Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 314 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

POLECAM


MOJA KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! . . . zaczytani.pl
KSIĄŻKA JUŻ W SPRZEDAŻY! ....... Helena, 50-letnia businesswoman i Tomasz, 35-letni masażysta stóp poznają się na portalu randkowym. Przez 7 miesięcy wymieniają ponad tysiąc maili, prowadząc swoisty pojedynek na słowa i myśli, a spotkania połączone z masażem stóp dodatkowo podnoszą temperaturę. To, co początkowo miało być tylko lekką rozrywką, nieuchronnie zaczyna nabierać ciężaru. Realne sprawy ustępują miejsca wyobraźni. Świat bohaterów zapełnia się wirtualnymi postaciami, które zaczynają żyć własnym życiem. Zabawa trwa, dopóki sytuacja nie wymyka się spod kontroli...

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, t...

więcej...

Zaczęło się od "Opętania...", a potem blog zaczął żyć własnym życiem. Nie próbuję zmieniać świata, tylko go komentuję. Interesuje mnie wszystko poza sportem i polityką. Podróże, górskie wspinaczki, teatr, książki... Kobieta dojrzała, z pochodzenia prowincjuszka, z przypadku warszawianka. Próbuję wykorzystać ten fakt do zrozumienia rzeczywistości i informowania innych o tym, co ciekawe. Nie mam monopolu na wiedzę, wciąż szukam.

schowaj...

Głosuj na bloog

Średnia ocen: 4.06
Oddano głosów: 2356

Wróć do głosowania

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 2844731
Wpisy
  • liczba: 577
  • komentarze: 12563
Galerie
  • liczba zdjęć: 735
  • komentarze: 47
Punkty konkursowe: 900
Bloog istnieje od: 2352 dni

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Jadwiga, czyli "Jej podróże z lotką".

wtorek, 20 czerwca 2017 14:15

P1050091.jpg 

  

    Poznałam Jadwigę kilka lat temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem i książką. Z naszego pierwszego spotkania wyniosłam taki jej wizerunek: urocza, zadbana starsza pani z fryzurą w idealnym odcieniu siwizny, serwująca wybitne ciasto (dietę trafił szlag) i zimową herbatę z kardamonem w pięknej porcelanie, która opowiadając mi o swoim następcy w Związku Badmintona użyła takich oto słów (przepraszam, cytuję):

 


- Helenko, jak on mnie wtedy zjebał...
 
   Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak osłupiałam.
Ale to jest właśnie cała Jadwiga. Z jednej strony kulturalna do bólu, oczytana, wrażliwa, z drugiej silna, odważna, klnąca jak szewc.

   Poprosiła mnie o zrecenzowanie jej książki „Moje podróże z lotką”, nie wiedząc co czyni. Albowiem ja na sporcie nie znam się w ogóle. Mało tego - sport mnie zupełnie nie interesuje, a to stoi jakby w sprzeczności z treścią życia Jadwigi.
   Ale mówi się trudno. Spróbuję.

 

Moje podroze 3D 300 dpi.jpg

   Bałam się, że książka będzie traktować wyłącznie o sporcie, ale co najmniej jedna trzecia opowiada o zawiłych losach najbliższej rodziny, a potem i samej Jadwigi od chwili narodzin. Ta część wzbudziła we mnie ciepłe wspomnienia, bo tak jak ona byłam wysyłana na wieś do dziadków i tak samo czekałam na chleb skropiony wodą i posypany cukrem.
   Wprawdzie nie doświadczyłam takich przygód, jak upicie świń wiśniami z nalewki czy sikanie (w celu dezynfekcji) na stopę przebitą widłami, ale pewnie nikt poza Jadwigą takich przygód nie miewa.
 
   Generalnie jeśli ktoś rodzi się dokładnie podczas bombardowania (w 1945) - jakby nie mógł poczekać dzień lub dwa - z definicji stworzony jest do tego, żeby biec. Ona nie mogła zostać księgową, bibliotekarką czy manicurzystką. Ani malarką, hafciarką ani nawet pracownikiem naukowym PAN.
   Ona musiała iść na wojnę z urzędami, robić karierę, szaleć po świecie, rewolucjonizować sport, tworzyć w Polsce nową dziedzinę olimpijską.

