Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 735 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2846685
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12565
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2353 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Jak żyć...?

sobota, 26 września 2015 12:51

 

 Jak żyć, Pani Premier,  (nowa czy stara), jak żyć…?

 

 

   Nie mam na myśli problemów egzystencjalnych, natury wielkoformatowej, typu: Jak wyżywić sześcioro dzieci, skoro Bóg zdarzył, że się jakoś porodziły, bo red. Terlikowski mówił, że trzeba rodzić..., itp.

   Myślę tu o rozbieżnościach między tym, czym bombardują nas spece od żywienia, ortopedzi, kardiolodzy i inni, a tym, co realnie jesteśmy w stanie spełnić.

 

   Weźmy takie słońce. Jest wrogiem publicznym numer jeden i jako certyfikowany wampir całkowicie się zgadzam: Słońce mi szkodzi.

   Ale przecież mówi się, że albo będziemy spożywać garście witaminy D w tabletkach, albo będziemy ją syntetyzować ze słońca, inaczej kości nam spróchnieją.

   Żeby dostać odpowiednią dawkę, powinniśmy wystawiać na słońce przynajmniej gołe ramiona przez 15 minut dziennie. I to na prawdziwe słońce, bowiem pożyteczne promienie UVB nie przechodzą przez szyby, chmury ani ubranie.

   A ja się pytam, kiedy Państwo mieliście okazję przez 15 minut dziennie w godzinach południowych wystawiać ciało na słońce? I to codziennie, bo witamina D się nie kumuluje?

Na tygodniowym urlopie? W czerwcu, kiedy lało?

No proszę Was…. I jeszcze możecie chodzić? Kości wam się nie rozsypały?

 

   Poważnie teraz. Jeśli policzyć ilość słonecznych dni, kiedy przeciętny człowiek może w południe wyjść na słońce z gołymi ramionami (a więc nie jesienią czy zimą), wyjdzie nam w najlepszym razie 20 na rok. Jeśli policzyć osoby, które podjadają witaminę D w tabletkach, będzie tego może 1 %.

    Jakim więc cudem większość z nas nie tylko nie ma krzywicy, ale także raka skóry, bo to właśnie PODOBNO brak witaminy D odpowiada za tego raka, a nie słońce.

 

   Inna kwestia -€“ wyliczono bardzo dokładnie, ile witamin i pierwiastków powinniśmy spożywać, aby żyć. Na każdą literę alfabetu coś mamy, więc skomponowanie menu tak, aby wszystko się w nim znalazło, jest niemożliwe. Oglądałam kiedyś program, chyba o magnezie. Pokazano wzorcowe menu dla ucznia, po prostu menu marzeń. Podejrzewam, że tak odżywia się może jeden promil dzieci.

   A jednak wzorcowość owej listy okazała się niepełna, gdyż jak podsumowano, dzienna dawka magnezu była w niej o połowę za mała…(???)

 

   A gdzie inne pierwiastki, wapń, potas, selen, cynk, żelazo itp…? Przecież skoro nawet dostatecznej ilości magnezu nie udało nam się dostarczyć, to ile trzeba byłoby dodać innych produktów, żeby uzupełnić inne związki?

 

   A jednak większość dzieci, nawet nie tak zadbanych, żyje, rośnie i generalnie dobrze się ma. No to w końcu można żyć bez tej całej tablicy Mendelejewa czy nie?

 

   Inny przykład. Podobno nasz mózg żywi się tylko glukozą. Czym w takim razie żywi się mózg osoby jedzącej wyłącznie białko (Dukan) bez węglowodanów, owoców czy warzyw? A czym mózg osoby jedzącej tylko tłuszcze (Atkins)?

   Bo przecież wyznawców tych diet jest mnóstwo. Coś by się chyba słyszało, gdyby mózgi zaczęły im się kurczyć, a oni sami zaczęli się cofać w rozwoju, ssać smoczek czy raczkować.

 

   Podsumowując: Nie jesteśmy w stanie wypełnić nawet połowy zaleceń dietetyków, a mimo to żyjemy... Czyli mutujemy i tego się trzymajmy.

