie Jezusek w żłóbku. 5 WRZEŚNIA!

 

 P1060128.jpg

 

P1060096.jpg

 

P1060095.jpg

 

   Po śniadaniu ruszyliśmy w miasto. Kościoły już otwierali, więc zaczęliśmy od Duomo, czyli katedry. A właściwie od maleńkiej kapliczki obok Duomo – baptysterium Ortodoksów, gdzie sufity i ściany kapały od bogatych mozaik. To nie freski!!! Pośrodku sufitu chrzest Jana.

 

P1060151.jpg 

 P1060153.jpg

 

Sama katedra była ich pozbawiona, ale mimo to jest przecudnej urody. Tu tylko dwa fragmenty – ołtarz i sufit.

 

 

 

P1060171.jpg

 

P1060172.jpg

 

   Potem przeszliśmy do ogromnej bazyliki św. Wita, gdzie mozaiki są jeszcze piękniejsze, choć sam kościół z zewnątrz nie powala. Za to w środku...

   Gigantyczne wnętrze sięga chyba 10 pięter, a wszystko lśni złotem i kolorami, jak w Bizancjum.

 

P1060182.jpg

 

To na razie tylko freski:

 

P1060186.jpg

 

 P1060193.jpg

 

A tu już mozaiki:

P1060190.jpg 

P1060192.jpg 

 

P1060194.jpg

 

P1060197.jpg

 

P1060198.jpg

 

   Potem zaszliśmy do grobu Dantego. Zapewne mało który Włoch wie, że mówiąc po włosku, mówi językiem właśnie Dantego i Petrarki, a konkretnie dialektem toskańskim. Dante pisał swoją Boską Komedię po toskańsku, zamiast po łacinie, czym naraził się na obelgi. I chociaż dziś niemal każdy Włoch mówi też swoim miejscowym dialektem, jednak to Dante położył podwaliny pod współczesny język urzędowy.

 

 P1060145.jpg

 

   Zmożeni przysiedliśmy na maleńkie tiramisu w knajpce oferującego chyba ze 20 rodzajów tegoż, a potem poczłapaliśmy do jeszcze jednego przybytku z listy UNESCO (jest ich w Ravennie aż 8) – do bazyliki St. Apollinare Nuovo, gdzie obejrzeliśmy mozaikowe szeregi świętych i męczenników, męskich i żeńskich osobno.

 

 P1060211.jpg

 

Tu pokłon Trzech Króli.

P1060217.jpg 

 

   W sumie wrażenia dużo lepsze niż w Ferrarze. Uliczki zadbane, stylowe, czuje się ducha starego miasta. Stare restauracyjki, winiarnie, nawet własna krzywa wieża, czyli partactwo budowlane jak w Pizie.

 

 P1060138.jpg

 

  Tylko cholera bierze na rowerzystów, których są tu tysiące. Gorzej niż w Amsterdamie. Nadjeżdżają z każdej strony bezszelestnie, a człowiek musi uważać, żeby go nie przejechali. No bo to byłby wstyd, żeby dwa tygodnie narażać się wisząc na stalowym drucie, a zginąć pod kołami cyklisty! Żeby nie wiem jak pięknie i historycznie było wokół, głupio...

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/


Podziel się

komentarze (19) | dodaj komentarz

Koniec wakacji

niedziela, 07 września 2014 17:58

 Szczegóły bardziej techniczne, dotyczące szlaków i wspinaczek dostępne na moim „górskim” blogu:www.helenarotwand.bloog.pl  

 

   Wróciłam cała i zdrowa. Dziękuję wszystkim za wizyty, także tym, co nie przepadają za opisami naszych wspinaczek. Ale nie mam dla nich dobrych wieści –  nasz główny urlop już zawsze będzie tak wyglądał, dopóki zdrowie dopisze.

 

   Ten rok był zaskakująco dobry jeśli chodzi o pogodę. Po tragediach naszych alpinistów pewnie wszyscy kojarzą takie hasło „okno pogodowe”. No więc nam otworzyło się takie okno dokładnie w dzień przyjazdu. Przez cały lipiec w Dolomitach lało, lało także przez pierwsze trzy tygodnie sierpnia. Lało aż do naszego przyjazdu.

   Najstarsi ludzie nie pamiętają takiego lata. Przypadkowi rozmówcy przepraszali nas za to, bo przecież Włochy to kraj słońca.

   NAS nie było za co przepraszać. Pogoda była wyśmienita i nie dawała alibi, żeby sobie posiedzieć w domu. Dzięki temu mięśnie mam wyrobione jak arab wyścigowy. Do tego muszę niestety podziękować Chodakowskiej, bo dzięki treningom z jej filmikami od pierwszego dnia w górach miałam kondycję dużo lepszą, niż rok czy 5 lat temu.

A młodsza przecież nie jestem!