   Nie została światowej sławy muzykiem, choć grała od małego, bo to pewnie było dla niej zbyt statyczne. Nie poszło jej na studiach prawniczych - chyba z tych samych powodów.

   Skoro zajęła się sportem - to przecież NIE SZACHAMI, na Boga!

   Czytając jej biografię dochodzę do rewolucyjnego wniosku: Jadwiga nie jest normalnym człowiekiem! Podejrzewam, że ma układ ze swoimi kotami, które za odpowiednią opłatą użyczają jej swoich żyć.
   Nie jest bowiem normalne, żeby jedna osoba, nawet jeśli urodzona w czepku, pomieściła w swoim życiorysie tyle zdarzeń, tyle zwrotów akcji, wychodząc cało nie tylko z porodu. Oblanie paliwem i podpalenie przez rodzonego ojca (oczywiście niechcący) to tylko jeden przykład.
   Tłukła się już z chłopakami w szkole i całe jej dzieciństwo potwierdza tezę, że lanie dziecka w dupę nie działa.
W porównaniu z jej przygodami Pipi Langstrumpf to prymuska z kółka różańcowego.

   No, a jej kariera w organizacjach sportowych to już materiał na parę książek. Ludzie z branży na pewno z przyjemnością powspominają wydarzenia, które opisuje. Przy czym oczywiście byłoby za proste, gdyby ograniczyła się do jednej dziedziny sportu. Ależ nie, od instruktorki judo przeszła do szermierki, żeby wreszcie zająć się badmintonem. Zapewniła sobie w ten sposób czytelników z trzech różnych dziedzin.:-)))
 
   Dla mnie jako ignorantki nie interesującej się sportem, a co dopiero jego historią, najciekawsze są wspomnienia z czasów zatęchłej komuny, kiedy zdobycie biało-czerwonych dresów na międzynarodowe zawody było jak zdobycie Mount Everestu. Jadwiga z lekkością opisuje zorganizowanie żarówek dla doświetlenia hali, tkaniny na zasłony, rakietek i lotek do badmintona, czy prowiantu do wykarmienia drużyny, chociaż każdy kto pamięta lata 70-80-te może sobie wyobrazić, jak tytaniczna była to praca. 

   No, ale jak się było bliską współpracownicą jednego z dwóch największych szpiegów PRL...

 
   Przy czym nasza autorka nie wykazuje się fałszywą skromnością, z dumą opowiadając o swoich OSOBISTYCH sukcesach w tej dziedzinie. Nie przeszkadza mit to, gdyż akurat lubię i cenię kobiety, które znają swoją wartość i umieją się pochwalić. W końcu nie każdy wpadłby na to, żeby do zawieszenia żarówek na wysokości 11-12 metrów wynająć Związek Alpinizmu…

   Cóż dodać? Cieszę się, że energia Jadwigi została skanalizowana chociaż na chwilę, znajdując ujście w tej książce.
Bo kiedy zaprowadziłam ją do swojego rehabilitanta (niby ma problemy ze stelażem), to w pewnym momencie musiałam ryknąć, żeby zaczęła chociaż trochę wyglądać na chorą, bo nas wyrzucą z przychodni jako symulantki.
 
   Jadwiga przeżyje nas wszystkich i pewnie jeszcze niejedno napisze.:-))

 

No, ale jak się ma takie koty...

 

Blog Jadwigi: http://www.okiemjadwigi.pl/

 


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

Ciszej nad tą trumną, czyli moje rozważania o terroryzmie

środa, 14 czerwca 2017 17:07

 

 

   Nie, nie będzie o Smoleńsku, o przymusowych ekshumacjach i szarganiu pamięci tych, co tragicznie zginęli.

 

   Od jakiegoś czasu dręczy mnie pytanie, jak media wpływają na rzeczywistość w kontekście ataków terrorystycznych.

 

   Nas to na szczęście jeszcze nie dotyka, ale tak sobie myślę bardziej globalnie i dochodzę do wniosku, że – mogę się mylić -  najmądrzejszym posunięciem w obecnej sytuacji  byłby całkowity zakaz relacji z pola bitwy.