 

   A na koniec podzielę się kolejną radą, a raczej herezją mojego manualnego terapeuty. Od zawsze słyszało się, że kiedy bierze nas przeziębienie, należy wyłączyć aktywność, zalec pod kocykiem z kubkiem herbaty z malinami i oszczędzać siły do walki z chorobą.

   Tymczasem okazuje się, że ruch, który jest dobry w zdrowiu, w chorobie okazuje się równie potrzebny. Zaleganie na kanapie powoduje także zaleganie armii bakterii i wirusów w naszych oskrzelach i gardle, więc (jeśli oczywiście nie mamy 40 stopni gorączki) to trzeba się ruszać. Chodzić, nawet ćwiczyć.

   Samo się o tym przekonałam, kiedy dopadł mnie ból gardła. Zacisnęłam zęby (nienawidzę baby!) i kilka dni pod rząd jechałam na dywanie z Chodakowską. Może ciut wolniej, ale jednak. Po kilku dniach gardło się poddało, nie pojawiły się też żadne inne objawy.

 

   Teraz lecę się zaszczepić. Czas najwyższy, moi drodzy!

No i kupię chyba tę witaminę D w kapsułkach, a niech tam! Nogi chcę mieć proste, do końca moich dni!

 

A to świeże impresje z dalekiego świata, jeszcze ciepłe...

 

IMG_2046.jpg

 

IMG_2054.jpg

 

IMG_2174.jpg

 

 


Podziel się

komentarze (15) | dodaj komentarz

Inni też podróżują...

sobota, 19 września 2015 10:55

 

    Muszę zwolnić, muszę zwolnić...

   Od powrotu z urlopu gonię jak chomik w karuzeli, a każda sprawa jest ważniejsza od poprzedniej, a ta następna...

   Dziecko nas opuściło, tym razem na sześć miesięcy. Pojechało w dalekie kraje za słońcem, bo u nas za chwilę zaczną się szarugi. Za kolorami, bo u nas nie dość kolorowo. Za plenerami do zdjęć i za śmiechem, choć podpartym niewyobrażalną biedą, bo u nas...

 

   Śpieszyliśmy się potwornie, bo akurat teraz dzieje się tam najsłynniejszy festiwal, na który zjeżdża cztery miliony "ascetów", golasów wymalowanych szarym tynkiem, z dredami i dzwonkami na wierzchu.

   Załatwienie w 1,5 tygodnia wizy, biletu, szczepień, wynajęcia mieszkania było pracą tytaniczną. Ale opróżnienie i wyczyszczenie mieszkania osłabiło mój wątły organizm do reszty.

   

   Wylądowałam więc na kozetce u manualnego, który powoli staje się także terapeutą od duszy. Mimo, że z tych napięć rąbnęło mnie w krzyżu, on po swojemu skupił się zupełnie na czym innym, na jakichś nerwach błędnych i współczulnych, które miałam podobno zasupłane jak najlepszy węzeł na linach zjazdowych w Tatrach.

   No i on te węzły pracowicie rozsupływał, a kiedy wyszłam, poczułam się nowym człowiekiem.

  

   Przy okazji muszę się podzielić jego poradą, która u mnie już przyniosła efekty. Mamy na twarzy sploty nerwów, które m.in. odpowiadają za nasz stan psychiczny, nastrój, ale i oczy. Ponieważ problem z oczami, zwłaszcza wieczorem, mam od dawna i chyba nie ja jedna, wypróbowałam prosty sposób na wyciszenie tych nerwów. Mały ręczniczek namoczyć w lodowatej wodzie, dodatkowo przygotować trochę lodu w woreczku, tak żeby można było obłożyć nim twarz. Położyć ręcznik na twarzy, głównie na górnej połowie, dociskać zimny okład do oczu, ale nie one są tu najważniejsze. Czoło, skronie, nos są równie ważne.

    Możecie mi nie wierzyć, ale po 10 minutach oczy przestały piec i się zaciskać, a cała twarz się odprężyła. A ja wytrzymałam przyjazd szefa i napięty program w następnych dniach bez żadnego wysiłku.

