Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844736
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Flamenco, czyli dobro narodowe. Cz.2

środa, 10 maja 2017 9:20

 

   Oprócz okrutnych i zasługujących na wytępienie walk byków (Katalonia zakazała już 5 lat temu), Hiszpania ma w swoim dziedzictwie narodowym także flamenco.

 

   Nota bene, flamenco znalazło się także na liście ŚWIATOWEGO dziedzictwa UNESCO.

 

   Nie takie stare jak korrida (popularność zdobyło dopiero pod koniec XIX w.), jest pięknym efektem mieszania się kultur całego świata. W ruchach tancerek widać elementy tańca hinduskiego, cygańskiego i arabskiego. I każdego innego.

    Dotąd jakoś nie dotarliśmy na pokaz flamenco, aż nagle trafiliśmy na to:

 

DSCF7155.jpg

 

To są azulejos, czyli kafle, nie malunek na ścianie:

 

DSCF7158.jpg

 

DSCF7160.jpg

 

   Mając jeden wolny wieczór w Madrycie, postanowiliśmy spróbować. Nie będę opisywać perypetii, jakie  musieliśmy przejść żeby zarezerwować stolik przez stronę, bo miałam już nie narzekać.

   Dość, że się…  nie udało.

Ale udało się to zrobić osobiście, dostaliśmy ostatni stolik, na godzinę 22.30.

 

   Wnętrze lokalu robi jeszcze większe wrażenie niż fasada. Sala działa od 1911 roku, choć pod zmienionym szyldem. Zdobienia sufitów wzorowane na Alhambrze i przepięknie malowane na płytkach ceramicznych sceny, pokrywające większość ścian, tworzą baśniowy klimat. Uważa się ją za najlepsze miejsce pokazów flamenco w Madrycie, a może i w Hiszpanii.

    Nie wiem, nie mam porównania.

 

DSCF7262.jpg

 

DSCF7263.jpg

 

DSCF7268.jpg

 

   Dość powiedzieć, że przez godzinę siedzieliśmy jak zaczadziali, nie myśląc ani o jedzeniu, ani o winie, które dodano nam do biletu. Pięcioro wykonawców - genialny gitarzysta, stary śpiewak, zawodzący nieco, ale to należy wszak do charakteru, młoda szczupła tancerka i starsza grubsza tancerka, wreszcie atrakcyjny torrero, stworzyło niezwykły spektakl.

 

DSCF7275.jpg

 

   Młoda miała półtorametrowy tren z falban, który zarzucała sobie jednym kopniakiem na ramię, kiedy chciała pokazać zgrabne łydki. Miała też chustę z półmetrowymi frędzlami, które w jej rękach zamieniały się w coś żywego, za czym ludzkie oko nie nadążało. Była na przemian rozpaczą, czułą miłością albo samą furią.

 

DSCF7279.jpg

 

DSCF7280.jpg

 

   Starsza pani miała z kolei głos jak dzwon, a i tupała tak, że ściany jęczały.

 

DSCF7284.jpg

 

   Młody piękny zachowywał się jak rasowy macho i wszystkie kobiety na sali od razu były jego…

   Zasługiwał na zachwyt. Tempo wystukiwania rytmu obcasami, wirowanie z niewiarygodną prędkością i te miny torreadora, czekającego na szarżującego byka… A o jego tempie niech świadczy fakt, że żadne zdjęcie z jego udziałem nie nadaje się do prezentacji.

 

To było po prostu bajeczne.

 

   Zdjęcia jak widać, zupełnie nie wyszły, aparat głupiał przez ruchliwość tancerzy i brak światła. Ale próbowałam. Kiedy na zdjęciu widać tylko kolorową mgłę, to właśnie jest jedno z nich.

 

DSCF7293.jpg

 

   Jeśli będziecie kiedyś w Madrycie, skuście się na ten spektakl. Lokal nazywa się Villa Rosa, jest w samym centrum.

35,00 Euro za osobę to  naprawdę dobrze wydane pieniądze.

 

CDN


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Życie jak w Madrycie, czyli przysłowia też kłamią. Cz.1

niedziela, 07 maja 2017 18:08

 

   Na początek ponarzekam, potem już będę tylko chwalić.


   Ostatni tydzień spędziłam w okolicach Madrytu. Zależało mi na zobaczeniu czegoś innego niż muzeum Prado czy Eskurial, dlatego sporządziłam plan wycieczki po swojemu.
   Ale o tym później, na początek ponarzekam.