 

   Wiem, że to prawie niemożliwe, bo media żyją każdym zamachem, mniejszym czy większym, przez co najmniej  tydzień i ciężko im będzie wydrzeć taką gratkę.

   Ale skutki tego są niestety daleko bardziej tragiczne, niż tylko wzbudzanie w ludziach strachu i paniki, czy nakręcanie ksenofobii i rasistowskich gestów, takich jak wyrzucenie z autobusu czarnoskórego mężczyzny.

 

   Dużo gorsze jest nieświadome prowokowanie dalszych zamachów. 

 

    Weźmy jakiegoś życiowego nieudacznika, klepiącego biedę na bezrobociu, czy pracującego fizycznie bo nie chciał się uczyć, choć państwo (W. Brytania, Francja, Niemcy etc.) stworzyło mu ku temu warunki. Tydzień po tygodniu ogląda on w telewizji i na czołówkach gazet portrety innych nieudaczników, którzy nagle urośli do rangi bohaterów. Wprawdzie bohaterów mediów, ale zawsze bohaterów.

   Nasz nieudacznik widzi, z jakim zapałem media śledzą rodzinę tamtego, historię jego życia, przepytują sąsiadów i nauczycieli i wałkują, ględzą w kółko na ten temat, wciąż pokazują zdjęcia ofiar zamachu, paniki, krwi.

 

    I przychodzi mu do głowy pomysł, żeby choć raz w życiu tak znaleźć się w centrum zainteresowania. Zaistnieć jak Herostrates, sprawić, że mówi o nim cały świat a ilość ludzi, która pozna jego nazwisko będzie się liczyła – bez przesady – w miliardach.

 

   Prawda że kuszące?

 

   Zwłaszcza, że nie każdy terrorysta wysadza się od razu w powietrze. Część z nich przez jakiś czas nawet unika schwytania.

 

    Co by było, gdyby o zamachu wiedzieli tylko najbliżsi uczestnicy, ich rodziny i Policja? Gdyby nie upubliczniano żadnych portretów, krwawych szczegółów, powiązań? Gdyby żadne ISIS nie mogło wypinać piersi i „przyznawać” się do zamachu, bo nikt by go nie pytał, ani nie podawał dalej?

 

   Nie wiem, czy medialna wrzawa przy okazji każdego zamachu choćby w jednym promilu przyczyniła się do szybszego schwytania sprawcy lub jego zleceniodawców. Czy oprócz epatowania dramatycznymi obrazkami cokolwiek dobrego ona wnosi? Myślę że wątpię…

 

   Zwłaszcza, że jak wielokrotnie już podawano, liczba ofiar zamachów terrorystycznych w Europie od lat 70-tych znacznie przewyższała dzisiejszą. Wystarczy spojrzeć na to zestawienie:

 

http://www.wykop.pl/ramka/3085993/ofiary-atakow-terrorystycznych-w-europie-od-1970-roku/

 

   Liczba ofiar IRA, ETA, Baader-Meinhof i innych przekraczała 400 osób rocznie! Wobec tych liczb obecne ataki w których ginie 5 czy 25 osób, z całym szacunkiem, to nie tak wiele.  Ale wtedy nie było internetu, zaś terroryści byli dużo bardziej bezczelni. Porywali się na premierów, kanclerzy, ministrów.

   Dziś każdy atak, nawet jeśli jego zasięg jest znikomy, urasta do rangi III wojny światowej.

A przecież dokładnie o to chodzi prawdziwym zbrodniarzom.

 

    Dzisiejsi terroryści to w ogromnej masie owi nieudacznicy, nawet niespecjalnie religijni, co zostało udowodnione. Nie islam popycha ich do ataków, tylko wpływ silniejszych przywódców, którzy obiecują im gruszki na wierzbie (dziewice w raju, tratata) w miejsce dzisiejszej beznadziei. No i ta sława...

 

   Może by tak spróbować odciąć ich chociaż od tej sławy? Od informacji, ile wyrządzili zła, od widoku zakrwawionych ludzi, płaczących dzieci. Nie podawać nawet ilości ofiar. Niech zamachowcy, jeśli żyją, lub ich towarzysze zastanawiają się, czym właściwie skończył się ten zamach. Czy warto było?