   Polecam.

 

   A tymczasem syn dotarł do małej mieściny na dzień przed festiwalem i - nie wierzę - znalazł sobie hotel, i to za 30 zł za noc (to jest idealna cena). Jak, kuźwa, znaleźć miejsce w hotelu we wsi do której zjeżdża 4 miliony ascetów i drugie tyle turystów i fotografów z całego świata??? Bez rezerwacji ani żadnego planu???

 

   Jak widać, nasze dzieci z dala od domu są w stanie osiągać niewyobrażalne cele, gdy alternatywą jest spanie na ziemi z bagażem ważącym 45 kg pod głową...

 

   To zdjęcie z sieci. Czekam na lepsze, z pierwszej ręki :-)

 sant-bhavana-didi-Simhastha-Kumbha-Mela.jpg

 sant-bhavana-didi-Simhastha-Kumbha-Mela.jpg

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Odkrycia, odkrycia, czyli koniec urlopu...

sobota, 12 września 2015 9:20

 

   Mimo braku wielebnych w Dolomitach pogoda i w tym roku dała nam pożyć. Po ośmiu dniach przemierzania bezkresnych szlaków powyżej dwóch, a czasem i trzech tysięcy metrów, poczuliśmy dosyt.

 

   W ubiegłym roku zakończyliśmy łażenie po górach Ferrarą (łeee) i Ravenną (łał!).

W tym roku padło na PADWĘ i małe miasteczko, o którym pewnie niewiele kto słyszał, czyli VICENZĘ. Oba znajdują się niedaleko (50 i 80 km) na południowy zachód od Wenecji.

 

    Padwa jest wielka i trochę zaniedbana. Jest tam oczywiście co zwiedzać (choćby opisana poprzednio Kaplica Scrovenich, czy bazylika Antoniego Padewskiego - tego od rzeczy zgubionych lub niemożliwych), ale zabytki rozrzucone są na dość dużym terenie i trzeba się dobrze nabiegać, żeby oblecieć Stare Miasto w jeden dzień.

   Zwrócę tu uwagę tylko na jeden ciekawy obiekt - jest to tzw. Salon, Palazzo della Ragione, czyli Pałac Praw albo Racji, jak tam kto sobie chce przetłumaczyć. Krótko mówiąc - dawny trybunał.

   Pałac Praw powstał w 1218 roku, ale skończono go dopiero ok. 1306. Wtedy to wynajęto Giotta, który w wolnej chwili pokrył freskami trzy pałacowe sale. Pracowity był to człowiek, biorąc pod uwagę, że łącznie budynek ma 82 metry długości, 27 szerokości i 24 wysokości.

   A może odwrotnie.

 

   Niestety, sto lat później budynek wypalił się od środka, wraz z nim freski Giotta.

   Ale najciekawsze przyszło potem. Weneccy architekci, którzy mieli odrestaurować wnętrza podjęli niecodzienną decyzję - wyburzyli wszystkie ściany wewnętrzne i zostawili jedną przestrzeń (przypominam wymiary 82 x 27 m) pokrywając ją nowym dachem w kształcie odwróconego okrętu. W ten sposób powstał największy w Europie dach niepodparty kolumnami. I stoi tak od 1420 roku.

No, szacun...

 

P1080054.jpg

 

Krużganki:

 

P1080061.jpg

 

Wnętrze:

P1080069.jpg

 

   We wnętrzu oprócz fresków można podziwiać dwa obiekty - gigantycznego konia z drewna, który jednak nie powinien być oglądany przez wszystkich bezkarnie, ze względu na zbyt naturalistycznie oddane przyrodzenie.

   I "Kamień Wstydu", na którym zrujnowany dłużnik mógł uzyskać darowanie części długu, jeśli na trzech kolejnych publicznych zgromadzeniach posiedział na nim gołym zadkiem.

   Może to byłoby coś dla twórcy Amber Gold...?