   Jeśli komuś się nie podoba PKP, niech jedzie do Madrytu i spróbuje dostać się pociągiem do leżącego 40 km dalej Aranjuez. Jest to miejscowość znana ze wspaniałej letniej rezydencji królewskiej, jak również ogrodów, którymi inspirował się Joaquin Rodrigo, tworząc swoje gitarowe Concierto de Aranjuez.

   Specjalny 100-letni „truskawkowy” pociąg, w którym serwują truskawki, miejscowy specjał, uciekł nam niestety w sobotę, więc w niedzielę wybraliśmy się na dworzec ATOCHA, aby pojechać czymś normalnym.

   Do kasy dostaliśmy numerek 207, a na wyświetlaczu pokazał się 118 (!). Pozostawał automat.

   Wg automatu pierwszy pociąg do Aranjuez miał odjechać za 1,5 godziny, w dodatku z innego dworca! Kupiliśmy bilety nie mając wyboru, bo z automatem nie pogadasz.
   Coś mi się tu jednak nie zgadzało, bo właśnie zapowiadano pociąg do Aranjuez, tyle że podmiejski. W informacji  jednak potwierdzono - tak, za 1,5 godziny, z innego dworca.

   Udaliśmy się metrem na dworzec Chamartin, skąd znów właśnie odjeżdżał jakiś kolejny pociąg do Aranjuez, oczywiście nie nasz. Inne linie, inne bilety.

   Wkurzeni na maksa doczekaliśmy naszego pociągu, który po 10 minutach jazdy dostojnie wturlał się na … dworzec ATOCHA, z którego godzinę temu wyjechaliśmy!  Fuck!

   Ale to był dopiero początek. W Aranjuez na pustym dworcu stoją bramki, gdzie trzeba włożyć bilet jak do metra. Ale my, oraz 15 innych osób mieliśmy wielkie wydruki biletowe, których nie dało się wepchnąć w żadną dziurkę, ani sczytać elektronicznie.
   Za szybą 3 pracowników gadało beztrosko, a my miotaliśmy się bezradnie próbując WYJŚĆ!
   Wreszcie ktoś łaskawie otworzył jedną bramkę i byliśmy wolni.

   Powrót wydawał się łatwiejszy, bo odkryliśmy, że do sali dworcowej przylega bar, przez który swobodnie można wejść na perony. Dumni ze swojego sprytu próbowaliśmy tylko znaleźć informację, na którym peronie mamy czekać. Nic.

   Wreszcie kiedy nadeszła godzina naszego odjazdu, na sąsiedni peron wjechał pociąg, czort wiedział jaki.
Na żadnej tablicy nie było komunikatu, ale rzuciliśmy się do tunelu na czuja.
   Słusznie. To był NASZ pociąg, stał na peronie 10 sekund. Gdybyśmy wolniej biegali, mielibyśmy w plecy kolejną godzinę.

Oszczędzę wam dalszych przygód, bo nie był to koniec.

   Ale dla uspokojenia nerwów powiem, że dawno nie widziałam tak pięknego dworca jak ATOCHA. Działa od 1851 r, ale obecny kształt uzyskał dzięki współpracownikowi Gustava Eiffela. To widać.

   W środku urządzono oranżerię a w sadzawkach moczą się setki żółwi. Na takim dworcu przyjemniej czekać, choć wszystko jednak ma swoje granice...


DSCF7228.jpg

 

DSCF7169.jpg

 

DSCF7172.jpg

 

DSCF7221.jpg

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Coś ważnego w moim życiu, chociaż to jeszcze nie wnuk.

piątek, 21 kwietnia 2017 16:30

 

DSCF7093a.jpg

 

   Pierwsza była Ada. 6 miesięcy, całkiem spora i pyzata. Wyjątkowo głośna, płaczem domagająca się uwagi. Jej matka wciąż nie zrzeka się praw rodzicielskich, ale odwiedza ją tak rzadko, jak się da, ostatnio raz na miesiąc.

 

   W drugiej salce fika nóżkami Adaś. 4 miesiące. Leży bez pieluszki, na pupie ma jedną wielką ranę od odparzeń. Mimo to na widok pochylającej się nad nim ludzkiej twarzy uśmiecha się od ucha do ucha.

   Przywieziony dopiero co z interwencji policyjnej jako jedyny zasypia zwinięty w pozycji embriona, jakby chciał wrócić do brzucha matki. Śpi nawet kiedy Ada głośno krzyczy. Być może to jego pierwszy spokojny sen od urodzenia.