   Obywatelom nic się złego nie stanie, jeśli przestanie się ich straszyć. Mam wrażenie, że wręcz może im się polepszyć. Bo co się dzieje, kiedy ludzie się boją podczas koncertu czy meczu? Ano mają miejsce takie tragedie jak w Turynie, kiedy niewinny hałas wywołał panikę z tragicznymi skutkami.

 

Mylę się?


Podziel się

komentarze (21) | dodaj komentarz

Podsumowanie, ale tak, żeby nie zanudzić...

sobota, 03 czerwca 2017 18:46

 

    Chciałabym jakoś zgrabnie podsumować tę środkową Hiszpanię, ale łatwo nie jest. Bo też zauważyliśmy sporo rzeczy, które kłócą się z utrwalonymi stereotypami.

 

   Na niekorzyść dzisiejszej Hiszpanii (przynajmniej Madrytu i okolic) świadczy kiepska organizacja i dość odczuwalne olewanie turystów. Brak informacji na temat godzin otwarcia i ilość obiektów zamkniętych na głucho, bez szans na otwarcie (trawa porastająca wejście o czymś świadczy) jest wkurzająca i zniechęca do dalszego eksplorowania miasteczka.

 

   W Alcali na przykład bardzo chciałam zwiedzić Palazetto Laredo, ale brama wejściowa była zamknięta, bez żadnej tabliczki. Spróbowaliśmy następnego dnia, była otwarta. Hurra! 

   Ale sam obiekt dalej był zamknięty dla zwiedzających, tyle że informacja o godzinach otwarcia była ukryta głęboko na drzwiach pałacyku. Gdyby wisiała na zewnątrz,  poczekalibyśmy wczoraj pół godziny, kiedy drzwi otwarto. Ale skąd mieliśmy o tym wiedzieć?

 

To pałac z zewnątrz:

 

DSCF7497.jpg

 

To po wejściu na teren

 

DSCF7500a.jpg

 

A na tych drzwiach z prawej wisiała kartka o godzinach oprowadzania:

 

DSCF7500b.jpg

 

   Nie wiem, czy to skutek kryzysu, ale pierwszy raz mi się zdarzyło, żebym z listy obiektów do zwiedzenia w jednym mieście z siedmiu pozycji musiała wykreślić pięć, bo były martwe.

 

   Kryzys widać także w gastronomii. Z żalem obserwowaliśmy smutnych kelnerów omiatających z niewidocznych pyłków dziesiątki pustych stolików, przy których niemal nikt nie siadał, nawet w porze lunchu czy wieczornego biesiadowania. I to w najbardziej przelotowych miejscach, w tak uczęszczanych miastach jak Toledo czy Segowia, 200 metrów od katedry.

 

   Samych turystów nie brakowało, choć to dopiero maj. Ale mało chętni oni byli żeby się rozsiadać. Zwłaszcza, że powoli grupą dominującą w strumieniu smartfonów i tabletów, wyciągniętych do selfie, stają się… Chińczycy.

Można ich rozpoznać na kilometr, nie da ich się pomylić z Japończykami.

 

   Chińczycy nie tylko przyjeżdżają zwiedzać, oni się tu masowo osiedlają. Na każdej ulicy można znaleźć 1-2 sklepiki z żywnością, pamiątkami, zabawkami, prowadzonymi przez chińską rodzinę. Przeważnie czynne całą dobę. Do tego też musieliśmy się przyzwyczaić. Chiński torreador jakoś nie mieści się w kanonie urody tutejszej :))

 

    Pozytywnie zaskoczył nas spokój tubylców, zupełnie nie pasujący do śródziemnomorskiego temperamentu.

   Dla przykładu dwie scenki: znaleźliśmy w Alcali dobre miejsce na parking, a kiedy mieliśmy odjeżdżać jakaś pani zapytała z samochodu, czy miejsce będzie wolne. Odpowiedziałam, że za 5 minut, bo mąż zaraz przyjdzie. Na co ona, że zaczeka.