 

P1080067.jpg

 

  Ale jeszcze ciekawsza od Padwy jest nieduża Vicenza. Tam z kolei szalał niejaki Palladio, z nieleczoną obsesją na punkcie kolumn. Miasto pełne jest jego imponujących budowli, pałaców, "willi" wielkości naszego Sejmu i kościołów. A wszystkie mają tyle kolumn, ile się dało wcisnąć.

Oto tylko dwa przykłady: olbrzymia Basilica Palladiana:

 

P1080109.jpg

 

P1080115.jpg

 

i Palazzo del Capitanio

  P1080199.jpg

 

   Największym i ostatnim jego dziełem był Teatr Olimpijski, najstarsza i chyba najpiękniejsza scena w Europie. Palladio zbudował ją w 1580 roku i wygląda ona dziś tak, jakby czas stanął w miejscu. Mała widownia w kształcie amfiteatru (kiedyś nie było tu dachu), scena chyba głębsza niż w naszej Operze, iluzja uliczki w Tebach z genialnie uchwyconą perspektywą, bogate zdobienia ścian...

   Można się zapatrzeć na amen.

 

 P1080139.jpg

 

P1080140.jpg

 

P1080148.jpg

 

P1080145.jpg

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Najbardziej strzeżone miejsce na ziemi

niedziela, 06 września 2015 18:35

 

  Jest takie miejsce w Europie, do którego chyba trudniej wejść niż do Pentagonu.

Miejsce to znajduje się w Padwie. Jest to jeden z najcenniejszych obiektów tego miasta, choć większość przyjeżdżających tu turystów nie ma o tym bladego pojęcia.

   Dopiero, kiedy przypadkiem usłyszą, albo wdepną na kaplicę rodziny Scrovegni, próbują kupić bilet i natychmiast wejść.

 

   Nic z tego.

   Bilet do kaplicy trzeba kupić co najmniej 24 godziny przed datą zwiedzenia, zapewne po to, żeby dać administratorowi możliwość prześwietlenia petenta i sprawdzenia, czy aby jest on godzien wejścia do obiektu.

    Do katedry w Mediolanie, do bazyliki św. Piotra w Rzymie, nawet do Pałacu Kultury można wejść z ulicy, a tu figa!

 

   Żeby kupić bilet (13,00 €), trzeba się najpierw zarejestrować, podając swoje wszystkie dane, począwszy od płci, adresu zamieszkania i maila, telefonu, obywatelstwa, a skończywszy na numerze karty kredytowej. Dobrze, że nie żądają grupy krwi, PIN-ów czy haseł do kont.

  Można zapłacić przelewem, ale wówczas procedura musi być uruchomiona aż 72 godziny (robocze) przed planowanym wejściem. Na szczęście dzień i godzinę odwiedzin możemy wybrać sobie sami, w miarę wolnych miejsc oczywiście.

 

   Kiedy uda nam się przebrnąć przez formalności i dokonać zapłaty, system zaprosi nas do odbioru biletów.  

   Jednorazowo do kaplicy wchodzi 25 sób i nie ma mowy o spóźnieniu, gdyż drzwi otwierają się tylko raz na pół godziny. Dla spóźnialskich nie ma litości, zwrotów też nie ma.

 

    Z biletami wielkości karty A4, pozbawieni torebki, aparatów, kamery, komórek, butelki z wodą, stoimy więc cierpliwie przed szklanymi drzwiami kompletnie niepozornej budowli, której z ulicy nikt by nie zauważył. Punktualnie wchodzimy do małej salki z krzesłami, gdzie przez 15 minut oglądamy film o powstawaniu rzeczonego obiektu.

   Nie jest to jednak czas dla nas. Jest to czas przeznaczony na wyrównanie temperatury, wilgotności i składu gazów w głównej sali. Nawet molekuła wrażej substancji nie przeciśnie się do środka.

Krótko mówiąc, siedzimy w śluzie. Z niepokojem patrzę w górę, czy zaraz nie lunie nam na głowy jakaś dezynfekująca ciecz.

 

    Po obejrzeniu filmu - bardzo ciekawego zresztą - otwierają się drugie drzwi i możemy wreszcie wejść do kaplicy.