 

   Olek, 4 miesiące, jest zupełnie inny. Śpi z rączkami szeroko rozrzuconymi na boki, z odsłoniętym brzuszkiem. Jak kot mający pełne poczucie bezpieczeństwa. Jest w ośrodku od 3 miesięcy. Po obudzeniu się leży cichutko, nawet mimo mokrej pieluszki. Uśmiecha się do mnie, cierpliwie czeka, aż ktoś go podniesie, nakarmi. Zasypia na rękach, żal go odłożyć do łóżeczka.

 

   Ale trzeba, bo obok obudziła się Mania. Też się szczerzy bezzębnymi dziąsłami, chwyta za mój palec z siłą  człekokształtnych, i to dorosłych. Ciężko wyrwać ten palec. Ma pióropusz puszystych włosków na głowie, które falują jak nie przymierzając, łan zboża. Próbuję ją nakarmić, ale wygłupia się na całego. Po pięciu minutach cała jestem w kaszce, a ona ryje ze śmiechu.

 

   Odkładam Manię, bo za ścianą rozdzierająco płacze Zosia. Ma 4 tygodnie, nie znam jeszcze jej historii.

   Zachowuje się tak jak pozostałe -€“ one milkną w sekundę po wzięciu na ręce. Albo się przytulają, przysysają do dekoltu, usiłują wcisnąć sobie do buzi brzeg mojej bluzki lub palec (znów ten chwyt), albo rozglądają się ciekawie po świecie. Nieważna mokra pielucha czy pusty brzuszek. Są ciche, również wtedy, kiedy odkładam je do łóżeczka.
   Jakby wiedziały, że nie mogą rozrabiać, bo a nuż więcej nikt ich nie weźmie.

 

   Dwadzieścia łóżeczek, a w nich 20 historii z piekła rodem. Dzieci porzucone w szpitalu po urodzeniu, zostawione w oknie życia, zabrane przez Policję z awantur domowych. Dzieci zdrowe i z upośledzeniem różnego typu. Wszystkie mają jedną wspólną cechę - uśmiechają się do nas tak, że człowiek się topi jak wosk.

 

   W tym kraju dostać tyle bezinteresownego uśmiechu naraz, wcale nie jest normą…

 

   Kto więcej bierze, kto dostaje?

   Oczywiście, MY wolontariusze dostajemy więcej. Już głaskanie kota potrafi umiarowić serce, obniżyć poziom stresu. A wiecie ile daje głaskanie takiej pachnącej główki przez 4 godziny? Żadna piguła na sen nie jest już potrzebna. Człowiek zasypia po tym sam jak niemowlę.

   Choć kręgosłup skrzeczy, bo przecież zapomnieliśmy o prawidłowej postawie przy podnoszeniu, ale co tam kręgosłup...

Że bez jedzenia do 18.00, bez kropli wody, nawet bez sikania…? No i co?

Da się.

I warto.

 

IOP -€“ Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny w Otwocku czeka na pomocników. Służę pośrednictwem w każdej sprawie. Aktualnie zbieramy książki dla dzieci nowe lub w dobrym stanie, na kiermasze. Przyjmiemy wszelkie fanty na loterie, pomoc w postaci żywności lub środków pielęgnacyjnych (oprócz pampersów, bo tych jest dużo) no i pomoc w lulaniu.

 

Ta jest bezcenna.

 

http://www.adopcja.org.pl/nasze_programy_1.php

 

https://www.facebook.com/search/top/?q=iop%20w%20otwocku%20-%20fundacja%20rodzin%20adopcyjnych

 

Jest czysto, pachnąco, kolorowo.

 

DSCF7095.jpg


Podziel się

komentarze (24) | dodaj komentarz

Alleluja i do przodu!

czwartek, 13 kwietnia 2017 21:17

 

Szanowni Czytelnicy,

Wszystkiego naj-naj, spokoju, odpoczynku, zgody przy stole i poza nim, słonecznych spacerów, w telewizji tylko „Siedmiu wspaniałych” albo "Pretty woman", żadnych miśków czy szyszek, a ze zwierząt futerkowych wyłącznie zająca

 

życzę

 

Ja.

 

Niech Moc będzie z Wami!

 

Przesyłam parę pomysłów na jaja... Smacznego!

 

PS. Ja nie mogę...! Przysięgam, naprawdę nie wiedziałam, że w sobotę będą grać "Siedmiu wspaniałych". Tak strzeliłam, dla facetów, bo przecież prawdziwi mężczyźni Pretty woman nie będą oglądać...

 

IMG_3733.jpg

 

IMG_0007.jpg

 

P1080799.JPG


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Jubileusz rodziców, audiobooki i porządki w szafie

czwartek, 30 marca 2017 18:29

 

 

   Czas ucieka nie wiedzieć jak i kiedy, a zwłaszcza po co.