 

   Ale jako rzekłam, po 12 dniach wszyscy odczuwaliśmy dosyt, więc spakowaliśmy walizy i żeby wypełnić czas do odlotu pojechaliśmy 260 km na południe, do Ferrary.  Hasło Ferrara pewnie wszyscy kojarzą – Kopernik, te rzeczy. Szybko znalazłam w internecie co najmniej 4 miejsca warte obejrzenia i dużo sobie po tym mieście obiecywałam. Niestety, rzeczywistość była nieco inna.   

   Castello d’Este, czyli średniowieczne zamczysko w środku miasta, jest... bardzo średniowieczne, ceglane, zero finezji czy polotu. Nic dziwnego, rodzina książąt d‘Este zbudowała go jako warownię przed zbuntowanym ludem, a nie jako SPA..

 

P1060019.jpg

 

     Potem sporo czasu zajęło nam znalezienie uliczki via Delle Volte, którą Google niestety zaznacza w innym miejscu, niż jest. Zleźliśmy pół miasta, szukając tego miejsca, aż w końcu ją dopadliśmy. Okazało się zresztą, że od samej katedry już są znaki, tylko my je przeoczyliśmy. Uliczka jest znana jako Arkadowa, gdyż co drugi dom połączony jest z przeciwległym domem arkadami / mostkami. Były w nich warsztaty, lub mieszkania. Dziś lekko cuchnie tam pomyjami i nie jestem pewna, czy średniowiecznym zwyczajem mieszkańcy nie wyrzucają odpadków na ulicę. Klimat żywcem jak z „Pachnidła”.

 

 P1060074.jpg

 

P1060072.jpg

 

P1060071.jpg

 

W starych zabytkowych latarniach ptaki wiją gniazda...

 

 P1060080.JPG

 

Proszę zwrócić uwagę na stan tej ściany. Nie wiem, czy chciałabym tam mieszkać...

 

 P1060075.jpg

 

   Na pewno piękna jest katedra, choć z zewnątrz robi większe wrażenie, niż w środku. To znaczy w środku jest też bogata i z klasą, ale w tym rejonie raczej spodziewamy się przepychu, złota i aniołów. Ale niczego jej nie można zarzucić. Jest naprawdę elegancka.

 

P1060022.jpg

 

P1060060.jpg

 

   Ciekawy jest efekt trójwymiarowości kolumn. Wyglądają jak bogato rzeźbione, a to tylko malowidła.

 

 P1060086.jpg

 

 

P1060090.jpg

 

   Nie udało nam się wejść do synagogi, zamkniętej z powodu trzęsienia ziemi.

Kiedy tam było trzęsienie ziemi i dlaczego nic o tym nie wiem...?

    Nie udało się też wejść do klasztoru dominikanów, gdzie pochowana jest m.in. Lukrecja Borgia.

Ach, ten wkurzający zwyczaj zamykania wszystkiego między 12.30 a 15.30! Czy w kościołach i klasztorach też muszą sjestować? Przecież w tych murach jest chłodno! A przez tę przerwę, ile popołudnia zostaje na zwiedzenie miasta? 2 godziny!  

 

   Ale przy okazji poczytałam sobie, że Lukrecja wcale nie była taką trucicielką, za jaką ją świat uważa. To jej ojciec papież Aleksander VI wraz z jej bratem najpierw ją wydawali za mąż, a potem nagle stwierdzali, że ktoś inny jest lepszą opcją polityczną, więc albo zmuszali męża do rozwodu, albo ukręcali mu łeb.

   Ona sama więc była tylko narzędziem w rękach rodziny, ale gdy w końcu wydano ją za księcia d’Este, została wzorową żoną i matką, rodząc mu ok. 8 dzieci. Tylko czworo ją przeżyło, ale co się dziwić, skoro mąż miał syfilis...?

 

   No, ale najweselej było w przybytku o nazwie AL BRINDISI. To najstarsza knajpa świata, ma na to certyfikat Księgi Guinessa. Początkowo była to kantyna dla robotników budujących katedrę – 1100 rok! A właściwy lokal pochodzi z 1435 r. Też dość dawno.

   Dziś Al Brindisi to w zasadzie winoteka, ale podają tam wyśmienite mięsa, np. (znów) golonkę za 10,00 €. Kieliszek wybitnego wina kosztuje 3,00 €, czyli tyle co mała butelka wody, a mniej niż piwo. Zważywszy, że lokal oddalony jest o 100 kroków od katedry, to ceny są szokująco niskie, jak na Zachód. Nasi restauratorzy powinni brać przykład.

 

P1060036.jpg

 

P1060035.jpg

 

 

P1060044.jpg

 

P1060040.jpg

 

  I to tyle na temat Ferrary. Oczywiście jest to ciekawe miasto, ale w porównaniu z tym co zobaczyliśmy dzień później...

 

CDN.


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  3 014 145