   Capella degli Scrovegni to ofiara, jaką syn złożył za grzechy swojego ojca.  Ojciec ów, Reginaldo Scrovegni dorobił się majątku na lichwie, co uznane było za jeden z najcięższych grzechów. Został on nawet umieszczony przed Dantego w piekle w jego Boskiej Komedii.

   Aby uratować duszę ojca od potępienia, Enrico ufundował prostą jednonawową kaplicę, którą kazał ozdobić na niespotykaną skalę. Wynajął w tym celu uznanego już wówczas malarza - Giotta.

   Efekt jest imponujący. Ściany długiej na 30 metrów sali  pokryte są freskami o niezwykle żywych barwach. Oczywiście, nie mogę się pochwalić ani jednym zdjęciem, bo jako się rzekło, aparat musiał zostać w szatni.

 

     Teraz najważniejsze - freski mają 710 lat i w 90 procentach wyglądają na nienaruszone zębem czasu. Niewielkie fragmenty zostały zniszczone przez sól, ale obecny system monitoringu zapewne sprawi, że przez następne 700 lat nic im się już nie stanie. Bombardowania  w czasie II wojny św. uszkodziły wiele okolicznych budynków, a tego nie tknęły. Jakieś cuda...

   Pozostaje się tylko modlić, żeby żadne państwo islamskie nie przekroczyło nigdy progu kaplicy.

 

   Nie czuję bałwochwalczego podziwu dla obiektów tylko dlatego, że są stare. Ale jest coś mistycznego w oglądaniu czegoś pięknego, co powstało w 1305 roku i od tamtej pory nie ulegało żadnym przeróbkom. A Giotto wielkim malarzem był i jego ekspresyjne, plastycznie pokazane postacie były wówczas gigantycznym przełomem w malarstwie.

   Ale co ja tam wiem o malarstwie...?

 int-presbiterio.jpg

  http://padovacultura.padovanet.it/it/musei/cappella-degli-scrovegni

 

 

Na koniec przydatne adresy w Warszawie:

-         Najlepsza terapeutka od duszy – Małgosia Pietruszewska-Sadurska  http://www.pomocpsychoterapeutyczna.pl/

-         Najlepszy terapeuta od ciała – Piotr Płaza www.plazaosteopatia.com

-         Najlepszy hotel w lesie - http://www.laswoda.pl/

 


Podziel się

komentarze (8) | dodaj komentarz

Dolomity cz.3 czyli zbiorowe żywienie

środa, 02 września 2015 15:41

Kuźwa, jaki żar...!

 

Dopiero co chwaliłam idealną temperaturę, a tu 30 stopni i nic mniej!

I to gdzie? Na 3.000 metrów!

   Przecież na tej wysokości powinno być trochę chłodniej, myślę sobie. Nadźwigaliśmy tych ciepłych bluz i kurtek, wełnianych rajtuzów i kalesonów, czapek, a tu masz!

    Ma tak trzymać do wtorku, potem przyjdzie załamanie pogody. Nas to już nie boli, bo koło czwartku chcemy stąd wyjechać i jeszcze pozwiedzać. W planie tym razem Padwa i Vicenza.   

 

   Póki co dajemy sobie w kość, nie zważając na temperaturę. Wczoraj podleźliśmy na 2770 z zamiarem poznania nowej ferraty, Catinaccio d'Antermoia, ale z niewiadomych przyczyn znikła stalowa lina na pierwszym, kluczowym odcinku ferraty. Bez liny przejście wąskim uskokiem po osypującym się żwirku groziło poważnym wypadkiem. Mimo że mieliśmy w d... dwie godziny mozolnego podchodzenia 650 metrów w pionie, rozsądek zwyciężył i zawróciliśmy.

   Opiszę tę drogę na moim blogu www.helenarotwand.bloog.pl

na który serdecznie zapraszam. Jest tam dużo więcej zdjęć, a widoki były po prostu ach... ach... do ogłupienia.