Moi rodzice dopiero obchodzili Złote Gody, a tu nagle… Diamentowe!

Sześćdziesiąte!

    Jeśli mąż po 50-ciu latach małżeństwa trafia do Męczenników (podobno), to dokąd trafia żona, która od 60 lat pielęgnuje swojego męża?

  Chyba do aniołów, choć powinna raczej do archaniołów, gdyby tam przyjmowali kobiety… 

 

   Pomyślałam, że taka okazja się raczej nie powtórzy, więc zaczęłam przygotowywać Jubileusz trochę inaczej, niż się to zwykle odbywało.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pochwalę się na blogu. Na razie chciałam pochwalić kogoś innego.

 

    Przypadkiem trafiłam na dziewczynę, która - jak się okazało, nie jedyna - wyplata okolicznościowe kartki. Znów się okazało, że jakaś zapóźniona jestem, bo takie hobby uprawia sporo osób. W dodatku do ich dyspozycji powstał już cały przemysł, produkujący elementy ozdób wszelakich, aby dało się z nich złożyć żądany motyw.

   Pozostaje mieć tylko trochę fantazji i powstają takie cuda.

 

 IMG_0687-k.JPG

 

IMG_0690-k.JPG

 

IMG_0702-k.JPG

 

   Karty są opakowane w osobne pudełko, również zdobione.

Ja zdecydowałam się zamówić kartę dla rodziców u Aloshy , na jej blogu http://przy-kominku.blog.onet.pl/

   Wygląda pięknie. W środku jest papier do wpisania życzeń. Będę chciała, aby wszyscy zaproszeni goście złożyli na niej swoje podpisy.

Może komuś z Was przyda się ten pomysł?

 

   W ramach robienia porządków w książkach trafiłam na parę miniaturowych wydań. Jednym jest Manifest Rewolucyjny Marksa.

  Nie trzeba nawet używać lupy, żeby go przeczytać. Pomyślałam sobie, że ktoś czyje poglądy da się zmieścić w takim formacie, nie miał chyba za wiele do powiedzenia…

 

DSCF6997.JPG

 

DSCF6998.JPG

 

DSCF6999.JPG

 

   Ostatnio cierpię na lekkie rozdwojenie jaźni, ponieważ w domu czytam książki papierowe, zaś uciekając od wiadomości, które mogą przyprawić o ciężką nerwicę, w samochodzie słucham audiobooków. Wcześniej praktykowałam to tylko w delegacjach na kilkusetkilometrowych trasach. Teraz od każdego zapięcia pasów, aż do ich rozpięcia słucham.

 

   Specyfika jazdy po mieście wymaga, aby nie była to literatura zbyt skomplikowana, żaden Joyce ani Houellebecq. Najlepiej kryminał.

   Ważna jest też osoba czytającego.

 

   Moim wielkim rozczarowaniem była Iza Kuna czytająca „Kuzynki” Pilipiuka. Nie wiem nawet, czy jest to dobra czy słaba książka, bo została fatalnie przeczytana, choć panią Kunę jako aktorkę bardzo lubię.

 

   Na drugim biegunie znajdują się książki czytane przez Macieja Stuhra, w tym „Czerwony kapitan” i trylogia o detektywie Strike’u niejakiego Roberta Galbraitha. Może nie wszyscy wiedzą, że serię ową napisała pod pseudonimem J.K. Rowling, widocznie kiedy już miała dość Harry Pottera.

   Z Harry Pottera nie czytałam ani jednej strony, za to jej „Trafny wybór” mile mnie zaskoczył. Nie podejrzewałam jej o taką wszechstronność, bo to zupełnie inny kaliber.

 

   Seria o detektywie naprawdę wzbudza podziw. Nie byłam nigdy fanką kryminałów, ale od tych trzech ciężko się oderwać. To znaczy ciężko wysiąść z samochodu, bo Stuhr robi wszystko, żeby człowiek spóźnił się do pracy. Wielogłosowość, dopasowanie się do płci, wieku, nastroju a nawet postury poszczególnych postaci sprawia wrażenie, że mamy prawie słuchowisko.

 

  Wykrzyczane emocje, wyszeptane wyznania, to wszystko wciąga i pobudza wyobraźnię. Choć  właściwie my nie musimy już sobie wyobrażać postaci, Stuhr zrobił to za nas.

   "Wołanie kukułki", "Jedwabnik", "Żniwa zła". 

   

Wielki talent, wielkie zaangażowanie w pracę.

Kocham Pana, Panie Maćku.


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 736