   No i zaczekała, stojąc centralnie na wąskiej uliczce i blokując ruch setce samochodów. Żaden klakson się nie rozdarł. Ludzie spokojnie odczekali, aż ona zajmie nasze miejsce.

   Drugi przykład: mąż chciał sfotografować dane adresowe restauracji flamenco, więc stał na środku innej wąskiej uliczki i przymierzał się do zdjęcia. Za nim cichutko podjechał samochód. Nie wydał z siebie żadnego dźwięku, czekał, aż mąż sam zejdzie na chodnik.

 

    Czy ktoś z Państwa potrafi sobie wyobrazić podobne scenki w Polsce, albo we Włoszech???

 

    Może dlatego tylko tu spotkałam szczęśliwą Matkę Boską...?

 

DSCF7382.jpg

 

   Znalazłam ją w katedrze w Toledo. Jako ciekawostkę dorzucę tu jeszcze 3-metrową monstrancję z czystego złota - jakieś 200 kg. Co roku na Boże Ciało opuszcza ona swoją pancerną klatkę i bierze udział w procesji.

   Kunszt wykonania powala. Jankowski (ś.P.n.j.d.) pewnie gryzłby futrynę z zazdrości). Mój mąż był pochłonięty analizowaniem, jak też oni to cudo wyjmują i wkładają z powrotem. W końcu 200 kg to nie worek kartofli...

 

 DSCF7388.jpg

 

DSCF7393.jpg

 

DSCF7390.jpg

 

    Na koniec suplement do historii Don Kichota.

   Już chyba wiem, dlaczego nikt nie pali się do kręcenia filmów o nim. Ilość wątków jest tak ogromna, że żeby streścić to w 2 godzinach trzeba ...właściwie wyciąć wszystko. Zostawić postać szalonego rycerza i jego wiernego, choć dość wyrachowanego giermka Sancho, pokazać Dulcyneę, której w Powieści Don Kichot w ogóle wcześniej nie widział, ustawić parę wiatraków, księcia i księżną i... czas się skończył.

 

   Film który zdobyłam byłby nie najgorszy, gdyby nie fakt, że mam świeżo w głowie powieść czytaną przez A. Szczepkowskiego. Na tym tle film wypada jak kadłubek.

   W dodatku gdzie producent znalazł tłumacza, który uparcie nazywa Don Kichota "Rycerzem Wędrownym", choć każde dziecko w Polsce wie, że jest to Rycerz Błędny?!  Co za niedouk robił ten przekład?? Nawet jeśli z wersji angielskiej wynika inaczej, dobry tłumacz musi trzymać się klimatu tu i teraz. Nie miał prawa zmieniać podstawowej charakterystyki Don Kichota. Błędny, to nie to samo co wędrowny.

   Podobnie jak w dobrym tłumaczeniu książki nasz bohater zowie się Rycerzem Smętnego Oblicza, podczas kiedy w filmie tłumacz używa zwrotu Rycerz o smutnej facjacie! Katastrofa!

 

   I to by było na tyle w temacie Hiszpanii. Dziękuję za cierpliwość. 


Podziel się

komentarze (17) | dodaj komentarz

Sukces oręża, czyli przewodniki też kłamią. Cz.4

poniedziałek, 22 maja 2017 18:15

 

   Nie tylko prymusom z historii mówi coś hasło „Szarża polskich szwoleżerów pod Samosierrą”.

Znamy ją choćby z obrazów takich jak Michałowskiego:

 

https://pl.wikipedia.org/wiki/Szar%C5%BCa_w_w%C4%85wozie_Somosierra

 Grafika bez ustawionego tekstu alternatywnego: Szarża w wąwozie Somosierra

 

   Wyobrażamy sobie wąski przesmyk wykuty w wysokiej skale, w dodatku pnący się  ostro pod górę, przez który przeleciało jak burza 127 polskich żołnierzy, otwierając Napoleonowi drogę do Madrytu.

 

   Wiedziona niepoprawnym patriotyzmem tak ułożyłam trasę wycieczki, aby przez ów wąwóz przejechać i zajrzeć do kościoła we wsi, gdzie przechowuje się dokumenty i liczne pamiątki po tym wydarzeniu.

   W przewodniku Pascala nie było nic, co by sugerowało inny wygląd tego miejsca.