 

   Póki co siedzę i myślę, co wyrzucić z bagażu, żeby znów nie zapłacić zbójeckiego haraczu za nadbagaż, jak w tę stronę. Na Okęciu trafiliśmy na służbistę, który doliczył się zbyt wielu sztuk i naraził nas na straty.

    Nie ukrywam, było tego trochę. Ale nie da się inaczej, zwłaszcza kiedy trzeba wziąć do samolotu liny, uprzęże, górskie buciory i baletki wspinaczkowe, kaski, kijki, linę 25 m, karabinki, termos, ciepłe kurtki i goreteksy na deszcz.

   A do tego 2 pudełka gęstej śmietany (tu przecież nie znają), paczkę kawy (tu nie mają czekoladowej Sati, przykro mi), bochenek mojego chleba z samych ziaren i jeszcze pokrojony w kromki żytni razowy.

 

   Proszę się nie śmiać! Na kanapkach z tutejszego chleba nie wlazłabym nawet na 2000 m, a co dopiero miałabym z nimi wędrować cały dzień. Nie wszędzie są schroniska.

   Dziś na przykład weszłam do dumnie brzmiącego PANIFICIO, czyli PIEKARNI. Rozparta za ladą gruba, choć młoda dziewczyna, na moje nieśmiałe "Czy mogę po niemiecku?" warknęła: NO!

Więc jak miałam zapytać po włosku, czy jest ciemny chleb żytni razowy, najlepiej pełnoziarnisty, skoro nie władam?

   Zresztą, i tak go nie było. Na półkach i ladach piętrzyły się wszelkie gatunki bułek i ciastek,  i ani kromki normalnego chleba! To jak oni mają być szczupli?

 

   Poszłam więc do sklepu spożywczego, gdzie tydzień temu udało się kupić paczkowany chleb przypominający nasz razowy.

   Niestety, wtedy to był chyba tylko wypadek przy pracy, bo nie ma po nim śladu, a na ladzie leżą same bułki i coś wyglądającego jak krowie placki. Znamy je już, są twarde i kminkowe, ale na szczęście nie tak puste i dmuchane jak te buły. No to kupiłam. Chłopaki muszą coś jeść, a ja wyjadam polski chleb z zamrażalnika.

 

   No, to ten ciężar odpadnie, ale lekko nie będzie przy pakowaniu...

Bo filiżankę musiałam wziąć, już się z tego nieraz tłumaczyłam. Nie będę pić z tych garnków jak do zsiadłego mleka, albo naparstków do espresso, nie będę i już!!!

 

   Wielebnych nie ma w tym roku. Jeden został poproszony przez żonę Maćka Berbeki do pojechania z nią i jej synami do Karakorum, żeby Maćka symbolicznie pożegnać. Zabrało mu to ze 3 tygodnie i już z nami nie mógł pojechać.

   Skutkiem tego nie ma tych słoików z gulaszami, pulpetami i gołąbkami, które zwoził co roku. Radzimy sobie więc inaczej. Przygotowanie obiadu zajmuje mi do 20 minut, więc żadna praca. Tyle to my tracilibyśmy na zejście do miasteczka, nie mówiąc o wyczekaniu na danie w restauracji, a potem drapaniu się z powrotem pod górę do domu.

   Kosztów też oczywiście nie da się porównać. Patelnia smażonej ryby (bardzo smacznego południowoafrykańskiego dorsza) i duży kalafior z masłem i tartą bułką to koszt rzędu 8,00 Euro dla trzech osób. Nie da się za tyle zjeść nawet jednej miski spaghetti w knajpie. A przyznacie, że jest to jednak lepsze jedzenie, niż spaghetti czy pizza.

   No, i chłopaki solidarnie zmywają:))

 

   W knajpach dodatkowo grozi człowiekowi alkoholizm, bo nagle powstał miły zwyczaj częstowania dobrych gości na koniec domową grappą. Wybór jest olbrzymi, od słodkich, ziołowych, zdrowotnych a skończywszy na starych beczkowych.

No i nie można się oprzeć...

 

P1070997.jpg

 

A tak było wczoraj. No, sami powiedzcie...

 

P1080040.jpg

 

P1080047.jpg 

CDN


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 846 685