 

   No i  bardzo się zawiedliśmy. Nadłożyliśmy 100 km żeby wjechać na przełęcz Somosierra, która obecnie jest rozległym płaskowyżem, zaś przez jego środek biegnie prosta jak strzelił szosa. Nie ma śladu po skałach ani zakrętach wśród tychże skał. Cały teren jest  płaski jak naleśnik.

   Pod tym miejscem wykuto już zresztą dwa tunele (drogowy i kolejowy), ale o tym doczytałam później.

 

Tak czy siak - wąwozu nie ma.

 

   Kościół parafialny owszem, stoi, ale jak wiele kościołów w tym rejonie - zamknięty jest na głucho i nie ma żadnej informacji, czy ktoś ewentualnie otworzyłby drzwi i pozwolił zajrzeć do środka.

Tak więc gdyby nie tabliczka z nazwą miejscowości, moglibyśmy wręcz przeoczyć to miejsce.

 

   Mam żal do Pascala. Uważam, że takie informacje powinny się znajdować w przewodniku.

   Ja mogę zrozumieć, że ktoś opisuje np. huczący wodospad, a tu akurat nastała susza i wody nie ma. Ale doprawdy trudno nie zauważyć, że w miejscu gdzie kiedyś wąska dróżka wiła się wśród skał (4 zakręty), dziś jest ogromny płaski teren wielkości paru boisk futbolowych.

  Mam obawy, że piszący ten przewodnik nie zajrzeli tu od 1808 roku…

 

   Miejscem, które dla odmiany zachowało swój wygląd i kształt od 60 lat, jest grobowiec - mauzoleum generała Franco. Valle de los Caidos, czyli Dolina Poległych.

To jest dopiero popis megalomanii!

   Krzyż wysoki na 150 metrów widać z 50-ciu kilometrów. Jest największym pamiątkowym krzyżem  na świecie.

 

DSCF7608.jpg

 

   Ale najważniejsze jest pod krzyżem - wykuta w skale bazylika o długości 262 metry i wysoka na 6 pięter.

   Podobno sam Papież się wkurzył, gdyż przerastała ona nawet bazylikę św. Piotra w Rzymie. Dlatego skrócono nieco główną nawę montując ozdobną kratę.

 

DSCF7626.jpg

 

DSCF7615.jpg

 

DSCF7621.jpg

 

   W bazylice znajdują się monumentalne rzeźby, przypominające te z czasów Mussoliniego w Brescii. Sam grób Franco to skromna płyta za ołtarzem, na której zawsze leżą świeże kwiaty. Ponoć do dziś zbierają się tu jego wielbiciele. Umieszczono tu także prochy 40 tysięcy ofiar wojny domowej - poległych po obu stronach.

   Przy budowie owego pomnika pychy pracowało 20 tys. więźniów, głównie politycznych. Podobno zmniejszano im czas odbywania kary podwójnie za każdy przepracowany tu dzień. Wielu z nich zmarło, jak ci niewolnicy budujący piramidy.

   Chodząc po marmurowych posadzkach, trudno było o nich nie myśleć.

Ot, kolejna fanaberia ludzi o małym sercu.

 

DSCF7613.jpg

 

CDN


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Oblicza szaleństwa czyli Don Kichot. Cz. 3

wtorek, 16 maja 2017 19:53

 

   Po korridzie i flamenco trzecim dobrem narodowym Hiszpanii jest zapewne Cervantes i jego Don Kichot. Podobno jest to druga po Biblii najczęściej kupowana książka, a na pewno przełożona na najwięcej języków.

   Ciekawe, że nie ma ona szczęścia do filmu, choć wydaje się wymarzonym scenariuszem, lepszym od Piratów z Karaibów. Znalazłam właściwie tylko jeden film z 2000 roku, ale nie ma go ani w Merlinie ani w Empiku. Zamówiłam używańca na Allegro i czekam.

   Łatwiej dostać książkę. Żeby stworzyć sobie prawidłową podbudowę przed wyjazdem, zaczęłam słuchać Don Kichota z audiobooka, w świetnej interpretacji Andrzeja Szczepkowskiego. Ale nie wiem, czy dociągnę do końca, bo jest tego chyba ze 40 godzin, a stopień irytacji jaką potrafi wywołać bohater, jest porównywalny tylko z oglądaniem naszego Sancho Pansy podczas miesięcznicy.

 

   Miejscem, które zawłaszczyło sobie Cervantesa z nogami, jest miasto Alcala de Henares, 40 km na płn-wschód od Madrytu.

Tam się urodził, tam przechowują jego akt chrztu z 1547 r. i tam wszystko nawiązuje do szalonego błędnego rycerza z Manczy.

   Na zdrowego psychicznie to on nie wygląda nawet jako statua…

 

DSCF7548.jpg

 

   Sam region La Mancha nie ma wiele do zaoferowania, jest płaski, niebogaty i nieciekawy. Na szczęście Cervantes używał w książce nazw faktycznie istniejących miejscowości, ze słynnym Toboso na czele. Dlatego wiele biur podróży specjalizuje się w wycieczkach pod nazwą „Don Quijote Route”, które wiodą przez znane i mniej znane miejsca opisane w powieści.

 

   Nam ze względu na ograniczony czas udało się odwiedzić właśnie Alcalę i owo cudowne wzgórze wiatraków, z którymi Don Kichot stoczył śmiertelną walkę. Śmiertelną dla wiatraków oczywiście..

 

   Wiatraki w Consuegrze i Campo de Criptana mają niekiedy po 500 lat. Nie przekraczają 7 metrów wysokości, ale rozpiętość skrzydeł sięga 8 metrów. W każdym (a ostało ich się po 10-11 w każdym z tych miejsc z dawnych 80-ciu) nadal działają sklepiki, bary, punkty informacji turystycznej, mini-muzea, zachowano też oryginalny mechanizm.

    Wśród płaskich po horyzont pól, wzgórze na którym stoją wiatraki wydaje się co najmniej Mont Blankiem.

   Najpiękniejsze ujęcia wychodzą o zachodzie słońca. Niestety, my musieliśmy na noc wrócić do Toledo, a to godzina jazdy. W dodatku o tej porze roku słońce zachodziło tu dopiero o 21.30, więc nie było szans.

   Pod bezchmurnym niebem wyglądało to tak:

 

 DSCF7458.jpg

 

DSCF7457.jpg

 

DSCF7456.jpg

 

DSCF7454.jpg

 

   Alcala jest miastem uniwersyteckim. Oprócz małej Starówki z pięknym placem Cervantesa, Uniwersytetem, muzeum Cervantesa, w zasadzie nie ma tu nic innego do zwiedzania. Podobno od XV wieku wciąż działa tu najmniejszy szpital świata - na 12 łóżek. Ale wpuszczono nas zaledwie do przedsionka, dalej nic nie można było zobaczyć (i naprawdę nie liczyłam na oglądanie chorych).

 

   Uniwersytet od 40-stu lat przyznaje nagrodę im. Cervantesa pisarzom tworzącym po hiszpańsku. Wśród nazwisk laureatów wyrytych na ścianie wielkiej auli, są nazwiska zaledwie TRZECH KOBIET, a jedną z nich jest Elena Poniatowska. Wprawdzie pochodzi ona z Meksyku, ale zawsze miło…

 

To pomnik Cervantesa:

 

DSCF7506.jpg

 

To fragment kaplicy uniwersyteckiej:

 

DSCF7533.jpg

 

    Chciałoby się napisać, że Hiszpania ma jeszcze jedno dobro - bociany. Ale jak słusznie zauważyła Spacja pod poprzednim wpisem - są to niegodni swojej sławy zdrajcy i w dodatku lenie. Pod pretekstem latania na zimę do Afryki zimują sobie bezpiecznie w ciepłej Hiszpanii. Nie wiem, czy to są NASZE bociany, w każdym razie jest ich tu zatrzęsienie. Można organizować konkursy, kto wyliczy więcej gniazd na jednej wieży:

 

DSCF7824.jpg

 

DSCF7508.jpg

 

A tu szczyt bezczelności: gniazdo zaczyna przerastać krzyż na wieży.

 

DSCF7518.jpg

 

 CDN.


Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  2 844 731